środa, 30 marca 2005

masło maślane

Potwornie dziwne uczucie. Takie niecodzienne, nie do końca zrozumiane przeze mnie, ale natenczas przyjemne. Najpierw oczekiwanie, a później parę słów generalnie bez większego sensu, ale mimo to dających poczucie obecności. Że moje "jestem" nie jest taką "igłą w stogu siana" jak mogłoby się wydawać. Że skoro słowa powtarzają się to musi być tego jakiś powód. Że na pewno nic na siłe tylko z woli własnej. A skoro z woli własnej to musi być coś w tym ciekawego. A co za tym idzie skoro w tym jest coś ciekawego, to musi być to we mnie. Bo właściwie to wszystko jest mną, bo ze mnie "wypływa". I jeśli zostało zauważone wśród tylu innych to powinnam docenić... siebie(?) /ło jeny... potwornie ciężko przechodzi mi to przez gardło tudzież przez palce/ Daje to pewien komfort i "motorek", który wciąż karze udowaniać, że teraz to moje "jestem" nie jest jakie być powinno, ale zrobię coś żeby wreszcie zaczęło być widoczne. Nie tylko dla innych. Dla siebie.


--
(btw. o jak ja uwielbiam tak pisać /mówić/ żeby powiedzieć wszystko, ale tak naprawdę nie powiedzieć nic. takie masło maślane.)

oby

Przecież Ty wiesz jak ciężko o tym mówić. Ja już nawet o tym nie myślę. Czasami tylko kiedy spojrzę to przypominam sobie. I nawet wtedy długo nie zastanawiam się na ten temat. A jeśli już to nigdy o skutkach, tylko o przyczynach, które i tak po czasie okazują się zupełnie inne niż wtedy. Przynajmniej w mojej głowie. Tam w ogóle jest inaczej niż na zewnątrz. Mnie nie wolno myśleć, że to nie moja wina. Nie powinnam, ale czasami mi się zdarza. Poźniej mam żal. Mam żal do siebie o to, że mam żal do nich.

To jest tak, że jak jest duszno to otwiera się okno i ja je od czasu do czasu otwieram. Wietrzę. Później robi się przeciąg, wypadają okna, powstaje bałagan, a ja mnie "przewiewa". I nawet jeśli wprawię nowe okna, a one mocno utwierdzą się w ramach to zawsze będzie ślad po tym, że kiedyś powypadały. I zawsze będę chodziła "przewiana". Chyba, że kiedyś ucieknę z tego pokoju gdzie tak często pojawia sie huragan... Oby.




/niemożliwe.../

stuhr i szczur

Niestety nie ma tak dobrze. Mocno ważne spotkanie nie odbyło się. Szefowa gazety urlop wzięła. Będzie dopiero za 2 tygodnie, czyli wtedy kiedy ja mam dłużej zajęcia. Urwę się wcześniej albo przyjdę za 3 tygodnie. Zobaczymy. Teoretycznie więcej czasu na przygotowanie się jest, ale jakby nie było to w mojej głowie ciągle pustka. Ciekawy temat potrzebny na gwałt! /błagam tylko nie o bezrobociu. mniej rzygawniczy, mniej rzygawniczy. o, i z dala od polityki./ Propozyje można podawać w komentarzach, mailem lub gadulcem /jeśli ktoś zna, znaczy, że go lubię; jeśli nie - to oznacza, że nie miałam jeszcze okazji żeby go polubić./

Idąc chodnikiem widziałam instruktora jazdy, który wyglądał jak Jerzy Stuhr. A w sklepie była kobieta ze szczurem na ramieniu. W takiej dziurze jak moja to jest prawdziwa sensacja. Ale mimo wszystko ja pozostanę przy swojej sympatii do następnych organizmów w łańcuchu pokarmowym, czyli do kotów. Odzyskałam zagubiony pierścionek. W sklepie, w sklepie odzyskałam.


♪♪ Piotr Rugocki - Uciekaj, moje serce.mp3

sobota, 26 marca 2005

że

Dzięki wielkie za notki ukryte! Gdy trzeba spełniają swoje zadanie idealnie. Zatykają niepozatykane dziury. Uzewnętrzniają nieuzewnętrznialne myśli. Bajer. /czemu mam wrażenie, że każdy teraz z zajekawieniam łypie oczami na stronę? no nic, nie mój problem./

Stan moich myśli na tę chwilę?
Może udaję, a może nie, że dobrze mi samej. Że lubię słuchać sama radia, sama pić kawę, spoglądać na świat zza okien na moim czwartym piętrze /które lubię nawet. naprawdę, naprawdę./, zawijać się w kołdrę i opowiadać sobie bajki o księżniczkach, które zawsze są szczęśliwe. Że mi nikogo nie trzeba.
Boli tylko trochę ta przestrzeń otwartych ramion. Troszeczkę.

Słoneczniki wreszcie doczekały się swojej ziemi, doniczki i miejsca na paparecie. Lepiej późno niż wcale. Teraz podlewamy i czekamy, czekamy! I buntuję sie przeciwko wszystkim odszczepom piszącym mi bzdurne /tudzież obraźliwe/ teksty na gadulca.
Ale, ale! Już, już we wtorek mocno ważne spotkanie w redakcji. /żeby tylko trafić tam gdzie trzeba./ Nic więcej nie powiem. I już. /powodzenia. dzięki. nawzajem./


♪♪ Coma - Wrony.mp3

czwartek, 24 marca 2005

koncert życzeń

Gieneralnie czuję się jak w więzieniu. Pod stałą kontrolą bez prawa do spraw własnych. Myśli próbują być kontrolowane. Może, dlatego coraz mniej czasu spędzam w domu. /o to też są pretensje. nie wychdze - źle. wychodze - też nie dobrze. nic nowego, nie ma sie co rozczulać. przywykłam. / A może, dlatego, że na dworze cieplej. Choć i poza nim nic nie da się ukryć. "Pierdnę" za głośno już całe miasto o tym wie... /uroki mieszkania w dziurze./

Zbankrutuję na znaczkach. /o ile zdąrze to wszystko powysyłać tam gdzie trzeba! na razie nie ważne co. nie będę trzepotała przed czasem./ Żeby tylko nie poszło na straty.

Chodzę Bóg wie gdzie z G. na tzw. wieczorne spacery. Towarzystwo mamy doborowe. Psy bezpańskie i światła latarni. Rozmawiamy. Rozmawiamy często, czasami nawet bez słów. A dziś znalazłam w papierach list od Ciebie i słowo daję czytałam po raz setny. Działa kojąco, że nie wspomnę o "czułym słówku" na samym wstępie.

Tekst sponsorowany /znaczy ktoś prosił/. Pewnemu lovelasowi za deklaracje ewentualnej pomocy w sprawach wagi mniejszej bądź większej. /jak to miało brzmieć: "powiedz, że znasz takich (tudzież takiego), którzy w razie czego dadzą temu co potrzeba w dziób." przaśnie!/

Zdaje sobie sprawę, że wygląda to kosmicznie, kiedy zatykam uszy i pocę się jak mysz jak ktoś czyta mnie na głos. /bo sama tego nie czytam./ Rekcja moja naturalnie niecelowa z powodów zupełnie nieznanych. Może kiedyś mi przejdzie.

Chwilowy "szok termiczny" chyba minął. A przynajmniej na razie został uśpiony.

Z uwagi na czas życzę sobie /no dobrze innym też/ cudu i Świąt na święta. A czas jest jakiś toksyczny. Dużo dziwnych, niezidentyfikowanych spraw i zdarzeń. Zbliża się pełnia.


♪♪ Pidżama Porno & K. Nosowska - To co czujesz, to co wiesz.mp3


PS.
Uśmiechać mi się zdarza, naprawdę. Może nie do siebie, ale do innych na pewno. Mam świadków. Dziękuję za pozdrowienia i również pozdrawiam.


16.45
Od tak po prostu, zwyczajnie. Kurczak wymiata! :D

poniedziałek, 21 marca 2005

spring

Konkretnie to się dziś narąbałam. I świat wreszcie mi odżył. Babunia ma fajną nalewke. Wszystkie nalewki babuni są fajne. I łąką nad rzeka się paliła i straż też była przez nas wezwana. Dzisiejsze dzieci złe zabawy mają. Kopią, biją innych. Żem widziała, ale nie będę się wtrącała. Sama dostać nie chce. I poczułam się jak zdrajca, albo wtyczka tudzież kabel. /no nie poczułam się, ale mogłam sie poczuc no./ No bo w końcu jak jak mogłam. Tak pić z wrogiem. Ale ja wtyczą nie będę co piłam to moje. Co zgubiłam to nie moje, a komuś się poszczęściło. A się nieźle poszczęściło. W bilansie zysków i strat na strady dopisać należy: białego misia pluszowego, który wisiał przy plecaku /strata materialna mniejsza, bardziej rangi uczuciowej/ i pierścionek srebrny /strata materialna spora, ranki uczuciowej niewielkiej/, że nie wspomne o trzeźwieniu, które w tym wszystkim najgorsze jest. Bo powroty zwykle są najgorsze. Powroty są żałosne, takie trywialne cholernie. I pić też się chce.

Teraz jestem silna, teraz wszystko mogę. Silna jestem chwilami jak się nie chwieję. Emocjonalnie, emocjonalnie! Kaktusa mam w głowie i widzę wszystko jak widzieć powinnam. Prosto i na skos. Tak z lekka.



bo młodzież musi się wyszumieć. oby tylko nie szumiała zbyt głośno. baa.

20.29
Czuje się śledzona. Wielki Brat patrzy, oj patrzy!

sobota, 19 marca 2005

prawo serii

Czuję się jak seryjny morderca. Z minuty na minutę zabijam kolejne sześciesiąt sekund. A one nie pozostają mi dłużne. Jestem coraz bardziej martwa. Miałam plany i myśli. Plany trafił szlag, myśli jakoś teraz nie chcą spływać do głowy. Mało istotne. Nawet gdybym chciała wyjść wcześniej nie mogę wyskoczyć z piżamki i przebrać się. Ja w ogóle nic nie mogę. Podniesienie nogi do góry wyczerpuje mnie jak dźwiganie betonowych kloców.

Piątek wieczór zamelinowany w szkole. Przy kawie i herbacie, bo na bar nie stać. Każde wyjście jest dobre byleby nie siedzieć samemu w domu... z rodzicami w domu. Na jedno wychodzi. Znów gdanie o... Ja zbyt dużo wymagam. Od siebie, od innych. Tak, zdecydowanie za dużo. I dziś film za filmem z G. Skupianie się na bele czym byleby nie myśleć o tym jak jest rzeczywiście. Albo jak nie jest. I o tym, że nie wiadomo jak być powinno, bo jakby nie było to i tak będzie do dupy. I to w tym wszystkim jest najgorsze. Nie to, że będzie do dupy, ale sama świadomość takiego odczuwania wszystkiego wokół cokolwiek by to było. /coś chyba od rzeczy pieprze. jak mi to z lekka pobrzemiwa./

Zgrubłam. Zaczynam chyba z setną z kolei dietę. Z czego do tej pory tylko jedna okazała się udaną. Ta sprzed trzech lat. /a i tak muszę znów spróbować. no muszę!/

I niech was Buka prowadzi i drogę waszą oświetla swą chwałą. A "2-metrowa aura zapładniająca plemników" jest całkiem ciekawą teorią. godną uwagi na pewno. /efekt poszukiwań sensu życia w wierze./



"sam siedzę daleko od siebie nawet opuścił mnie mój cień i nic się nie dzieje w głowie mej. w głowie mej chory bałagan. nic się nie zgadza żadna kurwa i żadna mać..."

środa, 16 marca 2005

mózgożerca

Nie jestem. Tak zwyczajnie ktoś mnie rozłożył na czynniki pierwsze jak klocki lego i złożyć ani myśli. /z cyklu stek niepoukładanych w głowie bzdur./

Podziękował oficjalnie za życzenia. Mogłam się tego spodziewać. Niech żyje forma! Nauka angielskiego średnio wypaliła, ale tęskniłam za kotką A. /ale żem samolubna./ Nocny telefon od poety-zboka wytrącił z równowagi z lekka. Alecotam. Codzienne życiowe i prawdziwe rozmowe z G. pozwalają stwierdzić mi, że ona to ja, ja to ona. Dziwne uczucie. Spostrzeżenia, poglądy, charakter, osobowość... jak w lustrze. We wtorek fajnie, fajnie, czyli znów Fisz'owskie "bla, bla, bla". Obawiam się, że tak będzie zawsze. Nie chcę być tylko lalką. Porcelanowe lalki wciąż mowią o niczym. A przy nich jestem nikim. Od tak, a może nie tak. Zwyczajnie czuję się nikim. Przytłacza mnie, równa z ziemią przebojowość innych ludzi w towarzystwie. Myszą jestem wtedy. Szczurem nawet. Siedzę pod miotłą ze swoich włosów i milczę, bo mówić nie umiem. Bo mówić nie mam co. Bo co mogłabym powiedzieć w konfrotacji z nimi. Bo nic w głowie nie mam. Bo ćmę w głowie mam. Ćma zjada mi myśli, trawi, wydala. Ćma mózgożerca.

Czasem myślę, że jeśli powiem coś głośniej i wyraźniej to ona zrozumie. Potupię nóżkami. Jak parę razy uderzę pięściami o stół. Głową o ścianę. Nigdy nie pomaga. Tracę oddech, głowę i wszelką kontrolę. W takich chwilach uciekłabym jaknajwyżej. Na najbliższy szczyt szczytów. Pooddychała. Pożyła. Lub żyć spróbowała. I wtedy... i czasem wśród ludzi myślę mogłabym uwiesić się u żylandola jak małpa. Bujać się, bujać. Zawisnąć. Nikt by nie zauważył.

Bo chodzi za mną wciąż ten sam bezpański pies. Przytula się i łasi. Bo lubię objadać dookoła wafelki z Layon'a. Bo chusteczki o zapachu różanym są zajebiste. Bo wczoraj słyszałam śpiew ptaka. Bo co? Bo po za tym wczorajszy wieczór był tak samo popsuty i brudny jak wszystkie inne wieczory.





"(...) droga wymyka sie spod stóp. miasto przechyla się przez mrok. meteoryty suną w dół. rozmyła się w kolejną noc granica snów. (...) doskonale znika czas, doskonale nie ma nic. jeszcze dalej idę sam, jeszcze dalej trzeba iść..."


♪♪ Coma - Sierpień.mp3

niedziela, 13 marca 2005

psychodeliczny kochanek

Sobota wieczór. Było może przed dziewiątą. Wojewódzki robił gnój z kolejnych ludzi w telewizji. Wieczór zaplanowany był na spokojnie. Miał pachnieć mrozem zza okna. Telefon. A może dzwonek? Na wyświetlaczu imię R.. W słuchawce parę słów: Co robisz? (...) Bo bym wpadł. Bo potrzebuję. A czy mogę? Dobsz. OK. Grejt. To jest to czego pragnę przed snem. Bo on potrzebuje. Ale ja nie. No i wpadł. Przykleił się do komputera. Zalogował na czacie i zaczął którąś koleją ze swoich gierech. Sama nie wiem czy chciałam wiedzieć o co tym razem chodzi. Kolejna zemsta? Czy raczej kolejna głupota? /jak na jego rozum odpowiedź pierwsza, na moje oko laika druga./ Kątem oka zaczęłam zerkać. Niby dziwnie mi z tym było, ale w końcu sprzęt mój. A on wpada tu ni z gruszki ni z pietruszki bez żadnych wyjaśnień. Tylko, że mi internet potrzeby. Coś o dziecku było, o ojcowstwie, o wypadku, człowieku bez twarzy, kochaniu i umieraniu. Niby to wszystko kłamstwa, stek bzdur. Niby w ramach zemsty. Nie chciałam wiedzieć więcej, nie chciałam wiedzieć za dużo. Wiedzeć za dużo też nie jest dobrze. Nie lubię takich podejrzanych akcji. Spytałam tylko, czy jego dziecko. Zażartował, zaczął się śmiać. Stwierdził, że nie i opowiedział kolejną nudną anegdotkę ze swojego życia. Usiał obok, złapał za rękę. Zupełnie nie odnalazłam sie w tej sytuacji. W głowie miałam tylko jedno zdanie: niech on już sobie pójdzie. Zanim poszedł poszeptał pare słów. Już nawet nie pamiętam jakich. Wleciały uchem jednym. Drugim wyleciały. Śmierdział jak nigdy szlugami i potem. /romantycznie po chuju. ale to sie wytnie./ Po jakimś czasie podniósł się i przed wyjściem znów zaczął szetać coś i słodko seplenić. Na mnie to już nie działa. Już nie. Wróciłam do pokoju i otworzyłam szerzej okno. Wywietrzyć ten smród trzeba. Wywietrzyć. I film na TVN. Historia rodem ze sfiksowanej Ameryki. Coś tak jakby o psychodelicznym kochanku. Na myśl przyszło mi niewinnie - no wypisz, wymaluj R. A za oknem wciąż uparcie pruszył śnieg.

Tęsknię Justynko. Tęsknie. Dziś tylko smętnie snuję się po mieszkaniu. Cisza, ja i czas. Tak tego pragnę. I kawy, kawy. Hektolitrów kawy.


§ Irina Dienieżkina - "Daj mi!"

sobota, 12 marca 2005

tajtanik

Chwilowo/na całej linii* poległam.

Leżę na chodniku i myślę jak by tu nie mysleć i co robić, żeby robić jak najmniej. Bo poza tym, że jestem wymięta, zgorzkniała, przeżarta do cna /zabij! zabij!/ i noc będzie chyba za krótka, żeby przeczytać wszystko, co właśnie przeczytać by się chciało.

W czwartki robocze zasłaniam twarz rękami co by ukryć się przed światem. Gówno pomaga. Widzą wszytko to co zasłaniam ze zdwojoną siłą. Mówię fuck off pani od wierszy. Ale tylko w głowie. Na zewnątrz zaciskam zęby w uśmiechu, ale znów gówno pomaga. Widać. Widać, wszystko widać. W piątki co drugie słucham z otwartą japą, mówiąc co nieco od czasu do czasu. I niechętnie opuszczam ławę szkolną. Tonę w małych pustych chwilach pospiesznie przyklejonych do dnia. dis is tajtanik bejbi. maj tajtanik.





* nieotrzebne skreślić


---
21:45
On jest idiotą. A do tego niebezpiecznym idiotą.

Aż strach się bać.

środa, 9 marca 2005

rozjuszona ja

Niedziela przewegetowana. Poniedziałek też. Ktoś mnie wkurwił. Ktoś mnie bardzo mocno wkurwił. /siur. siur. siur./ Wtorek w połowie ciekawy, a w połowie przespany. Ciekawy, bo pierwsza logika była. Przedmiot jak przedmiot - szlag jasny niech go trafi. /z matmą od dawien dawna jestem na wojennej ścieżce./

A ja załatwiam wsytęp Piska Klemena w Sieradzu, w maju. /nie ma to ja znajomości./ I znów ten sam ktoś wkurwił mnie siermiężnie. /bo nienawidzę pierdolenia o dupie rozmarynie./ Dowaliłabym mu... a właściwie jej tak, że kopytami nakryłaby się. daa.. Stara cioto. Nie mam pieniędzy to znaczy nie mam pieniędzy. Wal się na ryja, chciałoby się ryknąć. Jakby tylko to coś zmieniło. Wniosek: chyba będę musiała kraść albo dawać dupy żeby zarobić sobie na koło literackie w SDK-u, bo na MDK za stara jestem. /no niech ktoś coś zrobi no. no żeby to było połowę tańsze.no!/




/wkurwiona do granic możliwości m./


♪♪ Hey - Cisza, ja i czas.mp3

sobota, 5 marca 2005

lśniąco

O środzie zapomnieć. Za-po-mnieć. Czwartek dniem miłym do połowy. Ale tylko do połowy. Połowa dnia w Zduńskiej w poszukiwaniu prezentu dla G. Rezultat: srebrna lśniąca bransoletka, którą chciałaby miec każda z naszej czwórki dokładającej sie do niej. Ba. Ten prezent to chyba bardziej dla nas niż dla niej. /no później żeby tylko nie było pożycz, Goś, pożycz./ Kilka godzin u E., z przyklejoną do komputera A. Autobusy nie czekają wać panno. Powrót stopem. Oj drżaly mi gacie, drżały. Chłopcy w liczbie trzy, młodzi, ogoleni, ładni jak z reklamy. /myśl we łbie jedna: w las wywiozą, zbałamucą i zostawią/. Czas jakiś minął, gacie wciąż ciężkie ale już od kiślu. /ludzie jacy oni boscy byli! ludzie kisiel w gaciach prawie miałam./ Później ponowna próba powrotu do niczego. Głupotą byłoby wierzyć, że tym razem się uda. Bo tyle razy się próbowało. Żadna pani psycholożka nie da mi rady. /muehehehehe.../

Piątkowy lśniący wieczór nie taki jakim go sobie wyobrażałam. Ale tez nie najgorszy. Likier, pizza, życzenia, butelka i takie zwyczajne bla bla bla jak mawiał Fisz. Tak coś w tym jednak jest. Nawet więcej niż tylko coś. Phi, na fuksówkę nie pójdę. Ściany dość mocne, poradzą sobie bez mojego podpierania. /oj dzięki, dzięki za wielkie chęci, ale ja gęby nie otworze do obcej osoby, czy to na ulicy, czy to skojarzonej na balandze. ja wcześniej ludzia nie znać, ja gębę na kłódkę trzymać. czynnik niezależny./ Sobota smętnie u dziadków. Jadąc lśniące światła ulicznych latarni są mi drogą mleczną, areną gwiazd. Jestem gwiazdą. Oj spadłam. Oj, oj, oj.


♪♪ Tracy Chapman - Baby can I hold you.mp3

wtorek, 1 marca 2005

o niczym

W sobotę przez chwile poczułam się namaszczona przez anielsko przystojnego fryzjera. Przeżyłam coś na kształt orgazmu duchowego. Takiego od wewnątrz. ohh... ahh... ehh... Przytnij pan na mokro, wycieniuj, bez modelowania. No boskie miał dłonie. Boskie. I nikt nie zauważył podcięcia. pff.

A teraz znów nic. Tak jakby. Indeks z kartą egzaminacyjną grzecznie i przepisowo /mam nadzieje/ zdany w dziekanacie. Zaskakująco wcześnie z równie zaskakującą średnią 4,7. /grejt./ A wieczorami zatrzaskuję drzwi, owijam się w koce, owijam się w szepty. I w dupie wszystkie wyzwolone panny, wszystkie dumne dziewczęta zakrywające całe nogi spódnicami. Głaskajcie się po swoich zamaszystych futrach czy po czym tam chcecie. Bo dzisiaj śnieg znowu wypełniał pustkę. Bez kogoś nie ma nic, za chu-ja.



"gdy wtedy zamarzłeś, przejrzałam na oczy. myślałam, że chłód nas na wieki rozłączył. i już cie nie znajdę, ani ty mnie, na zawsze, na amen przysypał nas śnieg..."


21:45
dowiedziałam się, że jestem monotematyczna.

lepsze nic niż boleśnie przeszywające do szpiku kości coś. za bardzo szczypią oczy. za bardzo szczypie życie, a może jego brak. i słów.