piątek, 28 września 2007

komu w drogę temu... się na sentymenty zbiera

werdykt ogłoszony. wygrały boskie wiersze znad morza. (bom była w jury ogólnopolskiego konkursu literackiego, ale z tego wszystkiego żem zapomniała się pochwalić.)

--

nie chce mi się rozstawać z tymi chwilami samotności. tam to będzie ciężko. ale życie ucieka, trzeba wreszcie zacząć biec z nim. nadążać. chyba, że ucieknie się w park, nawrzuca kasztanów w kieszenie, przysiądzie na ławeczce i poudaje, że jest się całkiem samemu.
już nie myślę o perspektywie braku internetu. myśli wciągają za mocno. potem nie idzie się z nich wydostać. jak ze studni bez dna. nie myślę też jak mi będzie nerwowo, a jak irytująco w towarzystwie pozostałych lokatorów. o tym czy dam radę, czy będę miała co jeść, pić, gdzie stolec robić i czy będzie on regularny też nie myślę. za dużo tego, a na myślenie nie mam teraz weny.
trzeba się ogarnąć, znaleźć sobie miejsce literackie do kontemplowania, rozwijania. miejsce do oddychania w ciszy, bez zbędnych szumów. miejsce do śmiechu i do łez. porty, do który będzie się wracać, podążać. odpoczywać w wielu warstwach życia.

i irytuje mnie jej słodki głosik. jej. że aż przesłodzony. jak słodzik sztuczny. szkodliwy. drażnią mdłe dowcipy. że aż brew się unosi. że chce się tak za kudły i łbem o ścianę. bo nikt nie lubi jak się z niego kretyna robi. ja też. (ciężko będzie, oj ciężko.)

pozostaje się spakować (czego nieznoszę najbardziej), wyściskać spawychowego misiaka, naciskać czapkę na głowę (przysłowiową taką) i wyruszyć do wielkiego, nieznanego świata. jutro już. ach. strach. strach się bać.
a tam, na tym całym, wielkim uniwersytecie, to nikt nic nie wie. czeski film. burdel na kółkach. cyrk na ordynackiej. czy co kto jeszcze wymyśli... generalnie róbta co chceta!


--
się będę odzywała jak będę mogła. a móc muszę, chociażby raz na jakiś czas. często w miarę, co dni parę. nadzieję mam. ale...



28. września, 19:28
mam plan, wykonam go sam(a). nie chcę żadnej pomocy... nie, nie wyrobię się dzisiaj w nocy. o.

środa, 12 września 2007

zmiany, zmiany, zmiany... czyli jak to wiatr z północy pcha człowieka na południe

za dużo słów, za mało treści. konstruktywnych. mówię, mówię. dużo i szybko. w amoku, uroku, ekstazie i pod natchnieniem co jak demon żywi się krwią swojej ofiary. za dużo słów, za mało treści. a gdy przestaję zaraz mi żal. tych co za dużo, co niezdrowo, tego co niedopowiedziane, zagadane, przekłamane. tego co obce, co swoje. co znane i nie. i wciąż za dużo słów, za mało treści. pożądanych.

i śni mi się, że policzkiem ten śmieszny zarost czuję. że czuję go watą sztywny. że drapie uroczo. ochoczo. potem się budzę i nie przeklinam tych snów. nie żałuję. chcę śnić dalej. mocniej. na jawie. albo przeżywać i odżywać. na nowo czuć jak nigdy goręcej. mocniej bić serce. trząść ręce. płonąć oczy. albo ulicą idę i zapach ten czuję. że mi nozdrza gwałci subtelnie jak babie lato po kryjomu. i chwila jest. i pyk i znikł. potem tylko spaliny. ale pamięci się nie zapomina. trzyma się ją jak zapasy na zimę. jak bumerang wieczorami zmrożonymi wraca. i czasem wyłazi nocami. oczami. później się zmienia. zapomina. odwodzi. potem jest inny dzień, inna godzina. i czulej jest realniej czuć. że mnie uszy pieką i dreszcz po plecach jak sprinter przebiega. że można się wtopić, utopić. że jest ciepło, bezpiecznie i niebezpańsko tak. tylko powroty są złe. powroty mają to do siebie, że krzyczą wszystkimi porami skóry. wysysają z płuc tlen, topią ogień w oczach.

dwadzieściasiedem jestem. i dziesiąte piętro z 70-letnią trzęsącą się babą, i piecuszką się nietrzęsącą. ale bez sieci, bez virtual life, bez internetu! trochę mnie mocno strach bierze, że mną trzęsie na samą myśl. wszystkie poukładane w głowie zdania szarpią się, szamotają, spać nie dają. swobody mi trzeba! a tam jak, jak się wyswobodzi?! i żeby tak bez internetu! dziadostwo, nie do pojęcia. przejęcia. NO ALE, bez internetu za to z ciepłem, które grzało mnie wczoraj jak kaloryfer, a dziś mi go brak. i palce zmarznięte, i dreszcze, i puste ręce.

czyly jednym słowem: breslau!

czytam "odrzuty" - macierzyńskiego. nawet wiersz o nim napisałam. kiepski pewnie, ale nie istotne. on jest cham, ale wiersze ma dobre. trzyma mnie to wciśniętą w fotelik. jak mysz małą. jak kamfora lotną.
a dehnel prozatorsko uroczy. poezją go chce się wyrzucić spod strzech. z łóżka wieczorem przed snem.


--
gwałcę wszelkie zasady pisowni polskiej, składni, interpunkcji i czego bądź jeszcze. miodek by się potłukł jakby przeczytał. odpowiadam, zasady są z zasady po to żeby je łamać. i szukam formy niezajętej. czystej. obcej. mnie samej też. żeby ją poznawać. bawić się. obracać. podrzucać.

wtorek, 4 września 2007

zanim groszki i róże...

czas się rozejrzeć dookoła i zauważyć, że na tej mojej pożal się boże tratwie, czy tam szalupie zostałam sama jak kołek. dookoła zewsząd woda, lądu nawet lornetką nie wypatrzysz, a nawet okoliczne zwierzęta pochowały się gdzieś. jakby tego było mało - przecieka! przecieka, a szmaty do załatania dziur brak... poza mną, raczej bezużyteczną postacią tego całego spektaklu, który niektórzy zwykli pieszczotliwie nazywać "życiem".

ale spokojnie. trzeba się zebrać w sobie, poczekać jeszcze trochę, zacisnąć pięści, czy tam kciuki i wierzyć, że jakoś to się ułoży. że przecież to niemożliwe żeby się nie udało, że ziemię i niebo się poruszy. bo pora w końcu odetchnąć pełną piersią, rozpuścić włos na wietrze, uwolnić się od wszystkich kwasów, mchów, porostów i habazi tego podwórka zarośniętego po sam pas albo i wyżej jeszcze.

już wiem, nie ogarnę tego. patrzę, nie dopatruję się. a co tam, czekają w końcu nowe horyzonty, nowe zauroczenia. szczęśliwe czy nie, realne czy nie, z pewnością emocjonujące! że nie wyszło, widać wyjść nie mogło. nie czas i miejsce, i nieodpowiedni bohaterowie.
//ponoć pachniał potem. ja tam czułam zapach niebiański. uśmiech szeroki, ząbki w dwu rzędach. i oczy błyszczące, i włos ciemnawy. i świat cały, i jeszcze trochę. koniec. cicho, cicho... cicho-sza! bo tak całkiem, to mi jeszcze nie przeszło. nie poszło. trwa.

lubię rozmawiać z tobą i milczy się też całkiem wymownie. godzinami całymi, regularnie jak w zegarku. że aż ręka od trzymania słuchawki mdleje, śliny w ustach brakować zaczyna, powietrza w płucach.

a w domu, jak to w domu. jak pusto to i cicho, i bezpiecznie. i można nawet myśli swoich posłuchać, wolno przejść się w piżamie po domu, przeciągnąć, zjeść śniadanie w porze obiadu. potem to już nie można, potem to już trzeba się pilnować. kłaść spać kiedy karzą... kiedy krzyczą, oglądać mądrych filmów nie wolno (bo mądre filmy zawsze dają w środku nocy), mylić się nie wolno, mówić za głośno, oddychać zbyt ciężko. najlepiej więc dla siebie pozamykać oczy i uszy, skulić się w sobie, przeczekiwać ten czas. to życie. bo się nie nadajesz: do świata, do życia, do ludzi...


--
za tydzień dowiem się czy zechcą mnie w tym mieście, w którym pełno okopów. a na to czy to miasto, miasto, które nigdy nie zasypia zechce przyjąć mnie pod swoje opiekuńcze skrzydła (jak to zawodzą w pewnym nędznym serialu) muszę poczekać nieco dłużej. a właściwie dużo dłużej.


♪♪ pidżama porno - nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości.mp3