że niby, że wiosna? taak? gdzie, co, jak...? bo jakoś tak nie zauważyłam. jedyny pączek jaki zauważyłam to ja w lustrze. wszakże nierozkwitający. gnijący bardziej. (bo nie ma kto podlać… a chwasty się pieli, nie nawozi.)
wszystko przeżyłam. i komisariat, i szok promocyjny (gdzie całe przygotowania i kwintesencja tego jeszcze przede mną), i własną niedoszłą (mam nadzieje, że jeszcze) przyszłość. i to mi wcale sytuacji nie rozjaśnia. wręcz przeciwnie. gmatwa ją jeszcze bardziej. momentami najchętniej rzuciłabym te wszystkie zabawki, tupnęła nóżką i poleciała w pizdu. w opowieści to brzmi przepięknie, pączek w maśle normalnie... no może z małymi plamami zakalca. ale generalnie nie ma na co narzekać. real jednak przytłacza. no bo gdzie i taka konfiguracja rzeczy? kuc też by się uśmiał jakby powiedziano mu, że czeka go przyszłe rumakowanie. niech mi ktoś mocy da. moocyyy...
pierwszy raz w życiu dostałam propozycję wiązaną. a mianowicie za mąż pójście z jeszcze wcześniejszym zapłodnieniem w zamian za zdjęcie stóp. należy przy tym dodać, że owe zapłodnienie miałoby być romantycznym i empatycznym czynem mającym na celu pomoc mi w legalnym zamieszkaniu za granicą.
cytuję: "wiedząc, że służby imigracyjne są zawsze uciążliwe zapłodnię Cię gdy tylko będziemy razem a to zmusi władze do udzielenia Ci prawa pobytu."
(pan mąż chyba mocno śpi snem zimowym, że nie wie, iż polska od jakiegoś już czasu w ue. no ale, pomińmy fakt...)
w celu zapłodnienia i późniejszego za mąż pójścia miałabym udać się autobusem w kierunku paryża... "bo samoloty takie drogie" - jak to powiedział mój przyszły małżonek. istotnym aspektem sprawy jest sytuacja "naszej" burzliwej aczkolwiek bliżej lub dalej niezidentyfikowanej miłości... sytuacja przedstawia się tak, że mój przyszły współmałżonek jest cholera wie kim i Bóg wie skąd pochodzi. a z tego co pisał to niespełniony muzyk z zacięciem na komponowanie, bez wykształcenia i pracy, pół portugalczyk, pół tunezyjczyk, urodzony w anglii, na stałe zamieszkuje francję...
muszę skorzystać, innej opcji nie ma. taka szansa może już się nie powtórzyć! czaa chwycić byka za rogi, o!
to jest dżony czy pan dżony? ja to ty czy per pani. no niechże się zdecyduje... na ty. zdecydowanie na ty zdecyduje. to odmładza, dystans skraca i jakoś tak uczłowiecza człowieka.
a mają być zaproszenia, wino, słodkości, ciemności, klimacik, cuda wianki i cuda na kijach... wszystko ma być tylko jeszcze trochę czasu trzeba. a póki co ja szukam kogoś kto ładnie gitarzy (w sensie na gitarze gra) i kogoś kto się śpiewaczeniem zajmie (znaczy śpiewaniem). a jakby umiał jedno i drugie to byłby już całkowity wypasik. zna ktoś, zna? poleci mi, poleci? ciurkiem, ciureczkiem...?
sobota, 24 marca 2007
środa, 14 marca 2007
bieg piąty, bez trzymanki i pasów bezpieczeństwa
oszukiwałam się, że ja tak potrafię. a jednak wymiękam na sam widok, na sam dźwięk. jest i dystans, ale nie z mojej strony. znów tworzę w głowie niestworzone historie. i nie ma co sobie wyobrażać. nadinterpretacja zawsze była moją mocną stroną, ale tym razem trzeba wziąć na luz i odpuścić sobie. bo jak tak siedziałam obok i patrzyłam jak w obrazek święty, a w środku wszystko się trzęsło, to można było dotknąć opuszkiem palca małego garderoby mojej własnej, bym się poruszyła albo chociaż wzdrygnęła. czy tym razem wyglądałam jak kobieta? jak kobieta potrzebująca... taka, która nocami wciska głowę w poduszkę, przykrywa się kołdrą po czubek nosa i żebra spojrzeniem o skrawek dotyku. a kiedy ma go na wyciągnięcie ręki, boi się poprosić. (bo takiej nie dają go od tak, za darmo.)
ale nic, trzeba być silnym i patrzeć na to jak na okładkę kolorowego magazynu, jak w program rozrywkowy dla pop-kulturowej młodzieży. powiedzieć sobie, że to pryszcz, bułka z masłem, koty za płoty i-te-pe. wcisnąć znów głowę w poduszkę, nacisnąć kołdrę na twarz i zniknąć dla świata. i teraz tylko "come away with me in the nigth" gdy oczu wścibskich brak.
nie myślę o tym z żalem, myślę spokojnie. nie myślę o tym z sentymentem rozckliwiającym, myślę spokojne. nie myślę o tym uwodzicielsko, myślę spokojnie. ale myślę, wciąż jednak, pomimo wszystko... pomimo upływu lat.
wu-zet-ha-e zmów skopało sprawę. naprawdę nie chce mi się rozwodzić na ten temat, bo to żenada. a i męczy mnie to wszystko już permanentnie. wygląda na to, że tam się książek nie czyta. a dżony najwidoczniej w ogóle nie wie jak one wyglądają (o czytaniu już nie marząc), bo wciąż tylko pakuje, pakuje, pakuje... jak to dżony.
i na koniec taka krótkie, aczkolwiek treściwe refleksje i autorefleksje:
- jesuuu.., jaka ja jestem gruba i żałosna w tych swoich "staraniach". :(
- jazz dodaje jasności myśleniu. i lampce nocnej też. koi, spokoju dodaje. s-pokoju. pokoju w pokoju.
- na ostatnim siedzeniu w autobusie najlepiej trzęsie. ot, takie małe przyjemności, codzienne radości…
- wszystko ostatnio jakoś tak szybko, zaskakująco, przerażająco, niebezpiecznie, niezbyt przyjaźnie… niech to się jakoś uspokoi, bo dostanę choroby lokomocyjnej w czasoprzestrzeni. coś w stylu fobii paranoiczno-wszechstronno-życiowej. (choć sama nie wiem czy owe stwierdzenie dokładnie odzwierciedla wszystkie dziwaczne rzeczy, które ostatnio mi się przytrafiają i które wywołują we mnie te jakże nieprzyjemne stany emocjonalne w postaci, np. niepewności, zaniepokojenia, strachu wręcz, wkurzenia na głupotę ludzką, odrzucenia, zagubienia… i wielu, wielu innych, których nie sposób wymienić z racji zagmatwania i skomplikowania ich i stanu mojego własnego).
wystraszyłam się nie na żarty. do tej pory to mi szczenę otworzyło i zamknąć nie może. najlepiej zamknąć się w domu, na cztery spusty i nosa zza drzwi nie wystawiać. bo strach się bać...
...i dla nerwów ukojenia. (czytaczy bardziej niż moich własnych.) pod hasłem: "jestem lepsza niż wu-zet-ha-e" tudzież ówdzież majaczenie panny eM.
♪♪ norah jones - don't know why.mp3
ale nic, trzeba być silnym i patrzeć na to jak na okładkę kolorowego magazynu, jak w program rozrywkowy dla pop-kulturowej młodzieży. powiedzieć sobie, że to pryszcz, bułka z masłem, koty za płoty i-te-pe. wcisnąć znów głowę w poduszkę, nacisnąć kołdrę na twarz i zniknąć dla świata. i teraz tylko "come away with me in the nigth" gdy oczu wścibskich brak.
nie myślę o tym z żalem, myślę spokojnie. nie myślę o tym z sentymentem rozckliwiającym, myślę spokojne. nie myślę o tym uwodzicielsko, myślę spokojnie. ale myślę, wciąż jednak, pomimo wszystko... pomimo upływu lat.
wu-zet-ha-e zmów skopało sprawę. naprawdę nie chce mi się rozwodzić na ten temat, bo to żenada. a i męczy mnie to wszystko już permanentnie. wygląda na to, że tam się książek nie czyta. a dżony najwidoczniej w ogóle nie wie jak one wyglądają (o czytaniu już nie marząc), bo wciąż tylko pakuje, pakuje, pakuje... jak to dżony.
i na koniec taka krótkie, aczkolwiek treściwe refleksje i autorefleksje:
- jesuuu.., jaka ja jestem gruba i żałosna w tych swoich "staraniach". :(
- jazz dodaje jasności myśleniu. i lampce nocnej też. koi, spokoju dodaje. s-pokoju. pokoju w pokoju.
- na ostatnim siedzeniu w autobusie najlepiej trzęsie. ot, takie małe przyjemności, codzienne radości…
- wszystko ostatnio jakoś tak szybko, zaskakująco, przerażająco, niebezpiecznie, niezbyt przyjaźnie… niech to się jakoś uspokoi, bo dostanę choroby lokomocyjnej w czasoprzestrzeni. coś w stylu fobii paranoiczno-wszechstronno-życiowej. (choć sama nie wiem czy owe stwierdzenie dokładnie odzwierciedla wszystkie dziwaczne rzeczy, które ostatnio mi się przytrafiają i które wywołują we mnie te jakże nieprzyjemne stany emocjonalne w postaci, np. niepewności, zaniepokojenia, strachu wręcz, wkurzenia na głupotę ludzką, odrzucenia, zagubienia… i wielu, wielu innych, których nie sposób wymienić z racji zagmatwania i skomplikowania ich i stanu mojego własnego).
wystraszyłam się nie na żarty. do tej pory to mi szczenę otworzyło i zamknąć nie może. najlepiej zamknąć się w domu, na cztery spusty i nosa zza drzwi nie wystawiać. bo strach się bać...
...i dla nerwów ukojenia. (czytaczy bardziej niż moich własnych.) pod hasłem: "jestem lepsza niż wu-zet-ha-e" tudzież ówdzież majaczenie panny eM.
♪♪ norah jones - don't know why.mp3
piątek, 2 marca 2007
w nieładzie, nie w składzie
"idzie straszne i nieznane. idzie snów wymazywanie." teraz to już będzie inaczej trochę. skoro poufałość i zaufanie nie zdały egzaminu, pora wykorzystać dystans z jej wierną przyjaciółką - nieufnością. może i wrażenia mniejsze, ale mniej też później boli. korelatem niewątpliwie była, jest i będzie wierna pani podejrzliwość, która stoi przy mnie, baa... nawet siedzi we mnie niczym glista ludzka (blee! cóż za wysublimowane porównanie...) w jelicie non stop. i nie trzeba być zbytnio mądrym aby wywnioskować, że pożera niespożyte ilości energii, wydalając tym samym masę wybujałych ekstremalnie emocji. jakby nie było, od dziś... a nawet od wczoraj w kwestiach dotyczących TEGO tematu prowadzać się będę z dystansem pod jedną, a z nieufnością pod drugą rękę, taszcząc w sobie tę glistę ludzką zwaną pospolicie podejrzliwością, która ulokowała się we mnie lepiej chyba na dobre... albo raczej na złe. (wyczuwam przewagę sił tajemnych, nieznanych mi mocy i wiedzy para-jakiejśtam. bo, że skoro to nie ja, to po co używać to straszne, aczkolwiek nieodłączne z pop-kulturą słowo na "er", hę? po co mieszać w to, takie relacje? zwłaszcza, że ja tego w planach nie przewidywałam, przynajmniej nie tym razem. bo co za dużo i zbyt często, to... sami wszyscy wiemy.)
dobrze, poczekam jeszcze skoro trzeba. choć przyznam się szczerze, że czym bliżej tym dalej. bo okropnie się to wszystko dłuży. ciekawość mnie zjada od środka. ale tam, ja to już mały pikuś. pani de., to dopiero będzie niepocieszona... delikatnie powiedziawszy.
"idzie zimne i nieznane. idzie wielkie mózgów pranie." jakoś tak wyszło, że przyszło mi zajrzeć do archiwum i odtworzyć tę rozmowę sprzed kilku dni. przykro, że to tak we własnym gnieździe nastają na cię i nawet wyrzutów sumienia przy tym brak. tyle, że to przy okazji budzi autorefleksję i strach... nie, nie... nie strach, panikę. tak, zdecydowanie to panika. albo coś gorszego. że ja nie dam rady, nie. nie tym razem, o nie. to nie przejdzie, nie ma mowy. nie ma takiej opcji, nie ma siły. więc co w takim razie...? nic, tylko usiąść i płakać... jak w piaskownicy. czy, czy można urlop od zycia, tak np. do końca życia?
pożeram wzrokiem skoro inaczej nie da rady.
Pe-eS.
pochwalę się. a co, wolno mi! ...chyba.
♪♪ maria peszek - czarny worek.mp3
dobrze, poczekam jeszcze skoro trzeba. choć przyznam się szczerze, że czym bliżej tym dalej. bo okropnie się to wszystko dłuży. ciekawość mnie zjada od środka. ale tam, ja to już mały pikuś. pani de., to dopiero będzie niepocieszona... delikatnie powiedziawszy.
"idzie zimne i nieznane. idzie wielkie mózgów pranie." jakoś tak wyszło, że przyszło mi zajrzeć do archiwum i odtworzyć tę rozmowę sprzed kilku dni. przykro, że to tak we własnym gnieździe nastają na cię i nawet wyrzutów sumienia przy tym brak. tyle, że to przy okazji budzi autorefleksję i strach... nie, nie... nie strach, panikę. tak, zdecydowanie to panika. albo coś gorszego. że ja nie dam rady, nie. nie tym razem, o nie. to nie przejdzie, nie ma mowy. nie ma takiej opcji, nie ma siły. więc co w takim razie...? nic, tylko usiąść i płakać... jak w piaskownicy. czy, czy można urlop od zycia, tak np. do końca życia?
pożeram wzrokiem skoro inaczej nie da rady.
Pe-eS.
pochwalę się. a co, wolno mi! ...chyba.
♪♪ maria peszek - czarny worek.mp3
Subskrybuj:
Posty (Atom)