niedziela, 25 maja 2008

mam ryjka i dziure w zębie, i...

ostatnio czas jest pojęciem abstrakcyjnym. z resztą tak samo jak i miejsce. dziś sieradzewo, jutro wrocław. a potem... potem, być może bochnia. dość stateczna ta intensywność.

jak nie jeden stres to drugi. tak, tak. zbliża się sesja. jak mnie nie wywalą, to będę. mimo, że torchę brak na bycie sił. (no i jak tu się nie bać, nie trzęść portkami.)


a tymczasem kolejne urodziny za mną. (podwójne tym razem. takie, o. wyjątkowe niby.) rok w plecy. załatana dziura w zębie, następna czeka na swoją kolej. i "rodzina" wreszcie raczyła mnie odwiedzić. zuza oficjalnie dopominała się mnie. jestem maryjka. mam ryjka, co z poprzedniego rozbioru słowa autorstwa zuzy wynika. i pierwsze truskawki za mną, cóż, że z importu. dwa wypracowania w jeden weekend. nowa, świeża muzyka na em-pe-trzy. i łinamp też nowiuśki. coraz więcej abstrakcji rodzinnych, które już można uznać za rozrywkę jakąś. męczącą, bolesną często bardzo, aczkolwiek jednak jakąś rozrywkę. mam chaos w głowie, 2 egzaminy, brak materiałów na ten drugi, niejasną sytację socjologiczną. zimne oczy, coraz dłuższe choć bezkształtne paznokcie. normalnie raj. nie żebym się nie cieszyła. no cieszę się, tylko jakoś nie umiem tego wyrazić.

...no i ten, no, moje serce jest pełne miłości. ale cóż.


♪♪ marika - moje serce.mp3

niedziela, 11 maja 2008

sponsorem tej notki jest kolor zielony

była łódź cała rozkopana, do kwadratu aż. pociągi wreszcie niespieszne, mniej idealne ulice, mniej eleganckie dzielnice. bo w normalności siła. w zieleniach moc. nawet zakupowe szaleństwa dają po oczach tym trawiastym kolorem.
a teraz porzuconam na czas określony przez siłę wyższą zwaną życiem. po prawie 2-tygodniowym bardzo długim długim weekendzie w stronach swojskich wróciłam czas jakiś temu. w te betony spaliny siwe dymy i wielką wielką otchłań niczego. tu jest bardziej niż gdziekolwiek, a siła, która pcha mnie do przodu to z pewnością wiatr. i tych ludzi. ich też. z pewnością.

wczoraj wyruszyłyśmy daleko w miasto ale jakby trochę poza. i cisza i spokój. zapach świeżego powietrza. i zieleń wreszcie zielona. tak intensywnie, mocno tak. można by usiąść na ławce i zniknąć. nawet jeśli wokół tłumnie. zniknąć dla siebie, dla tych tłumów. trzeba tam wrócić koniecznie. w otchłań parkowych alei wsiąknąć jak w gąbkę. wrócić trzeba.


(tak bardzo nie lubię czekania. sporo stresu to kosztuje. a ja wiem, że kiedyś przyjedzie czas, przyjdzie czas, przyjdzie taki czas, że zadrżę ze strachu przed jutrem. ot, taki to niebezpieczny sport. choć mam nadzieję, że jeszcze nie teraz.)



--
trywialna jestem. coraz mocniej to czuję. coraz mniej tu pamiętnika, coraz więcej bełkotu. a przecież wcale nie jest tak, że nic. no może tylko czasami. ale przecież, w końcu, właściwie... może już nie umiem. trzeba będzie wziąć się do kupy, zrezygnować albo zacząć od nowa.


♪♪ tilt - runął już ostatni mur.mp3