nie, to nie "tusz" przed kolejną bardzo ważną informacją. to odgłosy wydobywające się z z moje wnętrza. kicham, prycham i ogólnie oddaję się przeziębieniu całkowicie. teraz mogę się opić... herbatką malinową. bo ko-niec. normalnie wreszcie koniec
sesyji. tylko jakoś tak dziwnie jak nie trzeba niczego przekładać, kartować, zadręczać się groźnymi wizjami apokalipsy, pamiętać każdego z osobna i wszystkiego na raz. taka patologia trochę. ale ale "na szczęście" moja "kochana" rodzinka nie pozwoli mi na to żebym choć chwilę mogła pocieszyć się najświętszym ze świętych spokojem. no bo co by to było...
niby zrobiłam co powinnam (ale to paskudnie brzmi, tak obowiązkowo i porządnie. a nie powinno, zwłaszcza TO!), a jednak czuję się nie tak jak powinnam. i strasznie dziwnie jest mi nie tęsknić, nie wzdychać, nie mlaskać i nie czuć.
teatr jednego aktora zaprasza na kolejną odsłonę spektaklu życia. uhh.
--
ciągnie mnie to starych dźwięków jak pszczołę do miodu.
♪♪ stare dobre małżenstwo - jest już za późno, nie jest za poźno.mp3