monotonia wskazówek zegara każe kręcić się wkółko wokół jego tarczy, jak na wybieru. wyrwana na tydzień z tego motłochu. przygarnięta i ogarnięta przez lubego znów wracam do porannych pobudek jak grom, szalonych karuzeli dnia codziennego, szeptów po zmroku i nocnych wsłuchiwań się w deszcz. bo ciężko zasnąć gdy hałasuje cisza.
nie znoszę i nie akceptuję w sobie tego chaosu. ciągle płaczę, boję się, czekam i nieciepliwię. nie ogarniam tych stanów. to one ogarniają i owijają się wokół mnie. ale kocham. jak nigdy gorąco, jak nigdy namiętnie, słodko i całym organizmem.
to chyba normalność mnie gubi. normalność, której nigdy nie zaznałam. taka obca. miękka, puchata, ale wciąż czasami straszy. nie złem. innością, nowością.
a tymczasem tydzień obfitował w gorące uściski. w wielkim mieście wu i w tym mniejszym. na słońcu, w cieniu, w deszczu i na wietrze. były gry hazardowe, statki na piwie i papierowe kwiaty, piccą wypchnięte brzuchy i półsłodkie wino w kredensie. tamten mężczyzna z bukietem róż i jakimś drinkiem. jego długie oczekiwianie, lekki zawód i dalsze napięte minuty, a w tym wszystkim nasze ciche kibicowanie. to po trosze była i nasza randka. po prostu miłość.
"(...) świat jest zły
odkąd poszedłeś
szczerzy zęby
i futro wilcze napina
to co było ciepłem zwiniętym w kłębek
nie jest
świat - kosmicznie zgubiony w sobie
z zimna drży"
Poświatowska
ps.
znów śniłam o rybach pożeraczach. pożerały nawet siebie wzajemnie przez co stając się większe. te były szare i pełzały po podłodze. poprzednie, choć giganty oszałamiały zdolnością latania i tęczowymi barwami. co nie zmienia faktu, że też pożerały. mordowały. tak generalnie.