czwartek, 19 lipca 2007

"ALE"

"i nie chodzi mi o wojnę
nie to że bucha ogień a ty śpisz spokojnie"


mnie ruszyło. do tej pory mam szok pourazowy. nie widać. czuję. starczy. przyjemnie, bardzo nawet. ale... no dobra póki miło nie ma żadnego wstrętnego "ALE". zacznie się za czas jakiś kiedy pamięć skończy.

przypomnij mi jak mam na imię? i czy będę mogła tej nocy znów przejść po pajęczynie i nie spaść?

coś jeszcze wymyślę. zobaczycie. a to tak na bierząco.
tymczasem potańczę z miotłą.


♪♪ happysad - słońce.mp3

w międzyczasie

ostatnimi czasy prześlizguję się przez życie z dość mocnymi doznaniami. o chaosie czwartkowo-piątkowym wspominać w szczegółach nie będę. wystarczy, że ja wciąż mam w głowie te zgliszcza. w pamięci i w sobie. to wystarczy. z czasem uświadamiam sobie, że jeśli nie gdzie indziej, to nigdzie. bo tu nie, tu życie jest zbyt skrajne. albo zanika całkowicie, albo odczuwa się je zbyt mocno. że boli samo myślenie, a jak przypomnieć sobie huk i krzyk pękają w pamięci wszystkie zwoje. i się zapomina, zapomina do czasu... do następnego razu.

chłopiec zza wielkiej wody nie odzywa się choć obiecywał. ja nawet nie mam zbytniej ochoty, ani siły na dopominanie się o ten kontakt. jak mi się przypomni to może i przypomnę mu o sobie. ale może...

a tak poza tym działo się trochę. i rowerowanie i w rowie lądowanie, w oście rzecz jasna. i spacerowanie poprzez pola od słońca nagrzane. i wreszcie ognisko miało dziś być na wsi, ale deszcz popsuł szyki. więc był gryll. elektryczny niestety, ale nie ma co narzekać. było i jabłkobranie i wierszy czytanie.
wszystko ładnie-piknie, ale myśl o planie na przyszłość, a raczej o jego braku zatruwa głowę bardzo... nie lubię tego międzyczasu. braku koncepcji, kontroli, bezpieczeństwa.

komputerowiec ten co zwykle odwiedził me progi. i odczucia te co zwykle. żanka powinna pamiętać... tym razem było równie uroczo towarzysko. tym razem nawet obnażył się przede mną. ja wiem, że to tylko tak z kontekstu, pokazać pryszcze na plecach. (fuu! wiem!) ale jakby nie było mogłam patrzeć na co innego i skorzystałam z okazji... wiem też, że te wszystkie moje odczucia to pewnie w większym stopniu kwestia wyjałowienia emocjonalnego, ale trudno tu racjonalnie myśleć z takim podejściem i takimi potrzebami. teraz pozostaje mi czekać. już niedługo przyjdzie znów do komputera rzecz jasna. nie do mnie. ja się napatrzę, nasłucham... na resztę życia.

a teraz jest dżess nocą. parny, mglisty dżess i noc taka duszna, taka młoda. w noc się przejdę po pajęczynie marzeń. w noc. cała przede mną. cała nade mną. i filiżanka herbaty zastygła w tę noc. słucha...


♪♪ norah jones - rosie's lullaby.mp3

czwartek, 12 lipca 2007

perspektywy

no obroniłam się i to na 5. pani recenzent zatrzymała nawet moją pracę. a pani promotor stwierdziła, że my - studenci wshe (tej marnej wshe w zadupiu zwanym sieradzem) napisaliśmy lepsze prace licencjacie niż jej studenci na uniwersytecie łódzkim - magisterskie. powiedziała, że trzeba iść dalej, że talenty nie mogą się zmarnować.

super! tylko teraz emocje opadły i po tych wszystkich pochwałach zostały mi tylko wspomnienia... na otarcie łez. bo nie mam pewności czy będzie jakieś dalej. skąd wziąć środki na to dalej? dziennie też trzeba się za coś utrzymać, opłacić akademik. zaocznie, ta sama bajka plus czesne. praca? pierwsza praca to nie kokosy, nie starczy na wynajęcie pokoju, opłatę rachunków, jedzenie... już o czesnym nie wspomnę. praca w moim mieście to jedynie możliwość stażu (jeśli choć takie coś się trafi). za 450zł po opłaceniu czesnego to nawet na piwo mi nie starczy. z resztą nawet nie miałabym z kim na nie iść... co mądrzejszy już dawno stąd uciekł. zostały drobne pijaczki i blokersi pod klatkami. scenariusz wyglądałby mniej tak: praca, dom, praca, dom, praca, dom... zero szans na kontakty towarzyskie, ułożenie sobie życia, na rozwój, na usamodzielnienie się. samotność i wegetacja w czystej postaci. po co w takim razie dalej studiować? za granicę nie wyjadę, na naukę języka też nigdy nie było pieniędzy.

szczerze nienawidzę tego kraju i ludzi, którzy nim rządzą. (i paru osób wokół mnie którzy skutecznie podcinają mi skrzydła, bo gdyby chcieli mogliby pomóc. ale wolą patrzeć jak marunę sobie życie. czerpać z tego radość życia, karmę...) tyle krzyczy się o tym, że trzeba mieć chęci, ambicje, plany, marzenia, że trzeba chcieć się rozwijać, uczyć... ja chcę, mam, ale co z tego?! co z tego, skoro żeby to wszystko zrealizować musiałabym dawać dupy nagrzanym troglodytom?!

nic tylko wyć...


♪♪ coma - bez widoków.mp3

środa, 11 lipca 2007

wyższe zawodowe

tak, tak. wykształcenie mam już wyższe zawodowe - pedagogicznie. pani recenzent pracę zatrzymała nie wiedzieć po co. na wieczną pamiątkę, czy jako podstawkę pod kawę... któż za nią trafi?
potem uczciło się dyplom na różnych wygibasach tu i tam. (wniosek: muszę się wprawiać w kontakty międzyludzkie. innej rady nie ma.) teraz przyszedł czas na zastanawianie się nad pytanie: cóż zrobić ze swoim życiem dalej? i palce grzeją się pod klawiaturą szukając miejsca dla siebie na potem.

mój plan podboju wszechświata chwilowo w zawieszeniu. jak tylko znajdę coś dla siebie, zacznę kroczyć ścieżką boju i kontynuować niecny plan zdobycia władzy nad świaaaaatem...

wtorek, 3 lipca 2007

zwariuję jak nic!

czym bliżej obrony staję się coraz większym kłębkiem nerwów. już dziś poobgryzałam wszystkie paznokcie. niby zostały mi jeszcze te u stóp, ale to już byłby hardcore. drażni mnie wszystko. z(a)wodzenie rodzicielki, niejasność poczęstunku dla komisji i pytań, które pozwolą mi uzyskać wykształcenie "wyższe zawodowe" lub też dla odmiany pogrążą mnie całkowicie i sprawią, że ostatnie trzy lata mojego życia okażą się chybioną inwestycją. drażnią mnie piekące usta, czas wolno płynący, jaskrawe pokemony blogowe i ich nieziemskie przemyślenia. do zgryzoty doprowadza ich para-poetycka "tfórczość" odbierając resztki cierpliwości i natchnienia. smaczku dodaje brak koncepcji na przyszłość i wciąż puste dłonie, i kieszenie.
pani nosowska rację ma. nie da się żyć, zwariuję jak nic! ach, i ponownie niech żyje skrajny neurotyzm, niech żyje, niech żyje, niech żyje! ave!

chłopiec (a właściwie już mężczyzna) zza wielkiej wody znów po latach trzech jest przelotem w mojej zapyziałej dziurze. nic się nie zmienił. nadal wywołuje przyspieszone bicie serca i trudności z utrzymaniem nóg w stabilnej postawie. jak (jeśli) spotkamy się znów pobudzą się moje demony i ponownie zacznę żyć iluzją. nocą marzyć, spać za dnia, wieczorami czytywać księgi zakazane przez romana wielkiego-wszechmogącego albo takie co lada dzień zakazane będą.


----
noszę się z zamiarem przeniesienia tego całego majdanu. ale, ale czas pokaże...