czwartek, 30 listopada 2006

herrrbaciane nonsensy

może to ta mgła, a może co inne... takie melodie jak te zawsze zostają we mnie na dłużej. cisną się pod powieki i zastygają na jakiś czas. wtedy wszystko jest takie mistyczne. wtedy trzeba znaleźć w sobie siłę by wstać i postawić kolejny krok do przodu, pomimo wszystko. pomimo to, że jakaś dziwna siła wsteczności resztki myśli zaciąga do kąta, do przeszłości.

małe porządki na pułkach, w głowie, znalezione listy przy, których trzeba być skałą aby się nie roztopić. wszystko to i wszystko inne spowodowało, że zupełnie spontanicznie postanowiłam napisać do pana poety. i co tu się dziwić... ale dużo się zmieniło. może zbyt dużo. może pan poeta wcale mnie nie pamięta, może w ogóle mi nie odpisze. nawet jeśli, musiałam spróbować. nawet jeśli, zjadać będę powoli każde słowo z tego co mi pozostało z przeszłości. karmić się tym będę, uciekać od dnia. rankiem mgłą opadać na życie. ale "(...) może gadam od rzeczy, lecz cóż warte są rzeczy, kiedy rzeczom tym ciebie jest brak..."


♪♪ klemen pisk - już kocham cię.mp3

niedziela, 26 listopada 2006

ptaszek w klatce

kiedy myślę o przyszłości, swojej przyszłości w takiej chwilach jak te, godność mam ochotę w buty wsadzić. parę centymetrów byłabym wyższa, nic więcej. bo nadzieja też potrzebuje perspektyw i siły. w największej nadziei drzewo na pustyni nie urośnie.

pewien ktoś obiecywał nam drugą japonię. po obejrzeniu materiału, wysłuchaniu pani, stwierdzam, że jakoś mi na wschód nie spieszno. że lubię luz, spokój, a nie ugniatanie się na środku ulicy czy szum kolei nad głową. i kwitnące wiśnie też mnie nie przekonują. zdecydowanie bardziej wole nasze polskie ogniste drzewa jesienią. ot co. ale, ale ta wycieczka do japonii ma też swoje walety. pani ładna się pewnie domyśliła, ale ja się w życiu nie przyznam, że sikam na taki widok, że ręce mi się trzęsą, a w gardle globus histericus. że nie wiem czy śmiać się czy płakać, czy zostać czy uciekać, a może schować się w mysią dziurę. no cóż... przynajmniej oko można było pocieszyć przez parę chwil. tylko narobiłam sobie smaka i teraz przydałby się jakiś "remont" komputera. ale teraz, to byłaby już jakaś patologia gdybym tak specjalnie i z premedytacją miała zdewastować sprzęt własny, co nie? chyba jednak poczekam, aż sam w końcu sie zmęczy... bo kiedyś się zmęczy, prawda?

wieczne początki. takie od nowa i bez końca. na upartego, do skutku i bez skutku. ponoć to ma jeszcze potrwać. ponoć taka moja natura... wolna w swej niewoli. może gdyby nie ta smycz, ten kaganiec, gdyby nie to prywatne więzienie świat nie poznałby mnie, nie wspominając już o lustrze.


drżę przed jutrem. moje lenistwo - raz. kompletne niezrozumienie materiału (nie mylić z wtórnym analfabetyzmem. a jeśli już koniecznie trzeba, to obarczmy za to winą osobę, która tak niezwykle trafnie sformułowała czy raczej przeformułowała treść ustawy, że w oryginalne jest dużo bardziej "dla ludzi", niż w rzekomym streszczeniu. pff.) - dwa. znużenie, zmącenie, zniecierpliwienie, zniechęcenie, zmęczenie materiału... to tylko takie sprawy marginesowe. i obawiam się, że efekty jutrzejszych zmagań będą to doskonale odzwierciedlały. cóż...

poniedziałek, 20 listopada 2006

w czepku urodzona(?)

jakoś mi to nie pasi. normalnie po wysłuchaniu takich bajek, to ja jestem w niebo wzięta. zmotywowana do walki z życiem. a tym razem niet. nie to, że pizgne wszystko w pizdu (choć momentami dość gęstymi mam na to ochotę), ale bez szaleństw, bez euforii. nie wiem czy to upragniona stabilizacja emocjonalna, czy raczej moja ponurość i skrajna nieufność.

praca licencjacka (część teoretyczna) - czymprędzej; zaliczenia na pedagogikę pracy i leszka q. - poczekają trochę, ale...; myster KO - a niech się wypcha, ale... ale trzeba robić co każe - JUŻ; parę książek do przeczytania (pomijając lekturkę do licencjatu) - w tak zwanym międzyczasie... mam nadzieję; garbate szczęście - no tu się szczęście przyda + przyszły tydzień nauki... improwizowanej jak śmiem przewidywać; (dobry) artykuł do tygla - na wczoraj! ale w ogóle, to o co chodzi? no czy ja narzekam, no? no proszę, przepraszam bardzo, no... no.no.no-no.no

pan oszalał. panie duży, pan oszalał. poczucie winy? o nie! to ostatnie uczucie, które mogłabym w tej chwili w sobie mieć. gdybym miała czerwone wino, gdybym je tylko miała. jest tylko sok jabłkowy, cholerny sok jabłkowy... dobrze czasem zobaczyć siebie w kimś innym. to taki pełny obraz horyzontu. pozwala zamknąć za sobą niepotrzebnie otwarte drzwi. ruszyć dalej, przed siebie. otwiera oczy. zdecydowanie oczy otwiera. ja już tak nie, już nie. to rozdział zamknięty, oddział zamknięty. życie to oddział zamknięty. lepiej przebywać na nim świadomym siebie.

a teraz wszystko czego mi trzeba, to dobry film, aromat czekolady z magicznego kadzidełka i dżesss zamiast kołysanki na dobranoc.


--
a wiesz, nasz Bóg ma własny numer gadu-gadu. możemy z nim porozmawiać wieczorną porą, zamówić miejscówkę w niebie, przebukować bilet na późniejszy termin. może kiedyś spróbuję, kto wie...


19:26
czipsy ze srem czekoladowym mają moc naprawiania szkód wszelakich. na sumienie nieczyste, na oczy szkliste, kłamstwo wszelakie, rozczarowanie smakiem, niskie poczucie wartości i szczęścia zazdrości...


♪♪ diana krall - temptation.mp3

niedziela, 12 listopada 2006

wycofanie

chciałoby się żeby życie szarpnęło mnie mocno i wyrwało z tego bagna, które wciąga coraz bardziej. ostatnio szczególnie jest jakoś pogrążająco. a może to ja jestem bardziej wyczulona... wielka czarna dziura, która krąży nade mną mówi mi, że nie ma sensu. że lepiej skończyć z tym wszystkim od razu. bo po co, bo na co...? bo nic dobrego nie wyjdzie. oj.oj.oj.oj.

kauflandowskie schacki. tłok za tłokiem. pech chciał, że. że o. a dokładniej, że Zet. ale, ale to tylko moje oczy wodziły. tylko moje. choć pamięć to nie ja miałam skrupulatną. nie ja uśmiech wirtualny posłałam. ale niech sobie nie wyobraża. niech nikt sobie nie wyobraża. wyobraźnia kapryśna jest, figle płata, nieprawdę podaje. zakłamanie szerzy.


uwiłam sobie gniazdko. gniazdko, jakie gniazdko?! kokon właściwie! schowałam się w nim jak w schronie. i trwam sobie ostatkami sił. oddycham własnymi spalinami, które wydostają się z moich płuc. i trwam sobie ostatkami sił.

"(...) wszystko, co ludzkie zawstydza mnie. naprawdę wolę kamieniem być, kamienie nigdy nie śmieszą do łez."

sobota, 4 listopada 2006

plan doskonały

a ja siędzę tu loda waniliowego wtranżalam. o! wiem, wiem doskonale co sobie myślicie! wy wszyscy wchłaniacze herbatek z prądem tudzież z malinami, gorących rosołków i syropków z cebuli... że szurnięta ta dziewucha, bo na dworze wiatr ze śniegiem dmucha, a ona się truje tym badziewiem. a co, miało się taką zachciewajkę i już!

niech mi ktoś weźmie tę stertę książek, pozbiera to wszystko zusammen do kupy, bo ja dwie lewe rączki mam, o. bo w głowie galimatias, zamęt. sodoma z gomorą grają w berka. ale, ale trzeba mieć plan. plan to podstawa! ...sznur, nóż, kuchenka gazowa? no to jak, idziemy na tory czy na most? łot, wisielczy humor. ale psze państwa, wszystko jeszcze przed nami. póki co już jutro zabieram się za robotę. a jak mi szło nie będzie to sobie żyły wypróbuję kantem mojej bibiografi, o! a jak wiadomo papier ma ostre kanty, zwłaszcza ten od poważnych, naukowych książek. bije w dekiel złociutka, bije. to z przemęczenia i nadmiaru chyba... nadmiaru czego? oj wszystkiego, zdecydowanie wszystkiego.


--
szablona nie zmienie, o. raz, że wciąż wydaje mi się niezwykle piękny; a dwa to, to, że zbliża sie zima. a na zimę takie niebiesko-białe puchowe mieszanki z ciepłym klimatem kochanków są jak najbardziej na czasie.


4. listopada; 21:24
otwieram drzwi, a duszka na wycieraczce leży. samakra. :P


♪♪ grechuta i myslovitz - kraków.mp3