niedzielne zapęty bojowe skończyły się na poniedziałkowym czytaniu wierszy poetki, która swój żywot zakończyła w kuchence gazowej. to mnie wcale nie pociesza, a i wróży nienajlepiej. i cóż, że pan listonosz chwalił i podziwiał. miłe to, a i owszem. ale nie czas na laury. na nie nigdy nie jest odpowiedni czas. bo żeby się tylko w główce nie poprzewracało. niu, niu, niu...
jest tak, że są nocne straże, ale one nas niewiele obchodzą w tym przypadku. bardziej już nocne rozmowy. nocne wybałuszanie uszu, bo głośniki skrzypią czasem w nieodpowiednich momentach. i przerywa też w tych najciekawszych chwilach. zapieranie dechu w piersiach, małe i duże zaskoczenia. głupie miny w przestrzeń nieograniczoną, podejrzliwe oczy, łamanie stereotypów i siebie na wzajem. że aż ogarnąć się nie da i w żadne ramy zamknąć tych wszystkich dyskursów. i chciałoby się tak po mickiewiczowsku spytać, ale też po co nie do końca wiadomo. w końcu lepiej, że jest jak jest. miłe i nienazwane zjawisko. oby trwało dłużej. jak najdłużej.
dżony tym razem nawalił i zawalił sprawę. się nie odezwał i ja mu tego normalnie nie zapomnę. i teraz to, to, to nie wiem co... chyba poczekać mi trzeba i jakby co, to się zawziąć sama w sobie i iść tam do niego, i sobie z nim poważnie pogadać. bo żeby mi tak więcej nie było, o!
* miejmy nadzieję, że chwilowym
22:45
coraz mniej mi się podoba, coraz mniej. najwidoczniej co za dużo, to nie zdrowo. albo coś koło tego...
♪♪ gotan project - cruz del sur.mp3
