niedziela, 20 kwietnia 2008

teatr

tłoczno tu. słowa na scenie jak artyści. żadnego obcowania. tylko gra, czysta gra. niepotrzebnie, zupełnie niepotrzebnie.

piątek, 18 kwietnia 2008

hormony szaleją, buzują emocje

czuć, że mam owulację. (no chyba, że to oznaka głupoty.) jajeczka łapczywie rzucają sie ze mnie na jakąś szansę stworzenia nowego życia, a tu, że tak powiem - qpa. nie tym razem, ni chu-chu.. a że w międzyczasie robią zamęt w organizmie... cóż, taka karma.
w tym hormonalnym zamęcie, tęsknocie permanentnej, stresie demobilizującym, oczekiwaniu ciągnącym się jak kable w po moim wynajętym pokoju (a trzeba wierzyć, że jest ich tu sporo a i końca nie mają) poczynam pewne kroki, wpadam na pomysły zupełnie innowacyjne, spontaniczne, strategiczne. wygładzam zmarszczki przeszłości. (przynajmniej się staram.)
a nóż, a może coś sprawi, że wreszcie polubię to miasto. ot tak, po prostu. uśmiechnę się spoglądając w tutejsze powietrze. tak bez żadnego wyraźnego powodu.

(nie, na razie nie odpowiem. trzeba mi się z tym przespać.)


a tymczasem dzień lenia pora zakończyć i ruszyć w bój! ...no może póki co do łóżka, zregenerować siły.



--
chyba już zadomowiłam się z kuchennymi karaluchami. i ostatnio cierpię na ataki słowotokowe. spokoju, harmonii mi trza.

poniedziałek, 7 kwietnia 2008

wiosna - cieplejszy wieje wiatr

(od przyjazdu minęło półtora tygodnia. chyba zdążyłam już przestawić się na tryb wrocławski. bo zamieszanie w życiu mam. trzy domy, cztery światy równoległe. tam, tu i gdzie indziej. przy czym tam zwykle oznacza miejsce, w którym akurat nie przebywam, tu obecną moją sytuację, a gdzie indziej to zupełnie magiczne miejsce tudzież ówdzież stan. realne/y, ale magiczne. takie wzniesione na wyżyny - nie tylko emocjonalne - i takie "do kwadratu".)

a tak w ogóle to wiosna. w tramwajach czytam pana srokowskiego albo słucham pana grabaża. wypełniona po brzegi natchnieniem chadzam na podwale i ze wszystkich sił staram się usłyszeć śpiew ptaków w wielkomiejskim szumie ulicy. zaopatruję się w nowe majtki na świebodzkim, tak na pohybel słońcu. na nowo odkrywam fontanny miejskie, które masowo zaczynają być uruchamiane po zimowej przerwie. (...) a już w połowie marca na na samym środku kazimierza wielkiego, na pasie zieleni pomiędzy torami tramwajowymi zakwitły krokusy. tak na przekór wszystkiemu. pędzącemu czasowi, spalinom i wielkanocnym śniegom. na złość losom nieprzychylnym.

--

ja tu (na dziś dzień wrocław), a tymczasem tam (kołtunowo moje) rozwożą mnie papierową na autobusowych szybach, puszczają w eter za pośrednictwem radia naszego. domniemywam, że to pewno szprycha duszki. miło, owszem.

jeszcze dwie inne przypadłości:
- styczniowy kalejdoskop co sobie o nim zapomniałam,
- wyspa znaleziona przypadkiem w empiku.