Taki okres, że pożeram kilogramy mandarynek zakąszając mleczną czekoladą z bakaliami. Oglądam naiwne komedie romantyczne przy świetle choinkowych lampek. Owijam się w miękką kołdrę siedząc w piżamie w grochy. Czasami jeszcze drżę. I niezmiennie celebruję ciszę, chwile samotności, wyczekiwania na zamknięcie drzwi z drugiej strony.
Zdecydowanie nie jest to radosny czas, leniwy raczej, przygnębiający wręcz. Nie lubię go. Zatrzymuję się wtedy i po raz kolejny, dosadniej uświadamiam jak połamany jest mój świat. Jak przykra i nie ważna jest każda chwila. Jak bardzo moje marzenia powykręcały się w tej niecodziennej rzeczywistości, w tej rodzinie-nic.
niedziela, 27 grudnia 2009
wtorek, 22 grudnia 2009
Nic ważnego
Nie dzieje się zupełnie nic ważnego, ani nie. Budzę się, idę do pracy. Próbuję sprostać wymaganiom, staram się, a potem zawsze idzie nie tak jak iść powinno i zawsze wina leży po mojej stronie. Potem wracam i jestem mistrzynią w marnowaniu czasu. Zasypiam. Albo wszystko w odwrotnej kolejności.
Kartki z kalendarza wyrywam niezapisane. Kurzem nawet nietknięte. Co dzień ścieram tylko białe ślady soli na butach, prostuje włosy, maluje paznokcie na bardzo dziwne kolory, wklepuje krem w wysuszone dłonie. Lekki niepokój w sobie noszę, jak wyrostek robaczkowy jest trochę. Mój, a jednak obcy.
Kartki z kalendarza wyrywam niezapisane. Kurzem nawet nietknięte. Co dzień ścieram tylko białe ślady soli na butach, prostuje włosy, maluje paznokcie na bardzo dziwne kolory, wklepuje krem w wysuszone dłonie. Lekki niepokój w sobie noszę, jak wyrostek robaczkowy jest trochę. Mój, a jednak obcy.
piątek, 27 listopada 2009
Wszyscy mają magistra, mam i ja!
Minęło już parę miesięcy i nie czuję się spełniona. Z resztą tak samo jak nie czułam się zaraz po obronie. Mało, że w tej kwestii nic się nie zmieniło to czuję się coraz gorzej. Tak jakbym z każdym dniem wyrzucała do kosza kolejny dzień z pięciu lat studiów i niszczyła kolejne marzenia, te prywatne i te zawodowe.
Nie poszłam na studia z miłość do kierunku, który studiowałam. Raczej z przypadku. Z chęci nauki i ograniczonych możliwości wyboru. Z czasem doszłam do wzniosu, że aż tak daleko nie odeszłam od moich zainteresowań. Bo może faktycznie wybrałabym trochę inaczej gdybym mogła, ale diametralnych różnic by nie było.
Właściwie dopiero na studiach zaczęłam czuć przyjemność ze zdobywania wiedzy, chęć rozwoju. I czułam, że wszystko to co wkładają nam do głów jest ważne. Ważne, bo nie służy rozwojowi komercyjnego przedsiębiorstwa, nabijaniu kas już nabitych przez grube pieniądze. Ważne, bo faktycznie pomocne człowiekowi, człowiekowi w potrzebie. I myślałam, że teraz już tak będzie. Że będę mogła robić to co ważne, co służy innym, pomaga im stanąć na nogi. Że ja sama w końcu stanę się ważna poprzez to. Cóż, nie wiem czy byłam bardziej idealistką czy już naiwniaczką.
Dziś z wykształceniem trochę jak z mambą. Wszyscy ją mają, mam i ja! Jak widzę jakie osoby studiowały ze mną zwłaszcza na studiach licencjackich i teraz tak samo jak i ja mogą przez nazwiskiem wpisać mgr, to cała 5-letnia praca traci jakiekolwiek znaczenie. Jakby w ogóle kiedykolwiek je miało... Marzyłam o czymś więcej, o dalszych studiach, nauce, ale z każdym dniem widzę, że ta perspektywa oddala się to ode mnie coraz bardziej, a przeciwności mnożą w zastraszającym tempie.
Teraz jako służąca wielkiego komercyjnego potwora robię wszystko to czemu jako humanistka, idealistka sprzeciwiam się. I zastanawiam się czy życie jako takie ma aż tak wielkie znaczenie, że warto dla niego pogrzebać wszystkie swoje ideały, wartości, cele, szczęście. Zastanawiam się jakie znaczenie i wartość ma życie, w którym pakuje sobie kolejną porcję kotleta do ust i popijam depresyjnymi łzami? Zastanawiam się czy naprawdę oddychanie jest aż tyle warte, że dla niego można zatracić całe swoje człowieczeństwo i zniżać się do poziomu zwierząt.
Moje na pewno nie.
PS.
Smarkam, charcham i jestem na L4. Mimo kolejnych paczek zużytych chusteczek czuję się jak za czasów LO i wagarów. Nie potrafię spokojnie odpoczywać i korzystać ze spokoju, bo wyrzuty sumienia mi ich nie dają. Czuję się tak jakbym pomimo wszelkich przeciwności losu, tych psychicznych, czy fizycznych miała moralny obowiązek stawić się w pracy co dzień jak żołnierz na posterunku. Wstrzymać oddech w czasie rozmów z klientami, a w przerwach między kontaktami nabierać go ponownie, smarkać i kaszleć ile sił w płucach, z wyczerpania, trochę też na zapas, przed kolejną rozmową. Bo przecież muszę, mu-szę.
Nie poszłam na studia z miłość do kierunku, który studiowałam. Raczej z przypadku. Z chęci nauki i ograniczonych możliwości wyboru. Z czasem doszłam do wzniosu, że aż tak daleko nie odeszłam od moich zainteresowań. Bo może faktycznie wybrałabym trochę inaczej gdybym mogła, ale diametralnych różnic by nie było.
Właściwie dopiero na studiach zaczęłam czuć przyjemność ze zdobywania wiedzy, chęć rozwoju. I czułam, że wszystko to co wkładają nam do głów jest ważne. Ważne, bo nie służy rozwojowi komercyjnego przedsiębiorstwa, nabijaniu kas już nabitych przez grube pieniądze. Ważne, bo faktycznie pomocne człowiekowi, człowiekowi w potrzebie. I myślałam, że teraz już tak będzie. Że będę mogła robić to co ważne, co służy innym, pomaga im stanąć na nogi. Że ja sama w końcu stanę się ważna poprzez to. Cóż, nie wiem czy byłam bardziej idealistką czy już naiwniaczką.
Dziś z wykształceniem trochę jak z mambą. Wszyscy ją mają, mam i ja! Jak widzę jakie osoby studiowały ze mną zwłaszcza na studiach licencjackich i teraz tak samo jak i ja mogą przez nazwiskiem wpisać mgr, to cała 5-letnia praca traci jakiekolwiek znaczenie. Jakby w ogóle kiedykolwiek je miało... Marzyłam o czymś więcej, o dalszych studiach, nauce, ale z każdym dniem widzę, że ta perspektywa oddala się to ode mnie coraz bardziej, a przeciwności mnożą w zastraszającym tempie.
Teraz jako służąca wielkiego komercyjnego potwora robię wszystko to czemu jako humanistka, idealistka sprzeciwiam się. I zastanawiam się czy życie jako takie ma aż tak wielkie znaczenie, że warto dla niego pogrzebać wszystkie swoje ideały, wartości, cele, szczęście. Zastanawiam się jakie znaczenie i wartość ma życie, w którym pakuje sobie kolejną porcję kotleta do ust i popijam depresyjnymi łzami? Zastanawiam się czy naprawdę oddychanie jest aż tyle warte, że dla niego można zatracić całe swoje człowieczeństwo i zniżać się do poziomu zwierząt.
Moje na pewno nie.
PS.
Smarkam, charcham i jestem na L4. Mimo kolejnych paczek zużytych chusteczek czuję się jak za czasów LO i wagarów. Nie potrafię spokojnie odpoczywać i korzystać ze spokoju, bo wyrzuty sumienia mi ich nie dają. Czuję się tak jakbym pomimo wszelkich przeciwności losu, tych psychicznych, czy fizycznych miała moralny obowiązek stawić się w pracy co dzień jak żołnierz na posterunku. Wstrzymać oddech w czasie rozmów z klientami, a w przerwach między kontaktami nabierać go ponownie, smarkać i kaszleć ile sił w płucach, z wyczerpania, trochę też na zapas, przed kolejną rozmową. Bo przecież muszę, mu-szę.
środa, 11 listopada 2009
P jak... przerażenie
(z małej - litery ma się rozumieć - z przyczyn osobisto-zawodowych, skutkowo-przyczynowych, techniczno-formalnych)
jestem kobietą porzuconą. na czas określony - do niedzieli. zostałam sama ze swoimi myślami, strachami, pragnieniami. zwijam się w trąbkę i kontempluję ciszę, szum w moich uszach i poczucie zagrożenia.
*
ktoś powiedział, że początki są zawsze trudne. a co jeśli takowy początek występuje co dnia? co jeśli początek trafia się przy końcu? albo jak przemyka między dniami, strachami? co jeśli? i jak przeraża, znieważa? co, no co?
jakby to było uroczo, ochoczo poszatkować czas jak sałatkę. złożyć w kostkę jak kartkę papieru. tak żeby początku żadnego nie było, a koniec zawsze w odległości bezpiecznej leżał.
*zbieżność nazw(isk) absotul-nie-przypadkowa i komplet-nie-zamierzona.
jestem kobietą porzuconą. na czas określony - do niedzieli. zostałam sama ze swoimi myślami, strachami, pragnieniami. zwijam się w trąbkę i kontempluję ciszę, szum w moich uszach i poczucie zagrożenia.
*
ktoś powiedział, że początki są zawsze trudne. a co jeśli takowy początek występuje co dnia? co jeśli początek trafia się przy końcu? albo jak przemyka między dniami, strachami? co jeśli? i jak przeraża, znieważa? co, no co?
jakby to było uroczo, ochoczo poszatkować czas jak sałatkę. złożyć w kostkę jak kartkę papieru. tak żeby początku żadnego nie było, a koniec zawsze w odległości bezpiecznej leżał.
*zbieżność nazw(isk) absotul-nie-przypadkowa i komplet-nie-zamierzona.
niedziela, 1 listopada 2009
Inna
Rozmywa mi się tu horyzont. Ciasny mam pokój i w głowie. Telenowele, kapitalistyczny konsumpcjonizm. Zbyt lekko i bez polotu. Jak nie ja. Humanistycznie zdegradowana podążam w dalszą stronę. Niewłaściwą, nie służą, ale dalszą.
Zreformowana ja unika konfrontacji z metafizyką, czerpie przyjemności z tandetnych, niskich drobiazgów, zawstydza własne ambicje. Wszystkie swoje litery, które do tej pory zgrabnie układały jej się w strofy, a teraz jedynie kuśtykają ku drogerii, by się upiększać rzecz jasna.
Manipulacja podmiotowością człowieka, która służy jedynie celom koncernu. I mój idealizm wpół rozdarty. Tak pomiędzy dążeniem do doskonałości we wszystkim i w tym co jedynie słuszne. Ni jak posklejać czy dopasować.
Codziennie obiecuję sobie, że wygrzebie starą siebie z tych zgliszczy pudru i różu. Że się w końcu za siebie wezmę, zacznę znów pisać dobrą poezję, czytywać jeszcze lepszą. Że się od-kartkuję i więcej miejsca w mojej torebce zajmie opasły zeszyt z myślami.
Bo żeby tak znów zacząć sięgać myślami głębiej jak mówić nie ma do kogo. Żeby tak.
Zreformowana ja unika konfrontacji z metafizyką, czerpie przyjemności z tandetnych, niskich drobiazgów, zawstydza własne ambicje. Wszystkie swoje litery, które do tej pory zgrabnie układały jej się w strofy, a teraz jedynie kuśtykają ku drogerii, by się upiększać rzecz jasna.
Manipulacja podmiotowością człowieka, która służy jedynie celom koncernu. I mój idealizm wpół rozdarty. Tak pomiędzy dążeniem do doskonałości we wszystkim i w tym co jedynie słuszne. Ni jak posklejać czy dopasować.
Codziennie obiecuję sobie, że wygrzebie starą siebie z tych zgliszczy pudru i różu. Że się w końcu za siebie wezmę, zacznę znów pisać dobrą poezję, czytywać jeszcze lepszą. Że się od-kartkuję i więcej miejsca w mojej torebce zajmie opasły zeszyt z myślami.
Bo żeby tak znów zacząć sięgać myślami głębiej jak mówić nie ma do kogo. Żeby tak.
piątek, 9 października 2009
Poeci nie zjawiają się przypadkiem
Poeci nie zjawiają się przypadkiem
Z niebieskich do nas przybywają stron
Był trochę z ziemi, a trochę z księżyca. Trochę tak jakby nie dzisiejszy już.
Na zawsze niezgłębioną jest zagadką
Dlaczego z nami los swój dzielić chcą
Miał żonę, syna, dom i rower. Oddychał tym powietrzem tyle lat. Uśmiechał się, żartował czasem. Tętniło w nim życie pomimo podeszłych już lat.
W źrenicach tych posłańców prosto z nieba
Istnienia smutek i marzenia blask
Czuł mocniej, widział więcej. Zgłębiając życie do ostatnich warstw.
I wiersze mówił prosto z głowy, i sypał nimi jak z rękawa. Wciąż chciało się słuchać więcej tych wzruszających słów.
Odchodzą tak jak przyszli niespodzianie
Zbyt prędko wypełniają się ich dni
Mistycznie żył i zmarł tak samo. Z wyboru, z chwili, z własnej ręki, dzięki której wcześniej żył.
I znów na długo zostajemy sami
Być może trochę lepsi dzięki nim
I chociaż go nie znałam prawie, pamiętam pierwszy wiersz i pierwsze łzy.
Bezbronni, samotni w naszym świecie
Tak, jakby niepotrzebni byli już
Może ktoś mu nie powiedział, że nie może, że jeszcze nie teraz, jeszcze nie czas.
Odchodzą komedianci, muzykanci i poeci
Sternicy zagubionych naszych dusz
To nie są czasy dla poetów. W chaosie przyszło im dziś żyć.
Ich pieśni ptaki w lasach wciąż śpiewają
I wieniec ziół rozsiewa po nich wiatr
I trzeba oczy zamknąć, usta też, wytężyć słuch, rozszerzyć pamięć.
Odchodzą stąd, lecz nie, nie umierają
Sumieniem naszym niespokojnym są
Zostały po nim wiersze, dreszcze. Realność co zniewala, razi, dręczy nas.
A kiedy mój czas także się wyczerpie
Poproszę cicho już ostatkiem tchu
Daj Boże proszę daj nadziei choć iskierkę
Że i ja też nie przypadkiem byłam tu
--
"Mam nadzieję, że jest jakieś specjalne niebo dla poetów udręczonych życiem."
Z niebieskich do nas przybywają stron
Był trochę z ziemi, a trochę z księżyca. Trochę tak jakby nie dzisiejszy już.
Na zawsze niezgłębioną jest zagadką
Dlaczego z nami los swój dzielić chcą
Miał żonę, syna, dom i rower. Oddychał tym powietrzem tyle lat. Uśmiechał się, żartował czasem. Tętniło w nim życie pomimo podeszłych już lat.
W źrenicach tych posłańców prosto z nieba
Istnienia smutek i marzenia blask
Czuł mocniej, widział więcej. Zgłębiając życie do ostatnich warstw.
W chaosie ziemskich spraw ich serca wiecznie płoną dając znak
Tym którzy zabłądzili w mgle
Tym którzy zabłądzili w mgle
I wiersze mówił prosto z głowy, i sypał nimi jak z rękawa. Wciąż chciało się słuchać więcej tych wzruszających słów.
Odchodzą tak jak przyszli niespodzianie
Zbyt prędko wypełniają się ich dni
Mistycznie żył i zmarł tak samo. Z wyboru, z chwili, z własnej ręki, dzięki której wcześniej żył.
I znów na długo zostajemy sami
Być może trochę lepsi dzięki nim
I chociaż go nie znałam prawie, pamiętam pierwszy wiersz i pierwsze łzy.
Bezbronni, samotni w naszym świecie
Tak, jakby niepotrzebni byli już
Może ktoś mu nie powiedział, że nie może, że jeszcze nie teraz, jeszcze nie czas.
Odchodzą komedianci, muzykanci i poeci
Sternicy zagubionych naszych dusz
To nie są czasy dla poetów. W chaosie przyszło im dziś żyć.
Ich pieśni ptaki w lasach wciąż śpiewają
I wieniec ziół rozsiewa po nich wiatr
I trzeba oczy zamknąć, usta też, wytężyć słuch, rozszerzyć pamięć.
Odchodzą stąd, lecz nie, nie umierają
Sumieniem naszym niespokojnym są
Zostały po nim wiersze, dreszcze. Realność co zniewala, razi, dręczy nas.
A kiedy mój czas także się wyczerpie
Poproszę cicho już ostatkiem tchu
Daj Boże proszę daj nadziei choć iskierkę
Że i ja też nie przypadkiem byłam tu
--
"Mam nadzieję, że jest jakieś specjalne niebo dla poetów udręczonych życiem."
Maria Duszka
czwartek, 1 października 2009
Piękna jesień Sieradzem
Zostanę akwizytorem. Bez walizeczki i nienaturalnego uśmiechu, za to z słuchawką w dłoni i grymasem na ustach. Można, bo nie widać. I chociaż stanowisko nazywa się "telemarketer", to dla mnie nie stanowi to wielkiej różnicy. Nazwy i terenu oddziaływania jedynie. Nawet to, że to bank nie robi na mnie wrażenia. Nie czuję wielkiej misji, satysfakcji czy podekscytowania. Żal może trochę, obojętność głównie.
Tymczasem wróciłam na chwilę do Centrum Mojego Istnienia, na czwarte piętro, do pokoju z widokiem na łąkę.
Kiedyś usilnie chciałam planować przyszłość, osiągać coraz więcej. Ta łąka stanowiła pustkę, ograniczenia i brak perspektyw. Na siódmym piętrze mam las wieżowców, które przysłaniają mi drzewa, trawę, niebo... Teraz już nie planuję, nie mam takiej potrzeby. Koi mnie ta łąka za oknem. Lubię patrzeć jak trawa i drzewa uginają się pod naciskiem to wiatru, to deszczu.
I miasto. Lubię stawać po środku niego i czuć na sobie powietrze, a nie ludzi ocierających się o mnie, czy spaliny. Lubię chodzić po chodnikach gdzie nie zamiata się liści ani kasztanów, pomiędzy jesienią, pomiędzy drzewami.
W moim Centrum Wszechświata byłby raj. Byłby, bo o jedną osobę tu za dużo i o jedną za mało.
--
Niedługo muszę wracać. I wciąż nie wiem czy więcej we mnie poświęcenia czy miłości, i czy miłość jest poświęceniem, czy odwrotnie. Boję się czyhających upokorzeń, bezradności i ogłuszającego chaosu, braku przystani gdzie można byłoby wywalić nogi i zakotwiczyć, smutku, który owija człowieka i obezwładnia, nerwicy natręctw, długich popołudni, krótkich i bolesnych poranków, zbyt wielu słów siedzących we mnie i braku rozmówców, zgagi, która mnie dręczy, kiepskich wyników morfologii, zdiagnozowanej anemii i hałasu.
Tymczasem wróciłam na chwilę do Centrum Mojego Istnienia, na czwarte piętro, do pokoju z widokiem na łąkę.
Kiedyś usilnie chciałam planować przyszłość, osiągać coraz więcej. Ta łąka stanowiła pustkę, ograniczenia i brak perspektyw. Na siódmym piętrze mam las wieżowców, które przysłaniają mi drzewa, trawę, niebo... Teraz już nie planuję, nie mam takiej potrzeby. Koi mnie ta łąka za oknem. Lubię patrzeć jak trawa i drzewa uginają się pod naciskiem to wiatru, to deszczu.
I miasto. Lubię stawać po środku niego i czuć na sobie powietrze, a nie ludzi ocierających się o mnie, czy spaliny. Lubię chodzić po chodnikach gdzie nie zamiata się liści ani kasztanów, pomiędzy jesienią, pomiędzy drzewami.
W moim Centrum Wszechświata byłby raj. Byłby, bo o jedną osobę tu za dużo i o jedną za mało.
--
Niedługo muszę wracać. I wciąż nie wiem czy więcej we mnie poświęcenia czy miłości, i czy miłość jest poświęceniem, czy odwrotnie. Boję się czyhających upokorzeń, bezradności i ogłuszającego chaosu, braku przystani gdzie można byłoby wywalić nogi i zakotwiczyć, smutku, który owija człowieka i obezwładnia, nerwicy natręctw, długich popołudni, krótkich i bolesnych poranków, zbyt wielu słów siedzących we mnie i braku rozmówców, zgagi, która mnie dręczy, kiepskich wyników morfologii, zdiagnozowanej anemii i hałasu.
♪♪ Hey - Wczesna jesień.mp3
środa, 16 września 2009
Ostatnia deska, tonąca brzytwa...
Sucz jednak okazała się suczą. W ciągu pierwszych czterech dni zadecydowała, że się nie nadaję. Umowa, którą podpisywałam przyszła w momencie, w którym ona już dała znać do kard żeby przygotowano dla mnie wypowiedzenie. Argumentem był brak analitycznego mózgu (tak jakby brak mózgu, bo mózg z definicji jest analityczny), to, że charakter mam nie taki i że spinam jedne dokumenty zszywaczem, a nie spinaczem. Na koniec podała mi rękę i z nieukrywanym fałszywym uśmiechem dodała: "Dziękuję za współpracę." Nie odezwałam się nic, nie była tego warta.
Trochę mi ulżyło, ale trochę też nieprzyjemnie. Nie na takie doświadczenie związane z pierwszą pracą liczyłam. Zwłaszcza, że wiem, że robiłam wszystko, że starałam się jak tylko mogłam. Nic, że miałam zawroty głowy od jej krzyków, nic, że łzy napływały mi do oczu kiedy nic, że trzęsłam się na sam dźwięk jej głosu. Nie powiem, że byłam idealnym pracownikiem, ale wiedziała kogo bierze. Humanistkę, pedagoga bez doświadczenia do pracy przy fakturowaniu, księgowości. Cóż, liczyła na to, że w ciągu 3 czy 4 dni ogarnę cały oddział wrocławski firmy i będę swobodnie dryfować pośród wzburzonych fal faktur, innych dokumentów, których nigdy wcześniej na oczy nie widziałam, czy programu komputerowego, którego obsługi chciała nauczyć mnie poprzez czytanie czyiś notatek. Tak jakbym miała na pamięć "stukać" gdzie klikać nie mając pojęcia jak program wygląda.
Teraz została mi właściwie ostatnia szansa, jedyna deska ratunku. Miły wziął dziś papiery do siebie. I albo się odezwą i wesprę szerokie grono telemarketerów, albo spakuję walizki i ze łzami w oczach pożegnam to Wielkie Puste Miasto, a w nim jedyną osobę, która znaczy dla mnie wszystko.
Najchętniej zabrałabym go stąd i wróciła. Męczy mnie ten świat. Tym razem mam realny argument, który karze mi się mocniej bać o swoją przyszłość. Że odpadnę, nie poradzę sobie, że naprawdę nic nie umiem i nie nadaję się do niczego. Teraz to już nie są czcze gadki sfrustrowanej i zakompleksionej dziewczynki. Teraz, to już strach się bać.
Trochę mi ulżyło, ale trochę też nieprzyjemnie. Nie na takie doświadczenie związane z pierwszą pracą liczyłam. Zwłaszcza, że wiem, że robiłam wszystko, że starałam się jak tylko mogłam. Nic, że miałam zawroty głowy od jej krzyków, nic, że łzy napływały mi do oczu kiedy nic, że trzęsłam się na sam dźwięk jej głosu. Nie powiem, że byłam idealnym pracownikiem, ale wiedziała kogo bierze. Humanistkę, pedagoga bez doświadczenia do pracy przy fakturowaniu, księgowości. Cóż, liczyła na to, że w ciągu 3 czy 4 dni ogarnę cały oddział wrocławski firmy i będę swobodnie dryfować pośród wzburzonych fal faktur, innych dokumentów, których nigdy wcześniej na oczy nie widziałam, czy programu komputerowego, którego obsługi chciała nauczyć mnie poprzez czytanie czyiś notatek. Tak jakbym miała na pamięć "stukać" gdzie klikać nie mając pojęcia jak program wygląda.
Teraz została mi właściwie ostatnia szansa, jedyna deska ratunku. Miły wziął dziś papiery do siebie. I albo się odezwą i wesprę szerokie grono telemarketerów, albo spakuję walizki i ze łzami w oczach pożegnam to Wielkie Puste Miasto, a w nim jedyną osobę, która znaczy dla mnie wszystko.
Najchętniej zabrałabym go stąd i wróciła. Męczy mnie ten świat. Tym razem mam realny argument, który karze mi się mocniej bać o swoją przyszłość. Że odpadnę, nie poradzę sobie, że naprawdę nic nie umiem i nie nadaję się do niczego. Teraz to już nie są czcze gadki sfrustrowanej i zakompleksionej dziewczynki. Teraz, to już strach się bać.
wtorek, 8 września 2009
Kopytko, Kasia i cała reszta
Zbyt długa przerwa w kontaktach towarzyskich spowodowała we mnie usilną potrzebę nadrobienia wszystkiego w jeden wieczór jak tylko nadarzyła się taka okazja. I tak litry wina i nierówny krawężnik przyczyniły się do upadku. Trochę nawet moralnego. Padłam jak kłoda, przed siebie, prosto, niezbyt.
Od tego czasu minęło już z 1,5 tygodnia. Do tej pory liżę rany.
--
W trybie przyspieszonym, nagłym i niespodziewanym zostałam poinformowana o wznowieniu rekrutacji w miejscu, z którego przed blisko miesiącem zostałam odrzucona po wstępnej rozmowie kwalifikacyjnej. Zaproponowano pracę (bo Kasia wyjeżdża do Kanady).
Zupełnie nieprzygotowana na taki obrót sytuacji, speszona, wystraszona, podekscytowana, przyjęłam propozycję. Teraz nie wiem w czym bardziej tonę, w papierkach czy własnym strachu? Pewnie głębiej w tym drugim. W dzień pierwszy - dzisiejszy fale gorąca biły mnie mocniej niż bicze sadomasochistycznych domin. Robiłam wszystko tak jak kazano zupełnie nie wiedząc co to, po to i jak to wszystko logicznie ze sobą połączyć. Po paru sekundach zapominałam nazwy wykonywanych czynności, po paru minutach ile czego skserować, jak i w jakiem kolejności upiąć, gdzie potem odstawić i co z tym dalej będzie.
No i Kasia... Kasia jest wszędzie. Siedzę oczywiście przy jej biurku, korzystam z jej zeszytu. Kasia jest na biurku w postaci pieczątki, na komputerze, na stoliczku z kawą i herbatą w postaci ciastek, w powietrzu, w ścianach, w podłodze... Święta Katarzyna, idealna i niezastąpiona. Rezolutna i otwarta, zorganizowana jak niemiecki plan zagłady na Polskę w 49r. Perfekcyjna w każdym calu, nieoceniona i niedościgniona.
Za to Pani Kierownik Szanowna merytorycznie pewnie jest świetnie przygotowana, ale podejście do człowieka (przynajmniej do mojego i chyba póki co jedynie) ma jak czołg. Co spotka na swojej drodze - stratuje. Wygłosiła na początku imponującą mowę, z której zapamiętałam może kilka procent. Trudno żebym przyswoiła sobie rzeczy powiedziane naprędce w dwóch zdaniach i już wiedziała co, i jak zrobić, gdzie odstawić, skoro nigdy wcześniej o nich nie słyszałam ani nie widziałam. Pytam więc (żeby się nie pomylić) - drze się; no to nie pytam, próbuję sama robić (zdarza się, że się pomylę) - też się drze. Próbuję w takim razie pytać innych, siłą rzeczy ona też słyszy, więc dalej się drze. I wtedy oczywiście jest jeszcze gorzej, bo się rozpalam i nie z podekscytowania, bo drżę - nie z podniecenia, bo się pocę - nie z zapału, bo się spinam i stresuję - wcale nie przez zwiększoną mobilizację. I tak oto boję się samego głosu Pani Kierownik, która z czynności mogących sprawić mi przyjemność (bo zazwyczaj lubiłam bawić się w sprawdzanie, pisanie, uzupełnianie, kserowanie i takie tak papierkowe pitu-pitu) robi coraz większy koszmar mojego życia i odbiera to co najcenniejsze - radość, chęć do pracy, do zdobywania wiedzy, umiejętności, a przez to autosatsfakcji.
Cóż, nie na każdego krzyk, podniesiony, pełen wrogości, pretensjonalny czy emfatyczny ton, pokazywanie władzy, robienie zniesmaczonych min i ogólna nonszalancja działa mobilizująco Szanowna Pani Kierownik. Przynajmniej nie na mnie.
Od tego czasu minęło już z 1,5 tygodnia. Do tej pory liżę rany.
--
W trybie przyspieszonym, nagłym i niespodziewanym zostałam poinformowana o wznowieniu rekrutacji w miejscu, z którego przed blisko miesiącem zostałam odrzucona po wstępnej rozmowie kwalifikacyjnej. Zaproponowano pracę (bo Kasia wyjeżdża do Kanady).
Zupełnie nieprzygotowana na taki obrót sytuacji, speszona, wystraszona, podekscytowana, przyjęłam propozycję. Teraz nie wiem w czym bardziej tonę, w papierkach czy własnym strachu? Pewnie głębiej w tym drugim. W dzień pierwszy - dzisiejszy fale gorąca biły mnie mocniej niż bicze sadomasochistycznych domin. Robiłam wszystko tak jak kazano zupełnie nie wiedząc co to, po to i jak to wszystko logicznie ze sobą połączyć. Po paru sekundach zapominałam nazwy wykonywanych czynności, po paru minutach ile czego skserować, jak i w jakiem kolejności upiąć, gdzie potem odstawić i co z tym dalej będzie.
No i Kasia... Kasia jest wszędzie. Siedzę oczywiście przy jej biurku, korzystam z jej zeszytu. Kasia jest na biurku w postaci pieczątki, na komputerze, na stoliczku z kawą i herbatą w postaci ciastek, w powietrzu, w ścianach, w podłodze... Święta Katarzyna, idealna i niezastąpiona. Rezolutna i otwarta, zorganizowana jak niemiecki plan zagłady na Polskę w 49r. Perfekcyjna w każdym calu, nieoceniona i niedościgniona.
Za to Pani Kierownik Szanowna merytorycznie pewnie jest świetnie przygotowana, ale podejście do człowieka (przynajmniej do mojego i chyba póki co jedynie) ma jak czołg. Co spotka na swojej drodze - stratuje. Wygłosiła na początku imponującą mowę, z której zapamiętałam może kilka procent. Trudno żebym przyswoiła sobie rzeczy powiedziane naprędce w dwóch zdaniach i już wiedziała co, i jak zrobić, gdzie odstawić, skoro nigdy wcześniej o nich nie słyszałam ani nie widziałam. Pytam więc (żeby się nie pomylić) - drze się; no to nie pytam, próbuję sama robić (zdarza się, że się pomylę) - też się drze. Próbuję w takim razie pytać innych, siłą rzeczy ona też słyszy, więc dalej się drze. I wtedy oczywiście jest jeszcze gorzej, bo się rozpalam i nie z podekscytowania, bo drżę - nie z podniecenia, bo się pocę - nie z zapału, bo się spinam i stresuję - wcale nie przez zwiększoną mobilizację. I tak oto boję się samego głosu Pani Kierownik, która z czynności mogących sprawić mi przyjemność (bo zazwyczaj lubiłam bawić się w sprawdzanie, pisanie, uzupełnianie, kserowanie i takie tak papierkowe pitu-pitu) robi coraz większy koszmar mojego życia i odbiera to co najcenniejsze - radość, chęć do pracy, do zdobywania wiedzy, umiejętności, a przez to autosatsfakcji.
Cóż, nie na każdego krzyk, podniesiony, pełen wrogości, pretensjonalny czy emfatyczny ton, pokazywanie władzy, robienie zniesmaczonych min i ogólna nonszalancja działa mobilizująco Szanowna Pani Kierownik. Przynajmniej nie na mnie.
piątek, 7 sierpnia 2009
Piesek kanapowy
Mijają dni, tygodnie, ogłoszenia w serwisach o pracę i kolejne cotygodniowe wydania dodatku do Wyborczej - Praca. Jest żałośnie, niebezpiecznie żałośnie. W przeciągu miesiąca byłam na dwóch rozmowach, za bardzo nie przebierając w wysyłanych ofertach. Bo i biurowa, a i telemarketing, no a prym wiądom zdecydowanie sprzedawcy w butikach, sklepach z meblami, optykach, jubilerach, sklepach z AGD, RTV i co tylko do głowy przyjść może. Telefon milczy jak zaklęty, a ja coraz głośniej wydobywam z siebie dźwięki rozpaczy.
Rozsierdza mnie bezczynność, pustka kompletna. Gdyby nie Miły pewnie spakowałabym dawno walizki i wróciła do siebie. Jestem tu żeby z nim. Nie z wątpliwej miłości do pięknego miasta, w którym nie mam nikogo poza nim za kim mogłabym tęsknić. Tym bardziej sytuacja przeraża. Przecież nie będę mogła siedzieć tu na wieczność przeglądając te ogłoszenia. A coś mi mówi, że mój czas kończy się powoli. To czas cierpliwości moich rodziców.
I naprawdę nie trafia do mnie, że kryzys. Że szukają pracy po pół roku nawet po butikach. Nie czuję się tym rozgrzeszona. W końcu ja Miłego tu ściągnęłam i teraz mam zostawiać samego?
--
Do tej pory jakoś to było. Przeglądałam, wysyłałam, zanosiłam, dzwoniłam. Przychodził Miły z pracy, pocałował. Za parę dni jedzie do domu, na urlop. Całe 2 tygodnie. Ja tu zwariuję, padnę na klaustrofobię albo skoczę z tego naszego 7 piętra żeby tego uniknąć.
Rozsierdza mnie bezczynność, pustka kompletna. Gdyby nie Miły pewnie spakowałabym dawno walizki i wróciła do siebie. Jestem tu żeby z nim. Nie z wątpliwej miłości do pięknego miasta, w którym nie mam nikogo poza nim za kim mogłabym tęsknić. Tym bardziej sytuacja przeraża. Przecież nie będę mogła siedzieć tu na wieczność przeglądając te ogłoszenia. A coś mi mówi, że mój czas kończy się powoli. To czas cierpliwości moich rodziców.
I naprawdę nie trafia do mnie, że kryzys. Że szukają pracy po pół roku nawet po butikach. Nie czuję się tym rozgrzeszona. W końcu ja Miłego tu ściągnęłam i teraz mam zostawiać samego?
--
Do tej pory jakoś to było. Przeglądałam, wysyłałam, zanosiłam, dzwoniłam. Przychodził Miły z pracy, pocałował. Za parę dni jedzie do domu, na urlop. Całe 2 tygodnie. Ja tu zwariuję, padnę na klaustrofobię albo skoczę z tego naszego 7 piętra żeby tego uniknąć.
"(...) Co można w nocy gdy śpią żurawie / co można w bloku gdy sen na jawie / co można w życiu na siódmym piętrze / winda do nieba / rzadkie powietrze? // Co można w nocy gdy śpią parafianie / co można w bloku / wkrótce świt wstanie / co można w życiu / na siódmym piętrze / winda się psuje / wisi nieszczęście..."
Stare dobre małżeństwo - Aniołom marzną skrzydła
Stare dobre małżeństwo - Aniołom marzną skrzydła
PS.
Ironia losu. Ja, on, życie i siódme piętro.
Ironia losu. Ja, on, życie i siódme piętro.
sobota, 1 sierpnia 2009
Epilog refleksyjny kończący edukację wyższą
Zainspirowana moją Gosią i Panem Adamem dorzucę swoje trzy grosze. Co do kwestii prawnych nie będę się wypowiadała, bo nie jestem w temacie a i nie znam się na tym. Choć myślę, że trudno byłoby żeby jedna z największych jak nie największa uczelnia prywatna w Polsce przez tyle lat jechała na nielegalu. Kontrole, komisje akredytacyjne wcześniej nie widziały uchybień, a teraz nagle wielki hałas. Natomiast cała historia dotycząca poziomu kształcenia jest mi naprawdę bliska i tego tematu nie pominę, bo krew mi się gotuje w żyłach jak czytam te brednie w Wyborczej.
W momencie kiedy szłam na studia, a potem przez całe 3 lata wmawiano mi, że mam zabawę a nie naukę. Niby studia, na niby uczelni. Komukolwiek mówiłam gdzie studiuję, to miał całą teorię na ten temat. U nas w Sieradzu był nawet taki niechlubny skrót WSHE, czyt. Wyższa Szkoła Hamowania-Edukacji. Fakt, atmosfery tradycyjnej uczelni nie było, studenckiego życia itp., ale to raczej specyfika tego, że było nas tam mało. A poza tym faktycznie nie było mi na tych studiach specjalnie ciężko, ale nie wiem czy to za sprawą słabego poziomu czy tego, że nauka naprawdę sprawiała mi przyjemność. Lubiłam tam przychodzić, nie tylko dla kontaktów towarzyskich, ale i dla zajęć, wiedzy. Przez 3 lata opuściłam może 2, 3 zajęcia, na palcach jednej ręki można by zliczyć. Zajęcia były ciekawe pod względem materiału i prowadzenia, dużo naprawdę przydatnych treści, warsztatów (jak się potem okazało ludzie po Uniwerku nie wiedzieli nawet czym są warsztaty, nie znali tego pojęcia; dla mnie to tak jakby nie wiedzieć, że krowy dają mleko).
Po skończeniu czułam jakiś niedosyt, pewnie przez tę "opinię o uczelni". Stwierdziłam, że skosztuję tej "prawdziwej nauki na prawdziwej uczelni" i wybiorę się na Uniwerek. Oczywiście wtedy słyszałam, że sobie nie poradzę, że skończy się zabawa i padnę. Bałam się, ale pomyślałam, że przecież mnie nie zjedzą. Nie zjedli, a ja dziś przynajmniej wiem jaka jest różnica. Tak namacalnie, bez żadnych plot, pogłosek.
Po pierwszym semestrze cała moja dalsza rodzina, wujkowie, ciotki, kuzyni dopytywali się jak ja sobie tam radzę i że pewnie musi mi być ciężko, bo nie dość, że Uniwerek to Wrocławski, a na dodatek dziennie, a poza tym jak po prywatnej uczelni to muszę przeżywać szok. Rzeczywiście szok był, ale nie taki jakiego się spodziewałam. Śmiałam się i z nich, i z siebie (że wcześniej naprawdę wierzyłam, że mam ten swój substytut studiowania) i odpowiadałam, że bardzo dobrze, ale dziwnie, bo wręcz nie czuję, że studiuję. Bo poziom na Uniwerku był żenująco niski. Materiał opierał się głównie na wiedzy, którą większość już miała ze studiów licencjackich. A nikogo nie bawi powielanie treści, nie po to kontynuuje się naukę na wyższym etapie. Poza tym mnóstwo było teorii, znikoma ilość wiedzy, którą faktycznie można byłoby wykorzystać w sposób praktyczny. Plan zajęć, który z początku wypełniony był po brzegi po pierwszych dwóch tygodniach został notyfikowany tak, że bywałam na uczelni nie więcej niż 3 razy w tygodniu i to na maksymalnie dwóch zajęciach dziennie. A bywało i tak, że miałam dwa lub trzy zajęcia tygodniowo. Niewiele było zajęć, na które przychodziłam z zainteresowaniem i z przekonaniem. Nie mogę powiedzieć, że nie było ich wcale, skłamałabym. Tylko porównując do studiów licencjackich statystyki wypadały naprawdę marnie. No i wykładowcy... Naprawdę bardzo szeroki temat. Po licencjacie naprawdę przyzwyczaiłam się do luksusu. Szacunek do studenta (pomijając dr K., choć i on na tle niektórych z Uniwerku wypada jak oaza dobroci i życzliwości), zajęcia prowadzone były z reguły w ciekawy i zajmujący sposób, dobierane treści najczęściej faktycznie interesujące. Uniwersytet za to zapisze się w mojej pamięci jako senne miasteczko ludzi, których świat jest naprawdę bardzo mały. Taki, że mieszczą w nim tylko siebie. Pamiętam panią dr od psychologii i pierwsze zajęcia: "Nie chodźcie na moje wykłady, bo są nudne". Chodziłam wbrew zaleceniom, faktycznie, miała rację nudne i chaotyczne. Pomimo tego, że naprawdę lubię psychologię. Pamiętam też dr od filozofii i zaliczenia na ocenę, której nie było. Pani stawiała oceny za eseje, a że przedmiot był tylko za zaliczenie nie miały one najmniejszego znaczenia, bo nie można było ich zapisać w indeksie. Koleżanka pisałam pracę trzy razy. Za pierwszym razem zapytała o swoje błędy, a Pani dr chyba nie bardzo wiedziała jak wybrnąć, więc zarzuciła pracy "po prostu beznadziejność". Za drugim razem stwierdziła, że praca jest z internetu. Trzeci raz dziewczyna męczyć się nie chciała i z nerwów zrobiła coś w stylu kolażu z prac koleżanek, które już dostały zaliczenie i tego co znalazłam w internecie. Pani dr była zachwycona pracą, pogratulowała i powiedziała koleżance, że jak chce, to potrafi. I jak tu mieć szacunek do takich ludzi? Ja już nie wspomnę wykładowcy z logiki. Miałam to szczęście, że przepisano mi ocenę, ale pamiętam, że ci, którzy mieli te zajęcia po raz pierwszy naprawdę cierpieli męki i katusze. Pamiętam sytuacje na samym początku semestr podczas wykładu kiedy Pran prof. stał tyłem do nas, w wielkiej auli tupał rytmicznie nogą, mówił coś o polityce, zapisywał jakieś znaki na tablicy, które rozumiałam tylko dzięki logice na licencjacie. Potem powtarzał: "Bo to jest tak, tak, tak. No wiecie, tak" albo inaczej: "Zaraz wam coś powiem, zaraz wam powiem, zaraz wam powiem... Albo nic wam nie powiem, o!", i to miało wystarczyć za całe tłumaczenie materiału. Albo kiedy obleśnie śmiał się z niepełnowartościowych mózgów humanistów. To co działo się na zajęciach było wręcz mrocznymi historiami z najgorszych snów. Na ostatnich zajęciach, kiedy Pan prof. uwalił 3/4 grupy przyszłam po wpis. Pan zobaczywszy moją ocenę skrytykował i Sieradz, i Łódź (bo tamtejszy wykładowca), zapytał o jego nazwisko i stwierdził, że zna (podejrzewam, że pomylił go z innym filozofem o tym samym nazwisku, ale kto to wie...). Koleżankę, która stała za mną zrugał, że nie wie na jakiej uczelni studiowała, bo powiedziała, że w Wyższej Szkole w Opolu, a on stwierdził, że tam to już przecież jest Uniwersytet. Nie dał sobie wytłumaczyć, że niejedna uczelnia w mieście. Potem przy podawaniu wyników zaczął wrzeszczeć na cały głos i rytmicznie z całej siły uderzać pięściami w stół, obiema na raz. Mnie było do śmiechu, bo miałam wpis, reszcie mniej. Żeby nie było, że przytaczam tu same dantejskie sceny to wspomnę o metodologii nadań społecznych, czy edukacji międzykulturowej i pedagogice kultury (a zwłaszcza tej ostatniej i wykładowcy, które je prowadził), które były balsamem na moje uszy.
Egzaminy były śmiesznie łatwe, a było ich naprawdę niewiele a i ilość materiału z reguły dała się opanować maksymalnie w jeden do półtora dnia. Przepisywano oceny z ćwiczeń, po uczelni krążyły testy, które profesorowie wykorzystują. Raz nawet dzień wcześniej dostaliśmy od wykładowcy gotowe pytania na egzamin. I jeszcze było narzekanie, że dużo, że późno, że nie zdążą. Całe dwa lata śmiałam się trochę z litości, trochę z absurdu jak moje koleżanki skamlały jak im ciężko strasznie i że nie mogą napisać tej czy tamtej pracy, albo nauczyć się na zaliczenie czy egzamin.
Przejdę teraz do kwestii zakańczającej czyli tej, która dotyczy pracy dyplomowej i promotora. Denerwowałam się trochę na studiach licencjackich, bo nie zawsze rozumiałam Panią prof., a i czułam, że ona nie zawsze rozumie mnie. Ale summa summarum jestem zadowolona z napisanej przeze mnie pracy i współpracy z Panią promotor. Nie ma to, tamto, bez wątpienia pomogła przebrnąć przez zadanie, które wtedy było mi zupełnie obce.
Na studiach magisterskich przydzielono nas z góry do grup seminaryjnych. Nie robiło mi to różnicy, nawet gdybym miała szansę wyboru i tak nie wiedziałabym kogo wybrać. Przecież nikogo tam nie znałam. Ktoś bardzo durny stworzył Wydział Nauk Historycznych i Pedagogicznych, w którym mój instytut się znajduje, a ktoś jeszcze bardziej durny stwierdził, że skoro pedagogikę z historią połączono wydziałowo to i wykładowców też można wymieszać. I tak dwóch z czterech promotorów na roku było wykładowcami historii. Między innymi i mój. Pan prof. był człowiekiem naprawdę bardzo sympatycznym i życzliwym, złego słowa nie powiem na jego temat, ale w kwestiach dotyczących prac magisterskich w ogóle się nie orientował. Przez całe dwa lata nie otrzymałam ani jednej sugestii, porady, komentarza. Za to całe mnóstwo uśmiechu, rozmów i dyskusji, zero merytorycznych i dotyczących struktury pisanej pracy. Jedyne polecenia brzmiały: "Teraz piszcie pierwszy rozdział; teraz piszcie drugi rozdział; a teraz piszcie rozdział trzeci". Nawet temat pracy był trudny do ustalenia, po paru miesiącach przekonywania, że trzeba sprecyzować go, poległam i zgodziłam się na "Problem przemocy w rodzinie". Stwierdziłam, że problem badawczy wyjaśnię w metodologii i w ten sposób postawię na swoim. Nie da się przecież pisać o wszystkim. Pracy nie napisałabym gdyby nie wiedza z seminariów na studiach licencjackich. Oddając fragmenty prac do sprawdzenia zawsze otrzymywałam taką samą odpowiedź: "Ja to przyjmuję Pani Mariko". Zero komentarza, zero konstruktywnej oceny lub jakiejkolwiek innej, zero śladu sprawdzania na papierze. Jedynie strona ze spisem treści była pomięta, reszta śnieżnobiała z czarnym drukiem, jakby nietknięta. Tak przebrnęłam przez całe dwa lata aż do obrony. Pani recenzent zaraz przed naszą obroną wyjechała za granicę, wróciła może ze 2 dni wcześniej. Na kwadrans przed tym jak zaczęto nas egzaminować Pani prof. wypytywała promotora o szczegóły dotyczące prac, o czym są, czego dotyczą. A pytania zadawane przed nią świadczyły o jej kompletnej niewiedzy dotyczącej ich treści. Mnie np. zapytała w jaki sposób dobierałam osoby do badań, przy czym w metodologii i w samej strukturze analizy materiałów widać, że połowę respondentów stanowią osoby dorosłe, które doświadczyły przemocy, a drugą połowę, te które takich doświadczeń nie mają. No to o co tu pytać? Potem Pani recenzent pogrążyła się jeszcze bardziej dając mi odczuć, że nie ma pojęcia o tym czym jest współuzależnienie. Raczej wstyd jak się jest profesorem historii wychowania.
Moje koleżanki cieszyły się, że promotor "się nie czepia". Ja żałowałam. A niech się czepia, byle rzetelnie i konstruktywnie. Niestety tylko jednej spośród czwórki był tak "pozytywnie czepialski". Reszta studentami się nie przejmowała. I tak niektórzy chodzili do innych wykładowców po pomoc w pisaniu pracy, inni pisali "na oko". W końcu jakoś poszło, bo jak miało nie pójść skoro nikt się nie przejmował. Zawsze było byle do przodu. Nie ważne co po drodze.
Jaki jest sens tego mojego wywodu. Ano taki, że jako jedna z niewielu, którzy psioczą na prywatne uczelnie miałam możliwość kształcenia się zarówno w prywatnej jak i w państwowej. Ja nie powtarzam plot, nie stwarzam teorii wiedzy za kasę. Ja wiem, bo odczułam wszystko namacalnie. Wiem też, że zdawalność za pieniądze to zwykły mit. I jeśli przez 3 lata płaciłam zyskując przy okazji szacunek wykładowców, poważne traktowanie swojej pracy i ludzi, rzetelne przekazywanie wiedzy zarówno teoretycznej i praktycznej, atmosferę sprzyjającą nauce i zachęcającą do niej, to nie żałuję wydanych pieniędzy i czasu, który spędziłam na nauce tam. Studiów na Uniwersytecie również nie żałuję. Po pierwsze mam teraz porównanie, przybyłam, doświadczyłam. Po drugie teraz tak naprawdę doceniam edukacje na poziomie licencjatu, którą miałam okazję ukończyć w uczelni prywatnej. A po trzecie będę miała ten dyplom z orzełkiem w koronie, co tak bardzo ekscytuje wszystkich nadętych pracodawców, dziennikarzy i dalszą zarozumiałą rodzinkę opluwającą prywatne uczelnie, no i prestiż mam... ponoć, bo wątpliwej jakości.
Ci, którzy dopiero wybieracie uczelnie. Wybierajcie mądrze! No i powodzenia. :)
W momencie kiedy szłam na studia, a potem przez całe 3 lata wmawiano mi, że mam zabawę a nie naukę. Niby studia, na niby uczelni. Komukolwiek mówiłam gdzie studiuję, to miał całą teorię na ten temat. U nas w Sieradzu był nawet taki niechlubny skrót WSHE, czyt. Wyższa Szkoła Hamowania-Edukacji. Fakt, atmosfery tradycyjnej uczelni nie było, studenckiego życia itp., ale to raczej specyfika tego, że było nas tam mało. A poza tym faktycznie nie było mi na tych studiach specjalnie ciężko, ale nie wiem czy to za sprawą słabego poziomu czy tego, że nauka naprawdę sprawiała mi przyjemność. Lubiłam tam przychodzić, nie tylko dla kontaktów towarzyskich, ale i dla zajęć, wiedzy. Przez 3 lata opuściłam może 2, 3 zajęcia, na palcach jednej ręki można by zliczyć. Zajęcia były ciekawe pod względem materiału i prowadzenia, dużo naprawdę przydatnych treści, warsztatów (jak się potem okazało ludzie po Uniwerku nie wiedzieli nawet czym są warsztaty, nie znali tego pojęcia; dla mnie to tak jakby nie wiedzieć, że krowy dają mleko).
Po skończeniu czułam jakiś niedosyt, pewnie przez tę "opinię o uczelni". Stwierdziłam, że skosztuję tej "prawdziwej nauki na prawdziwej uczelni" i wybiorę się na Uniwerek. Oczywiście wtedy słyszałam, że sobie nie poradzę, że skończy się zabawa i padnę. Bałam się, ale pomyślałam, że przecież mnie nie zjedzą. Nie zjedli, a ja dziś przynajmniej wiem jaka jest różnica. Tak namacalnie, bez żadnych plot, pogłosek.
Po pierwszym semestrze cała moja dalsza rodzina, wujkowie, ciotki, kuzyni dopytywali się jak ja sobie tam radzę i że pewnie musi mi być ciężko, bo nie dość, że Uniwerek to Wrocławski, a na dodatek dziennie, a poza tym jak po prywatnej uczelni to muszę przeżywać szok. Rzeczywiście szok był, ale nie taki jakiego się spodziewałam. Śmiałam się i z nich, i z siebie (że wcześniej naprawdę wierzyłam, że mam ten swój substytut studiowania) i odpowiadałam, że bardzo dobrze, ale dziwnie, bo wręcz nie czuję, że studiuję. Bo poziom na Uniwerku był żenująco niski. Materiał opierał się głównie na wiedzy, którą większość już miała ze studiów licencjackich. A nikogo nie bawi powielanie treści, nie po to kontynuuje się naukę na wyższym etapie. Poza tym mnóstwo było teorii, znikoma ilość wiedzy, którą faktycznie można byłoby wykorzystać w sposób praktyczny. Plan zajęć, który z początku wypełniony był po brzegi po pierwszych dwóch tygodniach został notyfikowany tak, że bywałam na uczelni nie więcej niż 3 razy w tygodniu i to na maksymalnie dwóch zajęciach dziennie. A bywało i tak, że miałam dwa lub trzy zajęcia tygodniowo. Niewiele było zajęć, na które przychodziłam z zainteresowaniem i z przekonaniem. Nie mogę powiedzieć, że nie było ich wcale, skłamałabym. Tylko porównując do studiów licencjackich statystyki wypadały naprawdę marnie. No i wykładowcy... Naprawdę bardzo szeroki temat. Po licencjacie naprawdę przyzwyczaiłam się do luksusu. Szacunek do studenta (pomijając dr K., choć i on na tle niektórych z Uniwerku wypada jak oaza dobroci i życzliwości), zajęcia prowadzone były z reguły w ciekawy i zajmujący sposób, dobierane treści najczęściej faktycznie interesujące. Uniwersytet za to zapisze się w mojej pamięci jako senne miasteczko ludzi, których świat jest naprawdę bardzo mały. Taki, że mieszczą w nim tylko siebie. Pamiętam panią dr od psychologii i pierwsze zajęcia: "Nie chodźcie na moje wykłady, bo są nudne". Chodziłam wbrew zaleceniom, faktycznie, miała rację nudne i chaotyczne. Pomimo tego, że naprawdę lubię psychologię. Pamiętam też dr od filozofii i zaliczenia na ocenę, której nie było. Pani stawiała oceny za eseje, a że przedmiot był tylko za zaliczenie nie miały one najmniejszego znaczenia, bo nie można było ich zapisać w indeksie. Koleżanka pisałam pracę trzy razy. Za pierwszym razem zapytała o swoje błędy, a Pani dr chyba nie bardzo wiedziała jak wybrnąć, więc zarzuciła pracy "po prostu beznadziejność". Za drugim razem stwierdziła, że praca jest z internetu. Trzeci raz dziewczyna męczyć się nie chciała i z nerwów zrobiła coś w stylu kolażu z prac koleżanek, które już dostały zaliczenie i tego co znalazłam w internecie. Pani dr była zachwycona pracą, pogratulowała i powiedziała koleżance, że jak chce, to potrafi. I jak tu mieć szacunek do takich ludzi? Ja już nie wspomnę wykładowcy z logiki. Miałam to szczęście, że przepisano mi ocenę, ale pamiętam, że ci, którzy mieli te zajęcia po raz pierwszy naprawdę cierpieli męki i katusze. Pamiętam sytuacje na samym początku semestr podczas wykładu kiedy Pran prof. stał tyłem do nas, w wielkiej auli tupał rytmicznie nogą, mówił coś o polityce, zapisywał jakieś znaki na tablicy, które rozumiałam tylko dzięki logice na licencjacie. Potem powtarzał: "Bo to jest tak, tak, tak. No wiecie, tak" albo inaczej: "Zaraz wam coś powiem, zaraz wam powiem, zaraz wam powiem... Albo nic wam nie powiem, o!", i to miało wystarczyć za całe tłumaczenie materiału. Albo kiedy obleśnie śmiał się z niepełnowartościowych mózgów humanistów. To co działo się na zajęciach było wręcz mrocznymi historiami z najgorszych snów. Na ostatnich zajęciach, kiedy Pan prof. uwalił 3/4 grupy przyszłam po wpis. Pan zobaczywszy moją ocenę skrytykował i Sieradz, i Łódź (bo tamtejszy wykładowca), zapytał o jego nazwisko i stwierdził, że zna (podejrzewam, że pomylił go z innym filozofem o tym samym nazwisku, ale kto to wie...). Koleżankę, która stała za mną zrugał, że nie wie na jakiej uczelni studiowała, bo powiedziała, że w Wyższej Szkole w Opolu, a on stwierdził, że tam to już przecież jest Uniwersytet. Nie dał sobie wytłumaczyć, że niejedna uczelnia w mieście. Potem przy podawaniu wyników zaczął wrzeszczeć na cały głos i rytmicznie z całej siły uderzać pięściami w stół, obiema na raz. Mnie było do śmiechu, bo miałam wpis, reszcie mniej. Żeby nie było, że przytaczam tu same dantejskie sceny to wspomnę o metodologii nadań społecznych, czy edukacji międzykulturowej i pedagogice kultury (a zwłaszcza tej ostatniej i wykładowcy, które je prowadził), które były balsamem na moje uszy.
Egzaminy były śmiesznie łatwe, a było ich naprawdę niewiele a i ilość materiału z reguły dała się opanować maksymalnie w jeden do półtora dnia. Przepisywano oceny z ćwiczeń, po uczelni krążyły testy, które profesorowie wykorzystują. Raz nawet dzień wcześniej dostaliśmy od wykładowcy gotowe pytania na egzamin. I jeszcze było narzekanie, że dużo, że późno, że nie zdążą. Całe dwa lata śmiałam się trochę z litości, trochę z absurdu jak moje koleżanki skamlały jak im ciężko strasznie i że nie mogą napisać tej czy tamtej pracy, albo nauczyć się na zaliczenie czy egzamin.
Przejdę teraz do kwestii zakańczającej czyli tej, która dotyczy pracy dyplomowej i promotora. Denerwowałam się trochę na studiach licencjackich, bo nie zawsze rozumiałam Panią prof., a i czułam, że ona nie zawsze rozumie mnie. Ale summa summarum jestem zadowolona z napisanej przeze mnie pracy i współpracy z Panią promotor. Nie ma to, tamto, bez wątpienia pomogła przebrnąć przez zadanie, które wtedy było mi zupełnie obce.
Na studiach magisterskich przydzielono nas z góry do grup seminaryjnych. Nie robiło mi to różnicy, nawet gdybym miała szansę wyboru i tak nie wiedziałabym kogo wybrać. Przecież nikogo tam nie znałam. Ktoś bardzo durny stworzył Wydział Nauk Historycznych i Pedagogicznych, w którym mój instytut się znajduje, a ktoś jeszcze bardziej durny stwierdził, że skoro pedagogikę z historią połączono wydziałowo to i wykładowców też można wymieszać. I tak dwóch z czterech promotorów na roku było wykładowcami historii. Między innymi i mój. Pan prof. był człowiekiem naprawdę bardzo sympatycznym i życzliwym, złego słowa nie powiem na jego temat, ale w kwestiach dotyczących prac magisterskich w ogóle się nie orientował. Przez całe dwa lata nie otrzymałam ani jednej sugestii, porady, komentarza. Za to całe mnóstwo uśmiechu, rozmów i dyskusji, zero merytorycznych i dotyczących struktury pisanej pracy. Jedyne polecenia brzmiały: "Teraz piszcie pierwszy rozdział; teraz piszcie drugi rozdział; a teraz piszcie rozdział trzeci". Nawet temat pracy był trudny do ustalenia, po paru miesiącach przekonywania, że trzeba sprecyzować go, poległam i zgodziłam się na "Problem przemocy w rodzinie". Stwierdziłam, że problem badawczy wyjaśnię w metodologii i w ten sposób postawię na swoim. Nie da się przecież pisać o wszystkim. Pracy nie napisałabym gdyby nie wiedza z seminariów na studiach licencjackich. Oddając fragmenty prac do sprawdzenia zawsze otrzymywałam taką samą odpowiedź: "Ja to przyjmuję Pani Mariko". Zero komentarza, zero konstruktywnej oceny lub jakiejkolwiek innej, zero śladu sprawdzania na papierze. Jedynie strona ze spisem treści była pomięta, reszta śnieżnobiała z czarnym drukiem, jakby nietknięta. Tak przebrnęłam przez całe dwa lata aż do obrony. Pani recenzent zaraz przed naszą obroną wyjechała za granicę, wróciła może ze 2 dni wcześniej. Na kwadrans przed tym jak zaczęto nas egzaminować Pani prof. wypytywała promotora o szczegóły dotyczące prac, o czym są, czego dotyczą. A pytania zadawane przed nią świadczyły o jej kompletnej niewiedzy dotyczącej ich treści. Mnie np. zapytała w jaki sposób dobierałam osoby do badań, przy czym w metodologii i w samej strukturze analizy materiałów widać, że połowę respondentów stanowią osoby dorosłe, które doświadczyły przemocy, a drugą połowę, te które takich doświadczeń nie mają. No to o co tu pytać? Potem Pani recenzent pogrążyła się jeszcze bardziej dając mi odczuć, że nie ma pojęcia o tym czym jest współuzależnienie. Raczej wstyd jak się jest profesorem historii wychowania.
Moje koleżanki cieszyły się, że promotor "się nie czepia". Ja żałowałam. A niech się czepia, byle rzetelnie i konstruktywnie. Niestety tylko jednej spośród czwórki był tak "pozytywnie czepialski". Reszta studentami się nie przejmowała. I tak niektórzy chodzili do innych wykładowców po pomoc w pisaniu pracy, inni pisali "na oko". W końcu jakoś poszło, bo jak miało nie pójść skoro nikt się nie przejmował. Zawsze było byle do przodu. Nie ważne co po drodze.
Jaki jest sens tego mojego wywodu. Ano taki, że jako jedna z niewielu, którzy psioczą na prywatne uczelnie miałam możliwość kształcenia się zarówno w prywatnej jak i w państwowej. Ja nie powtarzam plot, nie stwarzam teorii wiedzy za kasę. Ja wiem, bo odczułam wszystko namacalnie. Wiem też, że zdawalność za pieniądze to zwykły mit. I jeśli przez 3 lata płaciłam zyskując przy okazji szacunek wykładowców, poważne traktowanie swojej pracy i ludzi, rzetelne przekazywanie wiedzy zarówno teoretycznej i praktycznej, atmosferę sprzyjającą nauce i zachęcającą do niej, to nie żałuję wydanych pieniędzy i czasu, który spędziłam na nauce tam. Studiów na Uniwersytecie również nie żałuję. Po pierwsze mam teraz porównanie, przybyłam, doświadczyłam. Po drugie teraz tak naprawdę doceniam edukacje na poziomie licencjatu, którą miałam okazję ukończyć w uczelni prywatnej. A po trzecie będę miała ten dyplom z orzełkiem w koronie, co tak bardzo ekscytuje wszystkich nadętych pracodawców, dziennikarzy i dalszą zarozumiałą rodzinkę opluwającą prywatne uczelnie, no i prestiż mam... ponoć, bo wątpliwej jakości.
Ci, którzy dopiero wybieracie uczelnie. Wybierajcie mądrze! No i powodzenia. :)
wtorek, 14 lipca 2009
O ludziach zza ściany
To są moi współlokatorzy numer cztery, w mieszkaniu numer trzy. Zdecydowanie najsłabiej wypadają. Choć nie da się ukryć, jedynka też dała mi popalić, ale intuicyjnie, a potem realnie okazało się, że długo z nią nie wytrzymam. I faktycznie, po dwóch tygodniach spakowała walizki. Potem było już tylko lepiej.
Była koleżanka od rozmów nocą, spacerów do pobliskiego TESCO. Były koleżanki od wina i wódki, od rozmów dalekich i bliskich, zwierzeń, rozterek, od smacznych obiadów i ekscytujących wrażeń. Wspólnota jakaś była między nami. Nie tylko tych samych murów, ale emocji, relacji wzajemnych.
Współlokatorzy numer cztery są jedyni w swoim rodzaju, oryginalni bardzo. Odizolowani, zdziczali wręcz, zamknięci w swoim pokoju, odcięci od nas, od świata. Zajęci swoim interesem, który nigdy się nie kończy (jak to z interesem prywatnym, domowym). Znam ich imiona, wiem gdzie studiują i na którym roku. Nie wiem już co, nie wiem nawet gdzie mają swój dom rodzinny. Stosunkowo niewiele jak na miesiąc wspólnej egzystencji.
Brutalne to, ale zdecydowanie lepiej mi kiedy ich nie ma. Swobodniej oddycha mi się przez klarowne powietrze. Kiedy wracają czuję się skrępowana, onieśmielona i zupełnie nie na miejscu.
Nie mam pojęcia co jest powodem takiej sytuacji, zwłaszcza, że na początku narzekali na poprzednich lokatorów z tego powodu. Wychodzi na to, że problem raczej jest w nich, a nie w otoczeniu.
Kompletnie nie wiem jak odkręcić kurek z człowieczeństwem albo alternatywnie przyzwyczaić się do życia z zakręconym.
Była koleżanka od rozmów nocą, spacerów do pobliskiego TESCO. Były koleżanki od wina i wódki, od rozmów dalekich i bliskich, zwierzeń, rozterek, od smacznych obiadów i ekscytujących wrażeń. Wspólnota jakaś była między nami. Nie tylko tych samych murów, ale emocji, relacji wzajemnych.
Współlokatorzy numer cztery są jedyni w swoim rodzaju, oryginalni bardzo. Odizolowani, zdziczali wręcz, zamknięci w swoim pokoju, odcięci od nas, od świata. Zajęci swoim interesem, który nigdy się nie kończy (jak to z interesem prywatnym, domowym). Znam ich imiona, wiem gdzie studiują i na którym roku. Nie wiem już co, nie wiem nawet gdzie mają swój dom rodzinny. Stosunkowo niewiele jak na miesiąc wspólnej egzystencji.
Brutalne to, ale zdecydowanie lepiej mi kiedy ich nie ma. Swobodniej oddycha mi się przez klarowne powietrze. Kiedy wracają czuję się skrępowana, onieśmielona i zupełnie nie na miejscu.
Nie mam pojęcia co jest powodem takiej sytuacji, zwłaszcza, że na początku narzekali na poprzednich lokatorów z tego powodu. Wychodzi na to, że problem raczej jest w nich, a nie w otoczeniu.
Kompletnie nie wiem jak odkręcić kurek z człowieczeństwem albo alternatywnie przyzwyczaić się do życia z zakręconym.
piątek, 26 czerwca 2009
To już jest koniec, nie ma już nic
chcieć czy nie od paru dni jestem już poważna pani, bo magister. i chociaż nie miałam studiów ciężkich jak tona ołowiu to lżej mi z tym, że już koniec. pięć lat to zdecydowanie bardzo dużo. bez względu na jakość uczelni czy istotę kierunku.
nie ma we mnie nadmiernej wzniosłości ani dumy. jest raczej niepokój. lęk jakiś nieokiełznany. zupełny bezwład. jakbym stała na brzegu skały,przede mną biała, nieskazitelnie czysta, rozlewająca się mgła.
dwu etapowość mojej edukacji wyższej sprawiła, że myśląc o studiah myślę "tu" i "tam" albo "na mojej uczelni" i "na tej uczelni".jednocześnie z sentymentem wspominam i z żalem przypominam sobie.zaowocowało to także tym, że stałam się mini-ekspertem od porównań uczelni prywatnych i państwowych, ale o tym już kiedy indziej...
a teraz zdecydowanie drżenie rąk i niepewne spojrzenie w przyszłość...
nie ma we mnie nadmiernej wzniosłości ani dumy. jest raczej niepokój. lęk jakiś nieokiełznany. zupełny bezwład. jakbym stała na brzegu skały,przede mną biała, nieskazitelnie czysta, rozlewająca się mgła.
dwu etapowość mojej edukacji wyższej sprawiła, że myśląc o studiah myślę "tu" i "tam" albo "na mojej uczelni" i "na tej uczelni".jednocześnie z sentymentem wspominam i z żalem przypominam sobie.zaowocowało to także tym, że stałam się mini-ekspertem od porównań uczelni prywatnych i państwowych, ale o tym już kiedy indziej...
a teraz zdecydowanie drżenie rąk i niepewne spojrzenie w przyszłość...
poniedziałek, 15 czerwca 2009
I'm just a little girl lost in the moment...
właściwie wszystko jest nowe i zupełnie obce. mamy nowy, wspólny adres. 8 kwadratowych metrów przestrzeni, tak, że czasem ciężko rozprostować nogi, a co dopiero psychikę. jest wspólna szafa i kołdra.
i tak bardzo boję się znikania. jakby to było nieuniknione. jakby moja wewnętrzna samotność, wewnętrzna cisza i wolność miały być wydarte albo zasiedlone przez dzikich lokatorów. jest w tej wspólnocie i radość, i strach ogromny.
zdążyłam ze wszystkim. dostarczyłam papierki tam gdzie kazano i czekam. dokładnie tydzień i jeden dzień. tyle dzieli mnie od wielkich frontowych drzwi w dorosłość. chętnie skopałabym im klamkę, urwała zawiasy albo pomalowała sprayem w wulgaryzmy.
a tymczasem spakowałam walizkę i uciekłam trochę w rodzinne strony. tamto szybko mnie dogoni i trzeba będzie tańczyć tak jak zagra miasto. teraz jeszcze pozwalam sobie na chwile słodkiego ukojenia, na widok łąki za oknem, wielkie łóżko, telewizję kablową i własną, niepodzielną przestrzeń. zamykam się w nią od wewnątrz. jestem jak laura brown z powieści michael’a cunningham’a . każdego dnia i z każdego dnia staram się upiec idealny tort, po czym wyrzucam go do kosza...
i tak bardzo boję się znikania. jakby to było nieuniknione. jakby moja wewnętrzna samotność, wewnętrzna cisza i wolność miały być wydarte albo zasiedlone przez dzikich lokatorów. jest w tej wspólnocie i radość, i strach ogromny.
zdążyłam ze wszystkim. dostarczyłam papierki tam gdzie kazano i czekam. dokładnie tydzień i jeden dzień. tyle dzieli mnie od wielkich frontowych drzwi w dorosłość. chętnie skopałabym im klamkę, urwała zawiasy albo pomalowała sprayem w wulgaryzmy.
a tymczasem spakowałam walizkę i uciekłam trochę w rodzinne strony. tamto szybko mnie dogoni i trzeba będzie tańczyć tak jak zagra miasto. teraz jeszcze pozwalam sobie na chwile słodkiego ukojenia, na widok łąki za oknem, wielkie łóżko, telewizję kablową i własną, niepodzielną przestrzeń. zamykam się w nią od wewnątrz. jestem jak laura brown z powieści michael’a cunningham’a . każdego dnia i z każdego dnia staram się upiec idealny tort, po czym wyrzucam go do kosza...
niedziela, 31 maja 2009
czwartek, 14 maja 2009
Dwudziesty czwarty maj
"Gdybym tylko mógł przekazać Ci choć cząstkę własnego szczęścia, abyś już na zawsze była wolna od smutku i melancholii."
Albert Einstein
Albert Einstein
Na imię mam. Na imię.
Ciągnie się to za mną w nieskończoność. Kolejny rok w znikaniu, w niewłaściwym miejscu i o czasie nie tym. Wciąż jestem bardziej sobą i mniej niż kimś innym. To boli. Wskazówki zegara odbijają się od siebie. Za mocno.
Kolejne urodziny. Nie czas na świętowanie.
Ciągnie się to za mną w nieskończoność. Kolejny rok w znikaniu, w niewłaściwym miejscu i o czasie nie tym. Wciąż jestem bardziej sobą i mniej niż kimś innym. To boli. Wskazówki zegara odbijają się od siebie. Za mocno.
Kolejne urodziny. Nie czas na świętowanie.
piątek, 8 maja 2009
Dotknięta przez prezydenta
Podczas naprawdę długiego długiego majowego weekendu odcięłam się od wielkomiejskiego przepychu. Znów miałam okazję zabłysnąć, jako jeden z regionalnych talentów literackich. Pokazać się ludowi, wystąpić w TV. I na koniec imprezy zostać dotkniętą, dotkniętą przez prezydenta.
Zabawne jest to, że w porównaniu do innych piszących w moim mieście jestem zbyt dobra, zbyt oryginalna, zbyt nowoczesna. A na tle wielkomiejskich literatów wciąż wypadam bardzo blado, tandetnie, konserwatywnie i zbyt egzaltowanie.
Prowincjonalny świat poezji jest spokojny, boi się braku przejrzystości, stroni od absurdu i ironii. Jest klarowny, bezinteresowny i życzliwy wobec czytelnika. Daje mu na podwieczorek lekkostrawną i orzeźwiającą lemoniadę, którą sączyć można w błogości i spokoju, bez potrzeby zbędnego przemiału. Świat poezji wielkomiejskiej wciska nam się do gardeł jak zapach spalin, albo ulatniającego się gazu. Niewinnie zjada od środka albo wgniata w podłogę. A wieczorem, jako papierosowy dym, czy jajecznica na boczku na kolację. Każe się trawić godzinami, ciśnie jak kolka, nie daje zasnąć. Nocą jest jak jaskrawe światła reflektorów. Światło dociera nawet poprzez zamknięte oczy.
Jakoś nie ciągnie mnie tu ostatnio. Przemykam trochę słowami pomiędzy dniami.
Zabawne jest to, że w porównaniu do innych piszących w moim mieście jestem zbyt dobra, zbyt oryginalna, zbyt nowoczesna. A na tle wielkomiejskich literatów wciąż wypadam bardzo blado, tandetnie, konserwatywnie i zbyt egzaltowanie.
Prowincjonalny świat poezji jest spokojny, boi się braku przejrzystości, stroni od absurdu i ironii. Jest klarowny, bezinteresowny i życzliwy wobec czytelnika. Daje mu na podwieczorek lekkostrawną i orzeźwiającą lemoniadę, którą sączyć można w błogości i spokoju, bez potrzeby zbędnego przemiału. Świat poezji wielkomiejskiej wciska nam się do gardeł jak zapach spalin, albo ulatniającego się gazu. Niewinnie zjada od środka albo wgniata w podłogę. A wieczorem, jako papierosowy dym, czy jajecznica na boczku na kolację. Każe się trawić godzinami, ciśnie jak kolka, nie daje zasnąć. Nocą jest jak jaskrawe światła reflektorów. Światło dociera nawet poprzez zamknięte oczy.
Jakoś nie ciągnie mnie tu ostatnio. Przemykam trochę słowami pomiędzy dniami.
czwartek, 16 kwietnia 2009
JA-dalnia
Święta pominę milczeniem. Nie czuję z tego powodu jakiegoś dyskomfortu. Byłam w domu. Wróciłam. Ot, cała hist(e/o)ria.
Sytuacje problemowe, kryzysowe nawarstwiają się. Potem zbierają się w stada i biesiadują we mnie jak przy stole szwedzkim, z którego czerpać można bezustannie. Jak skończą konsumpcję nikt nie pozbiera resztek.
Jest we mnie chaos całkiem nienormalnych znaczeń. Jest rozwarstwienie niejednokrotne. Tęsknie za moją absurdalną stabilizacją, w której znałam każdą koleją obelgę, każdy cios zanim nastąpił. Teraz stałam się padliną dla przechodzącego obok życia.
Ciągle zaciskam dłonie. Ciągle uciekam w miejsca odległe, odludne.
Łąka przed blokiem zawsze wygląda tak samo. Teraz wiem, że od nudy ważniejsza jest stabilizacja i poczucie bezpieczeństwa.
Jeśli paliłabym, robiłabym to teraz w smoczym tempie. Czasami myślę, że może powinnam zacząć.
Sytuacje problemowe, kryzysowe nawarstwiają się. Potem zbierają się w stada i biesiadują we mnie jak przy stole szwedzkim, z którego czerpać można bezustannie. Jak skończą konsumpcję nikt nie pozbiera resztek.
Jest we mnie chaos całkiem nienormalnych znaczeń. Jest rozwarstwienie niejednokrotne. Tęsknie za moją absurdalną stabilizacją, w której znałam każdą koleją obelgę, każdy cios zanim nastąpił. Teraz stałam się padliną dla przechodzącego obok życia.
Ciągle zaciskam dłonie. Ciągle uciekam w miejsca odległe, odludne.
Łąka przed blokiem zawsze wygląda tak samo. Teraz wiem, że od nudy ważniejsza jest stabilizacja i poczucie bezpieczeństwa.
Jeśli paliłabym, robiłabym to teraz w smoczym tempie. Czasami myślę, że może powinnam zacząć.
sobota, 28 marca 2009
Chodzę i noszę
Mam teczkę, mapę i okresowy bilet. A w teczce same poważne papiery. Gubię się średnio co 2min pomimo planu miasta. Po kolejnych dziesięciu ponownie orientuję i tak w kółko. Raz w deszczu, raz w śniegu, a raz jeszcze w gradzie. W wichurze, w korku sznurze, w mrozie i zaduchu. Obserwuję coraz to dziwniejsze sytuacje po których a to śmiać się, a to płakać, a nawet zwymiotować mogłabym na miejscu.
I dzień dobry, czy mogę, dzień dobry, chciałabym. No proszę, ale... I tu zaczynają się schody. Średnio kilka do kilkunastu razy na dobę słyszę, że bez sensu, że nie ma szans, że nic z tego. Albo z żalem, albo z pretensjami i dziką furią w głosie, a nawet uśmiechem. Komunikat zawsze jednak brzmi tak samo. I mnie powala, na kolana, na pysk, zbity.
Ja wiem, bez sensu. Bo czy jest sens chodzić za czymś na co szansa jest zerowa, a nawet jeśli uda się to cudem znaleźć, utrzymania i tak nie dostarczy, no i sensu w dalszym ciągu nie przyniesie?
I cóż mi z tego chodzenia przyszło? Tylko kolejne przeziębienie i obtarte stopy.
*
I tak teraz nerw mnie bierze siarczysty od czasu jakiegoś. Od słuchania, narzekania na "wielkie problemy", dzięki którym (gdybym mogła je mieć) mogłabym skakać z radości ku niebu.
I dzień dobry, czy mogę, dzień dobry, chciałabym. No proszę, ale... I tu zaczynają się schody. Średnio kilka do kilkunastu razy na dobę słyszę, że bez sensu, że nie ma szans, że nic z tego. Albo z żalem, albo z pretensjami i dziką furią w głosie, a nawet uśmiechem. Komunikat zawsze jednak brzmi tak samo. I mnie powala, na kolana, na pysk, zbity.
Ja wiem, bez sensu. Bo czy jest sens chodzić za czymś na co szansa jest zerowa, a nawet jeśli uda się to cudem znaleźć, utrzymania i tak nie dostarczy, no i sensu w dalszym ciągu nie przyniesie?
I cóż mi z tego chodzenia przyszło? Tylko kolejne przeziębienie i obtarte stopy.
*
I tak teraz nerw mnie bierze siarczysty od czasu jakiegoś. Od słuchania, narzekania na "wielkie problemy", dzięki którym (gdybym mogła je mieć) mogłabym skakać z radości ku niebu.
sobota, 21 marca 2009
Zakupofobia
Mam mnóstwo starych szmat. Znoszonych lumpów sprzed lat, jeszcze z liceum, czasem nawet z podstawówki. Mam całe naręcza ciuchów z lumpeksów, które kupuje mi matka. Na większość nie mogę patrzeć, tak bardzo jest paskudna. W części wciąż chodzę, pomimo tego, że jest okropna, bo innych nie mam.
Sama nie kupię. Boję się. Przeraża mnie to tak bardzo, że aż paraliżuję. Wchodzę do sklepu, rozglądam się,widzę piękne, kolorowe, modne i eleganckie ciuchy, całą masę, ale nic dla mnie. Wszystko dla zgrabnych, kształtnych osób. Nie koniecznie bardzo szczupłych, ale proporcjonalnych. Wychodzę szybkim krokiem jakbym uciec chciała. A jak zostać muszę dłużej, słabo robi mi się od razu, czuję jak rośnie mi jakaś kula w gardle, zaciskam pięści w kieszeniach i staję gdzieś w kącie, żeby nie przeszkadzać.
Wstydzę się wchodzić do tych wszystkich sklepów w galeriach, a co dopiero oglądać coś i nie daj Bóg przymierzyć. Poza tym kompletnie nie znam się na tym. Do tej pory wszystkie ciuchy dawała mi matka. Ja nie mam pojęcia co jest ładne, co nie, w czym byłoby mi dobrze, w czym nie,coby mi się przydało, a co niekoniecznie.
Przeraża mnie to. Mam dość wyglądu 13-letniej dziewczynki w starych babcinych golfach. Nie ma we mnie nawet grama kobiety, a to przeraża mnie jeszcze mocniej.
W taki o to sposób wczorajsze wyjście do galerii zakończyłam zaryczana pod kołdrą.
Sama nie kupię. Boję się. Przeraża mnie to tak bardzo, że aż paraliżuję. Wchodzę do sklepu, rozglądam się,widzę piękne, kolorowe, modne i eleganckie ciuchy, całą masę, ale nic dla mnie. Wszystko dla zgrabnych, kształtnych osób. Nie koniecznie bardzo szczupłych, ale proporcjonalnych. Wychodzę szybkim krokiem jakbym uciec chciała. A jak zostać muszę dłużej, słabo robi mi się od razu, czuję jak rośnie mi jakaś kula w gardle, zaciskam pięści w kieszeniach i staję gdzieś w kącie, żeby nie przeszkadzać.
Wstydzę się wchodzić do tych wszystkich sklepów w galeriach, a co dopiero oglądać coś i nie daj Bóg przymierzyć. Poza tym kompletnie nie znam się na tym. Do tej pory wszystkie ciuchy dawała mi matka. Ja nie mam pojęcia co jest ładne, co nie, w czym byłoby mi dobrze, w czym nie,coby mi się przydało, a co niekoniecznie.
Przeraża mnie to. Mam dość wyglądu 13-letniej dziewczynki w starych babcinych golfach. Nie ma we mnie nawet grama kobiety, a to przeraża mnie jeszcze mocniej.
W taki o to sposób wczorajsze wyjście do galerii zakończyłam zaryczana pod kołdrą.
czwartek, 5 marca 2009
Teraz będę ta szalona...
Nie znoszę psychiatrów jak żadnej innej specjalności medyków. Nie kwestionuję ich kompetencji, ale wrażliwość owszem. Miałam kiedyś do czynienia z jedną panią psychiatrą wbrew mojej woli.
Parę lat temu kiedy sytuacja w domu, z matką skumulowała się we mnie do tego stopnia, że złość i niemoc sprawiła, że zaczęłam intensywniej niż zwykle płakać, krzyczeć, tłumaczyć żeby tylko nagle coś odmienić. Żeby wreszcie móc. I kiedy moje działania nie przynosiły efektów, a moja rodzicielka jeszcze intensywniej dawała się mi we znaki, krzyczałam i płakała jeszcze silniej, z tej niemocy, z bezradności i chaosu. Wtedy to właśnie moja kochająca rodzicielka stwierdziła, że oszalałam, że mam depresję, nerwicę, schizofrenię i wszystko co tylko podręcznik psychiatryczny przewiduje w ramach pojęć chorobowych. Pewnego dnia matka stwierdziła, że jedziemy do psychologa. Po czym okazało się, że pani jest psychiatrą.
Owszem, byłam zła, ale kto by nie był? Tłumaczyłam zapłakana, że to nie tak, że matka. Że leki nic nie dadzą, bo tu nie od objawów trzeba zacząć, ale od źródła – przyczyny, bo póki z tym się porządku nie zrobi objawy będą wracać. Tłumaczyłam długo i wnikliwie. Po czy pani psychiatra odezwała się tylko – "dobrze, wypiszę skierowanie do szpitala". W tym momencie nie wiedziałam co mam powiedzieć, czy mam płakać, tłumaczyć, czy uciekać? Pani żadnego z moich słów nie wzięła poważnie, zgodnie z zasadą, że "żaden wariat nigdy nie przyzna się, że jest szalony". Widziała cierpiącą matkę, która przyprowadziła dziecko do lekarza – "bo ona płacze, śpi, nic nie robi, sensu nie widzi, sensu..." (A jak ma widzieć skoro zaraz po wyjściu zostanie wyzwana od kurew, szmat i zrównana z ziemią?) i widziała córkę – mnie, wariatkę, która z szaleństwem w oczach przekonuje, wyjaśnia i tłumaczy, że to nie tak, że nie jej wina, że nie boi się czarnej dziury, ale realnej postaci, z którą musi żyć. Stereotypowo, więc zrobiła swoje.
Matka na szpital się nie zgodziła, lekarka wypisała, więc recepty. Stwierdziłam, że skoro nie mogę wziąć tych pigułek wszystkich na raz, to nie będę brała ich wcale, bo nie są mi potrzebne. Wzięłam może 3, 4 sztuki i resztę wyrzucałam. Po jakimś miesiącu czy dwóch poszłam z matką na kontrolę.
A pragnę nadmienić, że w tym samym czasie zaczęliśmy chodzić do psychologa rodzinnego. Później ja tę terapię przerwałam, po tym jak pani psycholog powiedziała mi, że póki mieszkam w domu nic nie mogę zmienić. Stwierdziłam wtedy, że w takim razie po co mam do niej chodzić? Żeby się zwierzać? Dziękuję, mam od tego przyjaciółkę, pamiętnik. Ale istotne to jest o tyle, że obie panie przyjmowały w tej samej przychodni, więc pani psychiatra zaczerpnęła informacji od psycholożki.
Przy kontroli pani psychiatra zaczęła – "faktycznie, to nie jest tak, bo ja rozmawiałam z psychologiem i już wiem, rozumiem". Nie było mi przez to lżej, bo jakiś czas temu mówiłam to sama i nikt nie brał mnie poważnie. Potem spytała mnie jak się czuję. Jak powiedziałam, że dobrze stwierdziła, że może "zwiększymy dawki leków". Po tym wszystkim ręce opały mi do samej ziemi. Spytałam jej, po co mam te leki przyjmować , jeśli mówię i tym razem również pani widzi, że czuję się i wyglądam dobrze? Odpowiedziała tylko, że mogę przestać je przyjmować. Ręce opadły mi jeszcze niżej i więcej do niej nie pozwoliłam się zaprowadzić.
Podczas tamtej pierwszej wizyty pierwszy raz w życiu zostałam potraktowana całkowicie jak zwierzę. Nie miałam jak bronić się. Język, konwersacja, dyskusja, logiczne, abstrakcyjne myślenie, która jest domeną ludzi zostało u mnie uznane za zaburzone, zafałszowane. Nie mogłam nawet płakać z tej złości, z bezsilności, bo paradoksalnie naturalny odruch stałby się kolejnym dowodem na moje szaleństwo. I myślę teraz jak muszą czuć się ci, którzy spędzają tygodnie, miesiące czy lata w szpitalach? I ile jest w nich szaleństwa tak naprawdę, a ile to tylko wizja lekarzy, efekt przyjmowanych leków? Co muszą czuć i czy te wszystkie uczucia naprawdę nie mają realnego wytłumaczenia? Czy może po prostu u niektórych zaczyna się niewinnie, choćby jak u mnie, ale nie ma osoby trzeciej, której się uwierzy?
Czasami myślę sobie, że chciałam stać się szalona, tak naprawdę. Na jeden dzień. Tylko na jeden, żeby zrozumieć.
Parę lat temu kiedy sytuacja w domu, z matką skumulowała się we mnie do tego stopnia, że złość i niemoc sprawiła, że zaczęłam intensywniej niż zwykle płakać, krzyczeć, tłumaczyć żeby tylko nagle coś odmienić. Żeby wreszcie móc. I kiedy moje działania nie przynosiły efektów, a moja rodzicielka jeszcze intensywniej dawała się mi we znaki, krzyczałam i płakała jeszcze silniej, z tej niemocy, z bezradności i chaosu. Wtedy to właśnie moja kochająca rodzicielka stwierdziła, że oszalałam, że mam depresję, nerwicę, schizofrenię i wszystko co tylko podręcznik psychiatryczny przewiduje w ramach pojęć chorobowych. Pewnego dnia matka stwierdziła, że jedziemy do psychologa. Po czym okazało się, że pani jest psychiatrą.
Owszem, byłam zła, ale kto by nie był? Tłumaczyłam zapłakana, że to nie tak, że matka. Że leki nic nie dadzą, bo tu nie od objawów trzeba zacząć, ale od źródła – przyczyny, bo póki z tym się porządku nie zrobi objawy będą wracać. Tłumaczyłam długo i wnikliwie. Po czy pani psychiatra odezwała się tylko – "dobrze, wypiszę skierowanie do szpitala". W tym momencie nie wiedziałam co mam powiedzieć, czy mam płakać, tłumaczyć, czy uciekać? Pani żadnego z moich słów nie wzięła poważnie, zgodnie z zasadą, że "żaden wariat nigdy nie przyzna się, że jest szalony". Widziała cierpiącą matkę, która przyprowadziła dziecko do lekarza – "bo ona płacze, śpi, nic nie robi, sensu nie widzi, sensu..." (A jak ma widzieć skoro zaraz po wyjściu zostanie wyzwana od kurew, szmat i zrównana z ziemią?) i widziała córkę – mnie, wariatkę, która z szaleństwem w oczach przekonuje, wyjaśnia i tłumaczy, że to nie tak, że nie jej wina, że nie boi się czarnej dziury, ale realnej postaci, z którą musi żyć. Stereotypowo, więc zrobiła swoje.
Matka na szpital się nie zgodziła, lekarka wypisała, więc recepty. Stwierdziłam, że skoro nie mogę wziąć tych pigułek wszystkich na raz, to nie będę brała ich wcale, bo nie są mi potrzebne. Wzięłam może 3, 4 sztuki i resztę wyrzucałam. Po jakimś miesiącu czy dwóch poszłam z matką na kontrolę.
A pragnę nadmienić, że w tym samym czasie zaczęliśmy chodzić do psychologa rodzinnego. Później ja tę terapię przerwałam, po tym jak pani psycholog powiedziała mi, że póki mieszkam w domu nic nie mogę zmienić. Stwierdziłam wtedy, że w takim razie po co mam do niej chodzić? Żeby się zwierzać? Dziękuję, mam od tego przyjaciółkę, pamiętnik. Ale istotne to jest o tyle, że obie panie przyjmowały w tej samej przychodni, więc pani psychiatra zaczerpnęła informacji od psycholożki.
Przy kontroli pani psychiatra zaczęła – "faktycznie, to nie jest tak, bo ja rozmawiałam z psychologiem i już wiem, rozumiem". Nie było mi przez to lżej, bo jakiś czas temu mówiłam to sama i nikt nie brał mnie poważnie. Potem spytała mnie jak się czuję. Jak powiedziałam, że dobrze stwierdziła, że może "zwiększymy dawki leków". Po tym wszystkim ręce opały mi do samej ziemi. Spytałam jej, po co mam te leki przyjmować , jeśli mówię i tym razem również pani widzi, że czuję się i wyglądam dobrze? Odpowiedziała tylko, że mogę przestać je przyjmować. Ręce opadły mi jeszcze niżej i więcej do niej nie pozwoliłam się zaprowadzić.
Podczas tamtej pierwszej wizyty pierwszy raz w życiu zostałam potraktowana całkowicie jak zwierzę. Nie miałam jak bronić się. Język, konwersacja, dyskusja, logiczne, abstrakcyjne myślenie, która jest domeną ludzi zostało u mnie uznane za zaburzone, zafałszowane. Nie mogłam nawet płakać z tej złości, z bezsilności, bo paradoksalnie naturalny odruch stałby się kolejnym dowodem na moje szaleństwo. I myślę teraz jak muszą czuć się ci, którzy spędzają tygodnie, miesiące czy lata w szpitalach? I ile jest w nich szaleństwa tak naprawdę, a ile to tylko wizja lekarzy, efekt przyjmowanych leków? Co muszą czuć i czy te wszystkie uczucia naprawdę nie mają realnego wytłumaczenia? Czy może po prostu u niektórych zaczyna się niewinnie, choćby jak u mnie, ale nie ma osoby trzeciej, której się uwierzy?
Czasami myślę sobie, że chciałam stać się szalona, tak naprawdę. Na jeden dzień. Tylko na jeden, żeby zrozumieć.
środa, 25 lutego 2009
W świecie niby-niby
Może jestem, a może mi się tylko wydaje. Może mam dwie nogi, dwie ręce, głowę, a może tylko wielką kulę na włosy. Może mam cele, a może tylko marzenia. Może spokojem jestem, ciszą ukojenia, a może w szaleństwie świat chcę zmieniać. Może serce mam, albo tylko mięsień tłoczenia.
Jestem coraz bardziej daleka. Nie sięgasz. Nie obejmujesz. To nic, nie szkodzi. Wszystko rozumiem.
Czasami leżę, myśli zbieram, balansuję. Próbuję się określać, nazywać te wszystkie stany, a potem już nie ogarniam, nie jestem w stanie zrozumieć. Kim jestem, czego pragnę, jak jest, jak być powinno i jak się z tym czuję...
W tym świecie zaklętym dzień zamienia się w noc nagle, potem przychodzą chmury i poranek rośnie we mnie jak bańka mydlana, żeby zaraz potem pęknąć. Tu wszystko się zmienia, marnieje. Rośnie, puchnie, pęka i znów pęcznieje. Tu wszystko jest bez sensu, bez znaczenia.
Nie oczekuję już od nikogo zrozumienia, tylko spokoju. Bo tylko pstryk i.
Jestem coraz bardziej daleka. Nie sięgasz. Nie obejmujesz. To nic, nie szkodzi. Wszystko rozumiem.
Czasami leżę, myśli zbieram, balansuję. Próbuję się określać, nazywać te wszystkie stany, a potem już nie ogarniam, nie jestem w stanie zrozumieć. Kim jestem, czego pragnę, jak jest, jak być powinno i jak się z tym czuję...
W tym świecie zaklętym dzień zamienia się w noc nagle, potem przychodzą chmury i poranek rośnie we mnie jak bańka mydlana, żeby zaraz potem pęknąć. Tu wszystko się zmienia, marnieje. Rośnie, puchnie, pęka i znów pęcznieje. Tu wszystko jest bez sensu, bez znaczenia.
Nie oczekuję już od nikogo zrozumienia, tylko spokoju. Bo tylko pstryk i.
♪♪ Piotr Rogucki - A my.mp3
piątek, 13 lutego 2009
Rodzina, ach, rodzina...
U potencjalnej przyszłej teściowej byłam. Po pół roku nieobecności, bo odległość dzieląca jest dość kłopotliwa. Pojechałam z Miłym. Przez pół Polski, przez sześć godzin w pociągu. Przez krótkie trzy dni. Zdecydowanie zbyt wąskie i ciasne w moim rozwklekłym życiorysie.
Często żartuję, że Miły będzie miał teściową jak z dowcipów, ja zupełnie odwrotnie. I coś w tym jest.
Pani A. jest supermamą. Taką, która robi dzieciom codzienne obiadki, szykuje śniadania do pracy albo synkowi, który odwiedził dom po miesięcznej nieobecności. Pierze, sprząta, robi zakupy dla siebie i innych, zajmie się wnuczką i nigdy nie powie, że nie ma czasu, że jej sie nie chce, że to nie w jej obowiązku. Jest czuła, serdeczna. Już przy pierwszej wizycie wyściskała mnie jak swoją. Nigdy nie czułam się tam jak obca, jak gość przy, którym napinają się wszyscy członkowie rodziny byle tylko ukryć swoje mroczne sekrety i zdystansować do zaistniałej sytuacji. Zupełnie inaczej niż nauczyno mnie w domu, zupełnie inaczej niż moje wyobrażenia o takich sytuacjach. Nigdy nie odmawia pomocy. Jest ciepła.
I przyznam, że mnie to onieśmiela. Stawia w sytuacji, w której nie wiem jak zareagować. Usztywnia ciało, wyostrza zmysły. Słyszę wtedy w głowie wszystkie "nauki" mojej mamy i kręcę się w tym chaosie sprzeczności.
Odwiedziliśmy również brata Miłego z rodzinką. Spotkanie jego bratanicy miło zaskoczyło mnie. Nie dość, że mała poznała mnie po tak długiej nieobecności, to jeszcze garnęła się do mnie pomimo tego, że wcześniej raczej wstydziła się, choć jeździłam tam dość regularnie. Urzekło mnie pchanie się na moje kolanka, chęć rozmowy, zabaw, a nawet naburmuszenie po tym jak dowiedziała się, że musimy już iść.
Zachwyt siedział we mnie parę kolejnych dni, a nawet teraz wspominam to z jakimś rozrzewnieniem. Nieśmiało śmiem stwierdzić, że chyba budzą się we mnie jakieś instynty, których do tej pory nie znałam. Zupełnie do mnie niepasujące, bo lustro mówi wciąż "dziewczynko", a wnętrze wyobraża już sobie podgrzewane mleczka, pieluchy i tę słodką bezradność. Takie instynkty zupełnie niepotrzebne, nie na miejscu i nie pasujące do mnie...
Często żartuję, że Miły będzie miał teściową jak z dowcipów, ja zupełnie odwrotnie. I coś w tym jest.
Pani A. jest supermamą. Taką, która robi dzieciom codzienne obiadki, szykuje śniadania do pracy albo synkowi, który odwiedził dom po miesięcznej nieobecności. Pierze, sprząta, robi zakupy dla siebie i innych, zajmie się wnuczką i nigdy nie powie, że nie ma czasu, że jej sie nie chce, że to nie w jej obowiązku. Jest czuła, serdeczna. Już przy pierwszej wizycie wyściskała mnie jak swoją. Nigdy nie czułam się tam jak obca, jak gość przy, którym napinają się wszyscy członkowie rodziny byle tylko ukryć swoje mroczne sekrety i zdystansować do zaistniałej sytuacji. Zupełnie inaczej niż nauczyno mnie w domu, zupełnie inaczej niż moje wyobrażenia o takich sytuacjach. Nigdy nie odmawia pomocy. Jest ciepła.
I przyznam, że mnie to onieśmiela. Stawia w sytuacji, w której nie wiem jak zareagować. Usztywnia ciało, wyostrza zmysły. Słyszę wtedy w głowie wszystkie "nauki" mojej mamy i kręcę się w tym chaosie sprzeczności.
Odwiedziliśmy również brata Miłego z rodzinką. Spotkanie jego bratanicy miło zaskoczyło mnie. Nie dość, że mała poznała mnie po tak długiej nieobecności, to jeszcze garnęła się do mnie pomimo tego, że wcześniej raczej wstydziła się, choć jeździłam tam dość regularnie. Urzekło mnie pchanie się na moje kolanka, chęć rozmowy, zabaw, a nawet naburmuszenie po tym jak dowiedziała się, że musimy już iść.
Zachwyt siedział we mnie parę kolejnych dni, a nawet teraz wspominam to z jakimś rozrzewnieniem. Nieśmiało śmiem stwierdzić, że chyba budzą się we mnie jakieś instynty, których do tej pory nie znałam. Zupełnie do mnie niepasujące, bo lustro mówi wciąż "dziewczynko", a wnętrze wyobraża już sobie podgrzewane mleczka, pieluchy i tę słodką bezradność. Takie instynkty zupełnie niepotrzebne, nie na miejscu i nie pasujące do mnie...
niedziela, 25 stycznia 2009
Grypowy szpital domowy
Zaczęło się. Fachowcy alarmują o epidemiach grypy, a my już mamy szpital domowy. Wszystkie trzy ledwo żywe. Kaszlemy na trzy głosy. Za każdym razem mam wrażenie, że rozerwie mi klatkę piersiową i okolice żołądka. Jest mokro, jest gorąco, jest zimno. A nasze temperatury razem wzięte byłby w stanie zagotować wodę na herbatkę. Czuję się tak jakby ktoś mnie połamał i próbował poskręcać na śruby, albo pozbijać gwoźdźmi.
Mam w sobie jakieś Gripexy, Fervexy, witaminki C, wapna, syropki czy inne cuda na kijach. Miły przyniósł witaminki w postaci owoców, soczku i rozpuszczalnych kapsułek, pączusia i dużo miłości. I za prawdę powiadam wam, jeszcze zdrowym - nie da się nie dać grypie, jak weźmie to znienacka i po całości. I szans nie macie zjadacze chleba i kartofli.
A tymczasem idę grzać kości pod kołdrą.
Mam w sobie jakieś Gripexy, Fervexy, witaminki C, wapna, syropki czy inne cuda na kijach. Miły przyniósł witaminki w postaci owoców, soczku i rozpuszczalnych kapsułek, pączusia i dużo miłości. I za prawdę powiadam wam, jeszcze zdrowym - nie da się nie dać grypie, jak weźmie to znienacka i po całości. I szans nie macie zjadacze chleba i kartofli.
A tymczasem idę grzać kości pod kołdrą.
niedziela, 18 stycznia 2009
Naiwni poszukiwani
To chyba jest jakaś plaga. Już zdążyłam pogodzić się z tym, że oszukuje i manipuluje się klientów.Ale żeby przyszłych, ewentualnych pracowników? Po co, dlaczego? Teraz już wiem,a mianowicie choćby po to żeby nieświadome gąski przyszły do roboty, której nikt nie chce. I żeby interes się kręcił.
Pierwsze doświadczenie z taką firmą-kantem miał miły mój.Ogłoszenie w gazecie nie mówiło wiele. Miała to być obsługa klienta. Przez telefon mężczyzna poinformował, że firma jest konkurencją dla TP SA. W internecie kompletnie nic nie można było znaleźć na ich temat. Miły poszedł na spotkanie do firmy położonej gdzieś przy granicach miasta. Nie wyglądało to za ciekawie, mała informacja na drzwiach o mieszczącej się na piętrze firmie, wewnątrz czerwone ścinany. Kto tam przychodzi żeby go obsługiwać, jacy klienci? Rozmowa była dość krótka, szef, który ją przeprowadzał rzeczowy żeby nie powiedzieć arogancki. Efektem tego miły miał się zgłosić następnego dnia na dzień próbny. W koszuli, pod krawatem.
Następnego dnia na miejscu poza miłym było już kilkoro innych osób. Szef wyszedł do nich i oznajmił, że nie może uczestniczyć w dniu szkoleniowym, bo musi jechać do lekarza. Ktoś inny miał się nimi zająć.Czekając na korytarzu zauważyli, że coś dziwnego dzieje się dookoła. Pracownicy kręcą się po korytarzu i zbierają w jednym pokoju. Gdzieś tam słychać głośną muzykę, która zagłusza dźwięki z pokoju, ale na szczęście nie do tego stopnia żeby nic nie móc usłyszeć. Z jednego z pokoi słychać było jakieś głośne wykrzykiwania i brawa, okazało się, że pracownicy nawzajem wykrzykiwali sobie hasła: "Jesteś najlepszy! Jestem najlepszy! Jesteśmy najlepsi!" i wzajemnie bili sobie brawa. Jak w jakiejś sekcie. Potem jakaś kobieta zapraszała ich kolejno do pokoju. A w pokoju od jednej z szefowych dowiadywali się, że jadą na szkolenie a zajmie się nimi jej najlepsza pracownica (jak wszystkie z resztą),po czym kobiety z impetem przybijały sobie "piątkę", aż słychać było głośne mlaśnięcie.
Dojazd na miejsce szkolenia odbył się autobusem miejskim. Pani, która miała zająć się ludźmi podczas szkolenia oznajmiła, że ona biletu nie kasuje, "bo my wszyscy nie płacimy". Miły zrezygnował, wysiadł na trasie. A jeszcze przed wyjściem kobieta nakłaniała go do zostania. Ale to jeszcze bardziej utwierdziło go w przekonaniu, że coś jest nie tak. Który pracodawca nakłania do pracy? Nie chcesz, to nie, na Twoje miejsce jest pięciu innych.
Później przeszukaliśmy znów internet. W końcu udało nam się znaleźć informację o tym, że firma ta zmieniła nazwę jakiś czas temu. I wtedy można było zaszaleć. Na temat starej nazwy od wiadomości w sieci aż roiło się. Firma faktycznie zajmowała się kontaktem z klientem, ale zapomniała wspomnieć, że w ich domach prywatnych.Chodziło oczywiście o akwizycję.
Ostatnio ja miałam okazję natknąć się na taką "uroczą firmę", ale już z innej branży. Jakiś czas temu, z ciekawości przeglądałam ogłoszenia w sieci. Znalazłam jedno dotyczące pracy biurowej, dla ambitnych, chcących rozwijać się studentów. Żadnych informacji co do obowiązków, żadnych konkretnych wymagań poza znajomością obsługi komputera, chęcią pracy,umiejętnością jej organizacji... Takie ogólniki, które jest w stanie napisać osobie każdy. Nie znałam nazwy firmy i zupełnie zapomniałam żeby sprawdzić czym się zajmuje. Pani zadzwoniła w czwartek, pyta mi się czy wiem czym się zajmuje firma, mówię, że nie. I tutaj domyślam się zaczęła mi opowiadać o firmie, ale kompletnie nic niemożna było zrozumieć z tego co mówi. Poprosiłam żeby mówiła wolniej i wyraźniej, bo nic nie rozumiem. Potem tylko usłyszałam coś o negocjacjach telefonicznych i mnie rozłączyło. Zadzwoniłam tam. Za pierwszym razem nikt nie odbierał, za drugim zgłosiła się kobieta. Przełączyła mnie do odpowiedniej osoby i mówię jej, że dzwoniła w sprawie pracy i rozłączyło nas.Babka sprawdziła moje dokumenty i znów pyta czy wiem czym się zajmuje firma, mówię jej, że już mówiłam, że nie. A kobita zarzucą tą samą gadką, jak nakręcona.Oczywiście ponownie nic nie rozumiem. Słyszę tylko końcówkę, że to negocjacje telefoniczne i call center. Pyta mi się, że widzę się w tej pracy. A skąd ja mam wiedzieć skoro pojęcia nie mam na czym praca polega?! W końcu umówiła się zemną na rozmowę następnego dnia.
Wieczorem stwierdziłam, że trzeba sprawdzić co to za firma, bo aż wstyd nie wiedzieć.Okazało się, że to firma windykacyjna. I ta również jest świeżo po zmianie nazwy. Na forach dyskusyjnych od osób, do których dzwoniono stamtąd można było się dowiedzieć jak wyglądają te negocjacje telefoniczne. Obrażanie, poniżanie,szykanowanie, zastraszanie i chamstwo wobec klientów są na porządku dziennym.
Na spotkanie nie poszłam.
W dużych miastach jest wiele firm, które zrobią wszystko żeby znaleźć parę naiwnych rączek do roboty.Czasami nawet w miarę dobrze zapłacą, ale to co trzeba robić żeby na to zarobić niejednokrotnie nie warte jest zachodu. Bo kto dziś z "polską gościnnością" i polotem przyjmie akwizytora w progu? Albo w jakim cywilizowanym kraju praca polega na obrażaniu i szantażowaniu klientów?
PS. Na triumfalny sukces w konkursie na Bloga Roku szans już nie mam, ale do głosowania zachęcam jakby cóś.
Pierwsze doświadczenie z taką firmą-kantem miał miły mój.Ogłoszenie w gazecie nie mówiło wiele. Miała to być obsługa klienta. Przez telefon mężczyzna poinformował, że firma jest konkurencją dla TP SA. W internecie kompletnie nic nie można było znaleźć na ich temat. Miły poszedł na spotkanie do firmy położonej gdzieś przy granicach miasta. Nie wyglądało to za ciekawie, mała informacja na drzwiach o mieszczącej się na piętrze firmie, wewnątrz czerwone ścinany. Kto tam przychodzi żeby go obsługiwać, jacy klienci? Rozmowa była dość krótka, szef, który ją przeprowadzał rzeczowy żeby nie powiedzieć arogancki. Efektem tego miły miał się zgłosić następnego dnia na dzień próbny. W koszuli, pod krawatem.
Następnego dnia na miejscu poza miłym było już kilkoro innych osób. Szef wyszedł do nich i oznajmił, że nie może uczestniczyć w dniu szkoleniowym, bo musi jechać do lekarza. Ktoś inny miał się nimi zająć.Czekając na korytarzu zauważyli, że coś dziwnego dzieje się dookoła. Pracownicy kręcą się po korytarzu i zbierają w jednym pokoju. Gdzieś tam słychać głośną muzykę, która zagłusza dźwięki z pokoju, ale na szczęście nie do tego stopnia żeby nic nie móc usłyszeć. Z jednego z pokoi słychać było jakieś głośne wykrzykiwania i brawa, okazało się, że pracownicy nawzajem wykrzykiwali sobie hasła: "Jesteś najlepszy! Jestem najlepszy! Jesteśmy najlepsi!" i wzajemnie bili sobie brawa. Jak w jakiejś sekcie. Potem jakaś kobieta zapraszała ich kolejno do pokoju. A w pokoju od jednej z szefowych dowiadywali się, że jadą na szkolenie a zajmie się nimi jej najlepsza pracownica (jak wszystkie z resztą),po czym kobiety z impetem przybijały sobie "piątkę", aż słychać było głośne mlaśnięcie.
Dojazd na miejsce szkolenia odbył się autobusem miejskim. Pani, która miała zająć się ludźmi podczas szkolenia oznajmiła, że ona biletu nie kasuje, "bo my wszyscy nie płacimy". Miły zrezygnował, wysiadł na trasie. A jeszcze przed wyjściem kobieta nakłaniała go do zostania. Ale to jeszcze bardziej utwierdziło go w przekonaniu, że coś jest nie tak. Który pracodawca nakłania do pracy? Nie chcesz, to nie, na Twoje miejsce jest pięciu innych.
Później przeszukaliśmy znów internet. W końcu udało nam się znaleźć informację o tym, że firma ta zmieniła nazwę jakiś czas temu. I wtedy można było zaszaleć. Na temat starej nazwy od wiadomości w sieci aż roiło się. Firma faktycznie zajmowała się kontaktem z klientem, ale zapomniała wspomnieć, że w ich domach prywatnych.Chodziło oczywiście o akwizycję.
Ostatnio ja miałam okazję natknąć się na taką "uroczą firmę", ale już z innej branży. Jakiś czas temu, z ciekawości przeglądałam ogłoszenia w sieci. Znalazłam jedno dotyczące pracy biurowej, dla ambitnych, chcących rozwijać się studentów. Żadnych informacji co do obowiązków, żadnych konkretnych wymagań poza znajomością obsługi komputera, chęcią pracy,umiejętnością jej organizacji... Takie ogólniki, które jest w stanie napisać osobie każdy. Nie znałam nazwy firmy i zupełnie zapomniałam żeby sprawdzić czym się zajmuje. Pani zadzwoniła w czwartek, pyta mi się czy wiem czym się zajmuje firma, mówię, że nie. I tutaj domyślam się zaczęła mi opowiadać o firmie, ale kompletnie nic niemożna było zrozumieć z tego co mówi. Poprosiłam żeby mówiła wolniej i wyraźniej, bo nic nie rozumiem. Potem tylko usłyszałam coś o negocjacjach telefonicznych i mnie rozłączyło. Zadzwoniłam tam. Za pierwszym razem nikt nie odbierał, za drugim zgłosiła się kobieta. Przełączyła mnie do odpowiedniej osoby i mówię jej, że dzwoniła w sprawie pracy i rozłączyło nas.Babka sprawdziła moje dokumenty i znów pyta czy wiem czym się zajmuje firma, mówię jej, że już mówiłam, że nie. A kobita zarzucą tą samą gadką, jak nakręcona.Oczywiście ponownie nic nie rozumiem. Słyszę tylko końcówkę, że to negocjacje telefoniczne i call center. Pyta mi się, że widzę się w tej pracy. A skąd ja mam wiedzieć skoro pojęcia nie mam na czym praca polega?! W końcu umówiła się zemną na rozmowę następnego dnia.
Wieczorem stwierdziłam, że trzeba sprawdzić co to za firma, bo aż wstyd nie wiedzieć.Okazało się, że to firma windykacyjna. I ta również jest świeżo po zmianie nazwy. Na forach dyskusyjnych od osób, do których dzwoniono stamtąd można było się dowiedzieć jak wyglądają te negocjacje telefoniczne. Obrażanie, poniżanie,szykanowanie, zastraszanie i chamstwo wobec klientów są na porządku dziennym.
Na spotkanie nie poszłam.
W dużych miastach jest wiele firm, które zrobią wszystko żeby znaleźć parę naiwnych rączek do roboty.Czasami nawet w miarę dobrze zapłacą, ale to co trzeba robić żeby na to zarobić niejednokrotnie nie warte jest zachodu. Bo kto dziś z "polską gościnnością" i polotem przyjmie akwizytora w progu? Albo w jakim cywilizowanym kraju praca polega na obrażaniu i szantażowaniu klientów?
PS. Na triumfalny sukces w konkursie na Bloga Roku szans już nie mam, ale do głosowania zachęcam jakby cóś.
poniedziałek, 12 stycznia 2009
A może ja jestem opowieść zmęczonych ust...
Czytam siebie sprzed roku i jest inaczej. Bardziej w przestrzeni własnej. Wyraźniej. Częściej mówię tu niż tam. I jakoś mocniej stąpam po ulicach. Powietrze też już nie takie gęste. Bardziej unosi niż przygniata.
Choć włosy wciąż rozczochrane. Fryzura szybko traci blask. I nic nie pomaga. Czesanie, układanie, modelowanie. Taka karma. W chaosie trwać. W przestrzeni wewnętrznie nierzeczywistej.
Miejsce w szeregu wciąż mam stałe. W rogu, pod ścianą. Czuję to każdą porą swojej skóry, z każdym wyciśniętym wągrem, każdym pieczeniem i zaczerwienieniem.
Wciąż nieidealnie. Wewnętrznie nieswojo. Sama się w sobie ściskam i ugniatam. Ciągle rozedrgana, z oddechem pełnym krzyku i niepewności. Bo wciąż wciskam się w siebie jak w za ciasny sweter.
Cieplej, czulej jest w tym moim spokojnym zagubieniu. Tak jak teraz, przez śnieg, we dwoje. Chodzić, ślady po sobie zostawiać. Już te ulice są nasze i żadna przyszłość nic tu nie zmieni.
Być częścią, kawałkiem całości, który ciągle dąży, ciągle zmierza. I się dwoi. I się uskutecznia. Zupełnie inaczej niż być wiecznym czekaniem. Zupełnie inaczej niż bawić się w znikanie. Można się ogrzać, otulić tym spojrzeniem, dotykiem czułym jak noc. I nie wyobrażać sobie, odczuwać. Przeżywać. Nazywać.
Choć włosy wciąż rozczochrane. Fryzura szybko traci blask. I nic nie pomaga. Czesanie, układanie, modelowanie. Taka karma. W chaosie trwać. W przestrzeni wewnętrznie nierzeczywistej.
Miejsce w szeregu wciąż mam stałe. W rogu, pod ścianą. Czuję to każdą porą swojej skóry, z każdym wyciśniętym wągrem, każdym pieczeniem i zaczerwienieniem.
Wciąż nieidealnie. Wewnętrznie nieswojo. Sama się w sobie ściskam i ugniatam. Ciągle rozedrgana, z oddechem pełnym krzyku i niepewności. Bo wciąż wciskam się w siebie jak w za ciasny sweter.
Cieplej, czulej jest w tym moim spokojnym zagubieniu. Tak jak teraz, przez śnieg, we dwoje. Chodzić, ślady po sobie zostawiać. Już te ulice są nasze i żadna przyszłość nic tu nie zmieni.
Być częścią, kawałkiem całości, który ciągle dąży, ciągle zmierza. I się dwoi. I się uskutecznia. Zupełnie inaczej niż być wiecznym czekaniem. Zupełnie inaczej niż bawić się w znikanie. Można się ogrzać, otulić tym spojrzeniem, dotykiem czułym jak noc. I nie wyobrażać sobie, odczuwać. Przeżywać. Nazywać.
sobota, 3 stycznia 2009
W rozmiarze X
Jako, że styczeń to czas zaliczeń i wyprzedaży trzeba go jakoś dobrze rozporządzić. Za prace zaliczeniowe póki co zabrać się nie można, bo nóż jeszcze nie przy samym gardle, więc pozostają wyprzedaże.
Najpierw kino i film, potem zakupy. Teraz dopiero rozumiem błąd tej strategii.
Wybór padł na spodnie. Trzeba mi dżinsów porządnych. A zadanie to jest dla mnie o tyle trudne, że nigdy w życiu nie kupowałam sobie sama spodni i zwyczajnie nie umiem tego robić. Nie wiem jaki kształt najlepszy, jaki najgorszy, w czym byłoby mi akurat, a w czym wstyd się pokazać. Jeden jedyny raz miałam je kupowane nowe w sklepie. Wszystkie spodnie mam z lumpeksów i oczywiście kupowane przez rodzicielkę, bo ona wie najlepiej. Pewnie dlatego zazwyczaj są albo za ciasne, za luźne,bezkształtne czy workowate... Mama zwykła iść na ilość, a nie na jakość.
Jako, że nie bardzo pasuje mi imidż "nastoletniego babochłopa", chciałam nadać mu kształt pasujący do mojego wieku i płci, bo taką wbrew pozorom posiadam. Tym razem sama z pomocą Miłego.Zadanie to trudne dość, bo mój brak umiejętności zakupów ciuchowych i jego zachwalanie mnie w prawie wszystkim co na siebie włożę nie pomaga. Nie żebym narzekała, miło, ale tak się składa, że oprócz niego oglądać mnie w tym będzie pare tysięcy ludzi i wypadałoby żeby te tysiące wyszły z tego bez szwanku.
Sklep numer jeden sfrustrował mnie najbardziej.Rozmiaru na mnie nie ma, zwyczajnie nie istnieje. W największy dopiąć się nie mogę, choć nogawki powiewają jak flagi na maszcie. Pani uprzejmie acz z politowanie spojrzała i powiedziała – "większych nie mamy". Cudnie. Jestem pozawymiarowa. Poza normę. Za komuny byłby to powód do orderu, dziś już nie.
Potem było całkiem podobnie. Jeśli udało mi się znaleźć coś w czym mogłam się dopiąć to z reguły nogawki były tak długie jak rury kanalizacyjne. A jeśli spodnie przy okazji miały jakiś kształt, formę, to można było o nim zapomnieć w potoku załamków, zagięć powstałych od usilnego podciągania ich i przydeptywania stopami. A żeby było zabawniej najkrótsze z dostępnym modelów często i tak były sporo za długie.Skracanie w takim nie wchodzi w rachubę, bo ewentualne cieniowania,gniecenia czy inne duperele, które powinny być w okolicy ud, u mnie kończą się np. na łydkach, a z kolei uda, które powinny być elegancko dopasowane wyglądają jak spodnie robotnika budowlanego.
Tym oto sposobem dowiedziałam się, że dla osób mojego wyglądu miejsca w świecie nowoczesnych i kolorowych galerii handlowych nie ma. Że tacy jak ja zwyczajnie nie istnieją. Tam chodzą tylko piękni, bogaci o figurach supermodelek, bo tylko tacy mają prawo do modnego ubioru, a reszta niech chowa się pod bezkształtnymi, "babciowatymi" łachami.Panie ekspedientki mają tyle w pasie co ja w jednym udzie. A wcale nie są to jakieś słoniowe wielkości.
A żeby nie pozostawić niedopowiedzenia w tym wszystkim wspomnę tylko, że figury idealnej owszem, nie mam. Ale z drugiej strony jakimś karakanem też nie jestem,bo te standardowe 1,63cm znad poziomu morza wystaje. Do ideału mi trochę brakuje, albo raczej jest parę kilo za dużo, choć pomimo to BMI wciąż w normie. A wyszło na to, że jestem jakimś otyłym krasnalem i najlepiej jak będę zakładała tylko dresy albo najlepiej od razu worek pokutny.
Najpierw kino i film, potem zakupy. Teraz dopiero rozumiem błąd tej strategii.
Wybór padł na spodnie. Trzeba mi dżinsów porządnych. A zadanie to jest dla mnie o tyle trudne, że nigdy w życiu nie kupowałam sobie sama spodni i zwyczajnie nie umiem tego robić. Nie wiem jaki kształt najlepszy, jaki najgorszy, w czym byłoby mi akurat, a w czym wstyd się pokazać. Jeden jedyny raz miałam je kupowane nowe w sklepie. Wszystkie spodnie mam z lumpeksów i oczywiście kupowane przez rodzicielkę, bo ona wie najlepiej. Pewnie dlatego zazwyczaj są albo za ciasne, za luźne,bezkształtne czy workowate... Mama zwykła iść na ilość, a nie na jakość.
Jako, że nie bardzo pasuje mi imidż "nastoletniego babochłopa", chciałam nadać mu kształt pasujący do mojego wieku i płci, bo taką wbrew pozorom posiadam. Tym razem sama z pomocą Miłego.Zadanie to trudne dość, bo mój brak umiejętności zakupów ciuchowych i jego zachwalanie mnie w prawie wszystkim co na siebie włożę nie pomaga. Nie żebym narzekała, miło, ale tak się składa, że oprócz niego oglądać mnie w tym będzie pare tysięcy ludzi i wypadałoby żeby te tysiące wyszły z tego bez szwanku.
Sklep numer jeden sfrustrował mnie najbardziej.Rozmiaru na mnie nie ma, zwyczajnie nie istnieje. W największy dopiąć się nie mogę, choć nogawki powiewają jak flagi na maszcie. Pani uprzejmie acz z politowanie spojrzała i powiedziała – "większych nie mamy". Cudnie. Jestem pozawymiarowa. Poza normę. Za komuny byłby to powód do orderu, dziś już nie.
Potem było całkiem podobnie. Jeśli udało mi się znaleźć coś w czym mogłam się dopiąć to z reguły nogawki były tak długie jak rury kanalizacyjne. A jeśli spodnie przy okazji miały jakiś kształt, formę, to można było o nim zapomnieć w potoku załamków, zagięć powstałych od usilnego podciągania ich i przydeptywania stopami. A żeby było zabawniej najkrótsze z dostępnym modelów często i tak były sporo za długie.Skracanie w takim nie wchodzi w rachubę, bo ewentualne cieniowania,gniecenia czy inne duperele, które powinny być w okolicy ud, u mnie kończą się np. na łydkach, a z kolei uda, które powinny być elegancko dopasowane wyglądają jak spodnie robotnika budowlanego.
Tym oto sposobem dowiedziałam się, że dla osób mojego wyglądu miejsca w świecie nowoczesnych i kolorowych galerii handlowych nie ma. Że tacy jak ja zwyczajnie nie istnieją. Tam chodzą tylko piękni, bogaci o figurach supermodelek, bo tylko tacy mają prawo do modnego ubioru, a reszta niech chowa się pod bezkształtnymi, "babciowatymi" łachami.Panie ekspedientki mają tyle w pasie co ja w jednym udzie. A wcale nie są to jakieś słoniowe wielkości.
A żeby nie pozostawić niedopowiedzenia w tym wszystkim wspomnę tylko, że figury idealnej owszem, nie mam. Ale z drugiej strony jakimś karakanem też nie jestem,bo te standardowe 1,63cm znad poziomu morza wystaje. Do ideału mi trochę brakuje, albo raczej jest parę kilo za dużo, choć pomimo to BMI wciąż w normie. A wyszło na to, że jestem jakimś otyłym krasnalem i najlepiej jak będę zakładała tylko dresy albo najlepiej od razu worek pokutny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)