wtorek, 21 sierpnia 2007

przyj dziecino, przyyyj!!

tamtejsze spaliny mają słodki zapach. a ludziów jak mrówków i samochodów też tłoczno. ulice rozkopane, oznakowania w cały świat, pani w dziekanacie jak wszędzie "milutka", że nóż w kieszeni się otwiera, ale i tak mi się tam podoba. bo zielono, bo ludzi gęsto, bo zapach elektryzujący i magnes jakiś, którego żadna wiedza naukowa ani doświadczalna nie jest w stanie wyjaśnić.
ale cóś mi w tym wszystkim śmierdzi, nie wiem jeszcze co (choć podejrzewam), ale to CÓŚ wyrasta przede mną i tak capi, że ja cie kręcę. że zawrót głowy i dupy połowy.

ehm, jak nie będę miała gdzie mieszkać, bo mi kwaterki nie dadzą, to mają tam ponoć koło setki mostów. w życiu takich "salonów" nie miałam!
ironia? tak, tak... w rzeczy samej! ale co poradzisz? nic nie poradzisz! czekać trza i lecieć z podaniem w odpowiednim czasie, a potem znów czekać trza... i tak do skutku, do znudzenia. (i w międzyczasie liczyć, że tym razem obiecanka zostanie zrealizowana. o, to najważniejsze, że zostanie. żeby była.)

za miastem pewnym już tęsknię, za ludziem pewnym też. chcę tam wrócić, z całych sił chcę. jak nigdy wcześniej, jak nigdy bardziej, jak nigdy dosłowniej. mocniej już się nie da, już nie. że aż cisną się we mnie wszystkie siły, mało nie eksplodują.

a tymczasem kładę się nocą w pokoju, słucham comy. głos się rozchodzi po żyłach, po kościach. wstaję, przez okno wyglądam, wtapiam się w sdm. bo "co można w bloku, gdy sen na jawie..."? i tęskno mi do wzniosłych uczuć, do szerokich horyzontów, do gładkiej powierzchni jak tafla lodu, do czystych, przejrzystych przestrzeni powietrznych. gdzie przyszłość jawi się w pełni kolorów, gdzie mgłą przed oczyma nie osiada. ej, mi się napisało.


---
i nic pewne, i nic jasne, i nic sprecyzowane, i nic też dokładne nie jest. godziny niepewności biją się we mnie coraz mocniej.


+bonus
i na dokładkę o, które mi radość sprawiło i delikatnie ego połechtało.

poniedziałek, 6 sierpnia 2007

eterycznie

kompletuję dokumenty. walczę z zapominaniem. (jedna ja chce, druga nie.) nosowska pomaga. długie i ciepłe rozmowy z gorącą czekoladą, lodami i zabawami z ogniem wśród muzyki okalającej w klimacie nocnym też.

a tam podobno to magia i myślę o tym niezmiernie niezmienne. że wszystkie chęci się we mnie mobilizują, że aż prawie eksplodują. jeszcze 10 dni i powącham zapach tamtejszych spalin. i żebym tak mogła od października tak na okrągło, nieustannie i bez przerwy. ciągle. z otwartymi oczami poznawać świat jak dziecko.

ale, ale deklaruje (wakacyjnie, niestresowo, ekspresowo, enigmatycznie, subtelnie i platonicznie) brak przeciwwskazań i ciągłą chęć, ciągotę, potrzebę... więc w razie co - ja zwarta, prężna i gotowa. trzeba tylko dać jakiś znak. jakiś gest.


--
z komputrem znów się dzieją cuda wianki. tak jakby końca nie widać. epidemia jakaś. (choć, choć jak wiadomo wszystko ma swoje zady i walety. w tym przypadku zdecydowanie odrzucam zady i mocno skupiam się na waletach, które są dużo ważniejsze i wyrazistrze. że się tak wyrażę, o.)


♪♪ nosowska - karatetyka.mp3

czwartek, 2 sierpnia 2007

historie, których nie było

"już wiem że nigdy nie będziesz mój"

oczadziałam. zupełnie i doszczętnie. zawieszona gdzieś między chcieć a móc wymyślam kolejne historie. a to o przyszłym potencjalnym (choć jeszcze niepewnym, bo daleka droga do tego, a przeszkód niemało) życiu w mieście niebieskich trampków i mostów, o tym co by może mogło być, ubarwić mi letnie dni choć przez chwilę. (tak, tak kochane dzieci, chodzi o "letni romansik"! ale tak się o tym nie wyrażę, bo mi jedzie harlekinem, którego nie trawię z racji tandety.) ale przez moją idealnie skrojoną niegramotność i dupowatość pospolitą nigdy nie dowiem się czy byłby na to choć cień szansy, już nie wspominając o zaaranżowaniu czegokolwiek. bo trzeba być totalną mną żeby zmarnować taką szansę, albo chociaż szansy wrażenie! no i brawa dla tej pani za szczególną formę afirmacji strachu totalnie absurdalnego, za zapłon spóźniony, za się wstydzenie, za całokształt... generalnie!
że aż mam ochotę dokopać sobie! porządnie tak! na pamiątkę, na przyszłość... jeśli jeszcze coś kiedyś. choć teraz to kiedyś zbyt odległe. bardziej dręczy stan obecny, bo pewność niepewna. a moje prawdopodobieństwo subiektywne zwykle w takich sytuacjach jest jednak równoznaczne z czarnowidztwem. lajf is brutal, a ja wciąż zamykam i otwieram oczy z myślą, potrzebą ucieszenia tych paru chwil pozostałych do jesieni i z żalem też... [sic!]

a w życiu przeprowadziłam walkę wygraną ze sprzętem komputerowym, a tak dokładniej to nie ja, ale ktoś kto maczał w nim swe palce. /palce, palce i oczy, i usta, uśmiech, uśmiech... no dobra, starczy, cicho! bo się wyda! (haa, marzenie ściętej głowy!)/
odwiedziłam też miasto trampków czerwono-żółtych tudzież żółto-czerwonych, czyli (jakby się ktoś jeszcze nie domyślił) łódź. żółte kino jest klimatyczne bardzo, w mieście człowiek czuje się cudownie anonimowy, a przy tym nieobco tak, ale swojsko.

"późno już
chodźmy spać"



♪♪ hey - z rejestru strasznych snów.mp3