wtorek, 28 marca 2006

a szponach afektu

niespójnie mi. przelotnie, pobieżnie i zupełnie nielogicznie. patologicznie. taka infernalna egzystencja na skraju wyczerpania, tego i owego. na razie odrzucam od siebie refleksje. odpoczywam od całej tej afektywności, która kisi się we mnie. że aż strach, że wybuchnie. poczekać, popatrzeć i ustosunkować się jakoś do tego.

a tym czasem zająć własne ja. pomachać sobie przed nosem lekarstwem na złamane serca, niepowodzenia wszelkie, rozczarowania zupełnie i te połowiczne, wyrzuty sumienia, bóle istnienia, napadową niechęć do życia też. pomachać... jak pętkiem kiełbasy przed psem, jak cukierkiem przed oczyma dziecka. a potem zażywać powoli dozując sobie wszelkie wewnętrzne doznania w wyważonych porcjach. kontemplować. rozmawiać, rozmawiać rozmawiać. o wszystkim. o niczym. nie, nie o tym. a potem iść przez deszcz. i żeby się lało, i żeby kapało. komórka, chodnik, komórka. słowa brudzić w niepełnosprawnych zdaniach. kleić coś, skręcać a w międzyczasie wpadać w kałuże. te małe i te duże. i nie milczeć. wyrażać. niekoniecznie na głos, ale wyrażać.


"(...) Unikaj milczenia
z którego zbyt często korzystasz
ono może rozwiązać ci język."
Ewa Lipska

niedziela, 26 marca 2006

być albo i nie

wielbię taką pogodę. kiedy mgliście i dżdżyście. zdradziłabym wtedy swoje czwarte piętro na rzecz niskiego parteru, otwartych okien i drzwi, bujanego fotel, koca i dobrego kakaa. słuchałabym muzyki deszczu, wdychała mgłę, zamykała oczy od czasu do czasu otwierając je by obserwować rozbijające się o asfalt krople deszczu.

chwila refleksji po obiedzie z rodziną, na którym nie zauważono mojego istnienia, a w roli głównej był mój kuzyn i jego bogata rodzina, w którą wżenił się jakiś miesiąc temu. otóż, może pora przestać być anonimowym i niewidzialnym. całe życie spędziłam w cieniu. całe życie bez cienia życia. no i co dalej? jak dalej? więc może pora wyjść z cienia życia. ale muszę to jeszcze bardzo skrupulatnie przemyśleć. moje "być" kosztuje od 42 do 392 zł. w zależności od jakości, charakteru i natężenia mojego jestestwa na tym świecie. to spora inwestycja, nawet biorąc pod uwagę te najtańszą opcję...

--
i na marginesie:
pytanie jak u samosi. nie żebym nie chciała, ale to bardziej kwestia tego czy będzie po co. czy będzie, czy nie? - to dopiero jest pytanie! bo tak iść po próżnicy i czekać godzinę. no niby nic nie tracę... poza godziną snu więcej. :P



27. marca, 21:12
głęboki oddech i do dziesięciu. wydech. i znów. głęboki oddech i do dziesięciu...
jakkolwiek by nie wyszło, bardzo dużo nauczyła mnie ta sytuacja...

czwartek, 23 marca 2006

myśli niespokojne

natręctwa myślowe nie dają mi spać, jeść, żyć a nawet myśleć. wszystko robię ŹLE i nie tak jak trzeba, nie tak jak robić powinnam. cała jestem jednym wielkich chodzącym ZŁEM. że aż to wszystko ze mnie kipi. że aż sama nie mogę się znieść i mogłabym nie czekać na dzień sądu ostatecznego tylko samemu wymierzyć sobie karę. uhm.

marzanna była w pompkę, jak to powiedział idol milionów, a właściwie ten, który się pod niego podszywał. szarfa mojego pomysłu i to idiotyczne, karaoke, którego tak niecierpię. trudno. może nie jestem ani na czasie, ani w pompkę. bawi mnie co innego, śmieję się z innych żartów i w ogóle, i jestem taka niedzisiejsza. ahh, jaka ja jestem niedzisiejsza. ale, ale z tym to mi akurat całkiem dobrze.

pewnien ktoś znów się obudził z zimowego snu w mojej głowie i brzęczy czule. nie potrafię odgarnąć tych wszystkich myśli, zgnieść i wyrzucić. zamykam oczy i wtulam się w miękkie wyobrażenia. we wszystko to, co nigdy się nie zdarzy, albo we wszystko to, co było tak krótkie, że do tej pory nie wiem czy to był sen czy już jawa... ale nie ważne. było, minęło, nie wróci. nie ważne. nostalgicznie mi.


♪♪ edyta bartosiewicz - ostatni.mp3

niedziela, 19 marca 2006

ssstesssująco

żyję w ciągłym ssstresie. przewlekłym, paraliżującym, deprywującym ssstresie. takim, że aż stach. bo dużo ram i okładek, a za mało życia w życiu i-te-pe. że snuje się po domu, że nie wiem co począć ze sobą... w domu i w życiu. że wszystko to takie nieokreślone. ni szare, ni czarne, ni białe... ni-jakie. przezroczyste. i jak zwykle śmierdzę nudą. ja. zwiędły owoc istnienia. jakbym znajdowała się w jakiejś głuchej próżni, w której nie ma nikogo ani niczego innego poza mną. biała/czarna rozpacz. zatrważające.

brakowało mi takich wieczorów, choć ten ideałem nie był. bo ani ciemno, ani specjalnie klimatu nie było w wielkiej sali, w której zamiast muzyki grało echo. nic, że później trzeba było wracać. naprawdę nic, bo w środku mi się coś ruszyło na chwilkę., na małą chwilkę małą chociaż. teraz jest już jak dawniej. beznamiętnie i pusto. /pomijając krzyk. bo głuchy, bo zdążyłam przywyknąć. chociaż.../

niedziela, 12 marca 2006

ścisła kooperacja

może jednak wymyśliłam sobie wszystko. może nic nie jest takie, jakim się wydaje, że jest. może mi się zdaje... może jednak, a może nie. może jestem jedną z wielu, a może jedyną. może jestem dobrem, a może złem. może porażką, a może wstydem tego świat. może jednak coś mi jest? (tylko co?) może jestem, a może... nie. /chaos/

czasem zdarza się, że jestem sobie paskudnym pasożytem. czasem jest mi z tym źle, a czasem nie. potem myślę co powiedzieć i jak zrobić żeby pozbyć się mola w postaci żywiciela. bo skoro soki wyssane, to nie ma potrzeby męczyć się z tym dłużej. jak tak czasem pomślę sobie, że a nóż, a może potrzymać na więcej... że może, ale nie. tym razem na pewno nie. to ciche pryky, aczkolwiek na tyle głośne żeby go nie usłyszeć upewniło mnie tylko w przekonaniu, że ta bajka skończy się jeszcze zanim się zacznie.


♪♪ audioslave - i'm the highway.mp3

czwartek, 9 marca 2006

prześladowania

może jednak powinnam zostać w domu. zakryłabym się kołdrą i ominęło by mnie to wszystko. pytanie tylko jak długo musiałabym nie wyłazić spod tej kołderki żeby ocaleć. mało tego, żeby wyjść z tego nienaruszona. ale cóż... stało się, jak stało, mleko się rozlało. /nawet nie czuję jak rymuję./ może to wszystko to ta ptasia grypa, która wisi nad nami, a może fatum, które krąży. a może na odwrót. ale jakby nie było tym razem nie jest miło. czuję się jak jedna z owiec w samym środku stada wilków. jeszcze chwila i mnie rozszarpią. za co? chyba za to, że jestem, że żyję i oddycham tym samym powietrzem co i oni. tylko, że to ludzie. ale to szczegół, bo nawet zwierzętom potrzeba lepszego powodu do ataku. nie wiem na jakiej zasadzie nastąpił ten podział na klasy społeczne, ale czuję, że jestem po drugiej stronie barykady jako jedna z plebsu. burżuazja rządzi i generalnie gnębi resztę jak hitlerowcy żydów w czasie okupacji. aż strach cokolwiek się odezwać, bo cokolwiek powiesz może być wykorzystane przeciwko tobie. aż strach się bać.

ja tam nie chce prorokować, ale jak tak dalej pójdzie to nie wytrzymam końcu tego napięcia i wygarnę wilkom to i owo. może mnie zjedzą na przekąskę, a może połkną w całości. trudno. niech im stanę kością w gardle. i już!


♪♪ hey - leżę tu, leżeć chcę.mp3

środa, 8 marca 2006

stupor emocjonalny

ja wiem, że to już było, ale jakoś tak mi się zachciało. możliwe, że to nie pierwszy raz kiedy będę miała chcicę na takie starości. a co tam, zaszaleję!

a tak poza tym, to jestem poza tym wszystkim i po środku niczego. moje emocje potrzebują gwałtownej grawitacji lub/i/albo gwałtownego poruszenia. aktualnie trwa ogólna stagnacja na poziomie... znów czarna dziura i "na pewno będzie wojna, na pewno coś się stanie, niepokój rośnie w moich snach..."


//update. 9. marca, 9:11
tak lepiej, zdecydowanie lepiej.

sobota, 4 marca 2006

pędzimy, w szale, pędzimy

czasami łóżko staje się koniem a ja wielkim dzieckiem. potem pędzimy we trójkę, ja, koń i cyganka. tak zupełnie bez żadnych podziałów na klasy. dla niej ja też mam 5 lat i mogę skakać, i tańczyć, i chować się przed wymyślonym deszczem pod deską do prasowania. szkoda, naprawdę szkoda, że dzieckiem nie można być zawsze.
póki co moje wewnętrzne dziecko jak i zewnętrzny dorosły boi się spotkania pierwszego stopnia z bara-bara. tra-ta-ta-tra-ta-tra-ta-tata...

przyzwyczaiłam się o swojej ciasnej skorupki. teraz już nawet nie wiem jak wyrazić słowami co czuję, baa... jak wyrazić myślami. wystarczy mi przeżywanie wszystkich żalów, awersji i lęków. i monotonia przybija. a podobno dobrej samotności można się nauczyć. podobno.

a kolega z wojska... no.


--
najpierw picie towarzyskie, potem zwiększenie tolerancji i potrzeb. później już subiektywny przymus i odwyk. oto wywróżyłam sobie scenariusz na własne życie. trochę na wyrost i hop do przodu, ale cóż. przynajmniej będę wiedziała kiedy nie będę wiedziała, że powinnam wiedzieć. CZIS.
i przy tej okazji jeszczu raz wszyćkiego najlepsiejszego Gosiu! :*


♪♪ maria peszek - czarny worek.mp3