niedziela, 28 sierpnia 2005

obłędy

Jestem wariatką. Odczuwam wszystko ze zdwojoną siłą. Ociekam uczuciami i emocjami jak dojrzały owoc sokiem. Chciałabym raz na zawsze wycisnąć z siebie wszystko. Nie przeżywać tego wszystkiego w koło macieju. Wziąć głęboki oddech. Taki żeby wystarczył, żeby nie trzeba odczuwać potrzeby posiadania drugiego na szyi i karku... Uwolnić się. Bo ból mnie przerasta. Bo ból mnie osacza.


---
a w najbliższą sobotę przedłożę chyba "Turniej jednego wiersza" w Łodzi nad sieradzki koncert myslovitz. chociaż ciężko zrezygnować z jakiejkolwiek z tych rzeczy. no nic.


§ Pia Mellody - "Toksyczna miłość i jak się z niej wyzwolić."


29. sierpnia - 14:15
Rozłożona jestem na czynniki pierwsze. Rozładowana. Plątam się z kąta w kąt. Miejsca ani czasu nie odnajduję. Na myśli, uczucia i siebie. Skupić uwagi nie potrafię na niczym. Uciekłabym najchętniej. Uciekła od siebie hen. Siedzę. Siedzę i myślę jakby tu myśleć najmniej.

czwartek, 25 sierpnia 2005

obok gdzieś

Rano myślę i w południe, z wieczora czekam na nie wiadomo, co. Na znak. I na czekaniu zwykle się kończy. Parę słów i pocałunków, i tak na przemian. Huśtawka uczuć i sytuacji. Jestem piłeczką pingpongową. Kręci mi się w głowie. Siadam. Stoję. Leżę. Miejsca ani słów nie odnajduję. Podupadam. I choć naprawdę tętni we mnie życie to nie tu. To tam tam. Tam gdzie... Bo tu brak.

Kubki. Masa kubków. Mocna herbata. Powidła śliwkowe i strzelanie ludziom w autobusie fleszem z aparatu po oczach. Nieprzespane noce. Mnóstwo nieprzespanych nocy. Zapłakane dnie. Litry zapłakanych dni. Wiele niewiadomych. Głupia cisza i jeszcze głupsza nadzieja. Miliony pytań kłębiące się w głowie i brak odpowiedzi. Marzeń się boję i swych uczuć głębszych też. Nie lubię sierpnia. Nie lubię od lat dwóch i rosołem gardzę też. I że jestem z MOPS'u - to widać. Jestem z MOPS'u - to słychać. Jestem z MOPS'u - to widać, słychać i czuć.



--
"w zagubionej przestrzeni trwam cały świat płynie obok gdzieś."

wtorek, 23 sierpnia 2005

"a my... z wiecznego niepokoju"

Wczoraj myślałam, że leję zupełnie na wszystko. Dziś kurtyna opadła. Spektakl się skończył i przyszła rzeczywistość. Nie umiem okłamywać siebie samej a najtrudniej jest mi kontrolować swoje emocje. Tabliczkę czekolady żeby nie zjeść mogę nie kupić lub wyrzucić jak już ją mam, mogę też zwymiotować już zjedzoną. Z uczuciami tak się nie da. Czuję się zupełnie nieswojo. Nie mogę tego ogarnąć. Czasem się uśmiecham, bo jest we mnie pełno wiary i nadziei. Czasem siedzę i tak po prostu zaczynam płakać, że ciężko mi przestać. Bo jest we mnie pełno bezsilności i żalu. Czuje jakby mnie nie było. Czasem tylko sprawdzam czy w moich żyłach nadal krąży krew. Za każdym razem z żalem uznaję, że ona wciąż tam jest. Że uparcie drążą korytarze w środku tego, co ze mnie zostało.

Staram się nie myśleć. Opatulam się w koce i przypominam sobie o wszystkich nieprzeczytanych książkach. Namiętnie ściągam filmy na eMule. Nie oglądam ich. Nie umiem skupić na nich uwagi. Obserwuję. Walę stemplami w papiery.

Jest trochę drobiazgów, które mi się nie kleją. Niuansów niezrozumianych przez mnie. Może to tylko różnice w odbieraniu wszystkiego i moja podejrzliwość płata mi figle. A może nie. Analizowanie wszystkiego ma też sporo zalet. Jedną z nich jest zdrowy rozsądek, który czasem budzi się, ziewa mi w głowie i podpowiada, co nieco. Tak czy siak trzeba nastawić szeroko oczy i uszy.

niedziela, 21 sierpnia 2005

no reason to get excited

Czasami zastanawiam się czy to wszystko ma sens. Z reguły odpowiedzi brak. Dekoncetruje to bardzo mój stan umysłu.

I wcale nie jest dobrze. Czuję, że już ostanimi siłami trzymam się swojego toru, albo nawet, że ktoś już wypchnął mnie z mojego maratonu. Zupełnie nie wiem co zrobić. Opuścić sobie ten bieg czy próbować znów? Boję się, że szanse na wygraną są coraz mniejsze, a energia, którą włożę w to aby osiągnąć cel już nigdy nie zostanie zregenerowana. Boje się, że umrę za życia.

Nie potrafię pojąć, dlaczego to takie trudne. Pierwszy raz od dwóch lat czuję, że naprawdę żyję, umierając jednocześnie. To wszystko dzieje się poza mną. Gdzieś z boku. Każda próba wpłynięcia na sytuacje przynosi skutki odwrotne do zamierzonych. Chyba porwałam się z motyką na słońce. Za bardzo chciałam, za bardzo chcę. Teraz bardzo, ale to bardzo chciałabym przestać być. Od tak, po prostu.


♪♪ zupełne nieopisanie
- bo jest tyle piosenek, które chciałabym zagrać. żadna nie opisze tego co czuję.

sobota, 20 sierpnia 2005

maraton życia

Czasami odnoszę wrażenie, że ze strachu przed porażką gotowa byłabym uciec przed rozpoczęciem się sztafety. W niektórych sytuacjach takie wyjście nie jest złe. Gdy masz na sobie szpilki zamiast butów sportowych lepiej zrezygnować z takiego biegu niż ryzykować życie. Ale jeśli ryzyko odnosi się tylko (albo aż) do utraconej szansy i stosu wylanych żali. Czy warto ryzykować? Z pełną świadomością dwóch rozwiązań sytuacji. A może lepiej uniknąć porażki, ale tym samym jednocześnie rezygnując z szansy wygranej? Tak, wiem. Strasznie bredzę. Ale na razie chyba zacznę swój bieg. W końcu w każdej chwili można zwolnić, cofnąć się lub całkowicie wycofać. Nieprawdaż?

Sprawa z praktykami się chyba wyjaśniła. Ale naprawdę nie mogę niczego wiedzieć do końca. Matka moja nieźle zagrabiła i to nie tylko mnie. W piątek dygałyśmy po mieście i innych pipidówkach roznosząc decyzje. Po powrocie do domu nie bolały mnie tylko te części ciała, których nie miałam. A godzina spędzona w wannie pozwoliła urodzić się na nowo.

Teraz jakoś inaczej to traktuję. Osobiście bardziej. Prywatnie i mojo. Puchaty zeszyt w kratkę chłodnie wszystko, co pomyślę lub poczuję. Nie klawiatura. Obowiązuje pełna paleta emocji i odczuć.


♪♪ Piotr Rogucki - A my.mp3

środa, 17 sierpnia 2005

ehe ehe

Ehe. Ehe. Bo wciąż niezdrowa. Myślałam, że gorzej już nie trafimy niż do siedzenia bezczynnie i gapienia się w ściany. Jakże się myliłam! Tym razem przydzielono nas do mycia okien! Tak właśnie, do my-cia o-kien. W takim oto kontekście nasuwa mi się pytanie, po jaką cholerę ja studiuje, i po jaką cholerę są te praktyki... No i co ja niby mam wpisać w dzienniczek? Przed dwa pierwsze tygodnie umierałam z nudów przed komputerem, później nauczono mnie myć okna. Skakałam po parapetach, po drabinie, która lewo, co trzymała się kupy, telepiąc się na lewo i prawo. Przy tych jakże pożytecznych pracach dusiłam się od zapachu świeżej farby olejnej. Bo astma moja i alergia protestować z letka zaczęły. A i zapomniałabym o rozdartych spodniach, które również widocznie wpisały się w plan praktyk. Naprawdę pożytecznie spędziłam ten czas.

A tak z innej beczki. Płaci się za neostradę 128 ma się 512. Burdel w tepsie. Dobra nasza.

Czuję dziwne w piersiach kłucie. Nie wspomnę o wszystkich moich lękach. Bo przecież ile można? Przed snem już nie marzę. Czasami tylko o zimie, nie wiedzieć, czemu. Przykładam głowę do poduszki i bronię się przed własną wyobraźnią. Żeby nie zapeszyć. Żeby nie zapeszyć. Staram się nie przeżywać, nie ekscytować, nie emocjonować. Bo jeszcze lepiej nie. Bo lepiej nie obiecywać sobie złotych gór. Staram się opamiętywać. Pośpiesznie robię cokolwiek. Udaję, że w sumie to nic się we mnie nie dzieje. Że jest po staremu. Bezpłciowo i głucho. Nie zawsze się udaje.


--
Dawno już nie chodziłam tak nerwowo po domu. Dawno już żołądek nie podchodził mi do gardła. Widok uda lewego zrekompensował nerwy na minut pięć. Nie więcej. Teraz drżę. Teraz naprawdę pragnę uciec. Tylko gdzie...?


♪♪ Coma - Piosenka pisana nocą.mp3

poniedziałek, 15 sierpnia 2005

a niebo znów na głowę spada mi

Mam w sobie dziwny strach. Być może bezpodstawny, być może nie. Tak jakby każda minuta milcząca miałaby oznaczać, że ciągu dalszego nie będzie. To bardzo męczy. Zwłaszcza mnie samą. W głowie mam jedną wielką gonitwę myśli i nikt mi nie powie, że wystarczy uwierzyć. Z tym u mnie też trochę na bakier. Nie, że nie chcę. Chcę, nawet może za bardzo. Tylko ten paraliżująco – miażdżący strach powala mnie. Cha-os.

Wciąż wydostające się ze mnie dźwięki znacznie odbiegają od normy. Ja już nawet nie zwracam na nie uwagi. Zadręczam się czymś zupełnie innym. Katuję myśli. Albo to raczej one katują mnie. A do kosmetyczki w życiu nie pójdę. Twarz moja po takiej wizycie wygląda sto razy gorzej niż wcześniej! o.

Już teraz spokojniej w głowie. Już dziś natenczas sztorm ustał. Na razie. Póki, co.


♪♪ Hey - List.mp3


16. sierpnia 2005 - 18:50
Odmawiam sobie odmawiania czekania. Czas pokaże na ile czasu.

sobota, 13 sierpnia 2005

nic dodać, nic ująć

A wpadła dyrekcja do pokoiku praktyk i spytała, czego my się tu uczymy. A my miały im odpowiedzieć? Że niczego, bo do niczego dopuścić nas nie chcą. No nie bardzo. Wiec my milczały jak takie dwie kutwy. To jest potworne, bo w końcu nie po to tak przychodzę żeby gapić się przed siebie. Dopiero w piątek pokazano nam co nieco. (lepij późno niż wcale) Bo jak to określiła kierowniczka: "spędziłybyście 2 tygodnie w jednym dziale i nie wiedziały co się w nim robi". Ano nie wiedziały, a przepraszam czyja to byłaby wina? Tak, więc opowiedziała, co nieco w skrócie, po czym dodała, że robota jest nudna, męcząca i ogólnie do dupy. No może trochę inaczej to sformułowała. To zachęta miała być dla nas? Naprawdę całkiem specyficzna, nie ma, co! A informatyk jest strasznie dziwny. Nachalny bardzo. Mam dość wszystkich jego seksistowskich uwag, spojrzeń i podtekstów. Dla wszystkich praktykantów, bez wyjątku. Nawet dla tych płci męskiej. I jak się wypachni to czuć na kilometr, że w gardło gryzie. O, i w piątek przytrzasnęli mi tam paluszek i gage mam teraz.

Może to rekompensata od losu. Jakaś forma prezentu. Sama nie wiem, ale zbieżność dat i rozbieżność przeżywanych przeze mnie emocji zadziwia mnie. Nie chcę tak tego stawiać na ostrzu noża. Zbyt duży obowiązek na czymś, na co mój wpływ jest ograniczony. (W życiu nigdy nie chcę nic cofać. To taka refleksja po obejrzeniu jednego z seriali na telewizyjnej dwójce.)

Kolejna trauma na całe życie. A przynajmniej na kilka następnych dni. U kosmetyczki spotkałam babkę od angielskiego. Rok cały zajęło nam zastanawianie się nad odpowiedzią na pytanie, czy ona jest aż taka głupia czy tylko udaje? A po wyjściu z gabinetu miałam twarz jakbym przeżyła bliskie spotkanie trzeciego stopnia... ze ścianą. pff.

No i niech mi ktoś odpowie na pytanie, skąd u mnie ta pijacka chrypka, no skąd...?



--
jestem prostym pytaniem. jesteś na nie odpowiedzią.

wtorek, 9 sierpnia 2005

odragniam nieodgadnione

Błogo jest. Ze wszystkich sił staram się ogarnąć to rozumem. Odragniam nieodgadnione. Przynajmniej próbuję. Rezultaty są różne. Być może nie o to tu chodzi. Może nie trzeba rozumieć, być może wystarczy czuć. Ale pomimo wszystko analizuję każdy najdrobniejszy fragment całości. Każdy szczegół poddaję przeróbce wtórnej. Tak jakoś automatycznie. Jakby nie było wiem jedno, jeśli nie spróbuję to się nie dowiem. Milion dwieście razy próbowałam wyobrazić sobie jak to będzie i jak być powinno. I nic co było w moich wyobrażeniach nie jest takie jak w rzeczywistości. Jest stokroć lepsze. Tak, lepsze. Przynajmniej na razie. A dalej, dalej niech się dzieje co chce. Co dziać się ma.

A teraz? Teraz siedzę na praktykach, grzeję tyłkiem stołek i zbijam bąki. Jeszcze ten tydzień. W następnym mamy ponoć wybrać się na warsztaty. Swoją drogą nie wiem co gorsze. Siedzenie tu z naszą przyjaciółką nudą czy zajmowanie się niepełnosprawnymi na warsztatach. Nie żebym coś, ale zwyczajnie jestem przerażona takim zajęciem. No cóż... i w tym wypadku muszę powiedzieć niech się dzieje co chce!

Mam adoratora! Bardzo specyficznego, ale przecież człowiek uczy się przez całe życie. Mój Romeo ma cztery łapy i dziś już drugi dzień z rzędu zaczepił mnie na ulicy w trakcie drogi na praktyki. Wczoraj pokładał mi się na bucie i wkładał łapki pod spodnie. Dziś nie był już taki bezpośredni. Może się zdradził po tym jak wczoraj nie odwzajemniłam jego amorów? No cóż... W każdym razie kumpel bury - fajny pies!


--
sieradz miastem akcji i atrakcji! (nawet nie czuję jak rymuję) W nocy dzisiejszej świr jakiś latał po ulicach z nożem i na golasa. chciał ludzi pozarzynać i wymachiwał nożem rysując nim samochody. generalnie genialnie! dostał od policji razy cztery z broni a i tak w karetce rzucał się na lekarzy. ponoć upity i naćpany był. yhh. gdyby głupota miała skrzydła niektórzy ludzie nigdy nie dotykaliby stopami ziemi... [info]

sobota, 6 sierpnia 2005

n-ie

Środa była ciągiem dalszym przepisywania z pustego w próżne, czwartek dniem żenady całkowitej. Piątek z resztą tak samo. No przepraszam, może jestem kopnięta, ale jeśli już pofatygowałam się na praktyki to naprawdę chciałabym je odbyć. A tymczasem czuję, że dla nich wszystkich to, że my musimy tak przychodzić to tysiąc razy większego zło konieczne niż dla nas. Najchętniej pozamykaliby nas w jakiś dziurach byleby tylko nie wadzić otoczeniu. A już na pewno nie pozwolą nam zająć się czymś. Przecież nuda w robocie jest taka trendy!

Wcale nie myślę o tym tak dużo. Mniej więcej sześćdziesiąt razy na minutę. Tworzę niestworzone historię. Opamiętuję się tylko w chwilach zapomnienia. Na przykład w piątek. Momentami, na letnim kinie w amfiteatrze. Ale tylko czasem. Bo czasem przydałby się podmiot myśli moich. A nawet czasem trochę częściej niż czasem. Zdecydowanie trochę bardzo. Za dużo myślę, zdecydowanie za dużo.


--
jestem z siebie niezmiernie duma. w czwartek wieczorem, po ciężkim boju trwającym niespełna godziny 4 pokonałam wirusów ponad 40. w komputerze ma się rozumieć, nie w organizmie. po tej przygodzie prawdę powiem jedną NIE, czyli NIE dla IE. pff.

wtorek, 2 sierpnia 2005

dzień drugi

Praktyki - dzień drugi. Wciąż czuję ten okropny zapach kapusty ze stołówki na dole. Przepisywanie z pustego w próżne w warunkach kiepskich raczej nie jest tym, o czym marzę na wakacje. Dostałam zeszyt służbowy (łał), ale długopis mam prywatny. Nie pogadasz. A chadzam tam na piechotę, co by na biletach zaoszczędzić. Ale cicho.

Tak na siłę odcinam się od tego. Wszystkimi nożyczkami, które mi dostępne w głowie. Nie lubię tej operacji, bo nie tego pragnę. Chciałabym wsiąknąć w to jak woda w gąbkę. Może jeszcze nie czas. Może muszę się upewnić. Może.


♪♪ Coma - Leszek Żukowski.mp3

poniedziałek, 1 sierpnia 2005

imagination

Pierwszy dzień praktyk minął bezboleśnie. Jeszcze do końca nie wiem ja to wszystko będzie wyglądało, ale mam nadzieję, że nie taki diabeł straszny... Chociaż ruda z dziekanatu jak zwykle namieszała i teraz trzeba szukać rozwiązania. Tak czy siak kierowca autobusu z daleka wyglądał na nowego. A "Szalone życie Rudolfa" powala ze śmiechu.

Teraz już nie nastawiam się na happy end. Wieczorami wymyślam sobie chłopców z plasteliny, tak na własne potrzeby. Są bardzo wygodni. Mieszczą się w przestrzeni mojej głowy, nie wychodzą poza wszelkie ramy czy normy społeczno-kulturalne. Mają wyuczone przeze mnie nawyki i nigdy nie odmówią zaklejenia kolejnej pustej przestrzeni. Jakie to proste. Wystarczy tylko stworzyć sobie sztuczny świat w wyobraźni.


♪♪ Dave Matthews Band - Everyday.mp3