poniedziałek, 26 listopada 2007

oburącz

może to wszystko sen. a jeśli śnię... proszę, nie budźcie mnie.

ja to wszystko wiem. że emocjonujące rozstania. że potem czułe powitania. że milion słów, które nigdy nie wyrażą głębi. niedopowiedzenie, które dręczy. wypełnia się je milczeniem. spojrzeniem. oddechem. ciągle mało, ciągle głód... i może w tym całym szaleństwie jest jakaś metoda.
a tymczasem pora wrócić do rzeczywistości. rankiem wstać na rozkaz. a mnie to wszystko nie na rękę. bo wolałabym pod rękę. za rękę. ręka w rękę.


♪♪ edyta bartosiewicz - dobrze nam.mp3

wtorek, 13 listopada 2007

jeśli wiatr nas nie przepędzi, jeśli nie zerwane więzi...

myślę o tym ramieniu jak o bezpiecznym lądzie, do którego zmierzam po wzburzonych falach dnia. i jest w tym wszystkim kosmiczna ironia losu. i jest w tym wszystkim nadzieja, wiara, spokój. jest i lęk...


--
nazwij mnie jak chcesz. zimną suką, oszustką czy kłamliwą dziwką... nazwij mnie jak chcesz, tylko daj tlen!


♪♪ happysad - jeśli nie rozjadą nas czołgi.mp3

sobota, 10 listopada 2007

oto zmyślony świat...

nie było wywarzania ścian, okien czy choćby uchylania lufcika. jest cisza. przenikająca, roztropna. moja własna. nie spokój, ale cisza. (nie, to nie jest to samo.) i deszcz jest głuchy. szybszy niż myśli. deszcz za oknem, deszcz... i nic nie widać. nic, tylko ten deszcz. na oczach, przed oczami. tylko deszcz. głucho. pada. kapie. szelest oddechu. ciężko. opadanie. przepaść.

nie uciekam się do nikogo. uciekam się sama w sobie. w środku tak. mocniej. głębiej. w pojedynczości istnienia lub znikania.
(może nie jestem stworzona do życia, tworzenia. może jestem jedynie do bycia.)


--
"najlepiej było wtedy kiedy kogoś miałam w sobie, gdy pachniało deszczem i marzyłam wieczorem. gdy karmiłam gołębie chlebem z karbidem, słuchałam muzyki, upijałam się winem."

sobota, 3 listopada 2007

wszędzie dobrze, ale w domu... trzeba posprzątać

jest jakby nie w raju. nie w domowy ognisku. ogniu raczej. praży. uciekać, bo się człowiek poparzy. usmaży. i gasi się ten pożar rzewnie. przez zamknięte oczy znika. równomiernie wszystkie smutki rozprowadza jak krem na zmarszczki.
trudno dyskutować z absurdami. trudno przeciwstawić się im.

odwiedziłam salonik. i już cegła spada mi na głowę. alealeale, zobaczymy co z tego wyjdzie...

robi się ciasno. coraz ciaśniej. przestrzeń na oddech, na roztrząsanie myśli po kątach, na rozpamiętywanie sekund, na międzyczas, bycie sobą i z sobą niebezpiecznie kurczy się. mój wewnętrzny instynkt samozachowawczy każe mi otworzyć okno. tak na ośwież. wyrzucić wszystko co przytłacza, przygniata, tłamsi i osacza. wszystko czym wcześniej oddychało się. czasem tlen można pomylić z eterem... (puenta taka błyskotliwa mi się wymsknęła.)
tylko, że może nie tak drastycznie. może warto czekać... na cud.

w tak zwanym międzyczasie odwiedził nas kolega z południa.

mała dygresja:
biograficzny psikus taki trochę. los jest zwariowany, nieprzewidywalny, tajemniczy. i trochę mam mu za złe, że tak okrutnie bawi się człowiekiem.


♪♪ edyta geppert - pocieszanka.mp3