niedziela, 20 lipca 2008

statki na piwie i papierowe kwiaty

est jak w koszmarnym śnie. na przemian płaczę, krzyczę, tupię nóżkami i zapadam się w ciszę. są słowa, które nigdy nie powinny istnieć. nieprzmyślane myśli. jakieś próby wyjaśnień, które nigdy nic nie dają, bo dać nie mogą. ale są. istnieją. desperackie, na przekór logice i zdrowemu rozsądkowi próbują zdziałać cuda. ale to nie bajka, ja nie jestem wróżką i nie mam czarodziejskiej różdżki, a cuda nie istnieją.
monotonia wskazówek zegara każe kręcić się wkółko wokół jego tarczy, jak na wybieru. wyrwana na tydzień z tego motłochu. przygarnięta i ogarnięta przez lubego znów wracam do porannych pobudek jak grom, szalonych karuzeli dnia codziennego, szeptów po zmroku i nocnych wsłuchiwań się w deszcz. bo ciężko zasnąć gdy hałasuje cisza.

nie znoszę i nie akceptuję w sobie tego chaosu. ciągle płaczę, boję się, czekam i nieciepliwię. nie ogarniam tych stanów. to one ogarniają i owijają się wokół mnie. ale kocham. jak nigdy gorąco, jak nigdy namiętnie, słodko i całym organizmem.
to chyba normalność mnie gubi. normalność, której nigdy nie zaznałam. taka obca. miękka, puchata, ale wciąż czasami straszy. nie złem. innością, nowością.

*

a tymczasem tydzień obfitował w gorące uściski. w wielkim mieście wu i w tym mniejszym. na słońcu, w cieniu, w deszczu i na wietrze. były gry hazardowe, statki na piwie i papierowe kwiaty, piccą wypchnięte brzuchy i półsłodkie wino w kredensie. tamten mężczyzna z bukietem róż i jakimś drinkiem. jego długie oczekiwianie, lekki zawód i dalsze napięte minuty, a w tym wszystkim nasze ciche kibicowanie. to po trosze była i nasza randka. po prostu miłość.


"(...) świat jest zły
odkąd poszedłeś
szczerzy zęby
i futro wilcze napina
to co było ciepłem zwiniętym w kłębek
nie jest
świat - kosmicznie zgubiony w sobie
z zimna drży"
Poświatowska


ps.
znów śniłam o rybach pożeraczach. pożerały nawet siebie wzajemnie przez co stając się większe. te były szare i pełzały po podłodze. poprzednie, choć giganty oszałamiały zdolnością latania i tęczowymi barwami. co nie zmienia faktu, że też pożerały. mordowały. tak generalnie.

niedziela, 6 lipca 2008

(a)normalnie*

wróciłam (tak-jakby) do siebie, (tak-jakby) do domu. tu gdzie gołębie na balkonie mogę karmić lub straszyć. według uznania. jestem tu już czy dopiero (tak-jakby) tydzień. a jest we mnie nieodparte wrażenie wieczności. ta wieczność pląta się po mnie siejąc ogólne spustoszenie. aż po dreszcze, po elektryzujące włoski na rękach. jest we mnie kłopotliwe nic, tak bardzo puste i obce, że nawet lustro pomija je w swoim odbiciu. dyskomfort stanu zerowego w istocie (tak-jakby) człowieczeństwa. z każdym dniem tu dochodzi to do mnie coraz mocniej i wyraźniej. dużo mocnych, głośnych słów, słów chwastów, które nawet po wyrwaniu wyrastają znów i opatają ofiarę jak bluszcz. a bezużyteczność i nieproduktywność mojej materii mnie przeraża i przerasta. aż do permanentnych zawrotów głowy.

chodzę po tych ulicach. znajduję ślady, rozgrzebuję stare rany. nie, ja tu nie mogę. nie na dłużej.

(szczypie wciąż i piecze. wstydliwie dość, więc ograniczę się do tak krótkiego opisu stanu rzeczy.)



"bo nie ma we mnie nic i nic nie jestem wart
a czerwień mojej krwi to tylko jakiś żart
...
ty pilnuj moich snów i przychodź kiedy chcesz
te chwile z moich dni do jednej dłoni zbierz"



*fragmentarycznie z czymś (tak-jakby) ludzkim w tle.


♪♪ myslovitz - szklany człowiek.mp3