piątek, 21 listopada 2008

pierwszy śnieg

"ej, chodźcie do okna, do okna! kupel dzwonił i mówił, że śnieg pada!"
no i podeszłyśmy. i padał. i powietrzu już topniał. jak to zwykle we wrocławiu...

niedziela, 16 listopada 2008

wrocław - miasto spotkań

z pewnością nie można tego nazwać maratonem. zgrzeszyłabym. znieważyła wszystkie imprezowiczki i błyszczące w towarzystwie "brylownice". ale jak dla mnie to już dość mocna, warta zaakcentowania sprawa.

pierwsza była karolina - była współlokatorka, dzieląca ze mną mały pokój i resztę mieszkania na spółkę z "babcią mieszkaniową" i karaluchami.
cóż, dla babci jestem teraz wrogiem numer 1, ciemną plamą na honorze, wrzodem na tyłku, ucieleśnieniem wszelkiego zła i jej najgorszym koszmarem. nie mierzi mnie to specjalnie, no może poza tym, że przez ten fakt wspomnianej wyżej koleżanki odwiedzić nie mogę, bo mieszkanie wciąż z nią dzieli.
a poza tym miło, gadatliwie, jak zwykle z k. w rodzaju męskim. emocjonalnie tak i jak zwykle coolturalnie.

na drugi ogień poszło spotkanie w sprawie redaktorowania i moderowania nowego portalu. zdeklarowałam się być i owszem chcę, nawet mnie zaakceptowano, ale co z tego wyjdzie sam Pan Najwyższy raczy wiedzieć... mam nadzieje, że chociaż on. bo na razie po wysłaniu moich ewentualnych propozycji głucha cisza w eterze. miałam czekać na znak. więc czekam. do upadłego. do grobowej deski bodaj. żeby nie było. bo co innego mam do roboty.

numerem trzy* (choć w rankingu ważności i aktywności zawsze jeden) była moja gosia (to dla ciebie ten link. no wiesz, wiesz...)
rozkleiłam się. coraz częściej mi się to zdarza. z resztą tak samo jak i niepewność, chaotyczność i wszechobecna pustka. zupełna paranoja. wstyd mi, że jestem sobą, cholerną ofiarą propagandy "bycia sobą".

czwórką jest ewelina - kożelanka z ławy, z podstawówki, z osiedla. zaskakująco miło, czekoladowo, po latach. relacja zdana ze spotkania klasowego, na którym mnie zabrakło. (nieobecność w mieście jest tylko wymówką, trzeba zdać sobie z tego sprawę. tak naprawdę górę wziął u mnie strach, demony przeszłości, których boję się na samą myśl. może nie teraz, może kiedyś, może... może będę gotowa. może stawię czoła. może wyjdę z tego cała. kiedyś, może.)

piątka jest wyjątkowo niespodziewana, zupełnie w nie moich klimatach (jakby coś było w moich klimatach poza moją chaotyczną osobowością) i wyjątkowo nie na miejscu - a mianowicie "wielkie" balowanie w gronie 7-osobowym w słynnym i ponoć supermegawypasionym miejscu, które jak zwykle usztywniło moje ja od opuszków palców u stóp aż po czubek głowy, które sprawiło, że poczułam się jak słoń w składzie porcelany. choć miejsce samo w sobie bardziej przypominało zoo, kiedy na moment zupełnie przypadkiem trafiłam na parkiet, a dezorientacja i moja prywatna paniczna osobowość stawiła mnie pod ścianą i kazała mi trzymać się jej z całej siły poczułam jakbym znalazła się wewnątrz klatki dla małp. nie zdziwiłabym się gdyby nagle wszyscy grupowo zaczęli współżyć w rytm dźwięków wydobywających się z głośników. mam pewne opory żeby nazywać to muzyką. wszystko doprawione historią miłosną w tle (nie moją) i uniesieniami rodem z brazylijskiego serialu. dzień długi i stanowczo nie w moim stylu odprężający, w moim raczej męczący.

szóstką miała być niesia, ale się(-)nie udało. może nie dziś, może kiedyś. może...



* spotkanie z serii gościnnego sieradza


♪♪ edyta bartosiewicz - sen.mp3
ostatnio w nastrojach depresyjnych, w stanach niekorzystnych, klimatach niskociśnieniowych...

niedziela, 2 listopada 2008

słodki listopad

z tobą karmić kaczki i gołębie. te łapczywe. te wyszarpujące sobie chleb spod dzioba. siedzieć nad brzegiem rzeki. z tobą przemierzać te wszystkie liście. z tobą i w tobie się chować. pod chmurą, pod tą najbardziej deszczową. niech głowy mokną. z tobą w milczeniu ptasich koncertów słuchać. i cię obejmować. ciebie i wiatr całować.


minął rok od pierwszych realnych uśmiechów. od gestów, słów, odczuwalnych oddechów. pamiętam wszystko. kroki nasze z żanką na pkp. pamiętam stres zagadywany z nią rozmową i to, że wypierałam się go. pamiętam oczekiwania, twarz twoją z daleka, postawę, przywitania, uśmiechy.


ja wiem, że pożegnania dosładzają przywitania. wiem też, że trudno przełknąć tę gorycz pomiędzy. wiem na odległość 300km. i teraz kiedy dzieli nas zaledwie kilkanaście czy kilkadziesiąt ulic, domów, jeden most (w mieście gdzie jest ich ponad sto to żadne wyzwanie), garść drzew i tak pożegnania są trudne. tak się w niego zapadłam, że nie ma mnie już całkiem, nie ma w ogóle. i jest mi tak dobrze, tak we dwoje, tak czule.


przed nami kolejny, cały, wspólny, słodki listopad. listopad pierwszych razów. pierwszych spacerów, przypadkowych dotknięć dłoni. listopad pierwszych marzeń i planów. listopad pierwszych pocałunków, pierwszych ucieczek przed deszczem i pierwszych śniegów w zmarzniętych dłoniach. listopad pierwszych potrzeb i braków, pierwszych tęsknot i oczekiwań. bo pewnego słodkiego listopada znalazłam cię...


...a na deser film, oczywiście.