Ostatnio żyję we śnie. Marzę o nieistniejących kochankach, mieszkaniach rodem z Ikei i sukcesach zawodowych na miarę Erin Brockovich. Jestem w tych snach niezależna, wolna i samowystarczalna. Nie przejmuję się ciśnieniem, odżywianiem ani antykoncepcją hormonalną. Z resztą żadną się nie przejmuję. Moje nogi są gładkie i wręcz nie muszę ich golić, a włosy puszyste i lśniące, i nawet jak rozwieje je wiatr to na korzyść na fryzury. Nie czuję dyskomfortu w czasie menstruacji, bo zawsze jestem tuż po, z myślą, że mam przed sobą spokojny, suchy i klarowny miesiąc. Zakupy w tych snach są zawsze owocne i nigdy nie uszczuplają portfela do opłakanego stanu. Słucham tam muzyki z oryginalnych płyt, czytam książki, których zapach i treść zniewala. Chadzam do kina, teatru, na wystawy. Pijam aromatyczne kawy, które nigdy nie stygną. Telewizja tam nie istnieje, są tylko filmy porywające i rozrywające. Zegarki nakręcają się same, a jeansy nigdy nie przecierają się w kroku.
Mam taki świat za wyciągnięcie ręki, na głębokość zamkniętych powiek.