Mam teczkę, mapę i okresowy bilet. A w teczce same poważne papiery. Gubię się średnio co 2min pomimo planu miasta. Po kolejnych dziesięciu ponownie orientuję i tak w kółko. Raz w deszczu, raz w śniegu, a raz jeszcze w gradzie. W wichurze, w korku sznurze, w mrozie i zaduchu. Obserwuję coraz to dziwniejsze sytuacje po których a to śmiać się, a to płakać, a nawet zwymiotować mogłabym na miejscu.
I dzień dobry, czy mogę, dzień dobry, chciałabym. No proszę, ale... I tu zaczynają się schody. Średnio kilka do kilkunastu razy na dobę słyszę, że bez sensu, że nie ma szans, że nic z tego. Albo z żalem, albo z pretensjami i dziką furią w głosie, a nawet uśmiechem. Komunikat zawsze jednak brzmi tak samo. I mnie powala, na kolana, na pysk, zbity.
Ja wiem, bez sensu. Bo czy jest sens chodzić za czymś na co szansa jest zerowa, a nawet jeśli uda się to cudem znaleźć, utrzymania i tak nie dostarczy, no i sensu w dalszym ciągu nie przyniesie?
I cóż mi z tego chodzenia przyszło? Tylko kolejne przeziębienie i obtarte stopy.
*
I tak teraz nerw mnie bierze siarczysty od czasu jakiegoś. Od słuchania, narzekania na "wielkie problemy", dzięki którym (gdybym mogła je mieć) mogłabym skakać z radości ku niebu.