sobota, 28 stycznia 2006

metafora dnia codziennego

dychało, dychało, aż padło... światełko w myszce. a tak do rzeczy to kwintesencją dnia wczorajszego i dzisiejszego również będzie jedyne słowo, które przychodzi mi na myśl, czyli kupa. całkiem wymownie. zwłaszcza, że owy przedmiot smrodu permanentnego nadal "leży i śmierdzi". co za tym idzie niedziela zapowiada się podobnie. ja już naprawdę pominę piąteczek, bo to przysłowiowy pikuś. no ale, ale to, co przechodziłam/przechodzę/przechodzić będę dziś i dnia jutrzejszego nie mieści się w równie przysłowiowej pale. po całym dniu nauki wiem tylko to, że nic nie wiem. (łoch!) że nic nie rozumiem mimo najszczerszych chęci. nadmieniam, że jeszcze parę minut temu wszystko, co dotyczy metod pracy opiekuńczo-wychowawczych, a co zarazem znajduje się w moim zasięgu fruwało po pokoju z prędkością światła i na wysokości lamperii. normalnie lepiej niż gołębica! a co COŚ w końcu znaczy, bo to pierwszy przypadek "uskrzydlenia" moich notatek w czasie mojej kariery studenckiej (szkolnej z resztą też).
że przysięgam, jak ja to zaliczę to pójdę na piechotę do częstochowy... mało tego, do watykanu samego też!

a mi się śniło, że w ramach budzika wybuchła mi wieża i porwała, brata ciotecznego, który akurat odwiedził mnie i nie zdąrzył uciec z pokoju. było dużo dymu, stwórca przemówił, że zabiera to, co jego, to, co stworzył do siebie i mi kuzyna wsysło w siwy dym. więc jeśli ktoś mi zarzuci, że mam nudne życie odpowiem, że przynajmniej to wymarzone i wyśnione jest pełne uniesień i nieoczekiwanych zwrotów akcji. taka kompensacja.


29. stycznia, 10:45
trochę spokojniej. poczytam, popatrzę, nie dam się zwariować. a dalej niech się dzieje co chce, co ma się dziać...

wtorek, 24 stycznia 2006

myslę, że nie myślę

w ogóle jest jakoś tak dziko. nie żebym narzekała, o nie. ja nawet nie dążę do tego żeby było cywilizowanie. czas dzielę między przewracanie notatek, a myślenie o końcu tygodnia i chwili mojej prawdy. co za tym idzie to pierwsze stoi w lekkiej opozycji do tego drugiego. taki sobie bodziec frustrujący. ale ja już do nich przywykłam, tak więc i ten przeżyję. i jestem dziwnie spokojna, że jakoś to będzie, że pewnie lepiej niż ostatnio. że przecież muszę w końcu przełamać się i przerwać tę "zmowę milczenia". że pora wreszcie uczłowieczyć ideał. (to ostatnie, to nie będzie takie hop-siup, ale spróbować muszę.)

jeszcze wieczory. wieczory też są ważne. ciepła kołdra, w którą zakopuje zwykle grubo po północy. później oczy się zamyka i otwiera te drugie - wyobraźni. marzy się, marzy i marzy... o wolności, o swobodzie, księciach z bajki i czarodziejskim powietrzu. zupełnie innym niż to, tutaj. ja wiem, kiedyś tam ucieknę naprawdę. kiedyś na pewno!


//myślę, że powinnam pomyśleć o czymś mądrym. nie tylko o przyswajaniu wiedzy, którą ktoś kiedyś obmyślił, ale sama coś wyprodukować. niestety, póki co czasu starcza mi jedynie na rozprężnie żyłek mądrości do przetwarzania danych.

piątek, 20 stycznia 2006

drażliwie, auć

dzisiaj nie było wcale lepiej. drażliwa zrobiłam się jakaś. wszystko mnie tyka, wszystko mnie połyka. a mój kalendarzyk utył. każdy dzień zaplanowany do ostatniej minuty. zajęcia proponowane na kolejne trzy tygodnie, to nauka, nauka albo nauka. wybór należy tylko do mnie! cóż za radocha, chyba skorzystam z tego zaszczytu...

troszkę głowa rwie, a nawet troszkę bardzo. ale to z wrażenia jeszcze. bo czasami mi uderza do głowy i pomysły mam wyczesane. jeden z nich kwitnie w najnowszym numerze filipinki. (i żeby nie było - nie jestem sikającą fanką tej gazetki. ale rozgłos, to rozgłos. wszędzie dobry, no może poza "głosem niedzielnym"). taka niespodzianka to fajna sprawa dla zestresowanego i drażliwego studenta tuż przed sesją. dziś całować mnie po rękach, dziś jestem boska!


---
no i dowiedziałam się, że od 1,5 roku jestem marianną w mojej kochanej grupie. lepiej późno niż wcale!

czwartek, 19 stycznia 2006

ambicje i refleksje

do dziecięciu i oddychamy. puf-puf-puf. i znów, do dziesięciu i oddychamy... gotuje się we mnie z letka.
- jeden, to jest to, że ja nie chcę mieć trzy;
- dwa, to jest to, że będę miała niestety, bo czasu nie rozciągnę żeby zdąrzyć się nauczyć;
- trzy, to jest to, że większość osób na moim miejscu (zwłaszcza ta 10-tka, która oblała) skakałaby z radości. no oczywiście ja muszę być inna(!!);
- cztery, to jest to, że mi dziwnie;
- a pięć, to głupio wyszło i co za tym idzie kłania się punkt numer cztery.

chłopiec z dużą głową i wiecznymi wypiekami nie był dla mnie. ja wiem, że wniosek rychło w czas wpadł mi do głowy (jedyne 3 lata poślizgu). baa, jakby tego mało nie był ani dla mnie, ani dla "tuzina" innych podobny lub nie do mnie. czy raczej to żadna nie była/jest dla niego. z resztą nie ważne. tylko trochę mi żal tych wszystkich sentymentalnych bzdur, które kłębią mi się w głowie. serduszek na marginesach zeszytów, wszystkich prób zrobienia człowieka z chama i ignoranta. żal tak samo jak miliona i jeden wierszy, które i tak jakbym kiedyś wydała chłopiec ten osika strumieniem cienkim. żal mi, ale tylko trochę.


♪♪ pidżama porno - stąpając po niepewnym gruncie.mp3

poniedziałek, 16 stycznia 2006

perpetum mobile

czuję jakby ktoś przemielił moje myśli przez mięsoróbkę. takie ogólne pobudzenie psychoruchowe. (choć chwilowo jakby mi z letka zelżyło.) chaos, koalicja, kooperacja, symbioza, kompatybilność wszystkich struktur w moim organizmie. takie domowej roboty perpetum mobile.

jest jak w piosence pani renaty przemyk. "bo tortur, bo tortur, bo tortur nigdy dość!"


♪♪ renata przemyk - tortury.mp3


17. stycznia, 17:25
nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć, więc chyba dam sobie na luz (przynajmniej dziś) i oddam się kontemplacji oddychania. uhm.

piątek, 13 stycznia 2006

bul, bul tonę

woda, woda, wszęędzie woooda!!! potem tylko woda mnie porywa, woda mnie porywa! ratuj marika, raatuj! ale spokojnie to nie armagiedon, to tylko odwiedziny 4,5-letniej julci. (a może właśnie to jest słynny ten armagiedon.) było mnóstwo pisku, krzyku, śmiechu. genralnie odruch orientacyjno-badawczy, egocentryzm poznaczy i instrumentalny w pigułce. i żeby dodać pikanterii wszystko to w praktyce. zarejestrowane i uwiecznione, żeby nie było. (patrz niżej.)





ja za chiny ludowe nie poniemajet filozofia życiowa à la kolega z wojska. chcem, ale nie mogem. nie chcem, ale muszem. yhh. a serce wcale mi nie mięknie na te błagalne esemesy. bo nie lubię jak ktoś struga ze mnie wariata. i właśnie dlatego odpowiada mi ten mój wentyl bezpieczeństwa. uczucia na smyczy, tak to można sprytnie nazwać. niech żyje dystans (w praktyce) i takie tam ten teges! tylko żebym kiedyś wyczuła moment, kiedy będę mogła ciepnąć go w kąt...


--
wciąż czeka się na. wciąż boi się... jak diabli. ale ale, no chyba nie dasz dyla mar, co nie?! byś se tego w życiu nie wybaczyła, o! cziiis.


♪♪ strachy na lachy - dzień dobry kocham cię.mp3

środa, 11 stycznia 2006

inna bajka

bez zbytniego patetyzmu, dzień dobry wieczór. witam znów i ponownie.

jestem ja i moje zdezoriętowane palce nieco, ale przyzwyczaję się do nowego. nie od razu, ale z czasem przywyknę. do wszystkiego z czasem się przywyka. do gorzkiej herbaty, wrzodów na tyłku i do ssstresu przewlekłego też...


--
stan mój psychiczny na chwilę obecną:
powtarzam sobie, że jakoś to będzie. że gromowłanego wykładowcy przewidzieć się nie da. że nawet jak nie zdam, to nie skończy się świat... jeszcze nie. że dziś jest dzień, jutro będzie i bez względu na wszystko, po jutrze też wstanie słońce. i nawet największa panika na uczelni ze strony "piękniej" pani bara-bara nie jest mnie w stanie zaskoczyć. (przerazić tak, ale napewno nie zaskoczyć.) ale kurczę... wolałabym jednak nie musieć stukać tego ponownie!

(tł. koniec istnienia na wylot, początek mar.)