piątek, 26 maja 2006

poetycki zieff

ja się nie łudziłam. albo właśnie odwrotnie. zieff i w ogóle. spotkanie poetyckie w wshe. nie no, kiepski to był pomysł. a przynajmniej w kiepski sposób załatwiony. nieistotne. było, minęło. przynajmniej kilka osób nie miało sennych min. dobre i tyle.
nie liczę na mocne zaangażowanie mopsiary i pomoc mojej skromnej osobie. więcej gadania niż samej roboty. jak zwykle. z resztą... moja szkoła do hojnych nie należy, na dotacje na wydanie tomiku nie mam co liczyć. zwłaszcza bez poparcia w kimś z kim oni liczą się bardziej niż ze studentem. precyzując, z kimś z vip-ów. a przynajmniej z kimś kogo oni (władze uczelni w sensie, bo oni zabrzmiało jakbym pisała o kosmitach) za vip-a uważają. więc odpuszczam sobie i już. może kiedyś. może.

tutejszy klimat czasem mnie wycisza. wycisza tak, że nie mam ochoty oddychać nawet. już nie lubię opowiadać o tym co się wydarzyło i jak ja to ciężko przeżywam. po co? a tak poza tym to stopery to całkiem dobry wynalazek. tak całkiem ogólnie. tylko jest jeden głos, któremu nawet one nie są w stanie ulec i przepuszczają te dźwięki do wnętrza małżowiny. stłumione co prawda, ale wystarczająco wyraźne, żeby nadal kuły we wszystkie zmysły i organy.

"natentychmiast" ma pierdolca. może i ostro, ale jej pierdolec jest równie ostry jak moje słowa. (ci, którzy wiedzą o kogo chodzi mogą potwierdzić.) mam nadzieję, że uda mi się zaliczyć to dziadostwo, a kobieta zniknie z mojego życia raz na zawsze. uhh.

teraz trzeba zająć się kolejną pracą na zaliczenie, na którą nie mam kompletnie żadnego pomysłu. cóż, życie. niedziela na wyjeździe. a potem jeszcze kilka dni i mała odskocznia od szarzyzny wokół.


♪♪ edyta geppert - sen o życiu.mp3

sobota, 20 maja 2006

tajemniczy wielbiciel from niu jork

lekko wygięta w stanie stuporu z wzrokiem wbitym w ścianę. jest akcja, jest reakcja. bezwarunkowa rzecz jasna. telefony to pomyłki czy zasadzki bliżej niezidentyfikowanych postaci? riczard z niu jorku miał gadane kimkolwiek był. i szybką brykę miał, ponoć. tylko to mnie jakoś nie bierze. jakaś taka niedzisiejsza jestem. krawiec z kościuszki na siłę próbował mi wmówić białe spodnie i brata. jakaś inna pani też. nie wiem co tak nagle wszyscy się na mnie uwzięli. ciekawa jestem co mnie jeszcze czeka... tym razem liczę na telefon od księcia z arabii saudyjskiej. jeśli wcześniej przygotuję się na niego psychicznie będę mogła spokojnie zgodzić się oddać połowę swojej ręki za królestwo. czy jakoś tak na odwrót.

bezsenność moja długoterminowa i przewlekła powoli otwiera mi oczy w nocy, a zamyka w dzień. jaskrawość tego świat ciska strzałami, że powieki opadają. w dzień też nie jest lepiej. samemu źle, w tłumie jeszcze gorzej. jakoś nie potrafię zapanować nad wszystkimi procesami zachodzącymi w moim wnętrzu. mniej lub bardziej silne fobie społeczne (albo coś w tym rodzaju. coś czego zidentyfikować nie potrafię.) zamykają moje ja w ciasnej skorupie własnej głowy i zawiłych myśli. odnoszę więc kolejną życiową porażkę i wracam do mojego "królestwa". wracam i klnę się soczyście. że znów nie tak, że nawet tego nie umiem i nawet na to mnie nie stać. że i tak źle, i tak nie dobrze. a "złotego środka" jak nie było, tak nie ma. dlaczego ja nie mogę być normalna? no dlaczego...,no?!

z tego kraju to już powstało jakieś cholerne państwo kościelne i jak się jeszcze okaże, że przez tego psychopatę marcinkiewicza i jego Wielkie Zarządzenia nie będę mogła pojechać z początkiem czerwca na weekend nad morze, to dostanę kurwicy.


20:42
żyć nie umierać! cierpię na przewlekły brak gotówki, bo nie każdy dług jest tak samo ważny. bo długi studentów muszą być spłacane z lichwiarskimi procentami, a długi uczelni to już zupełnie inna bajka... żyć nie umierać! wydzwania do mnie 40-letni psychopata zapraszając mnie do kina, nie wiadomo skąd znający mój numer. a to już przestaje być zabawne...

niedziela, 14 maja 2006

;)

8:10 - z rana. oczko. bynajmniej nie w rajstopach, a w życiu. moje całotygodniowe rozdrażnienie i nastroje melancholiczne sięgnęły szczytu tudzież dna. czuję się tak jak te moje szablonowe dziewczynki bez głów. pff.

zamiast tortu kanapka ze srem, zamiast szampana - mleko, a zamiast gości, uśmiechów i życzeń... lustro i dziewczyna z lustra, składająca życzenia w myślach. takie prosto w oczy, bezlitośnie szczere. /że tych jednych nie zacytuje z racji cenzury osobistej/

dziękuję, dla tych kilku osób, które już pamiętały i dla potencjalnych, którzy w ciągu dnia się mogą obudzić się jeszcze. (pan z gadulca, z ofertą sponsoringu bije wszystkich na łeb, na szyję. taki był miły, a ja i tak odmówiłam mu. okropna jestem, co nie...?)

jeszcze na odchodne wszystkiego najlepszego dla Marka - mojego współjubilata, że tak się wyrażę.



--
zapomnieli ci co niby jako pierwsi powinni znać tę datę. co akurat niespodzianką nie jest. niespodzianka byłby gdyby pamiętali. z resztą... w ich przypadku chyba, albo raczej napewno wolę taki scenariusz. jestem sama i jest cicho. to chyba najlepszy prezent o jakim mogłam marzyć. więcej nie trzeba.



"dziś są twoje urodziny wznieś więc chociaż jakiś skromny toast za te smutne oczy w lustrze teraz wiesz, że już nie jesteś sam"


♪♪ edyta bartosiewicz - urodziny.mp3

niedziela, 7 maja 2006

podrywacze

minęły wieki. no może trochę mniej. gdzie byłam przez ten czas, kiedy mnie tu nie było? ano pod kołdrą trochę, trochę przed tv i przed książką też trochę. nad rzeką też, ale to dawno, dawno. i tylko na chwilę. ledwo pamiętam wyświechtane tulipanki sprzed ponad tygodnia. i tę swojską gwarę "ejj... dziewczyny! weźta to, mata to, bo jesteśta ładne. trzymajta to, bo nom nie chce sie już tego nosić". i w ten sposób zostałyśmy obdarowane na chybił trafił, bo pewnie nikogo innego płci przeciwnej w otoczeniu nie było. koleżanka samosia oddała swoją dobroczynnie koledze, który napatoczył się opowiadając o swoich podbojach miłosnych (a niech ma, niech szczuje i szuka naiwnej!). mój tulipanek rzucił się z mostu do warty. rzeki warty. i tak oto skończyła się bajka o nadwiędniętych kwiatkach.

później było już błogie dziewięć dni izolacji od wszystkiego co związane z uczęszczaniem na ulice wieszcza narodowego, na której mieści się budynek szkoły mojej. a urozmaicenia czasu tradycyjne (rrrodzina... może mała, może nawet bardzo mała, ale...) i te underground'owe (sny. całkiem ezoteryczne i mistyczne moje sny. gdzie raz jestem chłopczykiem, a raz dziewczynką. gdzie mogę po stokroć razy przeżywać ten sam rok.), no i oczywiście zwyczajowe LB (tł. z gwary równie polskiej co wypowiedź darczyńców tulipanów - "leżenie bykiem"). pora pożegnać się z tym wszystkim. zwłaszcza z tym ostatnim, drugie może też osłabnąć, bo na pierwsze nie ma co liczyć. się zacznie. wychodzenie rankiem i wracanie na dobranockę. (...) na razie czekam wtorku i środy. popołudniowych godzin zwłaszcza.

ja przepraszam, ale czy mogę uznać się za popapraną jeśli prawie dwa miesiące przed sesją (bo urządzili nas na cacy planując początek sesji na 30. czerwca) ja już zaczynam jej się panicznie bać? yhm. na to pytanie potrafię sama sobie odpowiedzieć.


♪♪ anna szałapak - jeszcze przez chwilę być szczęściarzem.mp3