niedziela, 21 stycznia 2007

ciotka klotka, dehnel i wojewódzki

tak w skrócie, to sprawa się rypła. mąż pani zosi pije (w wersji nieco zmienionej niż przytoczone źródło), przepił już wszystko, żonę wywiózł na patelni i poszedł na dziewczynki, znikopis zniknął, pralka na baterie nieźle kręci, że o wirowaniu nie wspomnę, a ja jestem za duża na zabawę w chowanego, bo gdzie nie przycupnę, tam mi zawsze coś wystaje. no i najważniejsze... jak ktoś ma pięć i pół roku, to zawsze ma rację i nie ma to-tamto!

przespałam się z TYM i szczerze żałuję swojego występku. (nie mylić z czynem karalnym choć w gruncie rzeczy, za takie coś powinno się karać.) nie wiem co ja sobie wyobrażałam, czy w ogóle moja wyobraźnia działała wtenczas. dehnel jak żywy, ja jak martwa. wstyd pęłną gęmbą! na owacje nie ma co liczyć, to nie ta bajka.
w nocy pastwili się nade mną obaj. i dehnel i wojewódzki. nie ma to jak masochizm w snach!
(może pora powrócić do szuflady? przystroić ją w kiczowate kwiatki, różowe tudzież czerwone serduszka i utonąć w tym kiczu...)

co zrobię? to pytanie spędza sen z powiek. co zrobię czy raczej czego nie zrobię. tak, wiem, że jeszcze małe pół roku. że jeszcze jest czas. ale co ten czas zmieni. koniec naszej cywilizacji ponoć pod koniec 2012 roku, do tego czasu coś trzeba zrobić z moim marnym żywotem...

a wiedeń to podobno świat w pigułce. niewyobrażalne...





(zdjęcie kiepskie, bo aparat nie teges, a ja jak zwykle - obserwatorka z dalszych rzędów.)


ps.
de... de... de... zafiksowałam się na tym i na temu podobnym. nie da się ukryć. mentalny sadomasochizm.

sobota, 6 stycznia 2007

wyznanie wiary

hej, ho. to ja - sowa. wierzę, w kubek mleka, którą trzymam w ręce. w lśniący brąz na moich włosach. w bezpieczny zapach czekolady.

no dobra. się wzięłam i się przesadziłam. nie pierwszy, nie ostatni raz. /"ave" skrajny neurotyzm!/ bardzo. za bardzo, bardzo. był i pięćdziesiąty - jubileuszowy taki mail. no, ale nie ważnie, nie ważne... że cicho-sza w sensie. ja i tak zasypiam w skali odcieni szarości. taka 24-bitowa monochromatyczna mapa mojego realnego JA, podkolorowana lekko wybujałą fantazją.

przeproszeniem, jak to mówi pani inżynier, ale ja tej spychoterapii, to mam już serdecznie dość. czy jasne sprecyzowanie swojej opinii przez Jaśnie Wielmożne Władze Uczelni tudzież ówdzież jakieś Kompetentne Człony przez ponad pół roku, to aż tak trudne zadanie? no bo żeby chociaż, no ale skoro się mówi, że a może jednak, to ja walczę i nękam ich tam. no, ale to już zakrawa o megalomanię, bo podejrzewam, że z prezydentem miasta miałabym dużo łatwiejszy do uzyskania kontakt. i jasno określić by się człek potrafił przez tyle miesięcy.


PS.
tak, L.E.S.Z.E.K. zaliczony, ale które z nas zrobiły to sprawniej, że się tak wyrażę. /nooo... tylko mi tutaj, bez takich! głodnemu chleb na myśli!/




-apdejt-
7. stycznia 14:53


wszystkie znaki na niebie i ziemi (chyba, że w między czasie organizatorom coś się odwidzi i zmienią plany) wskazują na to, że dnia 2. marca będę robić coś w stylu emocjonalnego striptizu. brzmi makabrycznie, wiem. ale jak inaczej okrelić spotkanie autorskie? w każdym bądź razie jakby ktoś był w pobliżu i chciał dodać otuchy zestreszonej mice, to zapraszam...
dnia 2. marca, punkt 18:00, Śródmiejskie Forum Kultury, Łódź.




♪♪ ania dąbrowska - czekam.mp3

poniedziałek, 1 stycznia 2007

'07 zgłoś się

nie jest jakoś uderzająco. jest ciepło i tak spokojnie. tak, że zamykam oczy i marzę. wiem, żadna odmiana, ale... te wypieki są trochę uciążliwe. a po tych czterdziestu dziewięciu mailach czuję się jak bohaterka komercyjnego filmu. usiąść tylko i obserwować. chłodno, bez emocji. ja na scenie, ja w publiczności. cała ja. wszędzie ja. tylko ja.

trochę tu ugrzęzłam, co? bez odbioru.