wczoraj był ciężki dzień. nie da się ukryć. nie przechodzi to przez moją malutką główkę, że od tak, po prostu można położyć kogoś do pudła, przysypać ziemią i koniec. że czyjś świat potrafi tak nagle skurczyć się do takich rozmiarów. a teraz udaje, że wszystko jest OK. że mam wszystko pod kontrolą i spłynęło to po mnie jak woda po kaczce. ale nie. (żeby nie było zbędnego gadania.) bo widać wszystko. widać jak na dłoni, kiedy się mocno przyjrzeć. że jak spojrzę z autobusowych okien to oprócz deszczu są jeszcze łzy. bo ja tak nie lubię płakać przy ludziach. a i modlić się nie umiem ładnie.
i zastanawiam się jak to teraz będzie kiedy znów tam pojadę. jakie życzenia ja mam babci złożyć... "że szczęścia, radości, pieniędzy i zdrowia." nie tym razem...
spokoju w drodze do nieba, dziadku.
środa, 20 grudnia 2006
czwartek, 14 grudnia 2006
a może on tylko zasnął...
a może faktycznie. a jeśli nawet, niech pięknie śni. my tutaj, na ziemi szukać będziemy Twojej gwiazdy.
"jak biec do końca, potem odpoczniesz, potem odpoczniesz. cudne manowce, cudne manowce..." więc odpoczywaj dziadku, odpoczywaj.
/na dziś starczy./
"jak biec do końca, potem odpoczniesz, potem odpoczniesz. cudne manowce, cudne manowce..." więc odpoczywaj dziadku, odpoczywaj.
/na dziś starczy./
czwartek, 7 grudnia 2006
odziana w ciszę, owinięta w noc... skraplam się
zostatałam przyłapana. przyłapana i zdemaskowana w moich obdartych gaciach, wyciągniętej bluzie, uplingniętym koczku, gębie świecącej jak psu... nie powiem co, o. i nic się panu za to nie należy. żadna ocena ani przecena. pan sam był w garniaku. nie wpuszczamy do domu domokrążców, o nie. z jeżowato-żelowymi fryzurami zwłaszcza.
złam. złam. złam. bo godzina zmarnowana. bo znów tydzień nerwów i frustracji (a z tego co pan dr SAMO-ZŁO dziś naopowiadał, od tego to już tylko krok do agrrresji) bo znów późny obiad w boczki wejdzie. bo to nie w erze i nie takie numery. bo pracy na leszka brak. bo nabić atramentem się nie da. bo się leje. bo męczyć się ręcznie trzeba będzie. bo wolny poniedziałek szlak jasny trafił. bo znów łikend zapowiada się w papirach. bo o.
--
cicho. to tylko ja pod osłoną nocy. cicho. to tylko ja zasypiam w ubraniu i budzę w środku nocy. gdzie bądź. gdzie popadnie. i nic się nie stało. trzeba zamknąć oczy, wytrzeć nos i dalej BYĆ. cicho, to tylko ja. ja. tylko ja. ubrana w ciszę. zawinięta w nocy koc skraplam się słono. cicho, to tylko ja, tylko ja... jeszcze ja.
♪♪ krajewski - dwie sowy.mp3 *
* namiętnie i bezustannie toniemy we wszystkich pięciu oceanach. PŁYWANIE SUROWO ZABRONIONE!
złam. złam. złam. bo godzina zmarnowana. bo znów tydzień nerwów i frustracji (a z tego co pan dr SAMO-ZŁO dziś naopowiadał, od tego to już tylko krok do agrrresji) bo znów późny obiad w boczki wejdzie. bo to nie w erze i nie takie numery. bo pracy na leszka brak. bo nabić atramentem się nie da. bo się leje. bo męczyć się ręcznie trzeba będzie. bo wolny poniedziałek szlak jasny trafił. bo znów łikend zapowiada się w papirach. bo o.
--
cicho. to tylko ja pod osłoną nocy. cicho. to tylko ja zasypiam w ubraniu i budzę w środku nocy. gdzie bądź. gdzie popadnie. i nic się nie stało. trzeba zamknąć oczy, wytrzeć nos i dalej BYĆ. cicho, to tylko ja. ja. tylko ja. ubrana w ciszę. zawinięta w nocy koc skraplam się słono. cicho, to tylko ja, tylko ja... jeszcze ja.
♪♪ krajewski - dwie sowy.mp3 *
* namiętnie i bezustannie toniemy we wszystkich pięciu oceanach. PŁYWANIE SUROWO ZABRONIONE!
czwartek, 30 listopada 2006
herrrbaciane nonsensy
może to ta mgła, a może co inne... takie melodie jak te zawsze zostają we mnie na dłużej. cisną się pod powieki i zastygają na jakiś czas. wtedy wszystko jest takie mistyczne. wtedy trzeba znaleźć w sobie siłę by wstać i postawić kolejny krok do przodu, pomimo wszystko. pomimo to, że jakaś dziwna siła wsteczności resztki myśli zaciąga do kąta, do przeszłości.
małe porządki na pułkach, w głowie, znalezione listy przy, których trzeba być skałą aby się nie roztopić. wszystko to i wszystko inne spowodowało, że zupełnie spontanicznie postanowiłam napisać do pana poety. i co tu się dziwić... ale dużo się zmieniło. może zbyt dużo. może pan poeta wcale mnie nie pamięta, może w ogóle mi nie odpisze. nawet jeśli, musiałam spróbować. nawet jeśli, zjadać będę powoli każde słowo z tego co mi pozostało z przeszłości. karmić się tym będę, uciekać od dnia. rankiem mgłą opadać na życie. ale "(...) może gadam od rzeczy, lecz cóż warte są rzeczy, kiedy rzeczom tym ciebie jest brak..."
♪♪ klemen pisk - już kocham cię.mp3
małe porządki na pułkach, w głowie, znalezione listy przy, których trzeba być skałą aby się nie roztopić. wszystko to i wszystko inne spowodowało, że zupełnie spontanicznie postanowiłam napisać do pana poety. i co tu się dziwić... ale dużo się zmieniło. może zbyt dużo. może pan poeta wcale mnie nie pamięta, może w ogóle mi nie odpisze. nawet jeśli, musiałam spróbować. nawet jeśli, zjadać będę powoli każde słowo z tego co mi pozostało z przeszłości. karmić się tym będę, uciekać od dnia. rankiem mgłą opadać na życie. ale "(...) może gadam od rzeczy, lecz cóż warte są rzeczy, kiedy rzeczom tym ciebie jest brak..."
♪♪ klemen pisk - już kocham cię.mp3
niedziela, 26 listopada 2006
ptaszek w klatce
kiedy myślę o przyszłości, swojej przyszłości w takiej chwilach jak te, godność mam ochotę w buty wsadzić. parę centymetrów byłabym wyższa, nic więcej. bo nadzieja też potrzebuje perspektyw i siły. w największej nadziei drzewo na pustyni nie urośnie.
pewien ktoś obiecywał nam drugą japonię. po obejrzeniu materiału, wysłuchaniu pani, stwierdzam, że jakoś mi na wschód nie spieszno. że lubię luz, spokój, a nie ugniatanie się na środku ulicy czy szum kolei nad głową. i kwitnące wiśnie też mnie nie przekonują. zdecydowanie bardziej wole nasze polskie ogniste drzewa jesienią. ot co. ale, ale ta wycieczka do japonii ma też swoje walety. pani ładna się pewnie domyśliła, ale ja się w życiu nie przyznam, że sikam na taki widok, że ręce mi się trzęsą, a w gardle globus histericus. że nie wiem czy śmiać się czy płakać, czy zostać czy uciekać, a może schować się w mysią dziurę. no cóż... przynajmniej oko można było pocieszyć przez parę chwil. tylko narobiłam sobie smaka i teraz przydałby się jakiś "remont" komputera. ale teraz, to byłaby już jakaś patologia gdybym tak specjalnie i z premedytacją miała zdewastować sprzęt własny, co nie? chyba jednak poczekam, aż sam w końcu sie zmęczy... bo kiedyś się zmęczy, prawda?
wieczne początki. takie od nowa i bez końca. na upartego, do skutku i bez skutku. ponoć to ma jeszcze potrwać. ponoć taka moja natura... wolna w swej niewoli. może gdyby nie ta smycz, ten kaganiec, gdyby nie to prywatne więzienie świat nie poznałby mnie, nie wspominając już o lustrze.
drżę przed jutrem. moje lenistwo - raz. kompletne niezrozumienie materiału (nie mylić z wtórnym analfabetyzmem. a jeśli już koniecznie trzeba, to obarczmy za to winą osobę, która tak niezwykle trafnie sformułowała czy raczej przeformułowała treść ustawy, że w oryginalne jest dużo bardziej "dla ludzi", niż w rzekomym streszczeniu. pff.) - dwa. znużenie, zmącenie, zniecierpliwienie, zniechęcenie, zmęczenie materiału... to tylko takie sprawy marginesowe. i obawiam się, że efekty jutrzejszych zmagań będą to doskonale odzwierciedlały. cóż...
pewien ktoś obiecywał nam drugą japonię. po obejrzeniu materiału, wysłuchaniu pani, stwierdzam, że jakoś mi na wschód nie spieszno. że lubię luz, spokój, a nie ugniatanie się na środku ulicy czy szum kolei nad głową. i kwitnące wiśnie też mnie nie przekonują. zdecydowanie bardziej wole nasze polskie ogniste drzewa jesienią. ot co. ale, ale ta wycieczka do japonii ma też swoje walety. pani ładna się pewnie domyśliła, ale ja się w życiu nie przyznam, że sikam na taki widok, że ręce mi się trzęsą, a w gardle globus histericus. że nie wiem czy śmiać się czy płakać, czy zostać czy uciekać, a może schować się w mysią dziurę. no cóż... przynajmniej oko można było pocieszyć przez parę chwil. tylko narobiłam sobie smaka i teraz przydałby się jakiś "remont" komputera. ale teraz, to byłaby już jakaś patologia gdybym tak specjalnie i z premedytacją miała zdewastować sprzęt własny, co nie? chyba jednak poczekam, aż sam w końcu sie zmęczy... bo kiedyś się zmęczy, prawda?
wieczne początki. takie od nowa i bez końca. na upartego, do skutku i bez skutku. ponoć to ma jeszcze potrwać. ponoć taka moja natura... wolna w swej niewoli. może gdyby nie ta smycz, ten kaganiec, gdyby nie to prywatne więzienie świat nie poznałby mnie, nie wspominając już o lustrze.
drżę przed jutrem. moje lenistwo - raz. kompletne niezrozumienie materiału (nie mylić z wtórnym analfabetyzmem. a jeśli już koniecznie trzeba, to obarczmy za to winą osobę, która tak niezwykle trafnie sformułowała czy raczej przeformułowała treść ustawy, że w oryginalne jest dużo bardziej "dla ludzi", niż w rzekomym streszczeniu. pff.) - dwa. znużenie, zmącenie, zniecierpliwienie, zniechęcenie, zmęczenie materiału... to tylko takie sprawy marginesowe. i obawiam się, że efekty jutrzejszych zmagań będą to doskonale odzwierciedlały. cóż...
poniedziałek, 20 listopada 2006
w czepku urodzona(?)
jakoś mi to nie pasi. normalnie po wysłuchaniu takich bajek, to ja jestem w niebo wzięta. zmotywowana do walki z życiem. a tym razem niet. nie to, że pizgne wszystko w pizdu (choć momentami dość gęstymi mam na to ochotę), ale bez szaleństw, bez euforii. nie wiem czy to upragniona stabilizacja emocjonalna, czy raczej moja ponurość i skrajna nieufność.
praca licencjacka (część teoretyczna) - czymprędzej; zaliczenia na pedagogikę pracy i leszka q. - poczekają trochę, ale...; myster KO - a niech się wypcha, ale... ale trzeba robić co każe - JUŻ; parę książek do przeczytania (pomijając lekturkę do licencjatu) - w tak zwanym międzyczasie... mam nadzieję; garbate szczęście - no tu się szczęście przyda + przyszły tydzień nauki... improwizowanej jak śmiem przewidywać; (dobry) artykuł do tygla - na wczoraj! ale w ogóle, to o co chodzi? no czy ja narzekam, no? no proszę, przepraszam bardzo, no... no.no.no-no.no
pan oszalał. panie duży, pan oszalał. poczucie winy? o nie! to ostatnie uczucie, które mogłabym w tej chwili w sobie mieć. gdybym miała czerwone wino, gdybym je tylko miała. jest tylko sok jabłkowy, cholerny sok jabłkowy... dobrze czasem zobaczyć siebie w kimś innym. to taki pełny obraz horyzontu. pozwala zamknąć za sobą niepotrzebnie otwarte drzwi. ruszyć dalej, przed siebie. otwiera oczy. zdecydowanie oczy otwiera. ja już tak nie, już nie. to rozdział zamknięty, oddział zamknięty. życie to oddział zamknięty. lepiej przebywać na nim świadomym siebie.
a teraz wszystko czego mi trzeba, to dobry film, aromat czekolady z magicznego kadzidełka i dżesss zamiast kołysanki na dobranoc.
--
a wiesz, nasz Bóg ma własny numer gadu-gadu. możemy z nim porozmawiać wieczorną porą, zamówić miejscówkę w niebie, przebukować bilet na późniejszy termin. może kiedyś spróbuję, kto wie...
19:26
czipsy ze srem czekoladowym mają moc naprawiania szkód wszelakich. na sumienie nieczyste, na oczy szkliste, kłamstwo wszelakie, rozczarowanie smakiem, niskie poczucie wartości i szczęścia zazdrości...
♪♪ diana krall - temptation.mp3
praca licencjacka (część teoretyczna) - czymprędzej; zaliczenia na pedagogikę pracy i leszka q. - poczekają trochę, ale...; myster KO - a niech się wypcha, ale... ale trzeba robić co każe - JUŻ; parę książek do przeczytania (pomijając lekturkę do licencjatu) - w tak zwanym międzyczasie... mam nadzieję; garbate szczęście - no tu się szczęście przyda + przyszły tydzień nauki... improwizowanej jak śmiem przewidywać; (dobry) artykuł do tygla - na wczoraj! ale w ogóle, to o co chodzi? no czy ja narzekam, no? no proszę, przepraszam bardzo, no... no.no.no-no.no
pan oszalał. panie duży, pan oszalał. poczucie winy? o nie! to ostatnie uczucie, które mogłabym w tej chwili w sobie mieć. gdybym miała czerwone wino, gdybym je tylko miała. jest tylko sok jabłkowy, cholerny sok jabłkowy... dobrze czasem zobaczyć siebie w kimś innym. to taki pełny obraz horyzontu. pozwala zamknąć za sobą niepotrzebnie otwarte drzwi. ruszyć dalej, przed siebie. otwiera oczy. zdecydowanie oczy otwiera. ja już tak nie, już nie. to rozdział zamknięty, oddział zamknięty. życie to oddział zamknięty. lepiej przebywać na nim świadomym siebie.
a teraz wszystko czego mi trzeba, to dobry film, aromat czekolady z magicznego kadzidełka i dżesss zamiast kołysanki na dobranoc.
--
a wiesz, nasz Bóg ma własny numer gadu-gadu. możemy z nim porozmawiać wieczorną porą, zamówić miejscówkę w niebie, przebukować bilet na późniejszy termin. może kiedyś spróbuję, kto wie...
19:26
czipsy ze srem czekoladowym mają moc naprawiania szkód wszelakich. na sumienie nieczyste, na oczy szkliste, kłamstwo wszelakie, rozczarowanie smakiem, niskie poczucie wartości i szczęścia zazdrości...
♪♪ diana krall - temptation.mp3
niedziela, 12 listopada 2006
wycofanie
chciałoby się żeby życie szarpnęło mnie mocno i wyrwało z tego bagna, które wciąga coraz bardziej. ostatnio szczególnie jest jakoś pogrążająco. a może to ja jestem bardziej wyczulona... wielka czarna dziura, która krąży nade mną mówi mi, że nie ma sensu. że lepiej skończyć z tym wszystkim od razu. bo po co, bo na co...? bo nic dobrego nie wyjdzie. oj.oj.oj.oj.
kauflandowskie schacki. tłok za tłokiem. pech chciał, że. że o. a dokładniej, że Zet. ale, ale to tylko moje oczy wodziły. tylko moje. choć pamięć to nie ja miałam skrupulatną. nie ja uśmiech wirtualny posłałam. ale niech sobie nie wyobraża. niech nikt sobie nie wyobraża. wyobraźnia kapryśna jest, figle płata, nieprawdę podaje. zakłamanie szerzy.
uwiłam sobie gniazdko. gniazdko, jakie gniazdko?! kokon właściwie! schowałam się w nim jak w schronie. i trwam sobie ostatkami sił. oddycham własnymi spalinami, które wydostają się z moich płuc. i trwam sobie ostatkami sił.
"(...) wszystko, co ludzkie zawstydza mnie. naprawdę wolę kamieniem być, kamienie nigdy nie śmieszą do łez."
kauflandowskie schacki. tłok za tłokiem. pech chciał, że. że o. a dokładniej, że Zet. ale, ale to tylko moje oczy wodziły. tylko moje. choć pamięć to nie ja miałam skrupulatną. nie ja uśmiech wirtualny posłałam. ale niech sobie nie wyobraża. niech nikt sobie nie wyobraża. wyobraźnia kapryśna jest, figle płata, nieprawdę podaje. zakłamanie szerzy.
uwiłam sobie gniazdko. gniazdko, jakie gniazdko?! kokon właściwie! schowałam się w nim jak w schronie. i trwam sobie ostatkami sił. oddycham własnymi spalinami, które wydostają się z moich płuc. i trwam sobie ostatkami sił.
"(...) wszystko, co ludzkie zawstydza mnie. naprawdę wolę kamieniem być, kamienie nigdy nie śmieszą do łez."
sobota, 4 listopada 2006
plan doskonały
a ja siędzę tu loda waniliowego wtranżalam. o! wiem, wiem doskonale co sobie myślicie! wy wszyscy wchłaniacze herbatek z prądem tudzież z malinami, gorących rosołków i syropków z cebuli... że szurnięta ta dziewucha, bo na dworze wiatr ze śniegiem dmucha, a ona się truje tym badziewiem. a co, miało się taką zachciewajkę i już!
niech mi ktoś weźmie tę stertę książek, pozbiera to wszystko zusammen do kupy, bo ja dwie lewe rączki mam, o. bo w głowie galimatias, zamęt. sodoma z gomorą grają w berka. ale, ale trzeba mieć plan. plan to podstawa! ...sznur, nóż, kuchenka gazowa? no to jak, idziemy na tory czy na most? łot, wisielczy humor. ale psze państwa, wszystko jeszcze przed nami. póki co już jutro zabieram się za robotę. a jak mi szło nie będzie to sobie żyły wypróbuję kantem mojej bibiografi, o! a jak wiadomo papier ma ostre kanty, zwłaszcza ten od poważnych, naukowych książek. bije w dekiel złociutka, bije. to z przemęczenia i nadmiaru chyba... nadmiaru czego? oj wszystkiego, zdecydowanie wszystkiego.
--
szablona nie zmienie, o. raz, że wciąż wydaje mi się niezwykle piękny; a dwa to, to, że zbliża sie zima. a na zimę takie niebiesko-białe puchowe mieszanki z ciepłym klimatem kochanków są jak najbardziej na czasie.
4. listopada; 21:24
otwieram drzwi, a duszka na wycieraczce leży. samakra. :P
♪♪ grechuta i myslovitz - kraków.mp3
niech mi ktoś weźmie tę stertę książek, pozbiera to wszystko zusammen do kupy, bo ja dwie lewe rączki mam, o. bo w głowie galimatias, zamęt. sodoma z gomorą grają w berka. ale, ale trzeba mieć plan. plan to podstawa! ...sznur, nóż, kuchenka gazowa? no to jak, idziemy na tory czy na most? łot, wisielczy humor. ale psze państwa, wszystko jeszcze przed nami. póki co już jutro zabieram się za robotę. a jak mi szło nie będzie to sobie żyły wypróbuję kantem mojej bibiografi, o! a jak wiadomo papier ma ostre kanty, zwłaszcza ten od poważnych, naukowych książek. bije w dekiel złociutka, bije. to z przemęczenia i nadmiaru chyba... nadmiaru czego? oj wszystkiego, zdecydowanie wszystkiego.
--
szablona nie zmienie, o. raz, że wciąż wydaje mi się niezwykle piękny; a dwa to, to, że zbliża sie zima. a na zimę takie niebiesko-białe puchowe mieszanki z ciepłym klimatem kochanków są jak najbardziej na czasie.
4. listopada; 21:24
otwieram drzwi, a duszka na wycieraczce leży. samakra. :P
♪♪ grechuta i myslovitz - kraków.mp3
niedziela, 29 października 2006
dzień świstaka
nie piszę. nie piszę, nie dlatego, że leń mnie zjadł. nie piszę, bo wciąż jest dziś. permanentne, niekończące się dziś. wprawiające w amok, w przerażenie. powodujące zamrożenie uczuć, potrzeb i emocji. wywołujące chaos i stagnację.
a ja egzystuję jakoś. pomimo głosów wewnętrznych tudzież permanentnie* wyrzutów sumienia dręczących moje właściwe JA. pomimo zmęczenia monotonią oddychania i tym, że wciąż jest dziś, a jutro pozostaje marzeniem. pomimo permanentnego* stresu przewlekłego, którego powodów nie wymienię, bo szkoda czasu i atłasu. kreuję kolejną namiastkę prawdziwego życia. żenada. RE., etc. ciekawa jestem tylko jak długo to potrwa. bo w to, że wniesie coś konstruktywnego poza ubarwieniem owego czasu, to ja już nie wierzę.
a co do jutrzejszego spisku, to nawet nie odczuwam wyrzutów sumienia. normalnie nic, zero, null. oj, chyba schodzę na psy...
//wielu rzeczy nie pamiętam. naprawdę wielu, ale czasem przyjdzie mi do głowy taki głupi pomysł. potem szybko idzie sobie precz, tylko śnią mi się takie bzdury, że głowa mała. że żal wspominać. są jacyś mężczyźni i jakieś kobiety, pocałunki ich, i moje. czasami nawet nasze wspólne. no przecież mówię, żal wspominać. zwłaszcza po przebudzeniu.
* dziejszy odcinek permanentnie sponsoruje słowo "permanentnie". dziękuję za uwagę, że hej, że ho... ho-ho, o.
30. października; 17:30
no i to by było na tyle w ramach namiastki prawdziwego życia. z prawdziwością to za wiele wspólnego nie miało, może jedynie z marzeniem o prawdziwości. taka sobie chimera, która umiera gdzieś w wielkiej wirtualności, tworząc ciąg dalszy już tylko w mojej głowie...
♪♪ renata przemyk - bo jeśli tak ma być.mp3
a ja egzystuję jakoś. pomimo głosów wewnętrznych tudzież permanentnie* wyrzutów sumienia dręczących moje właściwe JA. pomimo zmęczenia monotonią oddychania i tym, że wciąż jest dziś, a jutro pozostaje marzeniem. pomimo permanentnego* stresu przewlekłego, którego powodów nie wymienię, bo szkoda czasu i atłasu. kreuję kolejną namiastkę prawdziwego życia. żenada. RE., etc. ciekawa jestem tylko jak długo to potrwa. bo w to, że wniesie coś konstruktywnego poza ubarwieniem owego czasu, to ja już nie wierzę.
a co do jutrzejszego spisku, to nawet nie odczuwam wyrzutów sumienia. normalnie nic, zero, null. oj, chyba schodzę na psy...
//wielu rzeczy nie pamiętam. naprawdę wielu, ale czasem przyjdzie mi do głowy taki głupi pomysł. potem szybko idzie sobie precz, tylko śnią mi się takie bzdury, że głowa mała. że żal wspominać. są jacyś mężczyźni i jakieś kobiety, pocałunki ich, i moje. czasami nawet nasze wspólne. no przecież mówię, żal wspominać. zwłaszcza po przebudzeniu.
* dziejszy odcinek permanentnie sponsoruje słowo "permanentnie". dziękuję za uwagę, że hej, że ho... ho-ho, o.
30. października; 17:30
no i to by było na tyle w ramach namiastki prawdziwego życia. z prawdziwością to za wiele wspólnego nie miało, może jedynie z marzeniem o prawdziwości. taka sobie chimera, która umiera gdzieś w wielkiej wirtualności, tworząc ciąg dalszy już tylko w mojej głowie...
♪♪ renata przemyk - bo jeśli tak ma być.mp3
poniedziałek, 16 października 2006
małe i duże jesienne du-bi-du
nastał czas mniejszych lub większych arcydzieł kiematografii przy świetle księżyca i smaku herbatek z malin. bezsenności nocnych, zasmarkanych chusteczek, groplinosiny i czosnku. babcinej szarlotki, szeleszczących kartek z notatkami od dr KO tudzież SAMO-ZŁO (jak kto woli). czyli jesień pęłną gembą, nie ma to, tamto!
bardzo monotonnie zrobiło się. krzyk, pobudka, jedno oko, drugie, najważniejsze decyzje dnia, oczekawianie, że wstać albo i nie, ubrać się, umyć, kanapka albo i dwie, czasem może nie, i znów krzyk, krzyk, krzyk, w kółko tylko krzyk, a potem wyjść czy raczej uciec, i czas płynie inaczej, od przerwy do przerwy, i wrócić, a może raczej spanikować, i znów ten krzyk, krzyk, krzyk, i coś może zjeść albo znieść (ten klimat), i coś może obejrzeć, ale wciąż i bez przerwy, tylko ten krzyk, krzyk, krzyk, można się też umyć, oczy zamknąć, zasnąć... ale nie, nie, bo ten krzyk, krzyk, krzyk... i ona, i ja, i ona, i ja, i ona, i ona, i ja, i ona, i ona, i ona, i ona... i już nie wiem gdzie ja, czy ja... bo ona.
//jeśli ktoś zrozumie ten potok, dostanie ode mnie prezent - w miarę możliwości moich (i chęci - jasna rzecz). pani z konkurencji wyłączona, pani wie za dużo, o! a jeśli nikt nie zczai, że tak slangiem się wyrażę, to dobra nasza. moja mała tajemnica spuchnie we mnie jeszcze bardziej. na zdrowie... i na chorobę (mi inne środki)!
--
wszyscy ważni umierają. a ja mówię wam, że czym bliżej, czym dalej, tym większe mam wyrzuty. że nie było życzeń, że się nie uśmiechłam, nie powiedziałam, nie spojrzałam i że tyle lat straconych, tyle na marne, w zapomnienie. że tyle nie wyszło, nie poszło, przeszło... a ile zostało nikt nie wie, nie powie, nie pomoże, nie zaszkodzi, nie pokaże i nie przeszkodzi. ale, że może sama, że może samo... samo jakoś tak wyjdzie. wyjdzie, wejdzie, przejdzie, pójdzie albo... albo i nie.
bardzo monotonnie zrobiło się. krzyk, pobudka, jedno oko, drugie, najważniejsze decyzje dnia, oczekawianie, że wstać albo i nie, ubrać się, umyć, kanapka albo i dwie, czasem może nie, i znów krzyk, krzyk, krzyk, w kółko tylko krzyk, a potem wyjść czy raczej uciec, i czas płynie inaczej, od przerwy do przerwy, i wrócić, a może raczej spanikować, i znów ten krzyk, krzyk, krzyk, i coś może zjeść albo znieść (ten klimat), i coś może obejrzeć, ale wciąż i bez przerwy, tylko ten krzyk, krzyk, krzyk, można się też umyć, oczy zamknąć, zasnąć... ale nie, nie, bo ten krzyk, krzyk, krzyk... i ona, i ja, i ona, i ja, i ona, i ona, i ja, i ona, i ona, i ona, i ona... i już nie wiem gdzie ja, czy ja... bo ona.
//jeśli ktoś zrozumie ten potok, dostanie ode mnie prezent - w miarę możliwości moich (i chęci - jasna rzecz). pani z konkurencji wyłączona, pani wie za dużo, o! a jeśli nikt nie zczai, że tak slangiem się wyrażę, to dobra nasza. moja mała tajemnica spuchnie we mnie jeszcze bardziej. na zdrowie... i na chorobę (mi inne środki)!
--
wszyscy ważni umierają. a ja mówię wam, że czym bliżej, czym dalej, tym większe mam wyrzuty. że nie było życzeń, że się nie uśmiechłam, nie powiedziałam, nie spojrzałam i że tyle lat straconych, tyle na marne, w zapomnienie. że tyle nie wyszło, nie poszło, przeszło... a ile zostało nikt nie wie, nie powie, nie pomoże, nie zaszkodzi, nie pokaże i nie przeszkodzi. ale, że może sama, że może samo... samo jakoś tak wyjdzie. wyjdzie, wejdzie, przejdzie, pójdzie albo... albo i nie.
piątek, 6 października 2006
obcy III i inne androidy
epizot trzeci - całkiem obcy i mroczny. siadam w kącie, narracja trwa. załączam tryb outsiders'ki i przeczekuje czas, który mi tam pozostał. tak jakby przeczekuje życie.
kłamał. oni wszyscy kłamią i to w żywe oczy. kłamią kiedy ich się o coś pyta, albo sami bez rzadnych sugestii. tak jakby wiedzieli, że kłamstwo jest tym, co w danej chwili pozwoli nam przetrwać. odwróci uwagę od meritum. a oni zdąrzą uciec nim zauważymy, że to kolejne kłamstwo. później pójdą kłamać komuś innnemu, a jeśli nawet kiedyś wrócą to zawsze z przekonaniem, że stare kłamstwa już wyblakły i przyszedł czas na nowe. i to się tyczy wszystkich, bez wyjątków. bo kłamstwa są tym co w ich mniemaniu pozwala nam oddychać głęboko, napierać powietrza w płuca i wydmuchiwać je, i tak w kółko... uważają, że tylko kłamstwo pozwala pompować naszą krew, przyprawia o zawrót głowy i daje szansę. i wiecie co? w gruncie rzeczy, mają rację...
a ja naprawdę oddycham tylko wtedy kiedy się śmieję. ale doprawdy nie wiem kiedy ostatnio śmiałam się tak naprawdę... tak naprawdę, naprawdę. czy raczej kiedy się uśmiechałam... nie, nie macie racji. nie wyjchodzi na jedno.
i fajnie jest kiedy ich nie ma. można zapomnieć sobie o życiu, choć na chwilę, na małą chwilkę. siadamy sobie wtedy z elitą i lachamy do upadłego. że aż boki bolą i w dołku ściska. i nie ma głupich, nie ma mądrych, nie ma, że nie wypada, że tak nie można. trzeba, bo się pęknie inaczej. potem, potem to już się nawet nie pamięta po co, dlaczego, z jakiego powodu i w jakim kontekście. potem wraca się do siebie, do własnej rutyny.
a teraz zróbcie sobie nową bombkę. o!
--
niedziwujesie-niedziwujesie a ja może troszkę. ale tylko troszkę, a może jeszcze mniej. bo w nocy budzi się we mnie mały bohater. taki co niesie ze sobą całą mase niestoworzych opowieści i mydli oczy, i zatruwa umysł. a w dzień? dzień to już inna historia, za dnia rządzi mną mały, ale całkiem duży... terrorysta.
♪♪ hey - mru-mru.mp3
kłamał. oni wszyscy kłamią i to w żywe oczy. kłamią kiedy ich się o coś pyta, albo sami bez rzadnych sugestii. tak jakby wiedzieli, że kłamstwo jest tym, co w danej chwili pozwoli nam przetrwać. odwróci uwagę od meritum. a oni zdąrzą uciec nim zauważymy, że to kolejne kłamstwo. później pójdą kłamać komuś innnemu, a jeśli nawet kiedyś wrócą to zawsze z przekonaniem, że stare kłamstwa już wyblakły i przyszedł czas na nowe. i to się tyczy wszystkich, bez wyjątków. bo kłamstwa są tym co w ich mniemaniu pozwala nam oddychać głęboko, napierać powietrza w płuca i wydmuchiwać je, i tak w kółko... uważają, że tylko kłamstwo pozwala pompować naszą krew, przyprawia o zawrót głowy i daje szansę. i wiecie co? w gruncie rzeczy, mają rację...
a ja naprawdę oddycham tylko wtedy kiedy się śmieję. ale doprawdy nie wiem kiedy ostatnio śmiałam się tak naprawdę... tak naprawdę, naprawdę. czy raczej kiedy się uśmiechałam... nie, nie macie racji. nie wyjchodzi na jedno.
i fajnie jest kiedy ich nie ma. można zapomnieć sobie o życiu, choć na chwilę, na małą chwilkę. siadamy sobie wtedy z elitą i lachamy do upadłego. że aż boki bolą i w dołku ściska. i nie ma głupich, nie ma mądrych, nie ma, że nie wypada, że tak nie można. trzeba, bo się pęknie inaczej. potem, potem to już się nawet nie pamięta po co, dlaczego, z jakiego powodu i w jakim kontekście. potem wraca się do siebie, do własnej rutyny.
a teraz zróbcie sobie nową bombkę. o!
--
niedziwujesie-niedziwujesie a ja może troszkę. ale tylko troszkę, a może jeszcze mniej. bo w nocy budzi się we mnie mały bohater. taki co niesie ze sobą całą mase niestoworzych opowieści i mydli oczy, i zatruwa umysł. a w dzień? dzień to już inna historia, za dnia rządzi mną mały, ale całkiem duży... terrorysta.
♪♪ hey - mru-mru.mp3
poniedziałek, 18 września 2006
pod niebem
teraz to już mi trochę przeszło. teraz to już oddycham normalnie. chodziaż. wolałam przerwać tę czczą rozmowę. może z nerwów, może po to żeby zachować resztki wiary w człowieka. chociaż złudzeń to ja mam już coraz mniej. niedługo naprawdę zatracimy tę subtelną różnicę między gatunkiej ludzkim, a zwierzęcym jaką obdarowała nas natura. być może mój idealizm jest nieżyciowy i naiwny, ale trudno. najwidoczniej nie jestem z tego świata ani z tej epoki. taka niedostosowana.
(w sumie zredukowałam tę wypowiedź do minimum. w piątek, gdy zaczynałam pisać zupełnie inaczej to wyglądało. ale tak jak teraz jest lepiej.)
--
jak się idzie takimi korytarzami to nie wiadomo gdzie patrzeć. dziecku można powiedzieć "patrz, kochanie... ci ludzie to koneserzy pocałunków. mają na nie dużo miejsca." dziecku, ale nie mnie. ja już nie uwierzę.
jak się tam siedzi, to nie można nic powiedzieć. nic a nic. żeby nie przywoływać demonów. patrzeć można, ale od nadmiaru oczy bolą, szczypią i nie wierzą jak można się tak zmienić, w tak krótkim czasie. nie poznają życia. bo przecież on jeszcze żyje. jeszcze tak...
"pod niebem pełnym z cudów nieruchomieję z nudów. właśnie pod takim niebem wciąż nie wiem czego nie wiem.
światło z kolejnym świtem ciągle nazywam życiem, które spokojnie toczy swą nieuchronność nocy..."
♪♪ raz, dwa, trzy - pod niebem.mp3
(w sumie zredukowałam tę wypowiedź do minimum. w piątek, gdy zaczynałam pisać zupełnie inaczej to wyglądało. ale tak jak teraz jest lepiej.)
--
jak się idzie takimi korytarzami to nie wiadomo gdzie patrzeć. dziecku można powiedzieć "patrz, kochanie... ci ludzie to koneserzy pocałunków. mają na nie dużo miejsca." dziecku, ale nie mnie. ja już nie uwierzę.
jak się tam siedzi, to nie można nic powiedzieć. nic a nic. żeby nie przywoływać demonów. patrzeć można, ale od nadmiaru oczy bolą, szczypią i nie wierzą jak można się tak zmienić, w tak krótkim czasie. nie poznają życia. bo przecież on jeszcze żyje. jeszcze tak...
"pod niebem pełnym z cudów nieruchomieję z nudów. właśnie pod takim niebem wciąż nie wiem czego nie wiem.
światło z kolejnym świtem ciągle nazywam życiem, które spokojnie toczy swą nieuchronność nocy..."
♪♪ raz, dwa, trzy - pod niebem.mp3
poniedziałek, 11 września 2006
puk-puk
puk-puk do moich antywłamaniowych drzwi.
zrobiłam to. są wyrzuty sumienia, choć wiem, że nie powinno ich być. ale i tak, tak jest lepiej. czuję jakbym otworzyła okno, złapała głęboki oddech, spojrzała przed siebie i zobaczyła wreszcie otwartą klatkę. wszelakie zależności zdecydowanie mi nie służą, a doświadczenia naprawdę zmieniają. sprawdzone empirycznie.
pan się za ładnie uśmiechał, wie pan? zdecydowanie za ładnie. za taki uśmiech powinno się karać. pod prokuratora albo coś. powinien być zakaz takich rozdawania uśmiechów, grzywna być powinna i zabieranie chochlików (żeby nie powiedzieć kurwików) z oczu. o, tak właśnie być powinno. ale nie szkodzi. jeszcze trochę będę pamiętała, potem zapomnę. jeszcze trochę powciskam sobie tego sentymentalnego kitu, zapcham się nim na czas jakiś, aż w końcu będę miała serdecznie dość. a pan tam gdzieś... daleko, daleko. nieświadomy taki. może nawet z kimś innym, może nawet nie pomyśli, że może ja. ale nie ważne, nie ważne... może nie ważne, a może nie.
(w tym miejscu powinnam powiedzieć, że dupa blada, bo wena mi się skończyła... ale się nie poddam, powalczę dalej o sens.)
a tak w ogóle wszystko jest takie jak było. tylko marzenia innoosobowe, choć scenariusz ten sam... i kiedyś kupię sobie kota, jak przystało na porządną starą pannę, takie oto ambitne mam plany. takie, że baa.
(z tym sensem to jak z kredensem. bo nie ma sensu kupować kredensu.)
♪♪ raz, dwa, trzy - oczy tej małej.mp3
zrobiłam to. są wyrzuty sumienia, choć wiem, że nie powinno ich być. ale i tak, tak jest lepiej. czuję jakbym otworzyła okno, złapała głęboki oddech, spojrzała przed siebie i zobaczyła wreszcie otwartą klatkę. wszelakie zależności zdecydowanie mi nie służą, a doświadczenia naprawdę zmieniają. sprawdzone empirycznie.
pan się za ładnie uśmiechał, wie pan? zdecydowanie za ładnie. za taki uśmiech powinno się karać. pod prokuratora albo coś. powinien być zakaz takich rozdawania uśmiechów, grzywna być powinna i zabieranie chochlików (żeby nie powiedzieć kurwików) z oczu. o, tak właśnie być powinno. ale nie szkodzi. jeszcze trochę będę pamiętała, potem zapomnę. jeszcze trochę powciskam sobie tego sentymentalnego kitu, zapcham się nim na czas jakiś, aż w końcu będę miała serdecznie dość. a pan tam gdzieś... daleko, daleko. nieświadomy taki. może nawet z kimś innym, może nawet nie pomyśli, że może ja. ale nie ważne, nie ważne... może nie ważne, a może nie.
(w tym miejscu powinnam powiedzieć, że dupa blada, bo wena mi się skończyła... ale się nie poddam, powalczę dalej o sens.)
a tak w ogóle wszystko jest takie jak było. tylko marzenia innoosobowe, choć scenariusz ten sam... i kiedyś kupię sobie kota, jak przystało na porządną starą pannę, takie oto ambitne mam plany. takie, że baa.
(z tym sensem to jak z kredensem. bo nie ma sensu kupować kredensu.)
♪♪ raz, dwa, trzy - oczy tej małej.mp3
środa, 6 września 2006
rozmowa bez słowa
teraz to wiem, najbardziej kuszące to, co nierealne. wiem to też, kiedy nocami wyobrażam sobie jakby to było oprzeć głowę o takie ramię, a potem pozwolić sobie nawet na zamknięciu oczu. tak na chwilę. później mogłabym spojrzeć w tamte oczy, chociaż do tej pory nie wiem nawet jaki mają kolor. i może nadal bym tego nie uważała, może byłabym zbyt pochłonięta patrzeniem. a potem pozwolono by mi zamienić ze sobą słowo, albo i dwa. więcej chyba bym z siebie nie wykrztusiła. wolałabym słuchać. obserwować ruch warg, śledzić mrugnięcia powiek i milczeć. ale przecież to takie nierealne. bo o czym miałabym milczeć z kimś takim? czasem milczeć jest dużo trudniej niż mówić. chociaż z tym drugim też bywa kiepsko.
później moglibyśmy gdzieś pójść. albo lepiej nie, usiąść i nie zauważać swojego istnienia. codziennie mijać się w drodze po bułki do sklepu, do szkoły i na przystanek. udawalibyśmy, że się nie znamy. on może spojrzały na mnie ukradkiem albo w ogóle nie zauważył, kim jestem, że jestem. a tak jest tylko zupełnie przypadkowy dotyk. raz na rok, a może raz na całe życie. potem są słowa, dokładnie nie wiem czego dotyczące. mądre takie jak mądre mogą być słowa takich jak on. i moje udawanie, że wszystko rozumiem. że podzielam to zdanie i jestem wręcz zachwycona. właściwie byłam... jestem wciąż i nadal, ale nie do końca wiem czym. dziś w nocy też będę komponując kolejną niekończącą się opowieść.
a ja jestem bardzo zła kobieta. już dzień trzeci milczę i mam zamiar dłużej. nie chcę albo nie umiem powiedzieć, że lepiej nie. że jednak pomyłka i lepiej uciąć to tuż przy samej nasadzie. że cały świat otworem, a ja nie chcę patrzeć na niego przez dziurkę od klucza. że są te, no jak tam je się nazywa... te, no... horyzonty. i że poszerzać je trzeba. że to może był kaprys, a może niespełnione marzenie. ale teraz nie chce, nie umiem patrzeć już tak samo. teraz wolę odwrócić wzrok. pomimo wszystko. pomimo poczucia winy.
--
to sobie wynalazłam specjalistę! sformatować D zamiast C. /bo się pomylił./ przez tą pomyłkę w 3 sekundy pożegnałam się z kolekcją mp3 (dziękuję za to, co zdążyło znaleźć się na CD, za niedocenione warezy i torrenty), zdjęć, programów, szablonów, że o wszystkich moich wypocinach w łordzie nie wspomnę.
a ja jestem bardzo zła kobieta. już dzień trzeci milczę i mam zamiar dłużej. nie chcę albo nie umiem powiedzieć, że lepiej nie. że jednak pomyłka i lepiej uciąć to tuż przy samej nasadzie. że cały świat otworem, a ja nie chcę patrzeć na niego przez dziurkę od klucza. że są te, no jak tam je się nazywa... te, no... horyzonty. i że poszerzać je trzeba. że to może był kaprys, a może niespełnione marzenie. ale teraz nie chce, nie umiem patrzeć już tak samo. teraz wolę odwrócić wzrok. pomimo wszystko. pomimo poczucia winy.
--
to sobie wynalazłam specjalistę! sformatować D zamiast C. /bo się pomylił./ przez tą pomyłkę w 3 sekundy pożegnałam się z kolekcją mp3 (dziękuję za to, co zdążyło znaleźć się na CD, za niedocenione warezy i torrenty), zdjęć, programów, szablonów, że o wszystkich moich wypocinach w łordzie nie wspomnę.
środa, 30 sierpnia 2006
głodne bajki
od małego opowiadają nam głodne bajki o księżniczkach, karmią tą kaszką-manną na dobranoc. potem spogląda się w lustro i zauważa, że z księżniczką to się nigdy nie było, nie jest i nie będzie. że ten sort to pozagatunkowy, a księżniczki to tylko w bajkach, w prawdziwym życiu są oczy, a serce to jedynie krew tłoczy.
a jak się kiedyś ktoś ośmieli nazwać cię księżniczką to zaraz żąda czegoś w zamian... często żąda zbyt wiele, na przykład całej ciebie. dla mnie to zbyt wysoka cena. zawsze ciężko przychodziło mi dzielenie się z innymi... zwłaszcza sobą.
tzw. margines życia: pominę fakt wojny na mojej głowie. wojny o kolor. pominę fakt tygla kultury, bo nic nadzwyczajnego. już nawet pominę fakt dwóch płyt kaliny jędrusik, które to towarzyszą mi w samotne wieczory. nie jest źle, w końcu zawsze mogło być gorzej... co nie?
//a moje milczenie spowodowane jest wakacyjnym rozleniwieniem. bo w sumie mogłabym opisać drogę jaką przebywa cień mojego palca na suficie, kiedy leżąc poprawiam sobie włosy. ale po co mam wstawać z łóżka, czyż nie?
♪♪ kalina jędrusik - z kim tak ci będzie źle jak ze mną.mp3
a jak się kiedyś ktoś ośmieli nazwać cię księżniczką to zaraz żąda czegoś w zamian... często żąda zbyt wiele, na przykład całej ciebie. dla mnie to zbyt wysoka cena. zawsze ciężko przychodziło mi dzielenie się z innymi... zwłaszcza sobą.
tzw. margines życia: pominę fakt wojny na mojej głowie. wojny o kolor. pominę fakt tygla kultury, bo nic nadzwyczajnego. już nawet pominę fakt dwóch płyt kaliny jędrusik, które to towarzyszą mi w samotne wieczory. nie jest źle, w końcu zawsze mogło być gorzej... co nie?
//a moje milczenie spowodowane jest wakacyjnym rozleniwieniem. bo w sumie mogłabym opisać drogę jaką przebywa cień mojego palca na suficie, kiedy leżąc poprawiam sobie włosy. ale po co mam wstawać z łóżka, czyż nie?
♪♪ kalina jędrusik - z kim tak ci będzie źle jak ze mną.mp3
poniedziałek, 21 sierpnia 2006
w niewiedzy
chciałam mieć sobie swoją małą tajemnice. taką, o której nikt by nie wiedział. nawet ja sama. wyszło tak, że wszyscy wokół wszystko wiedzą, tylko nie ja. ironia losu. tajemnica zdradziła się sama przed całym światem, a mnie wciąż trzyma w szyku. (czy jak to się tam mówi.)
sama nie wiem co powinnam, a czego nie. i dlaczego nie wiem, tego też nie wiem. jestem zmęczona oczekiwaniami wobec mnie. ludzie wokół chcieliby żebym znalazła sobie kogoś ładnego, mądrego, zrównoważonego psychicznie, dobrze zapowiadającego się, owładnęła nim, dała się wplątać w sidła małżeństwa, urodziła mu dzieci i żyła długo, i nieszczęśliwie... znaczy szczęśliwie. a gdzie w tym wszystkim jestem ja? moje potrzeby, wymagania, ambicje? nie mogę odmówić ani stronie A, ani B. każdego mogę zranić, każdy się obrazi. w tym chaosie nie potrafię odczytać nawet swoich własnych potrzeb. dość mam wszelakich szantażów emocjonalnych. brakuje mi spokoju, bezwzględnego. teraz to wiem, że samemu jest dużo mniej skomplikowanie.
pogubiłam się trochę. mam nadzieję, że kolejny raz wszystko rozwikła za mnie czas.
♪♪ goo goo dolls - iris.mp3
(wracamy do starych, sprawdzonych metod)
sama nie wiem co powinnam, a czego nie. i dlaczego nie wiem, tego też nie wiem. jestem zmęczona oczekiwaniami wobec mnie. ludzie wokół chcieliby żebym znalazła sobie kogoś ładnego, mądrego, zrównoważonego psychicznie, dobrze zapowiadającego się, owładnęła nim, dała się wplątać w sidła małżeństwa, urodziła mu dzieci i żyła długo, i nieszczęśliwie... znaczy szczęśliwie. a gdzie w tym wszystkim jestem ja? moje potrzeby, wymagania, ambicje? nie mogę odmówić ani stronie A, ani B. każdego mogę zranić, każdy się obrazi. w tym chaosie nie potrafię odczytać nawet swoich własnych potrzeb. dość mam wszelakich szantażów emocjonalnych. brakuje mi spokoju, bezwzględnego. teraz to wiem, że samemu jest dużo mniej skomplikowanie.
pogubiłam się trochę. mam nadzieję, że kolejny raz wszystko rozwikła za mnie czas.
♪♪ goo goo dolls - iris.mp3
(wracamy do starych, sprawdzonych metod)
czwartek, 17 sierpnia 2006
być
jestem. zamykam oczy i uszy, otwieram wszystkie okna, i wyobrażam sobie, że ten szum to morze rozbijające się o brzegi. potem myślę, że wcale nie przeszkadzał mi ten gwar, zapachy ludzi ocierających się o mnie, to, że miejsca na chodniku brakowało i że czas płynął tak niepokojąco nieokreślenie. tak bardzo wolno w swej szybkości. albo na odwrót. ale tu jest inaczej. tu jest duchota. tu znów krew z nosa...
męczy mnie to oczekiwanie na kolejne słowo, gest... na odzew... nerwowe spoglądanie na komórkę. kolejne sekundy, minuty, godziny... potem kiedy dostaje już to czego chciałam znów mam nieodparte wrażenie, że tak już będzie zawsze. że dostanę odpowiedź na mój uśmiech, jak w lustrze. że zawsze będzie pod ręką chusteczka, ręka, ramie, dłoń, droga dwupasmowa tylko w przyszłość. i tak do następnego razu, do następnego oczekiwania. ale przecież to czekanie to tylko moje małe strachy, moja poduszka powietrzna, na którą w razie czego zawsze mogę upaść. te wszystkie mdłości i odpychania, te wszystkie nagłe magnesy i nagłe odpychania, którym ulegać nie mogę. bo teraz jestem zaczarowana i oby szarość dnia nie odwróciła tego zaklęcia. ale o tym ciii...
--
w ogóle to jakoś dziwnie się czuję z tym, że muszę wymyślać tych moich plastikowych playboy'ów na dobranoc. ale przywyknę, przywyknę... mam nadzieję.
męczy mnie to oczekiwanie na kolejne słowo, gest... na odzew... nerwowe spoglądanie na komórkę. kolejne sekundy, minuty, godziny... potem kiedy dostaje już to czego chciałam znów mam nieodparte wrażenie, że tak już będzie zawsze. że dostanę odpowiedź na mój uśmiech, jak w lustrze. że zawsze będzie pod ręką chusteczka, ręka, ramie, dłoń, droga dwupasmowa tylko w przyszłość. i tak do następnego razu, do następnego oczekiwania. ale przecież to czekanie to tylko moje małe strachy, moja poduszka powietrzna, na którą w razie czego zawsze mogę upaść. te wszystkie mdłości i odpychania, te wszystkie nagłe magnesy i nagłe odpychania, którym ulegać nie mogę. bo teraz jestem zaczarowana i oby szarość dnia nie odwróciła tego zaklęcia. ale o tym ciii...
--
w ogóle to jakoś dziwnie się czuję z tym, że muszę wymyślać tych moich plastikowych playboy'ów na dobranoc. ale przywyknę, przywyknę... mam nadzieję.
sobota, 5 sierpnia 2006
może morze
jednak wylądowałam nad morzem u ciotki. czasu nie mam na internet, akutualnie łykam deszcz wszystkimi zmysłami.
--
odżywia się niezdrowo, wciąż oddycha, żyje i tęskni. :*
--
odżywia się niezdrowo, wciąż oddycha, żyje i tęskni. :*
sobota, 29 lipca 2006
plany
najsampierw łódź. potem być może morze, być może nie... chociaż moja wrodzona intuicja, którą dostrzegła we mnie nawet wróżka mówi mi, że po łódzkim tygodniu spakuję walizki i zamiast na północ polski, wrócę do siebie, na czwarte pięterko. ale, ale się okaże. póki co idę myć czerep i na pociąg! tymczasem borem, lasem...
♪♪ indios bravos - drogi.mp3
♪♪ indios bravos - drogi.mp3
czwartek, 20 lipca 2006
gorzkie żale i wyrzuty
wdałam się w romans z panem gombrowiczem i to chyba wyostrzyło mi widzenie absurdu i groteski w zachowaniach ludzkich. pomijając już fakt tragicznych czasów komunizmu. (los nie pozwolił mi na zapoznanie się z tamtą rzeczywistością empirycznie.) teraz podobno jest inaczej. demokracja i te sprawy. że nie wspomnę o państwie jako rodzinnym interesie publicznym z domieszką państwa kościelnego. szczegół, rzecz jasna. w ogóle wszystko to szczegół, bo skoro na swoim podwórku zamiast czystego piasku dosypujemy sobie muł, to jak całość ma funkcjonować poprawnie?
jak ja się w coś nie mieszam to myślę, że to jest jasny i wyraźny znak, mówiący o tym, że nie chcę aby ktoś inny wplątywał mnie. nie odpowiada mi rola karty przetargowej, piłeczki ping-pongowej czy świadka mimo woli. ja nie komentuje tej sytuacji i zachowania osób z nią związanych, bo szanuje ich i ich wolę, więc nie życzę sobie aby ktoś wciągał mnie w to. zwłaszcza w taki sposób. pomijając już fakt tego, że jeśli ja mam jakieś zastrzeżenia do kogoś, które aż tak bardzo mi ciążą i bezpośrednio przeszkadzają to mówię to prosto w oczy osoby zainteresowanej, a nie posługuje się do tego osobami trzecimi.
przyznam się szczerze, że nie spodziewałam się takiego potraktowania. ale może było mi to potrzebne żeby jeszcze bardziej otworzyć oczy i dostrzec, że jeśli już na kogoś mogę liczyć to przede wszystkim na siebie. w drugiej kolejności byłabym również ja, tak samo jak i w trzeciej. na ławce rezerwowej znalazłoby się pare obcych osób, ale rodzina całkowicie nie mieści się w tej lidze. /przysłowie znów się nie myli./
(jak dobrze, że miałam się gdzie wyżyć. pff.)
podobno jestem księżniczką (jak na razie nie czuję się tak. ahhh... te kmieciowskie naleciałości.), ale potrzeba mi czasu aby nabrać pewności na tym tronie. aby się na nim urządzić albo spakować swoje walizki i wrócić do mojego plepsu. to nabieranie pewności może bardzo rozłożyć się w czasie. zwłaszcza, że na najbliższy przewidywany termin trzeba będzie trochę poczekać. ale, ale mnie tam się nie spieszy. bo niby gdzie i na co?
jak ja się w coś nie mieszam to myślę, że to jest jasny i wyraźny znak, mówiący o tym, że nie chcę aby ktoś inny wplątywał mnie. nie odpowiada mi rola karty przetargowej, piłeczki ping-pongowej czy świadka mimo woli. ja nie komentuje tej sytuacji i zachowania osób z nią związanych, bo szanuje ich i ich wolę, więc nie życzę sobie aby ktoś wciągał mnie w to. zwłaszcza w taki sposób. pomijając już fakt tego, że jeśli ja mam jakieś zastrzeżenia do kogoś, które aż tak bardzo mi ciążą i bezpośrednio przeszkadzają to mówię to prosto w oczy osoby zainteresowanej, a nie posługuje się do tego osobami trzecimi.
przyznam się szczerze, że nie spodziewałam się takiego potraktowania. ale może było mi to potrzebne żeby jeszcze bardziej otworzyć oczy i dostrzec, że jeśli już na kogoś mogę liczyć to przede wszystkim na siebie. w drugiej kolejności byłabym również ja, tak samo jak i w trzeciej. na ławce rezerwowej znalazłoby się pare obcych osób, ale rodzina całkowicie nie mieści się w tej lidze. /przysłowie znów się nie myli./
(jak dobrze, że miałam się gdzie wyżyć. pff.)
podobno jestem księżniczką (jak na razie nie czuję się tak. ahhh... te kmieciowskie naleciałości.), ale potrzeba mi czasu aby nabrać pewności na tym tronie. aby się na nim urządzić albo spakować swoje walizki i wrócić do mojego plepsu. to nabieranie pewności może bardzo rozłożyć się w czasie. zwłaszcza, że na najbliższy przewidywany termin trzeba będzie trochę poczekać. ale, ale mnie tam się nie spieszy. bo niby gdzie i na co?
poniedziałek, 17 lipca 2006
w kółko i na okrągło
wcale nie odzyskuję żadnej stabilizacji ani nic w tym rodzaju. już wiem, że nic jeszcze nie wiadomo. że sobie poczekam. na święte nigdy. ale co tam. no co mi szkodzi? wiem też, że jeszcze dziś czeka mnie pożegnanie, a ja tak bardzo pożegnań nie lubię. może nie na zawsze, ale na pewno na długo.
a jeśli chodzi o tamto... sama sobie się dziwię jak ja tak mogę. że tak zawsze całą sobą, że tak zawsze do przodu na ślepaka i bez tchu. a potem się krztuszę na własną prośbę i żądanie. tak jakby wszystkie przeszłe doświadczenia były jakąś trawą, która pomimo wyrywania wciąż wyrasta wciąż w tym samym miejscu silna, soczysta i zielona. jakaś parodia życia. horror dnia codziennego często przywdziany w niepozorny odświętny strój. cholera, tak dla rozładowania napięcia.
teraz tylko jak na szpilkach. bo to, bo tamto... jak już to wszystko się skończy i zostanę z niczym (znów i jak zwykle) będę miała swoje małe piekiełko. ale bez żalów, bez żalów. nie pierwszy, nie ostatni raz.
a jeśli chodzi o tamto... sama sobie się dziwię jak ja tak mogę. że tak zawsze całą sobą, że tak zawsze do przodu na ślepaka i bez tchu. a potem się krztuszę na własną prośbę i żądanie. tak jakby wszystkie przeszłe doświadczenia były jakąś trawą, która pomimo wyrywania wciąż wyrasta wciąż w tym samym miejscu silna, soczysta i zielona. jakaś parodia życia. horror dnia codziennego często przywdziany w niepozorny odświętny strój. cholera, tak dla rozładowania napięcia.
teraz tylko jak na szpilkach. bo to, bo tamto... jak już to wszystko się skończy i zostanę z niczym (znów i jak zwykle) będę miała swoje małe piekiełko. ale bez żalów, bez żalów. nie pierwszy, nie ostatni raz.
tournee
moja mała trasa, takie prawie jak wakacje. warta, uczelnia, łódź, koncert i moje zapomniane przez świat imieniny. normalnie cudo. prawie jak wakacje w tropikach. /czy to już zabrzmiało ironicznie?/
"(...) a oni już na scenie są, grają koncert w twoim mieście..." i byli, i grali. i tańce były, hulanki, swawole. potem trzeba było doprowadzać koleżankę do pionu. śmiać się chciało, głupio. jak zawsze.
może jestem świnia. może na pewno jestem. imieninowy biały, ładny kwiatek skończył swój żywot w jednym z koszy ssm (sieradzkiej spółdzielni mieszkaniowej - tł. dla niewtajemniczonych). żal bardzo, ale strach był jednak większy. spanikowałam. i tak się zdarza. nie wiem w ogóle co to było. nie wiem też czy się powtórzy. z resztą jakie to ma znaczenie... jakby nie było ja póki co trzymam bezpieczny dystans. tak jest łatwiej. później się łatwiej zapomina. tylko ten zapach... cholerny zapach, który lat temu trzy był identyczny. jakbym widziała czy to jakiś znak i co ewentualnie oznacza czułabym się dużo bezpieczniej. niewątpliwie dużo bezpieczniej.
--
a dziś z rana niespodzianie przyszła antologia. całkiem ładna, tylko tytuł wiersza mi skopali. cóż... bywa i tak.
♪♪ strachy na lachy - strachy na lachy.mp3
"(...) a oni już na scenie są, grają koncert w twoim mieście..." i byli, i grali. i tańce były, hulanki, swawole. potem trzeba było doprowadzać koleżankę do pionu. śmiać się chciało, głupio. jak zawsze.
może jestem świnia. może na pewno jestem. imieninowy biały, ładny kwiatek skończył swój żywot w jednym z koszy ssm (sieradzkiej spółdzielni mieszkaniowej - tł. dla niewtajemniczonych). żal bardzo, ale strach był jednak większy. spanikowałam. i tak się zdarza. nie wiem w ogóle co to było. nie wiem też czy się powtórzy. z resztą jakie to ma znaczenie... jakby nie było ja póki co trzymam bezpieczny dystans. tak jest łatwiej. później się łatwiej zapomina. tylko ten zapach... cholerny zapach, który lat temu trzy był identyczny. jakbym widziała czy to jakiś znak i co ewentualnie oznacza czułabym się dużo bezpieczniej. niewątpliwie dużo bezpieczniej.
--
a dziś z rana niespodzianie przyszła antologia. całkiem ładna, tylko tytuł wiersza mi skopali. cóż... bywa i tak.
♪♪ strachy na lachy - strachy na lachy.mp3
czwartek, 6 lipca 2006
krew z nosa
znów krew z nosa. jak ja mogłam pomyśleć, że byłam zdolna do...? kto jak kto, ale ja! no jak? ponownie krew z nosa i jak ja mogłam pomyśleć, że ktoś. to absurd przecież. tak, zgadza się - krew z nosa. spokojnie, już mi przeszło... stukam palcem po żaluzjach i wiem, że więcej nie będzie. że czasem to może dobrze tak zapomnieć. na godzinę, dwie, na chwilę. no ale już... już cicho. już więcej nie będę. i znów krew z nosa. ehh...
tak mi głupio. jej powiem, że to alergia, że z nosa cieknie i oczy puchną. ale ty wszystko i tak słyszałeś... i to, i wiele więcej, choć i tak nie wszystko na co ją stać. a chyba nie powinieneś. tak mi teraz strasznie głupio. i wstyd, i wina mieszają się z sobą. na razie jest cicho. muszę upajać się tą ciszą, bo nie wiem jak długo potrwa. odnoszę wrażenie, że to już miliony lat świetlnych zastanawiam się dlaczego, z jakiej przyczyny... jakoś do tej pory nie znalazłam odpowiedzi, a to cholerne poczucie winy nie pozwala spojrzeć sobie w twarz. wiem, że cokolwiek zrobię lub nie zrobię i tak będę winna. a wstyd będę nosić w sobie. to taki tatuaż, który nawet gdy zdarzy się okazja zapomnieć o nim na trochę, cały czas będzie widoczny jego ślad... a mój strach schowam po poduszkę, na nim sen będzie bardziej miękki.
zupełnie nielogiczny odlot. potem pomyślę o czymś jeszcze, nierealnym. zupełnie mi odbije w tej wyobraźni. a irlandia podobno jest taka zielona jak włosy syreny o świcie... poczekam jeszcze, trudno.
--
wydrukowali ją w akancie i jakbym dziecko dostało nową gumę teraz smak już się ulotnił i ze spokojem patrzy na swoje nazwisko i litery w gazecie.
11:02
co dobre szybko się kończy. cisza to już przeszłość, albo marzenie.
tak mi głupio. jej powiem, że to alergia, że z nosa cieknie i oczy puchną. ale ty wszystko i tak słyszałeś... i to, i wiele więcej, choć i tak nie wszystko na co ją stać. a chyba nie powinieneś. tak mi teraz strasznie głupio. i wstyd, i wina mieszają się z sobą. na razie jest cicho. muszę upajać się tą ciszą, bo nie wiem jak długo potrwa. odnoszę wrażenie, że to już miliony lat świetlnych zastanawiam się dlaczego, z jakiej przyczyny... jakoś do tej pory nie znalazłam odpowiedzi, a to cholerne poczucie winy nie pozwala spojrzeć sobie w twarz. wiem, że cokolwiek zrobię lub nie zrobię i tak będę winna. a wstyd będę nosić w sobie. to taki tatuaż, który nawet gdy zdarzy się okazja zapomnieć o nim na trochę, cały czas będzie widoczny jego ślad... a mój strach schowam po poduszkę, na nim sen będzie bardziej miękki.
zupełnie nielogiczny odlot. potem pomyślę o czymś jeszcze, nierealnym. zupełnie mi odbije w tej wyobraźni. a irlandia podobno jest taka zielona jak włosy syreny o świcie... poczekam jeszcze, trudno.
--
wydrukowali ją w akancie i jakbym dziecko dostało nową gumę teraz smak już się ulotnił i ze spokojem patrzy na swoje nazwisko i litery w gazecie.
11:02
co dobre szybko się kończy. cisza to już przeszłość, albo marzenie.
piątek, 30 czerwca 2006
nic nie było
"między nami nic nie było!
żadnych zwierzeń, wyznań żadnych
nic nas z sobą nie łączyło
prócz..."
no właśnie. prócz... z jednej strony o dwa lata za późno dopowiedziane, z drugiej jakoś tak sentymentalnie się zrobiło. że zostały wspomnienia. kolorowe jak latawce w południe lata. kilka głupich zdjęć zostało, blizna nad stopą (tak z pośpiechu, przypadkiem) i zapach został, ten zapach. oczy zostały, tajemnica, niewinny uśmiech przelotnie i głupkowate myśli, za które do tej pory wstyd.
będzie mi kiedyś wstyd tych dni i może kiedyś się ich wyprę. albo może śmieć się będę, czy żałować. ale...
"i wciąż sobie zadaję pytanie:
czy to była przyjaźń? czy kochanie?"
ciii... bez pytań. nie burzmy mitu.
--
i jeszcze trochę zostało. że aż już mi się nie chce, ale muszę. wciąż muszę.
durna jestem. durna jestem i się wydurniam. ja durnia wydurniam się myśląc, że kogoś te durnoty moje będą bawiły. ja durna muszę uświadomić sobie, że jestem durna i że pora skończyć z tą durnotą.
♪♪ edyta geppert - modlitwa do dobrego Boga.mp3
żadnych zwierzeń, wyznań żadnych
nic nas z sobą nie łączyło
prócz..."
no właśnie. prócz... z jednej strony o dwa lata za późno dopowiedziane, z drugiej jakoś tak sentymentalnie się zrobiło. że zostały wspomnienia. kolorowe jak latawce w południe lata. kilka głupich zdjęć zostało, blizna nad stopą (tak z pośpiechu, przypadkiem) i zapach został, ten zapach. oczy zostały, tajemnica, niewinny uśmiech przelotnie i głupkowate myśli, za które do tej pory wstyd.
będzie mi kiedyś wstyd tych dni i może kiedyś się ich wyprę. albo może śmieć się będę, czy żałować. ale...
"i wciąż sobie zadaję pytanie:
czy to była przyjaźń? czy kochanie?"
ciii... bez pytań. nie burzmy mitu.
--
i jeszcze trochę zostało. że aż już mi się nie chce, ale muszę. wciąż muszę.
durna jestem. durna jestem i się wydurniam. ja durnia wydurniam się myśląc, że kogoś te durnoty moje będą bawiły. ja durna muszę uświadomić sobie, że jestem durna i że pora skończyć z tą durnotą.
♪♪ edyta geppert - modlitwa do dobrego Boga.mp3
sobota, 24 czerwca 2006
cisza, ja i czas
protestuję! protestuję przeciwko prawdzie i kłamstwu, przeciwko złu i dobru, biedzie, i bogactwu, koszmarom, i sielance... i przeciwko protestom. normalnie protestuję! bo dwieście osiemdziesiąt to jednak zdecydowanie mniej niż czterysta. i ta etyka, i ten egzamin, i następny, i jeszcze następny, i... i w ogóle, no.
viva la zatyczki do uszu! pogromcy sobotnich wiertarek sąsiadów i programu standardowego z jego tendencyjnymi "wypowiedziami" (na typowe wypowiedzi to, to miało zbyt silny rozdźwięk, że tak powiem). to pierwsze całkowicie wyeliminowane, drugie chociaż przytłumione. kosmos. szum w uszach też.
on się dziś nie odzywa. jak zawsze kiedy wie, że zrobił źle. zawsze był zbyt dumny na fazę miesiąca miodowego. może i dobrze, przynajmniej w tej kwestii nie ma mydlenia sobie oczu. on chyba myśli, że jeśli nic nie mówi to tak jakby nie istniał dla otoczenia. trochę go rozumiem. też chciałabym się tak skryć czasem, ale chyba zbyt impulsywna na to nie jestem. no i wciąż po tylu latach nie potrafię przejść do porządku dziennego po niektórych akcjach-atrakcjach. jutro, kiedy zostaniemy sami nadal będzie udawał, że oboje nie istniejemy. ja zamknę się u siebie i utopię w dalszej części edukacji, on w swojej części terrarium utopi się w przekazie medialnym. przynajmniej będzie cicho, przynajmniej będzie cicho.
moje odizolowanie od świata zewnętrznego sięga już powoli coraz wyższych szczytów. tak mi dobrze, tak mi samej. już planuję z kim spędzę wakacje. jakie stronice będę pieścić oczyma. bo przecież nie ludzi... jakich, jakich, których z resztą, no? no przecież, że o. (po rozwinięciu wypowiedzi ooo.)
--
chyba zbyt szybko pomnożyłam i podzieliłam. się okazuje, że tu może nic a nic nie być. aromatu więcej niż smaku nawet. o.
♪♪ hey - to tu.mp3
viva la zatyczki do uszu! pogromcy sobotnich wiertarek sąsiadów i programu standardowego z jego tendencyjnymi "wypowiedziami" (na typowe wypowiedzi to, to miało zbyt silny rozdźwięk, że tak powiem). to pierwsze całkowicie wyeliminowane, drugie chociaż przytłumione. kosmos. szum w uszach też.
on się dziś nie odzywa. jak zawsze kiedy wie, że zrobił źle. zawsze był zbyt dumny na fazę miesiąca miodowego. może i dobrze, przynajmniej w tej kwestii nie ma mydlenia sobie oczu. on chyba myśli, że jeśli nic nie mówi to tak jakby nie istniał dla otoczenia. trochę go rozumiem. też chciałabym się tak skryć czasem, ale chyba zbyt impulsywna na to nie jestem. no i wciąż po tylu latach nie potrafię przejść do porządku dziennego po niektórych akcjach-atrakcjach. jutro, kiedy zostaniemy sami nadal będzie udawał, że oboje nie istniejemy. ja zamknę się u siebie i utopię w dalszej części edukacji, on w swojej części terrarium utopi się w przekazie medialnym. przynajmniej będzie cicho, przynajmniej będzie cicho.
moje odizolowanie od świata zewnętrznego sięga już powoli coraz wyższych szczytów. tak mi dobrze, tak mi samej. już planuję z kim spędzę wakacje. jakie stronice będę pieścić oczyma. bo przecież nie ludzi... jakich, jakich, których z resztą, no? no przecież, że o. (po rozwinięciu wypowiedzi ooo.)
--
chyba zbyt szybko pomnożyłam i podzieliłam. się okazuje, że tu może nic a nic nie być. aromatu więcej niż smaku nawet. o.
♪♪ hey - to tu.mp3
wtorek, 20 czerwca 2006
to są kpiny!
Trafiłam do szkoły, że mózg staje! Początek sesji, a te barany nie chcą wydać kart. Z łaski wydadzą jedną kserówkę na grupę, tak do wglądu. A co do jutra, to stwierdzili, że na czas wpisów "wypożyczą" nam karty, które później trzeba będzie oddać. /marzenie ściętej głowy, że ja im coś potem oddam./ I jeszcze, po co ja się tak starłam na tę hospitacje, no po jakiego...? Po cholerę mi to moje sześć skoro okazało, że to w ogóle do średniej się nie liczy!? Gdybym wcześniej o tym wiedziała to wcale nie musiałabym chodzić na te zajęcia. A żeby było śmieszniej dali punkt jeden za przedmiot, z której jest zaliczenie bez oceny. Co w rezultacie osobie mającej same piątki daje maksymalną możliwą średnią (uwaga) - 4,58(!!). Dopiero później po rozmowie, z łaski na uciechę kazali nie liczyć tego jednego punku i ująć go z ogólnej punktacji. No cóż za wielkoduszność, moje serce łka... Jakby tego wszystkiego mało wykładowcy nie przyjeżdżają na wykłady normalnie w semestrze. A konkretnie dwoje wykładowców. A na odrabianie im się bierze w czasie sesji! Mam nadzieję, że tym razem to nikt nie posieje paniki i przeciwstawimy temu całemu cyrkowi. W końcu my wywiązujemy się z obowiązków, czesne płacone jest w terminie. Pomimo tych haraczy - jeden dzień zwłoki = 20zł odsetek(!!). "To są kpiny!" - jak to mówiła pewna nauczycielka z LO. Uhh. Normalnie zero motywacji do nauki. Zła jestem. Gryzę.
Na jedną głupią receptę czekałam w przychodni godzinę. Żenujące. I serce mnie jakoś dziwnie kuło i podkuwa teraz czasem też. Mały szczegół.
♪♪ Pidżama Porno - Trzymając się za ręce.mp3
Na jedną głupią receptę czekałam w przychodni godzinę. Żenujące. I serce mnie jakoś dziwnie kuło i podkuwa teraz czasem też. Mały szczegół.
♪♪ Pidżama Porno - Trzymając się za ręce.mp3
niedziela, 18 czerwca 2006
edukacyjnie
czarny chleb i czarna kawa opętana samotnością myślą swą szukam szczęścia, które zwie się wolnością... czarny chleb, bo dobry i dobrze na trawienie wpływa. czarna kawa bo podnosi na duchu i utrzymuje w pionie gdy opada się na kraty... kraty w zeszycie mam na myśli. (żeby nie było!) a czarna, bo mleka brakło a nesca z 9%-tową sałatkową to ohydna jest. zupełnie niespełniająca wymogów ue. ble. a herbatka energetyzująca działa na mnie oczyszczająco. zupełna anomalia.
wychodzi na to, że mniej więcej się wyrobiłam. baa. nawet zakończyłam to starcie przed czasem. a czy skutecznie okaże się we wtorek... w ogóle mój zapał do nauki jest jakiś chwiejny. raz pochłaniam wiedzę jak głodny kiełbasę, raz ziewam, jęczę i zasypiam w końcu. niespójne to takie i nie pozwala odnieść się do całości zagadnienia jednoznacznie. z resztą co mi da odniesienie się do tego w tej chwili... odnosić to ja się będę kiedy w karcie zobaczę wpisy... lub też nie. w każdym razie wyrok jakiś napewno będzie.
dzisiaj odpływam intelektualnie. może dobrze, że autoedukację zostawiłam sobie na podwieczorek. miałam okazje doświadczyć jej w praktyce. a tak ogólnie nie lubię tylko tych zasad. w ogóle nie lubię wszystkiego co sztywne i napięte. chociaż z drugiej strony...
znaczy się zdruzgotana jestem. nie mogę dodzwonić się do pani de., tak więc robota stoi w miejscu. wiem, znam powiedzenie, że ona w przeciwieństwie do innej rzeczy postać może długo. yhm. no ale, no... na czasie mi zależy. praca z etyki też stoi... w lesie generalnie. cóż.
no... to ja mam pare postulatów odnośnie nadziei rzuconej przez władze mojej... ukochanej szkoły. dobra, bez ironii już... w końcu jacy nie byliby, szansę dali. oby nie złudną.
a sprawa wygląda następująco:
po piesze: żebym mogła tytuł sama obrać;
po drugie: żebym jakiś wpływ na wygląd strony głównej (że tak się wyrażę) miała - żeby nie było niespodzianki pt. "z cicha pęk" albo "bierz co dają". gieneralnie chce obejrzeć i powiedzieć, że cacy... albo, że to i to poprawić. żeby popeliny nie było;
po czecie: chce dostać conajmniej z 20 sztuk gratis od firmy, co by obdarować najbliższe osoby (co się samo przez się rozumie, bo już pare osób deklarowało chęć posiadania) + bonusy do sprzedaży w czasie spotkań.
wiem, wiem. wyjdzie, że jestem roszczeniowa, ale to naprawdę są podstawy. ja już odpuszczę ten format. byleby nie większy niż A5, ale, ale mniejszy mile widziany. taka wersja mieszcząca się w małej torebce. bardzo poręczna i lekka. no ale już... niech będzie. jak nie zapytają. to nie opowiem, że to mogłoby być tak i tak.
jessus... i jeszcze to oczekiwanie. czy czy czy.
20:36
uff. dodzwoniłam się i można powiedzieć, że jutro o tej porze robota wrzeć będzie... może kipieć nawet też.
wychodzi na to, że mniej więcej się wyrobiłam. baa. nawet zakończyłam to starcie przed czasem. a czy skutecznie okaże się we wtorek... w ogóle mój zapał do nauki jest jakiś chwiejny. raz pochłaniam wiedzę jak głodny kiełbasę, raz ziewam, jęczę i zasypiam w końcu. niespójne to takie i nie pozwala odnieść się do całości zagadnienia jednoznacznie. z resztą co mi da odniesienie się do tego w tej chwili... odnosić to ja się będę kiedy w karcie zobaczę wpisy... lub też nie. w każdym razie wyrok jakiś napewno będzie.
dzisiaj odpływam intelektualnie. może dobrze, że autoedukację zostawiłam sobie na podwieczorek. miałam okazje doświadczyć jej w praktyce. a tak ogólnie nie lubię tylko tych zasad. w ogóle nie lubię wszystkiego co sztywne i napięte. chociaż z drugiej strony...
znaczy się zdruzgotana jestem. nie mogę dodzwonić się do pani de., tak więc robota stoi w miejscu. wiem, znam powiedzenie, że ona w przeciwieństwie do innej rzeczy postać może długo. yhm. no ale, no... na czasie mi zależy. praca z etyki też stoi... w lesie generalnie. cóż.
no... to ja mam pare postulatów odnośnie nadziei rzuconej przez władze mojej... ukochanej szkoły. dobra, bez ironii już... w końcu jacy nie byliby, szansę dali. oby nie złudną.
a sprawa wygląda następująco:
po piesze: żebym mogła tytuł sama obrać;
po drugie: żebym jakiś wpływ na wygląd strony głównej (że tak się wyrażę) miała - żeby nie było niespodzianki pt. "z cicha pęk" albo "bierz co dają". gieneralnie chce obejrzeć i powiedzieć, że cacy... albo, że to i to poprawić. żeby popeliny nie było;
po czecie: chce dostać conajmniej z 20 sztuk gratis od firmy, co by obdarować najbliższe osoby (co się samo przez się rozumie, bo już pare osób deklarowało chęć posiadania) + bonusy do sprzedaży w czasie spotkań.
wiem, wiem. wyjdzie, że jestem roszczeniowa, ale to naprawdę są podstawy. ja już odpuszczę ten format. byleby nie większy niż A5, ale, ale mniejszy mile widziany. taka wersja mieszcząca się w małej torebce. bardzo poręczna i lekka. no ale już... niech będzie. jak nie zapytają. to nie opowiem, że to mogłoby być tak i tak.
jessus... i jeszcze to oczekiwanie. czy czy czy.
20:36
uff. dodzwoniłam się i można powiedzieć, że jutro o tej porze robota wrzeć będzie... może kipieć nawet też.
wtorek, 13 czerwca 2006
karuz-ella
ja - mała dziewczynka na huśtawce nastrojów. wszystko jest jak na trampolinie. od czarnej rozpaczy aż po dziką euforię. zaczynając płakać od razu przychodzą mi do głowy powody, dla których powinnam się cieszyć. i na odwrót. wraz z przyjściem uśmiechu od razu znajduję milion powodów, dla których łzy byłyby lepszym odzwierciedleniem mojego nastroju. za bardzo wczułam się znów. lubi, nie lubi. już. szanuje, nie szanuje. już. chce, nie chce. już i tak w koło macieju. jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. jakby to miało cokolwiek zmienić. wyjedzie, minie miesiąc czy dwa i zapomni. więc, o co ci chodzi durna kobieto?! (że też musiałam nazwać się kobietą i to w takiej sytuacji. ironia losu.)
lepiej jest jeśli wszystkie moje emocjonalne lawy śpią, jak wulkan. bezpieczniej. niepotrzebnie pozwoliłam na to, że wszystko obudziło się we mnie. wylała się lawa i zalała cały spokój. moja mała etna krąży teraz we mnie jak krew w żyłach. idę spać i wstaję z ciągle tą samą myślą w głowie. szukam odpowiedzi wciąż na te same pytania. autoanaliza na najwyższych obrotach. rezultatów żadnych. obawiam się, że nawet jeśli kiedyś odpowiedzi przyjdą mi do głowy, to będzie to już o jedną menopauzę za późno.
jeszcze trochę i nie będzie czasu na takie myślenie... albo nie będzie głowy aby skupić się na czymś innym niż takie myślenie. /Panie Boże, proszę o opcję numer jeden./ za tydzień pierwszy egzamin. nie powiem, że jestem zachwycona, ale nie powiem też, że specjalnie się smucę... no bo przecież kiedyś tę sprawę (w sensie semestr IV) trzeba doprowadzić do końca. jeśli nie teraz, to kiedy?
yhm. będę sępić, a sępić nie lubię. mam nadzieje, że mi odwagi starczy... albo głupoty. jak zwał tak zwał, w każdym razie mam nadzieję, że się uda.
lepiej jest jeśli wszystkie moje emocjonalne lawy śpią, jak wulkan. bezpieczniej. niepotrzebnie pozwoliłam na to, że wszystko obudziło się we mnie. wylała się lawa i zalała cały spokój. moja mała etna krąży teraz we mnie jak krew w żyłach. idę spać i wstaję z ciągle tą samą myślą w głowie. szukam odpowiedzi wciąż na te same pytania. autoanaliza na najwyższych obrotach. rezultatów żadnych. obawiam się, że nawet jeśli kiedyś odpowiedzi przyjdą mi do głowy, to będzie to już o jedną menopauzę za późno.
jeszcze trochę i nie będzie czasu na takie myślenie... albo nie będzie głowy aby skupić się na czymś innym niż takie myślenie. /Panie Boże, proszę o opcję numer jeden./ za tydzień pierwszy egzamin. nie powiem, że jestem zachwycona, ale nie powiem też, że specjalnie się smucę... no bo przecież kiedyś tę sprawę (w sensie semestr IV) trzeba doprowadzić do końca. jeśli nie teraz, to kiedy?
yhm. będę sępić, a sępić nie lubię. mam nadzieje, że mi odwagi starczy... albo głupoty. jak zwał tak zwał, w każdym razie mam nadzieję, że się uda.
sobota, 10 czerwca 2006
wielkie, wielkie... nic
najpierw jest podniecenie. potem uderzenie. może urojone, ale uczucie prawdziwe. pogubiłam się trochę. moje ostatnie wewnętrzne postanowienia naprawdę się sprawdzały... no i po co mi to było zmieniać? głupia dziewczynka, ot co. naiwnie naiwna. to wszystko jest we mnie takie popaprane. niedorzeczne i urojone. bardzo urojone, tak samo jak to uderzenie z resztą. ja wiem, minie kilka dni i znów będzie jedno wielkie NIC. zupełna pustka. czarna dziura i ogromna spacja w dokumencie mojego życia. (przyznam się szczerze, że czekam na nią ze zniecierpliwieniem.) bezpieczna spacja. dziś wieczór znów wymyślę sobie chłopca z plasteliny, który jak zwykle zabierze mnie na drugą stronę tęczy. bezpiecznie powrócę do mojego chimerycznie (bez)barwnego świata. później napiszę coś głupiego. melancholicznie i monotematycznie będzie. jak zwykle.
a teraz... teraz uroczyście zamknę się w sobie na klucz, na cztery spusty. wmówię sobie kilka potrzeb, które nigdy nie istniały i powiem, że właśnie za to powinnam zabrać się natentychmiast. że jest tyle spraw na wczoraj. zacznę pilnie robić cokolwiek i z czasem powrócę do punktu wyjścia. bezpieczny dystans - tego mi trzeba. kiedyś w końcu przecież na dobre zapomnę o tym, że mogę potrzebować... na pewno. kiedyś na pewno. (i nawet pani wróżka nie będzie miała racji. nawet po 30-stce nie dam się uwiązać. NI-GDY. nie będę tego potrzebowała. WCA-LE.)
przemilczę wszystkie nowo zasłyszane głosy ostatnich dni. po co mi nakręcać się dodatkowo... jedna nauczka natenczas wystarczy.
ps.
mam w... yhm... wielkim poważaniu mundial i całą tę maskaradę. to w kwestii mojego zdania na tenże temat.
♪♪ coma - piosenka pisana nocą.mp3
a teraz... teraz uroczyście zamknę się w sobie na klucz, na cztery spusty. wmówię sobie kilka potrzeb, które nigdy nie istniały i powiem, że właśnie za to powinnam zabrać się natentychmiast. że jest tyle spraw na wczoraj. zacznę pilnie robić cokolwiek i z czasem powrócę do punktu wyjścia. bezpieczny dystans - tego mi trzeba. kiedyś w końcu przecież na dobre zapomnę o tym, że mogę potrzebować... na pewno. kiedyś na pewno. (i nawet pani wróżka nie będzie miała racji. nawet po 30-stce nie dam się uwiązać. NI-GDY. nie będę tego potrzebowała. WCA-LE.)
przemilczę wszystkie nowo zasłyszane głosy ostatnich dni. po co mi nakręcać się dodatkowo... jedna nauczka natenczas wystarczy.
ps.
mam w... yhm... wielkim poważaniu mundial i całą tę maskaradę. to w kwestii mojego zdania na tenże temat.
♪♪ coma - piosenka pisana nocą.mp3
poniedziałek, 5 czerwca 2006
wycieczkowo
plan wycieczki tak z grubsza wyglądał następująco:
Sieradz --> ... --> Gdańsk --> Sopot --> Gdańsk --> Gdańsk --> Gdańsk --> Gdańsk --> Sopot --> Gdynia --> Gdańsk --> ... --> Sieradz
świat o czwartej nad ranem w polsce jest specyficznie rozmarzony. już nie śpiący, jeszcze nie przebudzony. jest mgliście i dżdżyście. i tak spokojnie. potem można już mknąć na drugi koniec polski. nacieszyć zmysły. być może nad morze.
najpierw razem na molo. pomylone drzwi i kluczyk zostawiony w zamku. troszku jak alien. taki obcy. z tyłu, na uboczu. trudno. liczy się też inny efekt.
potem porty, motława, uliczki, kamieniczki, katedry i kościoły, no i przede wszystkim wszędobylskie kramy.
małe odbicie. zboczenie z kursu, wypad na targi, hala olimpii. czary, mary i magia. ciemne moce w jasnej oprawie. ja jako ja i nie ja. wszystkie moje ukryte cechy i ograniczenia, które je ukrywają. ucieczki do świata iluzji. czasem całkiem dość często uciekam od świata nieco nierozumiejącego moje skomplikowane JA. ucieczki od rzeczywistości, w inną rzeczywistość, w której jest wszystko. począwszy od czystego powietrza na czystym życiu skończywszy. uciekam zwykle z wieczora. uciekam a potem wracam. wracam, bo wracać muszę. bo wracać mi wypada. powroty są jak łomem w głowę. sielanka marzeń nijak ma się do gehenny życia.
potem znów na podbój trójmiasta. tramwaj i chłopiec nawijający sam do siebie. na westerplatte i do gdyńskiego akwarium.
teraz znów żyję od zaliczenia do zaliczenia. nie zastanawiam się nad brakami, kompensuję je sobie w moim małym, ciasnym światku marzeń.
+ bonus :
- toniemy w zachodach słońca,
- idziemy w miasto,
- drepczemy po molo,
- patrzymy w dal,
- kolebiemy się na łódce,
- spacerujemy alejkami,
- czerpiemy ze źródeł,
- żeby w końcu zdobywać szczyty wszystkiego.
Sieradz --> ... --> Gdańsk --> Sopot --> Gdańsk --> Gdańsk --> Gdańsk --> Gdańsk --> Sopot --> Gdynia --> Gdańsk --> ... --> Sieradz
świat o czwartej nad ranem w polsce jest specyficznie rozmarzony. już nie śpiący, jeszcze nie przebudzony. jest mgliście i dżdżyście. i tak spokojnie. potem można już mknąć na drugi koniec polski. nacieszyć zmysły. być może nad morze.
najpierw razem na molo. pomylone drzwi i kluczyk zostawiony w zamku. troszku jak alien. taki obcy. z tyłu, na uboczu. trudno. liczy się też inny efekt.
potem porty, motława, uliczki, kamieniczki, katedry i kościoły, no i przede wszystkim wszędobylskie kramy.
małe odbicie. zboczenie z kursu, wypad na targi, hala olimpii. czary, mary i magia. ciemne moce w jasnej oprawie. ja jako ja i nie ja. wszystkie moje ukryte cechy i ograniczenia, które je ukrywają. ucieczki do świata iluzji. czasem całkiem dość często uciekam od świata nieco nierozumiejącego moje skomplikowane JA. ucieczki od rzeczywistości, w inną rzeczywistość, w której jest wszystko. począwszy od czystego powietrza na czystym życiu skończywszy. uciekam zwykle z wieczora. uciekam a potem wracam. wracam, bo wracać muszę. bo wracać mi wypada. powroty są jak łomem w głowę. sielanka marzeń nijak ma się do gehenny życia.
potem znów na podbój trójmiasta. tramwaj i chłopiec nawijający sam do siebie. na westerplatte i do gdyńskiego akwarium.
teraz znów żyję od zaliczenia do zaliczenia. nie zastanawiam się nad brakami, kompensuję je sobie w moim małym, ciasnym światku marzeń.
+ bonus :
- toniemy w zachodach słońca,
- idziemy w miasto,
- drepczemy po molo,
- patrzymy w dal,
- kolebiemy się na łódce,
- spacerujemy alejkami,
- czerpiemy ze źródeł,
- żeby w końcu zdobywać szczyty wszystkiego.
czwartek, 1 czerwca 2006
wakacyjnie
ta mała "ma siłę nie wiesz jak wielką..." no ma, ma! i to jaką! dała mi popalić w niedziele, ale i tak ją kocham. zamiast siedzieć i jeść tudzież siedzieć, i patrzeć jak cała rodzina pochłania jak rasowe odkurzacze z turbodoładowaniem wszystko co zostanie postawione na stole ganiałam jak... no właśnie kim to ja nie byłam? i koniem, i słoniem, i czym tylko dusza zapragnie. psychika 5-latki jest bardzo skomplikowana, a jeszcze bardziej zaskakująca. no i taki mini-dorosły człowiek jest stokroć lepszy od niejednego pełno wymiarowego dorosłego.
tym razem było już lżej. lżej i bezpieczniej. może dlatego, że bieżące historie nie są tak bardzo drastyczne, jak streszczenie całego życia. a może po prostu tak bardzo przyzwyczaiłam się do tego, że mój pogląd na drastyczność wypaczył się i pominęłam co poniektóre wątki, które uznałam za normę i standard.
spakowana, wystraszona i prawieżegotowa, bo być może czeka morze. trzeba będzie wstać z kurami albo i wcześniej. popitalać po-czwartej przez miasto, bo wyjazd czwarta-czterdzieści-pięć. /jak ja zniesę te nieludzką godzinę?/ potem stres mój sięgnie zenitu, ale widać taka już ze mnie panikara. mam tylko, że mój łikend będzie gramotny, a stres przejdzie natentychmiast. - jakby to powiedziała pewna pani, którą wtajemniczeni znają aż za dobrze. pff.
♪♪ coma - ostrość na nieskończoność.mp3
tym razem było już lżej. lżej i bezpieczniej. może dlatego, że bieżące historie nie są tak bardzo drastyczne, jak streszczenie całego życia. a może po prostu tak bardzo przyzwyczaiłam się do tego, że mój pogląd na drastyczność wypaczył się i pominęłam co poniektóre wątki, które uznałam za normę i standard.
spakowana, wystraszona i prawieżegotowa, bo być może czeka morze. trzeba będzie wstać z kurami albo i wcześniej. popitalać po-czwartej przez miasto, bo wyjazd czwarta-czterdzieści-pięć. /jak ja zniesę te nieludzką godzinę?/ potem stres mój sięgnie zenitu, ale widać taka już ze mnie panikara. mam tylko, że mój łikend będzie gramotny, a stres przejdzie natentychmiast. - jakby to powiedziała pewna pani, którą wtajemniczeni znają aż za dobrze. pff.
♪♪ coma - ostrość na nieskończoność.mp3
piątek, 26 maja 2006
poetycki zieff
ja się nie łudziłam. albo właśnie odwrotnie. zieff i w ogóle. spotkanie poetyckie w wshe. nie no, kiepski to był pomysł. a przynajmniej w kiepski sposób załatwiony. nieistotne. było, minęło. przynajmniej kilka osób nie miało sennych min. dobre i tyle.
nie liczę na mocne zaangażowanie mopsiary i pomoc mojej skromnej osobie. więcej gadania niż samej roboty. jak zwykle. z resztą... moja szkoła do hojnych nie należy, na dotacje na wydanie tomiku nie mam co liczyć. zwłaszcza bez poparcia w kimś z kim oni liczą się bardziej niż ze studentem. precyzując, z kimś z vip-ów. a przynajmniej z kimś kogo oni (władze uczelni w sensie, bo oni zabrzmiało jakbym pisała o kosmitach) za vip-a uważają. więc odpuszczam sobie i już. może kiedyś. może.
tutejszy klimat czasem mnie wycisza. wycisza tak, że nie mam ochoty oddychać nawet. już nie lubię opowiadać o tym co się wydarzyło i jak ja to ciężko przeżywam. po co? a tak poza tym to stopery to całkiem dobry wynalazek. tak całkiem ogólnie. tylko jest jeden głos, któremu nawet one nie są w stanie ulec i przepuszczają te dźwięki do wnętrza małżowiny. stłumione co prawda, ale wystarczająco wyraźne, żeby nadal kuły we wszystkie zmysły i organy.
"natentychmiast" ma pierdolca. może i ostro, ale jej pierdolec jest równie ostry jak moje słowa. (ci, którzy wiedzą o kogo chodzi mogą potwierdzić.) mam nadzieję, że uda mi się zaliczyć to dziadostwo, a kobieta zniknie z mojego życia raz na zawsze. uhh.
teraz trzeba zająć się kolejną pracą na zaliczenie, na którą nie mam kompletnie żadnego pomysłu. cóż, życie. niedziela na wyjeździe. a potem jeszcze kilka dni i mała odskocznia od szarzyzny wokół.
♪♪ edyta geppert - sen o życiu.mp3
nie liczę na mocne zaangażowanie mopsiary i pomoc mojej skromnej osobie. więcej gadania niż samej roboty. jak zwykle. z resztą... moja szkoła do hojnych nie należy, na dotacje na wydanie tomiku nie mam co liczyć. zwłaszcza bez poparcia w kimś z kim oni liczą się bardziej niż ze studentem. precyzując, z kimś z vip-ów. a przynajmniej z kimś kogo oni (władze uczelni w sensie, bo oni zabrzmiało jakbym pisała o kosmitach) za vip-a uważają. więc odpuszczam sobie i już. może kiedyś. może.
tutejszy klimat czasem mnie wycisza. wycisza tak, że nie mam ochoty oddychać nawet. już nie lubię opowiadać o tym co się wydarzyło i jak ja to ciężko przeżywam. po co? a tak poza tym to stopery to całkiem dobry wynalazek. tak całkiem ogólnie. tylko jest jeden głos, któremu nawet one nie są w stanie ulec i przepuszczają te dźwięki do wnętrza małżowiny. stłumione co prawda, ale wystarczająco wyraźne, żeby nadal kuły we wszystkie zmysły i organy.
"natentychmiast" ma pierdolca. może i ostro, ale jej pierdolec jest równie ostry jak moje słowa. (ci, którzy wiedzą o kogo chodzi mogą potwierdzić.) mam nadzieję, że uda mi się zaliczyć to dziadostwo, a kobieta zniknie z mojego życia raz na zawsze. uhh.
teraz trzeba zająć się kolejną pracą na zaliczenie, na którą nie mam kompletnie żadnego pomysłu. cóż, życie. niedziela na wyjeździe. a potem jeszcze kilka dni i mała odskocznia od szarzyzny wokół.
♪♪ edyta geppert - sen o życiu.mp3
sobota, 20 maja 2006
tajemniczy wielbiciel from niu jork
lekko wygięta w stanie stuporu z wzrokiem wbitym w ścianę. jest akcja, jest reakcja. bezwarunkowa rzecz jasna. telefony to pomyłki czy zasadzki bliżej niezidentyfikowanych postaci? riczard z niu jorku miał gadane kimkolwiek był. i szybką brykę miał, ponoć. tylko to mnie jakoś nie bierze. jakaś taka niedzisiejsza jestem. krawiec z kościuszki na siłę próbował mi wmówić białe spodnie i brata. jakaś inna pani też. nie wiem co tak nagle wszyscy się na mnie uwzięli. ciekawa jestem co mnie jeszcze czeka... tym razem liczę na telefon od księcia z arabii saudyjskiej. jeśli wcześniej przygotuję się na niego psychicznie będę mogła spokojnie zgodzić się oddać połowę swojej ręki za królestwo. czy jakoś tak na odwrót.
bezsenność moja długoterminowa i przewlekła powoli otwiera mi oczy w nocy, a zamyka w dzień. jaskrawość tego świat ciska strzałami, że powieki opadają. w dzień też nie jest lepiej. samemu źle, w tłumie jeszcze gorzej. jakoś nie potrafię zapanować nad wszystkimi procesami zachodzącymi w moim wnętrzu. mniej lub bardziej silne fobie społeczne (albo coś w tym rodzaju. coś czego zidentyfikować nie potrafię.) zamykają moje ja w ciasnej skorupie własnej głowy i zawiłych myśli. odnoszę więc kolejną życiową porażkę i wracam do mojego "królestwa". wracam i klnę się soczyście. że znów nie tak, że nawet tego nie umiem i nawet na to mnie nie stać. że i tak źle, i tak nie dobrze. a "złotego środka" jak nie było, tak nie ma. dlaczego ja nie mogę być normalna? no dlaczego...,no?!
z tego kraju to już powstało jakieś cholerne państwo kościelne i jak się jeszcze okaże, że przez tego psychopatę marcinkiewicza i jego Wielkie Zarządzenia nie będę mogła pojechać z początkiem czerwca na weekend nad morze, to dostanę kurwicy.
20:42
żyć nie umierać! cierpię na przewlekły brak gotówki, bo nie każdy dług jest tak samo ważny. bo długi studentów muszą być spłacane z lichwiarskimi procentami, a długi uczelni to już zupełnie inna bajka... żyć nie umierać! wydzwania do mnie 40-letni psychopata zapraszając mnie do kina, nie wiadomo skąd znający mój numer. a to już przestaje być zabawne...
bezsenność moja długoterminowa i przewlekła powoli otwiera mi oczy w nocy, a zamyka w dzień. jaskrawość tego świat ciska strzałami, że powieki opadają. w dzień też nie jest lepiej. samemu źle, w tłumie jeszcze gorzej. jakoś nie potrafię zapanować nad wszystkimi procesami zachodzącymi w moim wnętrzu. mniej lub bardziej silne fobie społeczne (albo coś w tym rodzaju. coś czego zidentyfikować nie potrafię.) zamykają moje ja w ciasnej skorupie własnej głowy i zawiłych myśli. odnoszę więc kolejną życiową porażkę i wracam do mojego "królestwa". wracam i klnę się soczyście. że znów nie tak, że nawet tego nie umiem i nawet na to mnie nie stać. że i tak źle, i tak nie dobrze. a "złotego środka" jak nie było, tak nie ma. dlaczego ja nie mogę być normalna? no dlaczego...,no?!
z tego kraju to już powstało jakieś cholerne państwo kościelne i jak się jeszcze okaże, że przez tego psychopatę marcinkiewicza i jego Wielkie Zarządzenia nie będę mogła pojechać z początkiem czerwca na weekend nad morze, to dostanę kurwicy.
20:42
żyć nie umierać! cierpię na przewlekły brak gotówki, bo nie każdy dług jest tak samo ważny. bo długi studentów muszą być spłacane z lichwiarskimi procentami, a długi uczelni to już zupełnie inna bajka... żyć nie umierać! wydzwania do mnie 40-letni psychopata zapraszając mnie do kina, nie wiadomo skąd znający mój numer. a to już przestaje być zabawne...
niedziela, 14 maja 2006
;)
8:10 - z rana. oczko. bynajmniej nie w rajstopach, a w życiu. moje całotygodniowe rozdrażnienie i nastroje melancholiczne sięgnęły szczytu tudzież dna. czuję się tak jak te moje szablonowe dziewczynki bez głów. pff.
zamiast tortu kanapka ze srem, zamiast szampana - mleko, a zamiast gości, uśmiechów i życzeń... lustro i dziewczyna z lustra, składająca życzenia w myślach. takie prosto w oczy, bezlitośnie szczere. /że tych jednych nie zacytuje z racji cenzury osobistej/
dziękuję, dla tych kilku osób, które już pamiętały i dla potencjalnych, którzy w ciągu dnia się mogą obudzić się jeszcze. (pan z gadulca, z ofertą sponsoringu bije wszystkich na łeb, na szyję. taki był miły, a ja i tak odmówiłam mu. okropna jestem, co nie...?)
jeszcze na odchodne wszystkiego najlepszego dla Marka - mojego współjubilata, że tak się wyrażę.
--
zapomnieli ci co niby jako pierwsi powinni znać tę datę. co akurat niespodzianką nie jest. niespodzianka byłby gdyby pamiętali. z resztą... w ich przypadku chyba, albo raczej napewno wolę taki scenariusz. jestem sama i jest cicho. to chyba najlepszy prezent o jakim mogłam marzyć. więcej nie trzeba.
"dziś są twoje urodziny wznieś więc chociaż jakiś skromny toast za te smutne oczy w lustrze teraz wiesz, że już nie jesteś sam"
♪♪ edyta bartosiewicz - urodziny.mp3
zamiast tortu kanapka ze srem, zamiast szampana - mleko, a zamiast gości, uśmiechów i życzeń... lustro i dziewczyna z lustra, składająca życzenia w myślach. takie prosto w oczy, bezlitośnie szczere. /że tych jednych nie zacytuje z racji cenzury osobistej/
dziękuję, dla tych kilku osób, które już pamiętały i dla potencjalnych, którzy w ciągu dnia się mogą obudzić się jeszcze. (pan z gadulca, z ofertą sponsoringu bije wszystkich na łeb, na szyję. taki był miły, a ja i tak odmówiłam mu. okropna jestem, co nie...?)
jeszcze na odchodne wszystkiego najlepszego dla Marka - mojego współjubilata, że tak się wyrażę.
--
zapomnieli ci co niby jako pierwsi powinni znać tę datę. co akurat niespodzianką nie jest. niespodzianka byłby gdyby pamiętali. z resztą... w ich przypadku chyba, albo raczej napewno wolę taki scenariusz. jestem sama i jest cicho. to chyba najlepszy prezent o jakim mogłam marzyć. więcej nie trzeba.
"dziś są twoje urodziny wznieś więc chociaż jakiś skromny toast za te smutne oczy w lustrze teraz wiesz, że już nie jesteś sam"
♪♪ edyta bartosiewicz - urodziny.mp3
niedziela, 7 maja 2006
podrywacze
minęły wieki. no może trochę mniej. gdzie byłam przez ten czas, kiedy mnie tu nie było? ano pod kołdrą trochę, trochę przed tv i przed książką też trochę. nad rzeką też, ale to dawno, dawno. i tylko na chwilę. ledwo pamiętam wyświechtane tulipanki sprzed ponad tygodnia. i tę swojską gwarę "ejj... dziewczyny! weźta to, mata to, bo jesteśta ładne. trzymajta to, bo nom nie chce sie już tego nosić". i w ten sposób zostałyśmy obdarowane na chybił trafił, bo pewnie nikogo innego płci przeciwnej w otoczeniu nie było. koleżanka samosia oddała swoją dobroczynnie koledze, który napatoczył się opowiadając o swoich podbojach miłosnych (a niech ma, niech szczuje i szuka naiwnej!). mój tulipanek rzucił się z mostu do warty. rzeki warty. i tak oto skończyła się bajka o nadwiędniętych kwiatkach.
później było już błogie dziewięć dni izolacji od wszystkiego co związane z uczęszczaniem na ulice wieszcza narodowego, na której mieści się budynek szkoły mojej. a urozmaicenia czasu tradycyjne (rrrodzina... może mała, może nawet bardzo mała, ale...) i te underground'owe (sny. całkiem ezoteryczne i mistyczne moje sny. gdzie raz jestem chłopczykiem, a raz dziewczynką. gdzie mogę po stokroć razy przeżywać ten sam rok.), no i oczywiście zwyczajowe LB (tł. z gwary równie polskiej co wypowiedź darczyńców tulipanów - "leżenie bykiem"). pora pożegnać się z tym wszystkim. zwłaszcza z tym ostatnim, drugie może też osłabnąć, bo na pierwsze nie ma co liczyć. się zacznie. wychodzenie rankiem i wracanie na dobranockę. (...) na razie czekam wtorku i środy. popołudniowych godzin zwłaszcza.
ja przepraszam, ale czy mogę uznać się za popapraną jeśli prawie dwa miesiące przed sesją (bo urządzili nas na cacy planując początek sesji na 30. czerwca) ja już zaczynam jej się panicznie bać? yhm. na to pytanie potrafię sama sobie odpowiedzieć.
♪♪ anna szałapak - jeszcze przez chwilę być szczęściarzem.mp3
później było już błogie dziewięć dni izolacji od wszystkiego co związane z uczęszczaniem na ulice wieszcza narodowego, na której mieści się budynek szkoły mojej. a urozmaicenia czasu tradycyjne (rrrodzina... może mała, może nawet bardzo mała, ale...) i te underground'owe (sny. całkiem ezoteryczne i mistyczne moje sny. gdzie raz jestem chłopczykiem, a raz dziewczynką. gdzie mogę po stokroć razy przeżywać ten sam rok.), no i oczywiście zwyczajowe LB (tł. z gwary równie polskiej co wypowiedź darczyńców tulipanów - "leżenie bykiem"). pora pożegnać się z tym wszystkim. zwłaszcza z tym ostatnim, drugie może też osłabnąć, bo na pierwsze nie ma co liczyć. się zacznie. wychodzenie rankiem i wracanie na dobranockę. (...) na razie czekam wtorku i środy. popołudniowych godzin zwłaszcza.
ja przepraszam, ale czy mogę uznać się za popapraną jeśli prawie dwa miesiące przed sesją (bo urządzili nas na cacy planując początek sesji na 30. czerwca) ja już zaczynam jej się panicznie bać? yhm. na to pytanie potrafię sama sobie odpowiedzieć.
♪♪ anna szałapak - jeszcze przez chwilę być szczęściarzem.mp3
środa, 26 kwietnia 2006
już spokojnie, już można umierać
"myślę sobie, że ta zima kiedyś musi minąć..."
już jest "spokojnie". (a na początku był chaos.) pomimo nieprzespanej nocy, jest "spokojnie". już. wiatr, ptaszki, mnóstwo zieleni (szkoda, że tylko przed oczami), rzeka i... i myślę, że nie chcę płynąć z jej prądem. że już starczy. i chociaż nie wiem jeszcze jak zmienię swój kursu, gdzie popłynę nie mając mapy, wiem dokąd chcę dotrzeć. czuję, że muszę to zrobić... nie, nie muszę - chcę.
jeszcze dokładnie nie potrafię sklasyfikować tego, co stało się wczoraj. sen to czy jawa? bajka czy koszmar? Może zbyt dużo emocji i wrażeń. A może to, że nie lubię mówić o sobie... o prawdziwej sobie. że wstyd i hańba. i płakać wśród ludzi też nie lubię. że wszędzie trzeba się uśmiechać, a tam nie. że udawać nic nie trzeba, a to taka anomalia w dzisiejszym świecie. i zaufać można... ponoć.
ale, ale póki co trzeba mi poukładać sobie to wszystko. poukładać i mocno, mocno podziękować. bo bez Ciebie to bym sobie nigdy w życiu nie poradziła. boo... bo bez Ciebie w ogóle by mnie tam nie było. w głowie mam teraz siekankę. jakoś nie wierzę, że inwestycja w moją osobę przyniesie jakieś korzyści. że uda mi się zacząć w końcu żyć. żyć swoim życiem, a nie... w każdym razie dziękuję za pomocną dłoń i koło ratunkowe, bez względu na to czy będę potrafiła z niego skorzystać, co też wcale nie jest takie łatwe. (żebym tylko nie okazała się jakimś beznadziejnym przypadkiem. niereformowalnym zjawiskiem. o-bym.)
♪♪ k. nosowska & voo voo - nim stanie się tak jak gdyby nigdy nic.mp3
już jest "spokojnie". (a na początku był chaos.) pomimo nieprzespanej nocy, jest "spokojnie". już. wiatr, ptaszki, mnóstwo zieleni (szkoda, że tylko przed oczami), rzeka i... i myślę, że nie chcę płynąć z jej prądem. że już starczy. i chociaż nie wiem jeszcze jak zmienię swój kursu, gdzie popłynę nie mając mapy, wiem dokąd chcę dotrzeć. czuję, że muszę to zrobić... nie, nie muszę - chcę.
jeszcze dokładnie nie potrafię sklasyfikować tego, co stało się wczoraj. sen to czy jawa? bajka czy koszmar? Może zbyt dużo emocji i wrażeń. A może to, że nie lubię mówić o sobie... o prawdziwej sobie. że wstyd i hańba. i płakać wśród ludzi też nie lubię. że wszędzie trzeba się uśmiechać, a tam nie. że udawać nic nie trzeba, a to taka anomalia w dzisiejszym świecie. i zaufać można... ponoć.
ale, ale póki co trzeba mi poukładać sobie to wszystko. poukładać i mocno, mocno podziękować. bo bez Ciebie to bym sobie nigdy w życiu nie poradziła. boo... bo bez Ciebie w ogóle by mnie tam nie było. w głowie mam teraz siekankę. jakoś nie wierzę, że inwestycja w moją osobę przyniesie jakieś korzyści. że uda mi się zacząć w końcu żyć. żyć swoim życiem, a nie... w każdym razie dziękuję za pomocną dłoń i koło ratunkowe, bez względu na to czy będę potrafiła z niego skorzystać, co też wcale nie jest takie łatwe. (żebym tylko nie okazała się jakimś beznadziejnym przypadkiem. niereformowalnym zjawiskiem. o-bym.)
♪♪ k. nosowska & voo voo - nim stanie się tak jak gdyby nigdy nic.mp3
piątek, 21 kwietnia 2006
jak gdyby nigdy nic
poszłam tam na głodniaka. głód mój był kroplą w morzu porównując z jednocześnie wypełniającymi mnie strachem i paniką. lata omijałam to miejsce, ale teraz nie było mocnych. mus to mus. dentysta. jak widzę lub słyszę to słowo to aż mnie trzęsie. tym razem też przeżyłam. przeżyłam choć jeszcze dwie godziny po ciało moje odrętwiałe było ciałem obcym. te moje dziewicze doświadczenia były bardzo kosmiczne. do tej pory szłam na żywca, co wcale nie było przyjemne.
potem zainstalowałam w sobie luksus w postaci świeżych bułeczek i czosnkowym serkiem kanapkowym. takie to może wyświechtane, ale w porządku.
nie umiem trwać w tym zamkniętym kręgu. faza pojednania jest jednocześnie najlepszym i najgorszym etapem w życiu. bo niby już dobrze, ale jak mam zachowywać się, że jak gdyby nigdy nic, że było minęło. nie umiem udawać, że po raz kolejny nic się nie stało. że nic się nie dzieje. wolę już usunąć się w cień. zejść ze sceny na czas jakiś. odzywać się tylko kiedy trzeba, kiedy muszę.
(/ot/ zejdź z komputera. nie wrzeszcz. podaj sól. nie. /zamykać się w ciasnych zakamarkach swojego JA/ i wszystko w porządku. i nic się nie dzieje.albo... /bo nie może. bo lepiej żeby działo się w środku, za chiny ludowe na zewnątrz./ i pyk.)
sąd mi się naraża. pani kurator też. ale nie ważne. skoro oni olewają, ja też. tylko, że... no dobra jakoś będzie, w końcu nie jestem tam sama. w zamian za to zafundowałam sobie miłego pół dnia (bo druga połowa już raczej nie należała do ideałów). park, staw, książka i to powiecze.
zaobserwowano:
- czasami woda w stawie ma zmarszczki (to ze starości czy ze zmartwienia?);
- robaczki też mają swoje potrzeby... (a czy to tak wygodnie w między czasie spacerować?);
- kaczka wypływa na środek stawu, kaczka się zatrzymuje i... znika(?) (yyy... zaczynam się coraz bardziej bać o swój kraj);
- przydałyby się jakieś toalety publiczne w okolicach rzeki, bo inaczej przymusowo biegi trzeba trenować;
- na trawie wygodniej niż na ławeczce, ale jeszcze jednak za zimno;
- czasami dobrze pobyć samemu ze sobą i naturą (rzecz jasna);
- spokój to bardzo cenna sprawa (pięć kilo spokoju, proszę!).
potem zainstalowałam w sobie luksus w postaci świeżych bułeczek i czosnkowym serkiem kanapkowym. takie to może wyświechtane, ale w porządku.
nie umiem trwać w tym zamkniętym kręgu. faza pojednania jest jednocześnie najlepszym i najgorszym etapem w życiu. bo niby już dobrze, ale jak mam zachowywać się, że jak gdyby nigdy nic, że było minęło. nie umiem udawać, że po raz kolejny nic się nie stało. że nic się nie dzieje. wolę już usunąć się w cień. zejść ze sceny na czas jakiś. odzywać się tylko kiedy trzeba, kiedy muszę.
(/ot/ zejdź z komputera. nie wrzeszcz. podaj sól. nie. /zamykać się w ciasnych zakamarkach swojego JA/ i wszystko w porządku. i nic się nie dzieje.
sąd mi się naraża. pani kurator też. ale nie ważne. skoro oni olewają, ja też. tylko, że... no dobra jakoś będzie, w końcu nie jestem tam sama. w zamian za to zafundowałam sobie miłego pół dnia (bo druga połowa już raczej nie należała do ideałów). park, staw, książka i to powiecze.
zaobserwowano:
- czasami woda w stawie ma zmarszczki (to ze starości czy ze zmartwienia?);
- robaczki też mają swoje potrzeby... (a czy to tak wygodnie w między czasie spacerować?);
- kaczka wypływa na środek stawu, kaczka się zatrzymuje i... znika(?) (yyy... zaczynam się coraz bardziej bać o swój kraj);
- przydałyby się jakieś toalety publiczne w okolicach rzeki, bo inaczej przymusowo biegi trzeba trenować;
- na trawie wygodniej niż na ławeczce, ale jeszcze jednak za zimno;
- czasami dobrze pobyć samemu ze sobą i naturą (rzecz jasna);
- spokój to bardzo cenna sprawa (pięć kilo spokoju, proszę!).
poniedziałek, 17 kwietnia 2006
a gdy dorosnę zostanę... swetrem
czasami jeszcze łapię się na tym, że sobie wyobrażam to i owo. potem wysyłam życzenia urodzinowe o dzień za wcześnie. jest i odpowiedź. trochę zbyt miła, trochę zbyt obiecująca. i jak zwykle słowa rzucane na wiatr. jak zwykle bez pokrycia. dobrze, że chociaż świadomość jest. że umysł czysty i czujny.
potem jest dzień jak każdy inny. kładę się na żółtej poduszce. (bo tylko taką mam.) myślę co by było gdyby mnie nie było... albo, nie. to zbyt trywialne. co by było gdybym była kimś innym. no to myślę i myślę, i myślę... kim to ja bym mogła być? długonogą blond laską w szpilkach? eee... nie lubię lalek barbie ani plasztiku. no to może biznes łumen w eleganckim żakieciku? yyy... już się widzę z plamą na spodniach tudzież na klacie. nigdy nie umiałam długo utrzymać czystości na takich galowych wdziankach. imprezowa lejdi? no jakoś nie widzę się podrygującej do muzyki, którą można byłoby reanimować martwe żaby.
wychodzi na to, że sama do siebie pasuję najbardziej i chcę tego czy nie - jestem swoim prze... przekleństwem. gdybym tak kiedyś siebie polubiła, to bym się chyba znienawidziła, że polubiłam taką osobę. skomplikowane to.
yhm. pójdę chyba znów poleżeć.
22:43
wymyśliłam. jakbym nie była tym kim jestem, to chciałabym być swetrem. tak, o. zwyczajnie.
♪♪ katarzyna groniec - sztuczny miód.mp3
potem jest dzień jak każdy inny. kładę się na żółtej poduszce. (bo tylko taką mam.) myślę co by było gdyby mnie nie było... albo, nie. to zbyt trywialne. co by było gdybym była kimś innym. no to myślę i myślę, i myślę... kim to ja bym mogła być? długonogą blond laską w szpilkach? eee... nie lubię lalek barbie ani plasztiku. no to może biznes łumen w eleganckim żakieciku? yyy... już się widzę z plamą na spodniach tudzież na klacie. nigdy nie umiałam długo utrzymać czystości na takich galowych wdziankach. imprezowa lejdi? no jakoś nie widzę się podrygującej do muzyki, którą można byłoby reanimować martwe żaby.
wychodzi na to, że sama do siebie pasuję najbardziej i chcę tego czy nie - jestem swoim prze... przekleństwem. gdybym tak kiedyś siebie polubiła, to bym się chyba znienawidziła, że polubiłam taką osobę. skomplikowane to.
yhm. pójdę chyba znów poleżeć.
22:43
wymyśliłam. jakbym nie była tym kim jestem, to chciałabym być swetrem. tak, o. zwyczajnie.
♪♪ katarzyna groniec - sztuczny miód.mp3
piątek, 14 kwietnia 2006
program standardowy
"wiem, że jutra nie będzie..." cały czas szumią mi w uszach słowa tej piosenki. minęła noc i dzień, i kolejna noc. znów wydaje mi się, że to był sen. gdyby nie pare drobiazgów, które przypomina o realności każdego przyspieszonego oddechu, każdego gestu i braku gestu też. tylko strachu pamiętać nie muszę. wciąż mam go w sobie.
ja mogłabym znieść to wszystko i jeszcze więcej. mogłabym. gdybym tylko miała pewność, że zasłużyłam. a tak... nie mówić, nie ufać i nie czuć. z tym ostatnim już im nie wyszło. taka drobnostka, a tyle przez nią kłopotów...
wczoraj już było sielsko i anielsko. zawsze tak jest po takich akcjach. program standardowy. zawsze taki sam, jak w pralce. nabieranie wody z coraz to bardziej wzmożoną siłą, wirowanie, wyżymanie, wybielanie. czy jakoś tak.
marzę o ciszy. (nie mylić z głuchotą.) a z okazji świąt idąc za "przekrojem" życzę sobie i innym "przebudzenia nadziei i nadziei na przebudzenie".
i dziękuję. dziękuję, że miałam dokąd uciec. choć na chwilę. dziękuję za milczenie i... że jesteś. :*
--
tak zupełnie od czapy tudzież od bereta: czy to ta słynna metoda "kija i kiełbasy"? jeśli tak, to muszę przyznać, że działa...
ja mogłabym znieść to wszystko i jeszcze więcej. mogłabym. gdybym tylko miała pewność, że zasłużyłam. a tak... nie mówić, nie ufać i nie czuć. z tym ostatnim już im nie wyszło. taka drobnostka, a tyle przez nią kłopotów...
wczoraj już było sielsko i anielsko. zawsze tak jest po takich akcjach. program standardowy. zawsze taki sam, jak w pralce. nabieranie wody z coraz to bardziej wzmożoną siłą, wirowanie, wyżymanie, wybielanie. czy jakoś tak.
marzę o ciszy. (nie mylić z głuchotą.) a z okazji świąt idąc za "przekrojem" życzę sobie i innym "przebudzenia nadziei i nadziei na przebudzenie".
i dziękuję. dziękuję, że miałam dokąd uciec. choć na chwilę. dziękuję za milczenie i... że jesteś. :*
--
tak zupełnie od czapy tudzież od bereta: czy to ta słynna metoda "kija i kiełbasy"? jeśli tak, to muszę przyznać, że działa...
wtorek, 11 kwietnia 2006
kurturarny maj
głowa opada. na prawo głowa ta. emocjonująco od świtu do... no w sumie dzień się jeszcze nie skończył. a pani De. dziękuję za niespodziewajkę w postaci zaplanowanego za plecami spotkania autorskiego. (moje marudzenie w życiu nie pozwoliłoby mi na konkretną decyzję.) teraz jeszcze jestem spokojna, ale przyjdzie czas na wzmożoną potliwość rąk, załamany głos, jąkanie, kluchę w gardle i kołek w żołądku, i inne tego typu dolegliwości. jak przypomnę sobie doświadczenia sprzed roku to już przechodzi mnie zimny dreszcz.
bo maj generalnie zapowiada się dość kurturarnie. kalendarz powoli się wypełnia.
moja osoba z moim dziwnym zestawieniem imienia i nazwiska (tak jakoś mi to dziś wyznano) wygrała dziś konkurs na "wiersz miesiąca", w jakże elitarnym gronie koła literackiego.
/tak przy okazji i na marginesie, reklmując tę elitę, zareklamuję również jej "szefową" z nowym miejscem w sieci: www.maria.duszka.pl/
--
a ja nie czuję świąt. pachnie mi to parującym od chłodu powietrzem. dłonie pękają na mrozie. a wszyscy nałogowo ćpają to oziębłe i ostre powietrze. dum-dum-dum. że tak powiem.
♪♪ ani mru mru - miłość francuska.mp3
bo maj generalnie zapowiada się dość kurturarnie. kalendarz powoli się wypełnia.
moja osoba z moim dziwnym zestawieniem imienia i nazwiska (tak jakoś mi to dziś wyznano) wygrała dziś konkurs na "wiersz miesiąca", w jakże elitarnym gronie koła literackiego.
/tak przy okazji i na marginesie, reklmując tę elitę, zareklamuję również jej "szefową" z nowym miejscem w sieci: www.maria.duszka.pl/
--
a ja nie czuję świąt. pachnie mi to parującym od chłodu powietrzem. dłonie pękają na mrozie. a wszyscy nałogowo ćpają to oziębłe i ostre powietrze. dum-dum-dum. że tak powiem.
♪♪ ani mru mru - miłość francuska.mp3
sobota, 8 kwietnia 2006
dogłębnie
5-dniowa wojna z własnymi jelitami zakończyła się moim zwycięstwem. dokładnie o 18:52 wnętrzności me poddały się i złożyły broń. ale ja, uparta i przekorna zapowiadam, że to jeszcze nie koniec. stoczę powtórny bój, bo czai się we mnie pokusa większego łupu. tak żeby z nawiązką odebrać straty moralne poniesione w ciągu tej zawziętej walki.
nie uzewnętrzniam się tu. /no dobra, to powyżej to wyjątkowy wyjątek./ nie uzewnętrzniam, bo. bo już nie potrafię otwierać wszystkich skomplikowanych reakcji zachodzących w mojej głowie kręcących się gdzieś wokół emocji i uczuć. bo byłoby zbyt monotematycznie i z tendencją spadkową. i czasem to mój błąd, że nie piszę. i czasem przez to odcierpiał podwójnie, od środka. ale (bo zawsze jest jakieś "ale") wiem, że nie warto tak przy ludziach. wszystko wypaczą. mój skomplikowany świat uproszczą do dwóch skrajnych biegunów, a przecież tam tyle krętych i zawiłych ścieżek. sama nie raz się gubię. bo bez mapy, bo samotnie przyszło mi przemierzać tę drogę.
zapieram sie rękoma i nogami przed własnymi potrzebami. może tak łatwiej o nich zapomnę, bo o realizacji ich to już nawet marzyć nie umiem.
--
i dziękuje panu bill'owi gates'owi za przywitanie na moim komputerze. normalnie skaczę z radości/ze strachu* na widok tego komunikatu. ja okradam pana, a pan cały świat! i gdzie tu sprawiedliwość panie gates?
* niepotrzebne skreślić
10.kwietnia; 22:17
brawo, brawo. nie ma to jak wyczucie czasu. ino pogratulować!
♪♪ hey - to trzeba lubić.mp3
nie uzewnętrzniam się tu. /no dobra, to powyżej to wyjątkowy wyjątek./ nie uzewnętrzniam, bo. bo już nie potrafię otwierać wszystkich skomplikowanych reakcji zachodzących w mojej głowie kręcących się gdzieś wokół emocji i uczuć. bo byłoby zbyt monotematycznie i z tendencją spadkową. i czasem to mój błąd, że nie piszę. i czasem przez to odcierpiał podwójnie, od środka. ale (bo zawsze jest jakieś "ale") wiem, że nie warto tak przy ludziach. wszystko wypaczą. mój skomplikowany świat uproszczą do dwóch skrajnych biegunów, a przecież tam tyle krętych i zawiłych ścieżek. sama nie raz się gubię. bo bez mapy, bo samotnie przyszło mi przemierzać tę drogę.
zapieram sie rękoma i nogami przed własnymi potrzebami. może tak łatwiej o nich zapomnę, bo o realizacji ich to już nawet marzyć nie umiem.
--
i dziękuje panu bill'owi gates'owi za przywitanie na moim komputerze. normalnie skaczę z radości/ze strachu* na widok tego komunikatu. ja okradam pana, a pan cały świat! i gdzie tu sprawiedliwość panie gates?
* niepotrzebne skreślić
10.kwietnia; 22:17
brawo, brawo. nie ma to jak wyczucie czasu. ino pogratulować!
♪♪ hey - to trzeba lubić.mp3
wtorek, 4 kwietnia 2006
czarna mamba
siedzę i porównuję. próbuję wyliczyć wszystko co na pierwszy rzut oka jest we mnie stanowczo na NIE. oczywiście wszystko robię z palcem w du... w nosie. takie to łatwe, że o jaa. z innymi (o dziwo!) też mi idzie nienajgorzej. ale przecież, no ale, no. czyli, że wychodzi na to, że poza tym co widać jest to, co czuć, co siedzi we mnie w środku i jest źródłem wszelkiego zła, nudy i bezpłciowości. może są jakieś sposoby na całkowitą zmianę wyglądu, osobowości, usposobienia i charakteru? tak diametralnie, o 180 stopni najlepiej.
i denerwują mnie jej usta. falujące gładkie usta. te wargi. te subtelnie wyginające się wargi. dłonie z alabastru, paznokcie szlifujące powietrze jak diament. rzęsy jak wachlarze i oczy. ciemne oczy jak dwa żarzące się węgle. i denerwują nie jej włosy lśniące w blasku światła. figura osy i to jak trzepocze tyłkiem. jak tańczy biodrami... nie, jak idzie. i głos jak aksamit, mocny i delikatny. denerwuje mnie. denerwuje jej kobiecość. a ja, mała dziewczynka wymachuję nogami na ławce, uciekam myślami w noc. bronię się przed dotkliwym światłem dnia. daleko mi do kobiety...
//trochę mnie to przerasta. przerasta i przeraża. to, że ja tu, on tam. że szpital i wszystko jakoś tak szybko. szybko za szybko. to, że ojcu ciekły wczoraj łzy. a przecież on nigdy nie płacze. nigdy. częściej wyciska je innym z powiem. (ale o tym cicho, bo to tajemnica.) trochę nie wiem co dalej i jak. to się skończy... a może lepiej kiedy, bo jak to chyba niestety raczej wiem. tylko co ja mam z tą wiedzą począć, no co?
(iii... niech mi pani De. odda mój tomik Lipskiej, bo zwyczajnie ocipieję. bo on dla mnie jak biblia dla księdza, jak chleb dla głodnego czy woda dla spragnionego. bo jak on zginie, to ja zginę razem z nim. w tym świecie. o!)
♪♪ diana krall - temptation.mp3
i denerwują mnie jej usta. falujące gładkie usta. te wargi. te subtelnie wyginające się wargi. dłonie z alabastru, paznokcie szlifujące powietrze jak diament. rzęsy jak wachlarze i oczy. ciemne oczy jak dwa żarzące się węgle. i denerwują nie jej włosy lśniące w blasku światła. figura osy i to jak trzepocze tyłkiem. jak tańczy biodrami... nie, jak idzie. i głos jak aksamit, mocny i delikatny. denerwuje mnie. denerwuje jej kobiecość. a ja, mała dziewczynka wymachuję nogami na ławce, uciekam myślami w noc. bronię się przed dotkliwym światłem dnia. daleko mi do kobiety...
//trochę mnie to przerasta. przerasta i przeraża. to, że ja tu, on tam. że szpital i wszystko jakoś tak szybko. szybko za szybko. to, że ojcu ciekły wczoraj łzy. a przecież on nigdy nie płacze. nigdy. częściej wyciska je innym z powiem. (ale o tym cicho, bo to tajemnica.) trochę nie wiem co dalej i jak. to się skończy... a może lepiej kiedy, bo jak to chyba niestety raczej wiem. tylko co ja mam z tą wiedzą począć, no co?
(iii... niech mi pani De. odda mój tomik Lipskiej, bo zwyczajnie ocipieję. bo on dla mnie jak biblia dla księdza, jak chleb dla głodnego czy woda dla spragnionego. bo jak on zginie, to ja zginę razem z nim. w tym świecie. o!)
♪♪ diana krall - temptation.mp3
niedziela, 2 kwietnia 2006
ciężkie to powietrze dziś
ciężkie jest powietrze dziś. głupio jest tak oszaleć na punkcie nieznajomego. tak jakby, co by, gdyby. ale głupio. patrzeć na ręce i poliki. takie stare zboczenie. na wielkość głowy i kolor włosów. i ciężkie jest powietrze dziś. potem żeby się coś obudziło o parę godzin za późno. zupełnie niepotrzebnie. i marzyć też zupełnie bez sensu. budować kolejne złudzenia. najpierw szlochać, potem oblizywać dźwięki i lśnić. okropnie ciężkie to powietrze dziś. nazajutrz udawać, że w sumie to niby nic zwyczajne pa-pa-pa. że w sumie to, to można wyjść i zaciągnąć się powietrzem. oj, jakie ciężkie to powietrze dziś. i marzyć, wymyślać scenariusze. nie myśleć o życiu. to wszystko przez ciężkie powietrze dziś...
jestem coraz bliższa podjęcia kroków drastycznych. takich, po których odwrotu już nie będzie. po których nic już nie będzie takie samo jak było. (no chiba.) czuję jak narasta we mnie lęk i alienacja, i wszystko co narastać może w skrajnej samotności i desperacji. (zdecydowanie za dużo i jak na jedno zdanie.) jak się zawezmę, nadmę i napnę to użyję najbardziej wyszukanych środków na zaspokojenie trzech środkowych potrzeb z piramidy pana maslow'a. jak i jeśli w ogóle.
♪♪ maria peszek - miły mój.mp3
jestem coraz bliższa podjęcia kroków drastycznych. takich, po których odwrotu już nie będzie. po których nic już nie będzie takie samo jak było. (no chiba.) czuję jak narasta we mnie lęk i alienacja, i wszystko co narastać może w skrajnej samotności i desperacji. (zdecydowanie za dużo i jak na jedno zdanie.) jak się zawezmę, nadmę i napnę to użyję najbardziej wyszukanych środków na zaspokojenie trzech środkowych potrzeb z piramidy pana maslow'a. jak i jeśli w ogóle.
♪♪ maria peszek - miły mój.mp3
wtorek, 28 marca 2006
a szponach afektu
niespójnie mi. przelotnie, pobieżnie i zupełnie nielogicznie. patologicznie. taka infernalna egzystencja na skraju wyczerpania, tego i owego. na razie odrzucam od siebie refleksje. odpoczywam od całej tej afektywności, która kisi się we mnie. że aż strach, że wybuchnie. poczekać, popatrzeć i ustosunkować się jakoś do tego.
a tym czasem zająć własne ja. pomachać sobie przed nosem lekarstwem na złamane serca, niepowodzenia wszelkie, rozczarowania zupełnie i te połowiczne, wyrzuty sumienia, bóle istnienia, napadową niechęć do życia też. pomachać... jak pętkiem kiełbasy przed psem, jak cukierkiem przed oczyma dziecka. a potem zażywać powoli dozując sobie wszelkie wewnętrzne doznania w wyważonych porcjach. kontemplować. rozmawiać, rozmawiać rozmawiać. o wszystkim. o niczym. nie, nie o tym. a potem iść przez deszcz. i żeby się lało, i żeby kapało. komórka, chodnik, komórka. słowa brudzić w niepełnosprawnych zdaniach. kleić coś, skręcać a w międzyczasie wpadać w kałuże. te małe i te duże. i nie milczeć. wyrażać. niekoniecznie na głos, ale wyrażać.
"(...) Unikaj milczenia
z którego zbyt często korzystasz
ono może rozwiązać ci język."
Ewa Lipska
a tym czasem zająć własne ja. pomachać sobie przed nosem lekarstwem na złamane serca, niepowodzenia wszelkie, rozczarowania zupełnie i te połowiczne, wyrzuty sumienia, bóle istnienia, napadową niechęć do życia też. pomachać... jak pętkiem kiełbasy przed psem, jak cukierkiem przed oczyma dziecka. a potem zażywać powoli dozując sobie wszelkie wewnętrzne doznania w wyważonych porcjach. kontemplować. rozmawiać, rozmawiać rozmawiać. o wszystkim. o niczym. nie, nie o tym. a potem iść przez deszcz. i żeby się lało, i żeby kapało. komórka, chodnik, komórka. słowa brudzić w niepełnosprawnych zdaniach. kleić coś, skręcać a w międzyczasie wpadać w kałuże. te małe i te duże. i nie milczeć. wyrażać. niekoniecznie na głos, ale wyrażać.
"(...) Unikaj milczenia
z którego zbyt często korzystasz
ono może rozwiązać ci język."
Ewa Lipska
niedziela, 26 marca 2006
być albo i nie
wielbię taką pogodę. kiedy mgliście i dżdżyście. zdradziłabym wtedy swoje czwarte piętro na rzecz niskiego parteru, otwartych okien i drzwi, bujanego fotel, koca i dobrego kakaa. słuchałabym muzyki deszczu, wdychała mgłę, zamykała oczy od czasu do czasu otwierając je by obserwować rozbijające się o asfalt krople deszczu.
chwila refleksji po obiedzie z rodziną, na którym nie zauważono mojego istnienia, a w roli głównej był mój kuzyn i jego bogata rodzina, w którą wżenił się jakiś miesiąc temu. otóż, może pora przestać być anonimowym i niewidzialnym. całe życie spędziłam w cieniu. całe życie bez cienia życia. no i co dalej? jak dalej? więc może pora wyjść z cienia życia. ale muszę to jeszcze bardzo skrupulatnie przemyśleć. moje "być" kosztuje od 42 do 392 zł. w zależności od jakości, charakteru i natężenia mojego jestestwa na tym świecie. to spora inwestycja, nawet biorąc pod uwagę te najtańszą opcję...
--
i na marginesie:
pytanie jak u samosi. nie żebym nie chciała, ale to bardziej kwestia tego czy będzie po co. czy będzie, czy nie? - to dopiero jest pytanie! bo tak iść po próżnicy i czekać godzinę. no niby nic nie tracę... poza godziną snu więcej. :P
27. marca, 21:12
głęboki oddech i do dziesięciu. wydech. i znów. głęboki oddech i do dziesięciu...
jakkolwiek by nie wyszło, bardzo dużo nauczyła mnie ta sytuacja...
chwila refleksji po obiedzie z rodziną, na którym nie zauważono mojego istnienia, a w roli głównej był mój kuzyn i jego bogata rodzina, w którą wżenił się jakiś miesiąc temu. otóż, może pora przestać być anonimowym i niewidzialnym. całe życie spędziłam w cieniu. całe życie bez cienia życia. no i co dalej? jak dalej? więc może pora wyjść z cienia życia. ale muszę to jeszcze bardzo skrupulatnie przemyśleć. moje "być" kosztuje od 42 do 392 zł. w zależności od jakości, charakteru i natężenia mojego jestestwa na tym świecie. to spora inwestycja, nawet biorąc pod uwagę te najtańszą opcję...
--
i na marginesie:
pytanie jak u samosi. nie żebym nie chciała, ale to bardziej kwestia tego czy będzie po co. czy będzie, czy nie? - to dopiero jest pytanie! bo tak iść po próżnicy i czekać godzinę. no niby nic nie tracę... poza godziną snu więcej. :P
27. marca, 21:12
głęboki oddech i do dziesięciu. wydech. i znów. głęboki oddech i do dziesięciu...
jakkolwiek by nie wyszło, bardzo dużo nauczyła mnie ta sytuacja...
czwartek, 23 marca 2006
myśli niespokojne
natręctwa myślowe nie dają mi spać, jeść, żyć a nawet myśleć. wszystko robię ŹLE i nie tak jak trzeba, nie tak jak robić powinnam. cała jestem jednym wielkich chodzącym ZŁEM. że aż to wszystko ze mnie kipi. że aż sama nie mogę się znieść i mogłabym nie czekać na dzień sądu ostatecznego tylko samemu wymierzyć sobie karę. uhm.
marzanna była w pompkę, jak to powiedział idol milionów, a właściwie ten, który się pod niego podszywał. szarfa mojego pomysłu i to idiotyczne, karaoke, którego tak niecierpię. trudno. może nie jestem ani na czasie, ani w pompkę. bawi mnie co innego, śmieję się z innych żartów i w ogóle, i jestem taka niedzisiejsza. ahh, jaka ja jestem niedzisiejsza. ale, ale z tym to mi akurat całkiem dobrze.
pewnien ktoś znów się obudził z zimowego snu w mojej głowie i brzęczy czule. nie potrafię odgarnąć tych wszystkich myśli, zgnieść i wyrzucić. zamykam oczy i wtulam się w miękkie wyobrażenia. we wszystko to, co nigdy się nie zdarzy, albo we wszystko to, co było tak krótkie, że do tej pory nie wiem czy to był sen czy już jawa... ale nie ważne. było, minęło, nie wróci.nie ważne. nostalgicznie mi.
♪♪ edyta bartosiewicz - ostatni.mp3
marzanna była w pompkę, jak to powiedział idol milionów, a właściwie ten, który się pod niego podszywał. szarfa mojego pomysłu i to idiotyczne, karaoke, którego tak niecierpię. trudno. może nie jestem ani na czasie, ani w pompkę. bawi mnie co innego, śmieję się z innych żartów i w ogóle, i jestem taka niedzisiejsza. ahh, jaka ja jestem niedzisiejsza. ale, ale z tym to mi akurat całkiem dobrze.
pewnien ktoś znów się obudził z zimowego snu w mojej głowie i brzęczy czule. nie potrafię odgarnąć tych wszystkich myśli, zgnieść i wyrzucić. zamykam oczy i wtulam się w miękkie wyobrażenia. we wszystko to, co nigdy się nie zdarzy, albo we wszystko to, co było tak krótkie, że do tej pory nie wiem czy to był sen czy już jawa... ale nie ważne. było, minęło, nie wróci.
♪♪ edyta bartosiewicz - ostatni.mp3
niedziela, 19 marca 2006
ssstesssująco
żyję w ciągłym ssstresie. przewlekłym, paraliżującym, deprywującym ssstresie. takim, że aż stach. bo dużo ram i okładek, a za mało życia w życiu i-te-pe. że snuje się po domu, że nie wiem co począć ze sobą... w domu i w życiu. że wszystko to takie nieokreślone. ni szare, ni czarne, ni białe... ni-jakie. przezroczyste. i jak zwykle śmierdzę nudą. ja. zwiędły owoc istnienia. jakbym znajdowała się w jakiejś głuchej próżni, w której nie ma nikogo ani niczego innego poza mną. biała/czarna rozpacz. zatrważające.
brakowało mi takich wieczorów, choć ten ideałem nie był. bo ani ciemno, ani specjalnie klimatu nie było w wielkiej sali, w której zamiast muzyki grało echo. nic, że później trzeba było wracać. naprawdę nic, bo w środku mi się coś ruszyło na chwilkę., na małą chwilkę małą chociaż. teraz jest już jak dawniej. beznamiętnie i pusto. /pomijając krzyk. bo głuchy, bo zdążyłam przywyknąć. chociaż.../
brakowało mi takich wieczorów, choć ten ideałem nie był. bo ani ciemno, ani specjalnie klimatu nie było w wielkiej sali, w której zamiast muzyki grało echo. nic, że później trzeba było wracać. naprawdę nic, bo w środku mi się coś ruszyło na chwilkę., na małą chwilkę małą chociaż. teraz jest już jak dawniej. beznamiętnie i pusto. /pomijając krzyk. bo głuchy, bo zdążyłam przywyknąć. chociaż.../
niedziela, 12 marca 2006
ścisła kooperacja
może jednak wymyśliłam sobie wszystko. może nic nie jest takie, jakim się wydaje, że jest. może mi się zdaje... może jednak, a może nie. może jestem jedną z wielu, a może jedyną. może jestem dobrem, a może złem. może porażką, a może wstydem tego świat. może jednak coś mi jest? (tylko co?) może jestem, a może... nie. /chaos/
czasem zdarza się, że jestem sobie paskudnym pasożytem. czasem jest mi z tym źle, a czasem nie. potem myślę co powiedzieć i jak zrobić żeby pozbyć się mola w postaci żywiciela. bo skoro soki wyssane, to nie ma potrzeby męczyć się z tym dłużej. jak tak czasem pomślę sobie, że a nóż, a może potrzymać na więcej... że może, ale nie. tym razem na pewno nie. to ciche pryky, aczkolwiek na tyle głośne żeby go nie usłyszeć upewniło mnie tylko w przekonaniu, że ta bajka skończy się jeszcze zanim się zacznie.
♪♪ audioslave - i'm the highway.mp3
czasem zdarza się, że jestem sobie paskudnym pasożytem. czasem jest mi z tym źle, a czasem nie. potem myślę co powiedzieć i jak zrobić żeby pozbyć się mola w postaci żywiciela. bo skoro soki wyssane, to nie ma potrzeby męczyć się z tym dłużej. jak tak czasem pomślę sobie, że a nóż, a może potrzymać na więcej... że może, ale nie. tym razem na pewno nie. to ciche pryky, aczkolwiek na tyle głośne żeby go nie usłyszeć upewniło mnie tylko w przekonaniu, że ta bajka skończy się jeszcze zanim się zacznie.
♪♪ audioslave - i'm the highway.mp3
czwartek, 9 marca 2006
prześladowania
może jednak powinnam zostać w domu. zakryłabym się kołdrą i ominęło by mnie to wszystko. pytanie tylko jak długo musiałabym nie wyłazić spod tej kołderki żeby ocaleć. mało tego, żeby wyjść z tego nienaruszona. ale cóż... stało się, jak stało, mleko się rozlało. /nawet nie czuję jak rymuję./ może to wszystko to ta ptasia grypa, która wisi nad nami, a może fatum, które krąży. a może na odwrót. ale jakby nie było tym razem nie jest miło. czuję się jak jedna z owiec w samym środku stada wilków. jeszcze chwila i mnie rozszarpią. za co? chyba za to, że jestem, że żyję i oddycham tym samym powietrzem co i oni. tylko, że to ludzie. ale to szczegół, bo nawet zwierzętom potrzeba lepszego powodu do ataku. nie wiem na jakiej zasadzie nastąpił ten podział na klasy społeczne, ale czuję, że jestem po drugiej stronie barykady jako jedna z plebsu. burżuazja rządzi i generalnie gnębi resztę jak hitlerowcy żydów w czasie okupacji. aż strach cokolwiek się odezwać, bo cokolwiek powiesz może być wykorzystane przeciwko tobie. aż strach się bać.
ja tam nie chce prorokować, ale jak tak dalej pójdzie to nie wytrzymam końcu tego napięcia i wygarnę wilkom to i owo. może mnie zjedzą na przekąskę, a może połkną w całości. trudno. niech im stanę kością w gardle. i już!
♪♪ hey - leżę tu, leżeć chcę.mp3
ja tam nie chce prorokować, ale jak tak dalej pójdzie to nie wytrzymam końcu tego napięcia i wygarnę wilkom to i owo. może mnie zjedzą na przekąskę, a może połkną w całości. trudno. niech im stanę kością w gardle. i już!
♪♪ hey - leżę tu, leżeć chcę.mp3
środa, 8 marca 2006
stupor emocjonalny
ja wiem, że to już było, ale jakoś tak mi się zachciało. możliwe, że to nie pierwszy raz kiedy będę miała chcicę na takie starości. a co tam, zaszaleję!
a tak poza tym, to jestem poza tym wszystkim i po środku niczego. moje emocje potrzebują gwałtownej grawitacji lub/i/albo gwałtownego poruszenia. aktualnie trwa ogólna stagnacja na poziomie... znów czarna dziura i "na pewno będzie wojna, na pewno coś się stanie, niepokój rośnie w moich snach..."
//update. 9. marca, 9:11
tak lepiej, zdecydowanie lepiej.
a tak poza tym, to jestem poza tym wszystkim i po środku niczego. moje emocje potrzebują gwałtownej grawitacji lub/i/albo gwałtownego poruszenia. aktualnie trwa ogólna stagnacja na poziomie... znów czarna dziura i "na pewno będzie wojna, na pewno coś się stanie, niepokój rośnie w moich snach..."
//update. 9. marca, 9:11
tak lepiej, zdecydowanie lepiej.
sobota, 4 marca 2006
pędzimy, w szale, pędzimy
czasami łóżko staje się koniem a ja wielkim dzieckiem. potem pędzimy we trójkę, ja, koń i cyganka. tak zupełnie bez żadnych podziałów na klasy. dla niej ja też mam 5 lat i mogę skakać, i tańczyć, i chować się przed wymyślonym deszczem pod deską do prasowania. szkoda, naprawdę szkoda, że dzieckiem nie można być zawsze.
póki co moje wewnętrzne dziecko jak i zewnętrzny dorosły boi się spotkania pierwszego stopnia z bara-bara. tra-ta-ta-tra-ta-tra-ta-tata...
przyzwyczaiłam się o swojej ciasnej skorupki. teraz już nawet nie wiem jak wyrazić słowami co czuję, baa... jak wyrazić myślami. wystarczy mi przeżywanie wszystkich żalów, awersji i lęków. i monotonia przybija. a podobno dobrej samotności można się nauczyć. podobno.
akolega z wojska... no.
--
najpierw picie towarzyskie, potem zwiększenie tolerancji i potrzeb. później już subiektywny przymus i odwyk. oto wywróżyłam sobie scenariusz na własne życie. trochę na wyrost i hop do przodu, ale cóż. przynajmniej będę wiedziała kiedy nie będę wiedziała, że powinnam wiedzieć. CZIS.
i przy tej okazji jeszczu raz wszyćkiego najlepsiejszego Gosiu! :*
♪♪ maria peszek - czarny worek.mp3
póki co moje wewnętrzne dziecko jak i zewnętrzny dorosły boi się spotkania pierwszego stopnia z bara-bara. tra-ta-ta-tra-ta-tra-ta-tata...
przyzwyczaiłam się o swojej ciasnej skorupki. teraz już nawet nie wiem jak wyrazić słowami co czuję, baa... jak wyrazić myślami. wystarczy mi przeżywanie wszystkich żalów, awersji i lęków. i monotonia przybija. a podobno dobrej samotności można się nauczyć. podobno.
a
--
najpierw picie towarzyskie, potem zwiększenie tolerancji i potrzeb. później już subiektywny przymus i odwyk. oto wywróżyłam sobie scenariusz na własne życie. trochę na wyrost i hop do przodu, ale cóż. przynajmniej będę wiedziała kiedy nie będę wiedziała, że powinnam wiedzieć. CZIS.
i przy tej okazji jeszczu raz wszyćkiego najlepsiejszego Gosiu! :*
♪♪ maria peszek - czarny worek.mp3
piątek, 24 lutego 2006
weselmy się... na smutno
jeszcze nigdy nie byłam w melinie, ale przecież zawsze musi być ten pierwszy raz! no i owszem, był. były też intelektualne rozmowy przy złotym napoju i wszystko to, co na trzeźwo wstyd albo nie wypada. zabójcza, zaskakująca szczerość i otwartość umysłu, który staje się studnią bez dna. wtedy świat należy do nas. oczywiście wszystko do czasu, do czasu. a póki co nie myśli się co dalej tylko kontempluje, kontempluje i kontempluje... aż do wyczerpania materiału.
to już nawet nie chodzi o wysiedziane godzinki, ani o pisanie wykałaczką po niedoschniętym talerzu, czy też o gigantyczne ilości pochłanianych owoców (bo jakoś tak na nic konkretnego ochoty nie było), albo o wstyd chwiejącego się... chociaż o to, to jednak troszkę, ani też w końcu o wzdychanie do pana z orkiestry (bo wszyscy mówili jaki to on wspaniały, a jaki ach i jaki och, że aż trudno było włamać się i olać sprawę.). tu chodzi o Mułowatość Moją Wielką, chodzi o klasę i styl, której zabrakło mojej skromnej osobie, o rzeczywistość, co w takich chwilach daje mocno po oczach, no i w końcu o zgliszcza, które pozostają po lśniących, samotnych nocach biesiad wśród tłumów roześmianych ludów... a konkretnie po jednej takiej nocy. minie czas, zapomni się... niestety, zapomni. bo gdyby się nie zapomniało to może jakieś cóś jakoś by zmogło do zmian. bo by się przydało.
sędzia pryszcz i sprawy o groźby, pobicia, wytłuczenia i podpalenia, czyli, że praktyki w sądzie kom bak! wyroku nie doczekała moja zdrętwiała od drewnianej ławeczki pupa.
kolega z wojska (wbrew pozorom) to nie postać radosna. strasznie ciąży jego osoba.
to już nawet nie chodzi o wysiedziane godzinki, ani o pisanie wykałaczką po niedoschniętym talerzu, czy też o gigantyczne ilości pochłanianych owoców (bo jakoś tak na nic konkretnego ochoty nie było), albo o wstyd chwiejącego się... chociaż o to, to jednak troszkę, ani też w końcu o wzdychanie do pana z orkiestry (bo wszyscy mówili jaki to on wspaniały, a jaki ach i jaki och, że aż trudno było włamać się i olać sprawę.). tu chodzi o Mułowatość Moją Wielką, chodzi o klasę i styl, której zabrakło mojej skromnej osobie, o rzeczywistość, co w takich chwilach daje mocno po oczach, no i w końcu o zgliszcza, które pozostają po lśniących, samotnych nocach biesiad wśród tłumów roześmianych ludów... a konkretnie po jednej takiej nocy. minie czas, zapomni się... niestety, zapomni. bo gdyby się nie zapomniało to może jakieś cóś jakoś by zmogło do zmian. bo by się przydało.
sędzia pryszcz i sprawy o groźby, pobicia, wytłuczenia i podpalenia, czyli, że praktyki w sądzie kom bak! wyroku nie doczekała moja zdrętwiała od drewnianej ławeczki pupa.
kolega z wojska (wbrew pozorom) to nie postać radosna. strasznie ciąży jego osoba.
a jutro...
wokół klatki mojej witają mnie niedopałki papierosów w zlodowaciałym śniegu. taki nowy rodzaj sztuki. taki blokersowy underground. to tak w ramach wstępu.
ponoć nie jestem gotowa. być może. nie kwestionuję tego i tak cokolwiek powiem będzie źle. jak na policji, cokolwiek powiesz może być wykorzystane przeciwko tobie. więc skoro nie jestem gotowa, to dam sobie spokój. sobie i innym. teraz drogi są rozmyte. jakieś są, jakieś są na pewno. w dół albo w górę. w prawo lub w lewo. teraz myślę, że nie chcę myśleć co będzie jutro. że wolę zapomnieć i przeczekać to życie. może inne będzie łaskawsze. o ile będzie jakieś inne... nie ważne. ciii...
przede mną ostatki. nie pokładam w związku z tym jakiś szczególnych nadziei. dziś wieczorem wleję w siebie trochę płynów. może zapomnę na jakiś czas, na trochę. jutro poudaję przed rodziną, że się wyspałam i że jestem nadzwyczaj wesoła. a jak mi zabraknie min w katalogu każę odwieźć się do mojej świątyni na czwartym piętrze. oto mój plan, zapięty na ostatni guzik. że aż się duszno robi.
♪♪ piotr rogucki - a my.mp3
ponoć nie jestem gotowa. być może. nie kwestionuję tego i tak cokolwiek powiem będzie źle. jak na policji, cokolwiek powiesz może być wykorzystane przeciwko tobie. więc skoro nie jestem gotowa, to dam sobie spokój. sobie i innym. teraz drogi są rozmyte. jakieś są, jakieś są na pewno. w dół albo w górę. w prawo lub w lewo. teraz myślę, że nie chcę myśleć co będzie jutro. że wolę zapomnieć i przeczekać to życie. może inne będzie łaskawsze. o ile będzie jakieś inne... nie ważne. ciii...
przede mną ostatki. nie pokładam w związku z tym jakiś szczególnych nadziei. dziś wieczorem wleję w siebie trochę płynów. może zapomnę na jakiś czas, na trochę. jutro poudaję przed rodziną, że się wyspałam i że jestem nadzwyczaj wesoła. a jak mi zabraknie min w katalogu każę odwieźć się do mojej świątyni na czwartym piętrze. oto mój plan, zapięty na ostatni guzik. że aż się duszno robi.
♪♪ piotr rogucki - a my.mp3
niedziela, 19 lutego 2006
twórcza niemoc
tak, właśnie. jestem sobie paskudną dziewczynką szydzącą z ułomności innych. z tych, które w nich siedzą, ale jakieś cóś nie pozwala im zobaczyć ich w sobie. ubarwiając tym samym swoje szare komórki, które do tej pory katowane byłby jedynie przez miliony moich własnych przywarów. nic nie mówię, nic nie czynię, tylko w myślach ośmieszam całokształt. to za dużo. to za mało.
zostały mi około 24 godziny moich mini-ferii zimowych. nie powiem, że do dobrze. nie powiem, że to źle. wszystko ma swoje zady i walety. nowy semestr, nowe przedmioty, nowy plan (łał! łał! łał!), nowe plany i szanse, na to, że, że... ale spoko, spoko jeszcze wszystko się poprzekręca.
yhh. popadłam w jakąś niemoc. niemoc twórczą, niemoc codzienną. jak zwał tak zwał, ale zupełnie nie mam co przeżywać, zupełnie nie mam o czym pisać. zwisam gdzieś pomiędzy tym co powinnam, a tym co chcę. nie umiem radzić sobie z tym co wokół. nic jest niejasne. wszystko nie jest jasne. trzepoczę nie-skrzydłami. bo wciąż jeszcze nieprawdą jestem i dziś. zaczynam się coraz bardziej bać. /na tym skończę nie przeciągając struny./
20:52
drugie połówki są przereklamowane. (tak mnie jakoś naszło.)
zostały mi około 24 godziny moich mini-ferii zimowych. nie powiem, że do dobrze. nie powiem, że to źle. wszystko ma swoje zady i walety. nowy semestr, nowe przedmioty, nowy plan (łał! łał! łał!), nowe plany i szanse, na to, że, że... ale spoko, spoko jeszcze wszystko się poprzekręca.
yhh. popadłam w jakąś niemoc. niemoc twórczą, niemoc codzienną. jak zwał tak zwał, ale zupełnie nie mam co przeżywać, zupełnie nie mam o czym pisać. zwisam gdzieś pomiędzy tym co powinnam, a tym co chcę. nie umiem radzić sobie z tym co wokół. nic jest niejasne. wszystko nie jest jasne. trzepoczę nie-skrzydłami. bo wciąż jeszcze nieprawdą jestem i dziś. zaczynam się coraz bardziej bać. /na tym skończę nie przeciągając struny./
20:52
drugie połówki są przereklamowane. (tak mnie jakoś naszło.)
niedziela, 12 lutego 2006
wary(ja)tka
wzięłam się i zaczęłam pisać. w zgliszczach mojego komputera powstawać będą (mam nadzieje) słowa, które może kiedyś ułożą się w całe zdanie, a te w historię. po co? sama się nad tym zastanawiam... najpierw dla siebie, a potem (jeśli będzie trzeba) dla całej reszty świata. strasznie ciężko zebrać się, ciężko zacząć. bo niby od czego? od ciężkich słów teraz, czy od dziecięcych siniaków, od naiwnych marzeń, czy, łez, a może od...? sama już nie wiem. strasznie się boję, ale czuję, że muszę. muszę bo inaczej wybuchnę. od środka coś mnie rozsadzi i nie będzie już co zbierać. może kiedyś skończę, a może to wszystko skończy się na planach. ale i tak warto zacząć. no bo kiedy, jak nie teraz?
jeśli powiem, że jest mi źle to będzie to prawda, ale tylko w połowie. jest mi znacznie gorzej. nie sądziłam, że to znów się zdarzy. myślałam, że ten epizod jest za mną. znów stoi za z białym kaftanem i wmawia chorobę. i w myśl zasady, że żaden świr nie przyzna się, że jest świrem nie należy brać mnie na poważnie. myślałam, że uodporniłam się na wszystkie słowa, na wszystkie gesty i czyny. to co usłyszałam, przeżyłam, to co zdążyłam zapamiętać i przypomnieć sobie po latach... przecież to dużo, myślałam, że wystarczy aby przywyknąć. mój błąd. nie pierwszy z resztą. teraz te słowa, które wciąż słyszę pulsują we nie coraz mocniej. i znów za dużo myślę o życiu, o sobie, o przeszłości. znów czuję się jak mała dziewczynka, która chowa się w łazience przed gniewem najważniejszej. ta sama, która zastanawia się gdzie schować wszystkie narzędzia zbrodni ze skóry i jak uniknąć kary. albo trochę większa, która tłumaczy się godzinami ze swoich myśli i uczuć, a potem bezsilnie ucieka w kąt. ta, która słyszy, że... ok, skończę. za bardzo już się rozpędziłam. oby do... oby do kiedyś, kiedy wyjdę stąd zamykając drzwi od zewnątrz. raz na zawsze, mam nadzieję.
a tymczasem potrzebuję towarzystwa do wspólnego rozgadanego milczenia. do rozmów oczu i oddechów. może jest ktoś chętny?
♪♪ czewony tulipan - jedyne co mam.mp3
jeśli powiem, że jest mi źle to będzie to prawda, ale tylko w połowie. jest mi znacznie gorzej. nie sądziłam, że to znów się zdarzy. myślałam, że ten epizod jest za mną. znów stoi za z białym kaftanem i wmawia chorobę. i w myśl zasady, że żaden świr nie przyzna się, że jest świrem nie należy brać mnie na poważnie. myślałam, że uodporniłam się na wszystkie słowa, na wszystkie gesty i czyny. to co usłyszałam, przeżyłam, to co zdążyłam zapamiętać i przypomnieć sobie po latach... przecież to dużo, myślałam, że wystarczy aby przywyknąć. mój błąd. nie pierwszy z resztą. teraz te słowa, które wciąż słyszę pulsują we nie coraz mocniej. i znów za dużo myślę o życiu, o sobie, o przeszłości. znów czuję się jak mała dziewczynka, która chowa się w łazience przed gniewem najważniejszej. ta sama, która zastanawia się gdzie schować wszystkie narzędzia zbrodni ze skóry i jak uniknąć kary. albo trochę większa, która tłumaczy się godzinami ze swoich myśli i uczuć, a potem bezsilnie ucieka w kąt. ta, która słyszy, że... ok, skończę. za bardzo już się rozpędziłam. oby do... oby do kiedyś, kiedy wyjdę stąd zamykając drzwi od zewnątrz. raz na zawsze, mam nadzieję.
a tymczasem potrzebuję towarzystwa do wspólnego rozgadanego milczenia. do rozmów oczu i oddechów. może jest ktoś chętny?
♪♪ czewony tulipan - jedyne co mam.mp3
piątek, 10 lutego 2006
ehe-ehe
nie, to nie "tusz" przed kolejną bardzo ważną informacją. to odgłosy wydobywające się z z moje wnętrza. kicham, prycham i ogólnie oddaję się przeziębieniu całkowicie. teraz mogę się opić... herbatką malinową. bo ko-niec. normalnie wreszcie koniec sesyji. tylko jakoś tak dziwnie jak nie trzeba niczego przekładać, kartować, zadręczać się groźnymi wizjami apokalipsy, pamiętać każdego z osobna i wszystkiego na raz. taka patologia trochę. ale ale "na szczęście" moja "kochana" rodzinka nie pozwoli mi na to żebym choć chwilę mogła pocieszyć się najświętszym ze świętych spokojem. no bo co by to było...
niby zrobiłam co powinnam (ale to paskudnie brzmi, tak obowiązkowo i porządnie. a nie powinno, zwłaszcza TO!), a jednak czuję się nie tak jak powinnam. i strasznie dziwnie jest mi nie tęsknić, nie wzdychać, nie mlaskać i nie czuć. teatr jednego aktora zaprasza na kolejną odsłonę spektaklu życia. uhh.
--
ciągnie mnie to starych dźwięków jak pszczołę do miodu.
♪♪ stare dobre małżenstwo - jest już za późno, nie jest za poźno.mp3
niby zrobiłam co powinnam (ale to paskudnie brzmi, tak obowiązkowo i porządnie. a nie powinno, zwłaszcza TO!), a jednak czuję się nie tak jak powinnam. i strasznie dziwnie jest mi nie tęsknić, nie wzdychać, nie mlaskać i nie czuć. teatr jednego aktora zaprasza na kolejną odsłonę spektaklu życia. uhh.
--
ciągnie mnie to starych dźwięków jak pszczołę do miodu.
♪♪ stare dobre małżenstwo - jest już za późno, nie jest za poźno.mp3
niedziela, 5 lutego 2006
normalni ludzie
właściwie nie wiem nawet jaki mamy dzień tygodnia. czas płynie od egzaminu do egzaminu, z przerwami na naukę i lamenty. no i później przeciera się znów oczy, łapie za kartki przewracając je jak kotlety na tłuszczu... i tak w koło macieju. normalnie mózg staje!
normalni ludzie. kim są? a kim są nienormalni? /spokojnie, nie zwariowałam. tak mnie jakoś wzięło, po rozmowie z kolegą z wojska/
że niby normalny jak ma 2 ręce, 2 nogi i głowę? a kalecy to już nienormalni? małpa też ma 2 ręce, 2 nogi i głowę, i czy to znaczy, że jest normalnym człowiekiem? że niby "normalni to tacy jak inni"? to wychodzi na to, że każdy jest na swój nienormalny, bo każdy jest inny niż wszyscy pozostali. albo, że każdy jest normalny albo na swój sposób, normalny w swoim jedynym rodzaju. w tym i chorzy psychicznie, bo tacy też są inni niż wszyscy, tak samo jak pozostała część społeczeństwa. no tak, ale jak tu o chorym psychicznie powiedzieć "normalny"? myślę, że pod pewnym względem można. dla chorego psychicznie nienormalnym zachowaniem będzie "inne" niż to, które przejawia on sam, więc cała reszta świata będzie dla niego nienormalna. skoro dajemy sobie prawo patrzenia na świat z perspektywy nas - "zdrowych", to czemu tego samego prawa nie dajemy ludziom chorym? ich perspektywa jest równie ważna jak nasza, w końcu to też ludzie! czyli wychodzi na to, że każdy bez względu na stan psychiczny i emocjonalny jest jednocześnie normalny i nienormalny... uhh. wychodzi z tego taki mentalny misz-masz tudzież kogel-mogel.
po tym wszystkim dochodzę do wniosków, że stwierdzenie "normalni ludzie" jest nienormalne.
spasiba wszystkim, którzy dotrwali do końca tych moich wypocin.
♪♪ hanna banaszak - samba przed rozstaniem.mp3
normalni ludzie. kim są? a kim są nienormalni? /spokojnie, nie zwariowałam. tak mnie jakoś wzięło, po rozmowie z kolegą z wojska/
że niby normalny jak ma 2 ręce, 2 nogi i głowę? a kalecy to już nienormalni? małpa też ma 2 ręce, 2 nogi i głowę, i czy to znaczy, że jest normalnym człowiekiem? że niby "normalni to tacy jak inni"? to wychodzi na to, że każdy jest na swój nienormalny, bo każdy jest inny niż wszyscy pozostali. albo, że każdy jest normalny albo na swój sposób, normalny w swoim jedynym rodzaju. w tym i chorzy psychicznie, bo tacy też są inni niż wszyscy, tak samo jak pozostała część społeczeństwa. no tak, ale jak tu o chorym psychicznie powiedzieć "normalny"? myślę, że pod pewnym względem można. dla chorego psychicznie nienormalnym zachowaniem będzie "inne" niż to, które przejawia on sam, więc cała reszta świata będzie dla niego nienormalna. skoro dajemy sobie prawo patrzenia na świat z perspektywy nas - "zdrowych", to czemu tego samego prawa nie dajemy ludziom chorym? ich perspektywa jest równie ważna jak nasza, w końcu to też ludzie! czyli wychodzi na to, że każdy bez względu na stan psychiczny i emocjonalny jest jednocześnie normalny i nienormalny... uhh. wychodzi z tego taki mentalny misz-masz tudzież kogel-mogel.
po tym wszystkim dochodzę do wniosków, że stwierdzenie "normalni ludzie" jest nienormalne.
spasiba wszystkim, którzy dotrwali do końca tych moich wypocin.
♪♪ hanna banaszak - samba przed rozstaniem.mp3
czwartek, 2 lutego 2006
pod torami
przejechał mnie pociąg i leżę na torach. znaczy się jestem przejechana. umarłam. nie żyję. baa... może już nawet gniję.
kiedy przechodzą ludzie udaję, że jeszcze oddycham. żeby nie pytali co, gdzie, jak, i dlaczego... odpowiedzi są zbyt schematyczne i proste. nie warto zadawać pytań, na które zna się odpowiedzi.
teraz, kiedy jestem sama nie chce mi się nawet udawać. nie mam motywacji. ani do oddychania, ani do... zwłaszcza do... nauki.
dupnie.
kiedy przechodzą ludzie udaję, że jeszcze oddycham. żeby nie pytali co, gdzie, jak, i dlaczego... odpowiedzi są zbyt schematyczne i proste. nie warto zadawać pytań, na które zna się odpowiedzi.
teraz, kiedy jestem sama nie chce mi się nawet udawać. nie mam motywacji. ani do oddychania, ani do... zwłaszcza do... nauki.
dupnie.
--
"(...)Jest świat ze ścian
Rosnących w górę
W nim traci wartość słowo
Ja stoję przed zwyczajnym murem
I walę w niego głową"
Jonasz Kofta - Cztery ściany świata
"(...)Jest świat ze ścian
Rosnących w górę
W nim traci wartość słowo
Ja stoję przed zwyczajnym murem
I walę w niego głową"
Jonasz Kofta - Cztery ściany świata
środa, 1 lutego 2006
system eliminacji studentów jest aktywny
dzisiejsze "ooo..., to ci nieudacznicy..." - wbiło mnie w ziemię momentalnie. ta szkoła i niektóre jej "wynalazki" zatrudnione przez nią, jakoby do edukacji nas, naprawdę mnie zadziwiają. słodko, naprawdę słodko. przerost ambicji nad rozumem, tak to się chyba nazywa. (zwyczajnie są tacy, którzy czerpią niepohamowaną przyjemność z gnębienia i poniżania innych.)
w moim pokoju panuje przyjemny chłód. (tylko moje stopy trochę marudzą dając mi to odczuć... zizizi-zimno!) po godzinach ślepienia w notatki, przeglądania tych wszystkich kartek, karteczek i karteluszek mózg mi się z lekka przegrzał. bo jak wiadomo system eliminacji studentów jest aktywny! a ja bronię się przed nim... no dobra, bardziej improwizuję. bo każda chwila to ucieczka moich myśli w odległe krainy, tam gdzie wzrok i słuch nie sięga.
i wciąż dryfuję po swojej samoocenie i takich tam innych. póki co można liczyć jedynie na odpływy. zastanawiam się także nad fenomenem mojej osobowości. nad wielkim uzewnętrznianiem i nagłym acz dokładnym zawekowaniem mojego "ja". że nikomu nic, że ani-mru-mru. że aż strach mówić, bo świat runie na łeb, na szyję. tak jakby kiedyś stał stabilnie. phi, że tak się wyrażę.
a teraz... teraz padam.
--
na maginesie:
nic mnie tak nie porusza jak przemowa dychającego kaczora. no przepraszam, ale nie chciałabym być mikrofonem, do którego parska, sapie, świszcze i dycha.
2. luty, 9:31
się okazało, że moim wyjściu dopiero się tam działo. udusiłabym dziada za te wszyskie bluzgi i błota, którymi nas obrzucał! yhh. zbulwersiłam się!
♪♪ hey - dolly.mp3
w moim pokoju panuje przyjemny chłód. (tylko moje stopy trochę marudzą dając mi to odczuć... zizizi-zimno!) po godzinach ślepienia w notatki, przeglądania tych wszystkich kartek, karteczek i karteluszek mózg mi się z lekka przegrzał. bo jak wiadomo system eliminacji studentów jest aktywny! a ja bronię się przed nim... no dobra, bardziej improwizuję. bo każda chwila to ucieczka moich myśli w odległe krainy, tam gdzie wzrok i słuch nie sięga.
i wciąż dryfuję po swojej samoocenie i takich tam innych. póki co można liczyć jedynie na odpływy. zastanawiam się także nad fenomenem mojej osobowości. nad wielkim uzewnętrznianiem i nagłym acz dokładnym zawekowaniem mojego "ja". że nikomu nic, że ani-mru-mru. że aż strach mówić, bo świat runie na łeb, na szyję. tak jakby kiedyś stał stabilnie. phi, że tak się wyrażę.
a teraz... teraz padam.
--
na maginesie:
nic mnie tak nie porusza jak przemowa dychającego kaczora. no przepraszam, ale nie chciałabym być mikrofonem, do którego parska, sapie, świszcze i dycha.
2. luty, 9:31
się okazało, że moim wyjściu dopiero się tam działo. udusiłabym dziada za te wszyskie bluzgi i błota, którymi nas obrzucał! yhh. zbulwersiłam się!
♪♪ hey - dolly.mp3
sobota, 28 stycznia 2006
metafora dnia codziennego
dychało, dychało, aż padło... światełko w myszce. a tak do rzeczy to kwintesencją dnia wczorajszego i dzisiejszego również będzie jedyne słowo, które przychodzi mi na myśl, czyli kupa. całkiem wymownie. zwłaszcza, że owy przedmiot smrodu permanentnego nadal "leży i śmierdzi". co za tym idzie niedziela zapowiada się podobnie. ja już naprawdę pominę piąteczek, bo to przysłowiowy pikuś. no ale, ale to, co przechodziłam/przechodzę/przechodzić będę dziś i dnia jutrzejszego nie mieści się w równie przysłowiowej pale. po całym dniu nauki wiem tylko to, że nic nie wiem. (łoch!) że nic nie rozumiem mimo najszczerszych chęci. nadmieniam, że jeszcze parę minut temu wszystko, co dotyczy metod pracy opiekuńczo-wychowawczych, a co zarazem znajduje się w moim zasięgu fruwało po pokoju z prędkością światła i na wysokości lamperii. normalnie lepiej niż gołębica! a co COŚ w końcu znaczy, bo to pierwszy przypadek "uskrzydlenia" moich notatek w czasie mojej kariery studenckiej (szkolnej z resztą też).
że przysięgam, jak ja to zaliczę to pójdę na piechotę do częstochowy... mało tego, do watykanu samego też!
a mi się śniło, że w ramach budzika wybuchła mi wieża i porwała, brata ciotecznego, który akurat odwiedził mnie i nie zdąrzył uciec z pokoju. było dużo dymu, stwórca przemówił, że zabiera to, co jego, to, co stworzył do siebie i mi kuzyna wsysło w siwy dym. więc jeśli ktoś mi zarzuci, że mam nudne życie odpowiem, że przynajmniej to wymarzone i wyśnione jest pełne uniesień i nieoczekiwanych zwrotów akcji. taka kompensacja.
29. stycznia, 10:45
trochę spokojniej. poczytam, popatrzę, nie dam się zwariować. a dalej niech się dzieje co chce, co ma się dziać...
że przysięgam, jak ja to zaliczę to pójdę na piechotę do częstochowy... mało tego, do watykanu samego też!
a mi się śniło, że w ramach budzika wybuchła mi wieża i porwała, brata ciotecznego, który akurat odwiedził mnie i nie zdąrzył uciec z pokoju. było dużo dymu, stwórca przemówił, że zabiera to, co jego, to, co stworzył do siebie i mi kuzyna wsysło w siwy dym. więc jeśli ktoś mi zarzuci, że mam nudne życie odpowiem, że przynajmniej to wymarzone i wyśnione jest pełne uniesień i nieoczekiwanych zwrotów akcji. taka kompensacja.
29. stycznia, 10:45
trochę spokojniej. poczytam, popatrzę, nie dam się zwariować. a dalej niech się dzieje co chce, co ma się dziać...
wtorek, 24 stycznia 2006
myslę, że nie myślę
w ogóle jest jakoś tak dziko. nie żebym narzekała, o nie. ja nawet nie dążę do tego żeby było cywilizowanie. czas dzielę między przewracanie notatek, a myślenie o końcu tygodnia i chwili mojej prawdy. co za tym idzie to pierwsze stoi w lekkiej opozycji do tego drugiego. taki sobie bodziec frustrujący. ale ja już do nich przywykłam, tak więc i ten przeżyję. i jestem dziwnie spokojna, że jakoś to będzie, że pewnie lepiej niż ostatnio. że przecież muszę w końcu przełamać się i przerwać tę "zmowę milczenia". że pora wreszcie uczłowieczyć ideał. (to ostatnie, to nie będzie takie hop-siup, ale spróbować muszę.)
jeszcze wieczory. wieczory też są ważne. ciepła kołdra, w którą zakopuje zwykle grubo po północy. później oczy się zamyka i otwiera te drugie - wyobraźni. marzy się, marzy i marzy... o wolności, o swobodzie, księciach z bajki i czarodziejskim powietrzu. zupełnie innym niż to, tutaj. ja wiem, kiedyś tam ucieknę naprawdę. kiedyś na pewno!
//myślę, że powinnam pomyśleć o czymś mądrym. nie tylko o przyswajaniu wiedzy, którą ktoś kiedyś obmyślił, ale sama coś wyprodukować. niestety, póki co czasu starcza mi jedynie na rozprężnie żyłek mądrości do przetwarzania danych.
jeszcze wieczory. wieczory też są ważne. ciepła kołdra, w którą zakopuje zwykle grubo po północy. później oczy się zamyka i otwiera te drugie - wyobraźni. marzy się, marzy i marzy... o wolności, o swobodzie, księciach z bajki i czarodziejskim powietrzu. zupełnie innym niż to, tutaj. ja wiem, kiedyś tam ucieknę naprawdę. kiedyś na pewno!
//myślę, że powinnam pomyśleć o czymś mądrym. nie tylko o przyswajaniu wiedzy, którą ktoś kiedyś obmyślił, ale sama coś wyprodukować. niestety, póki co czasu starcza mi jedynie na rozprężnie żyłek mądrości do przetwarzania danych.
piątek, 20 stycznia 2006
drażliwie, auć
dzisiaj nie było wcale lepiej. drażliwa zrobiłam się jakaś. wszystko mnie tyka, wszystko mnie połyka. a mój kalendarzyk utył. każdy dzień zaplanowany do ostatniej minuty. zajęcia proponowane na kolejne trzy tygodnie, to nauka, nauka albo nauka. wybór należy tylko do mnie! cóż za radocha, chyba skorzystam z tego zaszczytu...
troszkę głowa rwie, a nawet troszkę bardzo. ale to z wrażenia jeszcze. bo czasami mi uderza do głowy i pomysły mam wyczesane. jeden z nich kwitnie w najnowszym numerze filipinki. (i żeby nie było - nie jestem sikającą fanką tej gazetki. ale rozgłos, to rozgłos. wszędzie dobry, no może poza "głosem niedzielnym"). taka niespodzianka to fajna sprawa dla zestresowanego i drażliwego studenta tuż przed sesją. dziś całować mnie po rękach, dziś jestem boska!
---
no i dowiedziałam się, że od 1,5 roku jestem marianną w mojej kochanej grupie. lepiej późno niż wcale!
troszkę głowa rwie, a nawet troszkę bardzo. ale to z wrażenia jeszcze. bo czasami mi uderza do głowy i pomysły mam wyczesane. jeden z nich kwitnie w najnowszym numerze filipinki. (i żeby nie było - nie jestem sikającą fanką tej gazetki. ale rozgłos, to rozgłos. wszędzie dobry, no może poza "głosem niedzielnym"). taka niespodzianka to fajna sprawa dla zestresowanego i drażliwego studenta tuż przed sesją. dziś całować mnie po rękach, dziś jestem boska!
---
no i dowiedziałam się, że od 1,5 roku jestem marianną w mojej kochanej grupie. lepiej późno niż wcale!
czwartek, 19 stycznia 2006
ambicje i refleksje
do dziecięciu i oddychamy. puf-puf-puf. i znów, do dziesięciu i oddychamy... gotuje się we mnie z letka.
- jeden, to jest to, że ja nie chcę mieć trzy;
- dwa, to jest to, że będę miała niestety, bo czasu nie rozciągnę żeby zdąrzyć się nauczyć;
- trzy, to jest to, że większość osób na moim miejscu (zwłaszcza ta 10-tka, która oblała) skakałaby z radości. no oczywiście ja muszę być inna(!!);
- cztery, to jest to, że mi dziwnie;
- a pięć, to głupio wyszło i co za tym idzie kłania się punkt numer cztery.
chłopiec z dużą głową i wiecznymi wypiekami nie był dla mnie. ja wiem, że wniosek rychło w czas wpadł mi do głowy (jedyne 3 lata poślizgu). baa, jakby tego mało nie był ani dla mnie, ani dla "tuzina" innych podobny lub nie do mnie. czy raczej to żadna nie była/jest dla niego. z resztą nie ważne. tylko trochę mi żal tych wszystkich sentymentalnych bzdur, które kłębią mi się w głowie. serduszek na marginesach zeszytów, wszystkich prób zrobienia człowieka z chama i ignoranta. żal tak samo jak miliona i jeden wierszy, które i tak jakbym kiedyś wydała chłopiec ten osika strumieniem cienkim. żal mi, ale tylko trochę.
♪♪ pidżama porno - stąpając po niepewnym gruncie.mp3
- jeden, to jest to, że ja nie chcę mieć trzy;
- dwa, to jest to, że będę miała niestety, bo czasu nie rozciągnę żeby zdąrzyć się nauczyć;
- trzy, to jest to, że większość osób na moim miejscu (zwłaszcza ta 10-tka, która oblała) skakałaby z radości. no oczywiście ja muszę być inna(!!);
- cztery, to jest to, że mi dziwnie;
- a pięć, to głupio wyszło i co za tym idzie kłania się punkt numer cztery.
chłopiec z dużą głową i wiecznymi wypiekami nie był dla mnie. ja wiem, że wniosek rychło w czas wpadł mi do głowy (jedyne 3 lata poślizgu). baa, jakby tego mało nie był ani dla mnie, ani dla "tuzina" innych podobny lub nie do mnie. czy raczej to żadna nie była/jest dla niego. z resztą nie ważne. tylko trochę mi żal tych wszystkich sentymentalnych bzdur, które kłębią mi się w głowie. serduszek na marginesach zeszytów, wszystkich prób zrobienia człowieka z chama i ignoranta. żal tak samo jak miliona i jeden wierszy, które i tak jakbym kiedyś wydała chłopiec ten osika strumieniem cienkim. żal mi, ale tylko trochę.
♪♪ pidżama porno - stąpając po niepewnym gruncie.mp3
poniedziałek, 16 stycznia 2006
perpetum mobile
czuję jakby ktoś przemielił moje myśli przez mięsoróbkę. takie ogólne pobudzenie psychoruchowe. (choć chwilowo jakby mi z letka zelżyło.) chaos, koalicja, kooperacja, symbioza, kompatybilność wszystkich struktur w moim organizmie. takie domowej roboty perpetum mobile.
jest jak w piosence pani renaty przemyk. "bo tortur, bo tortur, bo tortur nigdy dość!"
♪♪ renata przemyk - tortury.mp3
17. stycznia, 17:25
nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć, więc chyba dam sobie na luz (przynajmniej dziś) i oddam się kontemplacji oddychania. uhm.
jest jak w piosence pani renaty przemyk. "bo tortur, bo tortur, bo tortur nigdy dość!"
♪♪ renata przemyk - tortury.mp3
17. stycznia, 17:25
nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć, więc chyba dam sobie na luz (przynajmniej dziś) i oddam się kontemplacji oddychania. uhm.
piątek, 13 stycznia 2006
bul, bul tonę
woda, woda, wszęędzie woooda!!! potem tylko woda mnie porywa, woda mnie porywa! ratuj marika, raatuj! ale spokojnie to nie armagiedon, to tylko odwiedziny 4,5-letniej julci. (a może właśnie to jest słynny ten armagiedon.) było mnóstwo pisku, krzyku, śmiechu. genralnie odruch orientacyjno-badawczy, egocentryzm poznaczy i instrumentalny w pigułce. i żeby dodać pikanterii wszystko to w praktyce. zarejestrowane i uwiecznione, żeby nie było. (patrz niżej.)


ja za chiny ludowe nie poniemajet filozofia życiowa à la kolega z wojska. chcem, ale nie mogem. nie chcem, ale muszem. yhh. a serce wcale mi nie mięknie na te błagalne esemesy. bo nie lubię jak ktoś struga ze mnie wariata. i właśnie dlatego odpowiada mi ten mój wentyl bezpieczeństwa. uczucia na smyczy, tak to można sprytnie nazwać. niech żyje dystans (w praktyce) i takie tam ten teges! tylko żebym kiedyś wyczuła moment, kiedy będę mogła ciepnąć go w kąt...
--
wciąż czeka się na. wciąż boi się... jak diabli. ale ale, no chyba nie dasz dyla mar, co nie?! byś se tego w życiu nie wybaczyła, o! cziiis.
♪♪ strachy na lachy - dzień dobry kocham cię.mp3


ja za chiny ludowe nie poniemajet filozofia życiowa à la kolega z wojska. chcem, ale nie mogem. nie chcem, ale muszem. yhh. a serce wcale mi nie mięknie na te błagalne esemesy. bo nie lubię jak ktoś struga ze mnie wariata. i właśnie dlatego odpowiada mi ten mój wentyl bezpieczeństwa. uczucia na smyczy, tak to można sprytnie nazwać. niech żyje dystans (w praktyce) i takie tam ten teges! tylko żebym kiedyś wyczuła moment, kiedy będę mogła ciepnąć go w kąt...
--
wciąż czeka się na. wciąż boi się... jak diabli. ale ale, no chyba nie dasz dyla mar, co nie?! byś se tego w życiu nie wybaczyła, o! cziiis.
♪♪ strachy na lachy - dzień dobry kocham cię.mp3
środa, 11 stycznia 2006
inna bajka
bez zbytniego patetyzmu, dzień dobry wieczór. witam znów i ponownie.
jestem ja i moje zdezoriętowane palce nieco, ale przyzwyczaję się do nowego. nie od razu, ale z czasem przywyknę. do wszystkiego z czasem się przywyka. do gorzkiej herbaty, wrzodów na tyłku i do ssstresu przewlekłego też...
--
stan mój psychiczny na chwilę obecną:
powtarzam sobie, że jakoś to będzie. że gromowłanego wykładowcy przewidzieć się nie da. że nawet jak nie zdam, to nie skończy się świat... jeszcze nie. że dziś jest dzień, jutro będzie i bez względu na wszystko, po jutrze też wstanie słońce. i nawet największa panika na uczelni ze strony "piękniej" pani bara-bara nie jest mnie w stanie zaskoczyć. (przerazić tak, ale napewno nie zaskoczyć.) ale kurczę... wolałabym jednak nie musieć stukać tego ponownie!
(tł. koniec istnienia na wylot, początek mar.)
jestem ja i moje zdezoriętowane palce nieco, ale przyzwyczaję się do nowego. nie od razu, ale z czasem przywyknę. do wszystkiego z czasem się przywyka. do gorzkiej herbaty, wrzodów na tyłku i do ssstresu przewlekłego też...
--
stan mój psychiczny na chwilę obecną:
powtarzam sobie, że jakoś to będzie. że gromowłanego wykładowcy przewidzieć się nie da. że nawet jak nie zdam, to nie skończy się świat... jeszcze nie. że dziś jest dzień, jutro będzie i bez względu na wszystko, po jutrze też wstanie słońce. i nawet największa panika na uczelni ze strony "piękniej" pani bara-bara nie jest mnie w stanie zaskoczyć. (przerazić tak, ale napewno nie zaskoczyć.) ale kurczę... wolałabym jednak nie musieć stukać tego ponownie!
(tł. koniec istnienia na wylot, początek mar.)
Subskrybuj:
Posty (Atom)