poniedziałek, 18 września 2006

pod niebem

teraz to już mi trochę przeszło. teraz to już oddycham normalnie. chodziaż. wolałam przerwać tę czczą rozmowę. może z nerwów, może po to żeby zachować resztki wiary w człowieka. chociaż złudzeń to ja mam już coraz mniej. niedługo naprawdę zatracimy tę subtelną różnicę między gatunkiej ludzkim, a zwierzęcym jaką obdarowała nas natura. być może mój idealizm jest nieżyciowy i naiwny, ale trudno. najwidoczniej nie jestem z tego świata ani z tej epoki. taka niedostosowana.

(w sumie zredukowałam tę wypowiedź do minimum. w piątek, gdy zaczynałam pisać zupełnie inaczej to wyglądało. ale tak jak teraz jest lepiej.)


--
jak się idzie takimi korytarzami to nie wiadomo gdzie patrzeć. dziecku można powiedzieć "patrz, kochanie... ci ludzie to koneserzy pocałunków. mają na nie dużo miejsca." dziecku, ale nie mnie. ja już nie uwierzę.
jak się tam siedzi, to nie można nic powiedzieć. nic a nic. żeby nie przywoływać demonów. patrzeć można, ale od nadmiaru oczy bolą, szczypią i nie wierzą jak można się tak zmienić, w tak krótkim czasie. nie poznają życia. bo przecież on jeszcze żyje. jeszcze tak...


"pod niebem pełnym z cudów nieruchomieję z nudów. właśnie pod takim niebem wciąż nie wiem czego nie wiem.
światło z kolejnym świtem ciągle nazywam życiem, które spokojnie toczy swą nieuchronność nocy..."



♪♪ raz, dwa, trzy - pod niebem.mp3

poniedziałek, 11 września 2006

puk-puk

puk-puk do moich antywłamaniowych drzwi.

zrobiłam to. są wyrzuty sumienia, choć wiem, że nie powinno ich być. ale i tak, tak jest lepiej. czuję jakbym otworzyła okno, złapała głęboki oddech, spojrzała przed siebie i zobaczyła wreszcie otwartą klatkę. wszelakie zależności zdecydowanie mi nie służą, a doświadczenia naprawdę zmieniają. sprawdzone empirycznie.

pan się za ładnie uśmiechał, wie pan? zdecydowanie za ładnie. za taki uśmiech powinno się karać. pod prokuratora albo coś. powinien być zakaz takich rozdawania uśmiechów, grzywna być powinna i zabieranie chochlików (żeby nie powiedzieć kurwików) z oczu. o, tak właśnie być powinno. ale nie szkodzi. jeszcze trochę będę pamiętała, potem zapomnę. jeszcze trochę powciskam sobie tego sentymentalnego kitu, zapcham się nim na czas jakiś, aż w końcu będę miała serdecznie dość. a pan tam gdzieś... daleko, daleko. nieświadomy taki. może nawet z kimś innym, może nawet nie pomyśli, że może ja. ale nie ważne, nie ważne... może nie ważne, a może nie.


(w tym miejscu powinnam powiedzieć, że dupa blada, bo wena mi się skończyła... ale się nie poddam, powalczę dalej o sens.)


a tak w ogóle wszystko jest takie jak było. tylko marzenia innoosobowe, choć scenariusz ten sam... i kiedyś kupię sobie kota, jak przystało na porządną starą pannę, takie oto ambitne mam plany. takie, że baa.


(z tym sensem to jak z kredensem. bo nie ma sensu kupować kredensu.)


♪♪ raz, dwa, trzy - oczy tej małej.mp3

środa, 6 września 2006

rozmowa bez słowa

teraz to wiem, najbardziej kuszące to, co nierealne. wiem to też, kiedy nocami wyobrażam sobie jakby to było oprzeć głowę o takie ramię, a potem pozwolić sobie nawet na zamknięciu oczu. tak na chwilę. później mogłabym spojrzeć w tamte oczy, chociaż do tej pory nie wiem nawet jaki mają kolor. i może nadal bym tego nie uważała, może byłabym zbyt pochłonięta patrzeniem. a potem pozwolono by mi zamienić ze sobą słowo, albo i dwa. więcej chyba bym z siebie nie wykrztusiła. wolałabym słuchać. obserwować ruch warg, śledzić mrugnięcia powiek i milczeć. ale przecież to takie nierealne. bo o czym miałabym milczeć z kimś takim? czasem milczeć jest dużo trudniej niż mówić. chociaż z tym drugim też bywa kiepsko.
później moglibyśmy gdzieś pójść. albo lepiej nie, usiąść i nie zauważać swojego istnienia. codziennie mijać się w drodze po bułki do sklepu, do szkoły i na przystanek. udawalibyśmy, że się nie znamy. on może spojrzały na mnie ukradkiem albo w ogóle nie zauważył, kim jestem, że jestem. a tak jest tylko zupełnie przypadkowy dotyk. raz na rok, a może raz na całe życie. potem są słowa, dokładnie nie wiem czego dotyczące. mądre takie jak mądre mogą być słowa takich jak on. i moje udawanie, że wszystko rozumiem. że podzielam to zdanie i jestem wręcz zachwycona. właściwie byłam... jestem wciąż i nadal, ale nie do końca wiem czym. dziś w nocy też będę komponując kolejną niekończącą się opowieść.

a ja jestem bardzo zła kobieta. już dzień trzeci milczę i mam zamiar dłużej. nie chcę albo nie umiem powiedzieć, że lepiej nie. że jednak pomyłka i lepiej uciąć to tuż przy samej nasadzie. że cały świat otworem, a ja nie chcę patrzeć na niego przez dziurkę od klucza. że są te, no jak tam je się nazywa... te, no... horyzonty. i że poszerzać je trzeba. że to może był kaprys, a może niespełnione marzenie. ale teraz nie chce, nie umiem patrzeć już tak samo. teraz wolę odwrócić wzrok. pomimo wszystko. pomimo poczucia winy.



--
to sobie wynalazłam specjalistę! sformatować D zamiast C. /bo się pomylił./ przez tą pomyłkę w 3 sekundy pożegnałam się z kolekcją mp3 (dziękuję za to, co zdążyło znaleźć się na CD, za niedocenione warezy i torrenty), zdjęć, programów, szablonów, że o wszystkich moich wypocinach w łordzie nie wspomnę.