za dużo. za mocno. za sesją. nie wiedzieć nawet kiedy. 7 dni sielanki z ukochanym. gdzie ciepło domowego ogniska, zieleń lasu miejskiego, krakowskie bruki. rozkołysane myśli pani treter, koncert, że hey! i kasia urocza, że ahh! pani ingrid (nadająca najprawdopodobniej z playback'u) i józek z bagien znacznie mniej, ale za to kiełbachy grillowane smakowe.
zamęt w środku ze wszystkim. poszukiwania zaginionego indeksu co to ktoś gdzieś go ma tylko nie wiadomo kto, gdzie i w jakim stanie uwieńczone sukcesem.
babka mieszkaniowa i jej wybryki. wszystko szybko. mieszkanie, miejsce, kąt. no i jest, nie tak jak miało być, nie tak jak być powinno. ale jest. centrum, kamienica, mieszkanie jak loch, ośmioro współlokatorów. (ten pokojowy jak z filmu o amerykańskich kujonach. tylko "hyhyhy" i koszulka w spodnie. nieporozumienie.) miły mój zapewne na samotność tam nie padnie. chyba, że chaos go pożre na śniadanie. (cotobędzie,cotobędzie?!)
a jutro z tym podaniem. że o dom studencki proszę, bo się od babki wynoszę. i czekanie znów.
bo nie chce połączyć nas to miasto. i tak wszystko wbrew niemu. za jego plecami. pod przykryciem i pod pretekstem.
nerwy w konserwy.
nie śpię. myślę. rozmyślam. przemyślam. bo jak tu nie było to z k. było mi dobrze. z jej e-randkami, ubijaniem karaluchów, wycieczkami do tesco, japońskiego parku, coolturki na małe/duże, z nocnymi rozmowami o sprawach ważnych i ważnych inaczej. było.
sentymentalnie. tęskno już.
piątek, 27 czerwca 2008
piątek, 13 czerwca 2008
fakty i mity
egzamin z "teorii i praktyki..." okazał się jedną, wielką ściemą. teraz sprawę przemilczę, bo nie wypada, bo mi to trochę w sumie na rękę było, bo nie czas na takie wywody. ale ja to sobie odbiję i napiszę co ja o tym wszystkim myślę. i nie, że ja jakaś wredna, czy cóś, ale zwyczajnie trzeba przedstawić nagie fakty, obalić mity, ukazać rąbek tajemnicy. żeby sprawiedliwości stało się zadość i żeby wszyscy studenci z uczelni (a)normalnych poczuli się wreszcie normalnie. ot tak, zwyczajnie. tak w akcie humanitarnej jedności. bo wiem co czujecie!
zostało koło z socjologii. stan wiedzy: póki co zerowy. chęci do nauki: (pozwolę sobie zacytować pewną piosenkę) "mniej niż zerooo, mniej niż zeroooo..."
jak ja nie lubię tej propagandy, no! futbol mnie nie interesi to jasne i niezaprzeczalne, to dlaczemu czuję niesmak, dyskomfort i żal ogólny. ostatnio czułam się tak jak małysz nie zdobył złota na olimpiadzie. tyle, że wtedy to ja tym żyłam, a nie dałam się wpakować w socjologiczną psychomanipulację paskudnie grająca na emocjach jak teraz!
jest plan, jest... ale ciii. żeby nie zapeszyć. w ciszy duszy i sumienia sie kotłuje od marzenia. no ale już, już. miało być ciii. no!
no i ten, "czyynastego wszystko zdarzyć sie może, czyynastego..."
♪♪ myslovitz - chciałbym umrzeć z miłości.mp3
zostało koło z socjologii. stan wiedzy: póki co zerowy. chęci do nauki: (pozwolę sobie zacytować pewną piosenkę) "mniej niż zerooo, mniej niż zeroooo..."
jak ja nie lubię tej propagandy, no! futbol mnie nie interesi to jasne i niezaprzeczalne, to dlaczemu czuję niesmak, dyskomfort i żal ogólny. ostatnio czułam się tak jak małysz nie zdobył złota na olimpiadzie. tyle, że wtedy to ja tym żyłam, a nie dałam się wpakować w socjologiczną psychomanipulację paskudnie grająca na emocjach jak teraz!
jest plan, jest... ale ciii. żeby nie zapeszyć. w ciszy duszy i sumienia sie kotłuje od marzenia. no ale już, już. miało być ciii. no!
no i ten, "czyynastego wszystko zdarzyć sie może, czyynastego..."
♪♪ myslovitz - chciałbym umrzeć z miłości.mp3
czwartek, 5 czerwca 2008
nasze małe insektarium
znów wrocław. przede mną męczące godziny przy prawie stu stronach teorii i praktyki pedagogicznej w XIX i XXw. ze 100%-ową przewagą teorii. i socjologia, na którą w obecnej chwili materiałów brak, ale teraz nie ma do tego głowy, czasu, atłasu. teraz jest teoria i pr... znaczy teoria. szał. normalnie entuzjazm wychodzi ze mnie każą dziurą. zwłaszcza gębową podczas ziewania.
miałam z nimi pakt, niepisaną umowę. takie pokojowe współistnienie. że ja im w drogę nie wchodzę, a one od mojego terenu trzymają się z dala. tak, więc dawałam im szansę, włączałam światło w kuchni, szłam do wc i dawałam im czas na pochowanie się po kątach. i tak sobie to trwało dniami, tygodniami, miesiącami wręcz. trwało, do wczoraj. do czasu kiedy jeden z nich wtranżolił się w moje prywatne pielesze. w moją kołderkę, w moje łóżeczko. dziad, skurwysyn, padalec, przykurcz, fajfus i obrzydliwy insekt! karaluch jeden! no i szał. w ataku paniki wydarłam paszcze i zrzuciłam dziadusa z kołdry. po czym zapaliłam światło i w amoku zaczęłam szukać najlepszego (najskuteczniejszego) narzędzia zbrodni. w końcu przywaliłam skurczybykowi z butelki po coli (bo dziadostwo należy zwalczać takim samym dziadostwem), dla pewności sprzedałam mu drugi cios i zamiotłam do kosza. i skończył się dzień dziecka! nie ma że boli, pokojowe współistnienie zamieniam na stan zimnej wojny (którego przyłapię na drodze mojej - tego przydybię), a ową butelkę przechrzciłam na "tłuczek na karaluchy". bo jak o nich myślę, to mnie trzęsie! wrrr...! krwi jestem rządna, trupów, potu i łez! wytłukę dziadów, że suchej nitki na nich nie pozostawię, no!
a pod kranem była kałuża. permanentna, wielka, rozciągła i wciąż mokra. ja chodziłam, wycierałam, ona znów była, a ja znów wycierałam i znów się pojawiała... i myślałam że może z kranu chapocze, że może z prysznica, bo woda w cały świat dookoła ciece. no i się w końcu sprawa rypła. się wydało. z kibla leci! no to mamy naturalną wodę źródlaną - kiblowiankę. ktoś chce skosztować?
--
każda minuta - godzina. nieskończoność czasu. nieuchronność materii. wciąż za-kochanie, za-wirowanie, z-wariowanie. szał.
ps.
a babka mieszkaniowa się tłumaczy, że ona widziała jak karaluchy jezdnią, na pasach do bloków maszerowały. taa, i może jeszcze na zielonym świetle, w trampkach i z walizkami. a potem mówi jeszcze, że to pewnie żuk taki był, co to lata, ale jak wleci do mieszkania to już nie lata.
cuda na kijach. cuda wianki.
miałam z nimi pakt, niepisaną umowę. takie pokojowe współistnienie. że ja im w drogę nie wchodzę, a one od mojego terenu trzymają się z dala. tak, więc dawałam im szansę, włączałam światło w kuchni, szłam do wc i dawałam im czas na pochowanie się po kątach. i tak sobie to trwało dniami, tygodniami, miesiącami wręcz. trwało, do wczoraj. do czasu kiedy jeden z nich wtranżolił się w moje prywatne pielesze. w moją kołderkę, w moje łóżeczko. dziad, skurwysyn, padalec, przykurcz, fajfus i obrzydliwy insekt! karaluch jeden! no i szał. w ataku paniki wydarłam paszcze i zrzuciłam dziadusa z kołdry. po czym zapaliłam światło i w amoku zaczęłam szukać najlepszego (najskuteczniejszego) narzędzia zbrodni. w końcu przywaliłam skurczybykowi z butelki po coli (bo dziadostwo należy zwalczać takim samym dziadostwem), dla pewności sprzedałam mu drugi cios i zamiotłam do kosza. i skończył się dzień dziecka! nie ma że boli, pokojowe współistnienie zamieniam na stan zimnej wojny (którego przyłapię na drodze mojej - tego przydybię), a ową butelkę przechrzciłam na "tłuczek na karaluchy". bo jak o nich myślę, to mnie trzęsie! wrrr...! krwi jestem rządna, trupów, potu i łez! wytłukę dziadów, że suchej nitki na nich nie pozostawię, no!
a pod kranem była kałuża. permanentna, wielka, rozciągła i wciąż mokra. ja chodziłam, wycierałam, ona znów była, a ja znów wycierałam i znów się pojawiała... i myślałam że może z kranu chapocze, że może z prysznica, bo woda w cały świat dookoła ciece. no i się w końcu sprawa rypła. się wydało. z kibla leci! no to mamy naturalną wodę źródlaną - kiblowiankę. ktoś chce skosztować?
--
każda minuta - godzina. nieskończoność czasu. nieuchronność materii. wciąż za-kochanie, za-wirowanie, z-wariowanie. szał.
ps.
a babka mieszkaniowa się tłumaczy, że ona widziała jak karaluchy jezdnią, na pasach do bloków maszerowały. taa, i może jeszcze na zielonym świetle, w trampkach i z walizkami. a potem mówi jeszcze, że to pewnie żuk taki był, co to lata, ale jak wleci do mieszkania to już nie lata.
cuda na kijach. cuda wianki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)