czwartek, 30 września 2004

houston, houston... mamy problem

Bo notka jest będzie chaotyczna i niepoukładana. Bo jutro szkoła, zajęcia, bo M. nie spała całą noc [pół litra kawy mrożonej pod wieczor zrobilo swoje], bo boli ja gardło, a grzejniki nadal zimne...

Najsampierw powiem o wtorku. Bo okolo 35-ciu swiec, koce, poduchy, szum wiatru za oknem, wiersze (w tym trzy moje), a w tle sigur róse. To wszytko musialo tworzyc nieziemski klimat i robic niesamowite wrazenie. [gdyby nie ten dziadyga siedza obok mnie i dychający co chwila...]. Konkursu na wiersz miesiaca nie bylo, ma byc ponoc za tydzien... Zobaczymy.

Nie, nie, nie! Ja PROTESTUJE! Bo juz koniec wakacji, bo M. boli gardło, bo jest jej zimno i samotnie, bo zupa byla za slona. Ja w ogole sie nie czuje na rozpoczecie studiow, ani na jakąkolwiek nauke, poranne wstawanie, wychodzenie gdzies dalej niz do WC czy kuchni. Nie czuję się i już! Sie przyzwyczaiłam do nicnierobienia, wydawania pieniedzy na głupie głupoty, jedzenia paczki chipsow Lay's popijając je warką strong lub tymbarkiem jabłkowo-miętowym. Niech mnie ktos stąd zabierze! Ale już! raz, raz... bo dwa razy powtarzać nie będę. Chcęwakacji,wolnego!

Chłopca zycze wyszytkiego najlepszego z okazji ich swieta (pomimo wszystko). Powysyłałam zyczenia przez sesemesy i przez gg. P., K. i B. zostali wyroznieni wyróżnienie sesemesem z komórki, choc nie wiem czy na to zasluzyli. B. i K. grzecznie odpisali. B. bardziej na luzie, K. bardziej oficjalnie [b nadal mnie olewa]. A P... P. w ogole nie odpisal. A kij mu w oko!

A moj mikrofon jest kiepski. Działa tylko w jedną stronę - odbiera glos, z nadawaniem jest troche gorzej. Bo mó-wie-nie w ta-kim sty-tu mo-że na-pra-wde wku-rzać. Ale odbiór pozwolił mi na stwierdzenie pewnego faktu...

Zzzz...? jakos nie sadze, ze ten numer przejdzie. [nie chodzi o sen!]

wtorek, 28 września 2004

worek na odpady

Przemek wczoraj ofiarował mi misia na zawsze, tego ktorego wczesniej tylko pozyczyl. I niby powinnam sie cieszyc, bo mis jest naprawde fajowy. Ale sie nie ciesze i nie bez powodu. Bo jak sie okazalo Przemyslaw dostal tego misia od bylej dziewczyny. A wiec mis nie zasluguje na to zeby stac sie prezentem dla obecnej (a taka istnieje), a skoro jest od bylej to i on go nie chce. Takim oto sposobem upchnal niechcianego misia mnie. Moze przesadzam, ale poczulam sie zlekka jak wysypisko smieci. KROPKA.

A dzis z rana babcia mnie odwiedzila. Bo ona chyba mysli, ze jak przyjdzie raz na pol roku i uraczy mnie kinder delice to ja rzuce jej sie na szyje w podziece. A no to sie myli. Z reszta i tak juz sie zmyla jak zwykle do kuzynow, u ktorych z reszta przesiaduje prawie non stop.

Sobota dała mi troche do myślenia. A mianowicie to, ze ta jesien nie bedzie uplywala pod znakiem goracejczekoladyibujaniawoblokach. Rzeczywistosc zapukala do drzwi i krzyknela cos w stylu:

"M.! To nie twoj swiat! No spojrz dziewczynko zbyt glupia i brzydka jestes zeby cieszysc sie z tego, ze spadaja liscie!"

A ja uwierzylam i pokornie wrocilam do atakow 'depresyjno-lękowych' [moja wlasna nazwa... prawda, ze zawodowa?]. No, bo tradycji musi stac sie zadosc! nieprawdaz?

P. nie zadzwonil. No i co? Aniemowilam?! A w tym calym bagnie dobija mnie jeszcze mysl, ze zostaly mi juz tylko 2 marne dni wakacji. [olaboga]

sobota, 25 września 2004

/glupiedziewuszysko/

Chcialam zeby ten blog mimo wszystko pokazywal moje zycie od 'dobrzej strony'. Jak widac, nie wychodzi mi to. Widocznie nie ma ono dobrychstron. Nic nie jest dobrze. Jest źle. Bardzo. Znów mam zimne dłonie. Zawsze kiedy mi źle one są zimne, a ja mam dreszcze. Nie lubie tych dreszczy. Nie lubie, bo nie pomoże tu zwykle "zimno Ci to ubierz sie". Bo tu potrzeba ciepla czlowieka a nie swetra z welny. Podswiadomie czekam na kolejny telefon od P. Moja natura zło-wróżki mowi mi, ze nie bedzie takowego. Bo przeciez oni do mnie nigdy nie dzwonia drugi raz. No bo i po co? Wystarczy jeden raz zeby sie wystraszyc i uciec. Ale ja wiem, ze podswiadomie czekam. Wiem tez, ze pozniej bede calkiem realistycznie plakala. Jak teraz. Wiem, ze to normalne, ze dziwic sie nie powinnam, ze nie dzwonia. I sie nie dziwie, oj nie. Jest mi tylko cholernie przykro i najzwyczajniej w swiecie zle.

Głupia jestem.

Nie umiem dobrze niemieckiego, nie umiem zapamietac waznych spraw, nie umiem dobrze ostrugac kartofli, nie umiem gotowac, nie umiem zmywac, nie umiem byc mądrą osoba, nie umiem zadac o siebie, nie umiem napisac pieknych wierszy, nie umiem byc dobrą córką, nie umiem wyszukiwać pozytywnych stron, nie umiem byc atrakcyjną fizycznie i psychicznie, nie umiem zebrać się do kupy, nie umiem przestać marzyć, nie umiem być potrzebna, nie umiem być dobrą dziewczyną, nie umiem robić zakupów, nie umiem składać życzeń, nie umiem zrobić pożądku w pokoju, nie umiem być tolerancyjna dla głupoty, nie umiem normalnie spać, nie umiem być na nikogo zła, nie umiem zamknąć się kiedy potrzeba, nie umiem być poważna, nie umiem byc odwazna, nie umiem żyć normalnie, nie umiem polubic siebie, nie umiem zapomniec, nie umiem nie czuć, nie umiem myslec, nie umiem wziac sie w garsc, nie umiem szyć, nie umiem dobrze umyc podlogi, nie umiem skutecznie pociąć się, nie umiem byc odwazna...
Jedyne co mi wychodzi to "odchudzanie", więc od dziś aż do odwołania "poodchudzam się"!


♪♪ Farba - Muszę krzyczeć!.mp3

środa, 22 września 2004

bo dziś wiał ten wiatr, co nie wróży szczęścia

Dziś jest dziwny dzień. Wietrzny, smutny, samotny, pachnący wodą toaletową cytrynowo-bazyliową, herbatą z sokiem malinowym i czymś dziwnym w powietrzu... Teraz chcialabym zostac sama ze soba, bo wrazen za duzo, bo czuje sie dzieckiem malym dzis. Bo jakośtak i tyle! I w sumie sama ze soba jestem czesto. Nie żebym narzekała, bo wole juz byc sam na sam z wlasna osoba niz z matka. Nie widze niczego atrakcyjnego w sobie, ale przynajmniej jakąśtam równowage psychiczą potrafie utrzymać. A jej nienawidze. Codziennie proszę żeby któraś z nas w końcu zdechła. Codziennie przeżywam kolejne rozczarowanie. Ale pozostaje nadzieja... może jutro. Mówią, ze powinnam sie cieszyc, bo mam tzw. 'pelna rodzine'. Ale ja nie zamierzam ani cieszyc sie, ani uswiadamiac nikogo dlaczego sie nie ciesze. Nie widze zadnych powodow dla ktorych moglabym sie cieszyc, albo chwalic. No!

Żal mi dupe sciska jak dorosly facet robi z siebie kaleke. I nie ma tutaj tłumaczenia żadnego. Cokolwie by się nie zdarzylo oszustwo pozostanie oszustwem. A ja nieznosze jak sie mnie oszukuje i nieznosze jak ktos traktuje mnie przedmiotowo. Szacunku w moich oczach taka osoba nigdy miec nie bedzie! O nie!

Wtorkowe spotkanie jak zwykle pod znakiem pochwal. Chyba nie umiem sie przyzwyczaic do nich. Mecza mnie zebym wziala udzial w konkursie na wiersz miesiaca. A ja sama nie wiem. Bo nib powinno byc na plus, ale mnie to radosci nie daje. Ni chu-ja. Bo wszyscy o tym wiedza, ze jesli nie ma sie z kim podzielic radoscia to taki sukces traci na wartości. Otco.

I jeszcze K... lekcewazy mnie, olewa. Mozna sie bylo tego spodziewać w koncu to tylko ja. Dlaniegonieistnieję. Już.

P. jednak zadzwonił. Szybkie spotkanie w chlodne i wietrzne jesienne popoludnie. [I wcale nie podobal mi sie pies sasiada, ktory doskoczyl do mnie jak oszalaly i dziabnal pyskiem w krocze, (tak, tak w to miejsce.) brudzac przy tym moje nowe spodnie na wysokosci uda.] Nie, jakos nie widze sie w roli partnerki. Mysle, ze on potrzebuje raczej kobiety a nie dziewczynki. A ja nie umiem sprostac oczekiwaniom mezczyzny.
A z resztą... niewiemniciniechcewiedziec. Zobaczymy jak będzie. Zo-ba-czy-my.

Czym więcej mija czasu tym bardziej uświadamiam sobie, że z nikim nie może mi być tak dobrze jak z B. No moze gdyby K. zostal tu... moze gdyby... moze... Ale nie zostaje.


♪♪ HEY - mru-mru.mp3

sobota, 18 września 2004

Inauguracja, czyli totalna dezorganizacja

Aaaaapsik! [bom chora] Sem kichnęła na nowy INDEX w kolorze zielonym...

A teraz zacznę od poczatku. Budze sie z rana, w domu cisza jak makiem zasial. Chata wolna. Telewizor, leżenie w łózku, smarkanie... ooo... rodzice przyszli. Jakoś sie wyszykowalam [blizny z wczoraj pod chustka w kolorze czekolady.. uff..]. Jeszcze G. dzwoni, wczesniej jedziemy. Odstroilam sie w galowy kubraczek. Siedze w aucie, czekamy.. stuk puk po chodniku - idzie G. Jedziemy, M. (czyli ja) patrzy i mysli [co czesto sie jej zdarza, ale nieczesto logicznie]: "czyzby to A. i w dżinsach? to do cholery po co ja sie odpicowalam w ten stroj pingwina?" Jedziemy, jedziemy... dojechalismy [uff...]. G. idzie do dziekanatu, a tam oczywiscie fochy... kaza czekac, jakaśtam Pani mowi podpiszesz dziecino po tym widowisku [no nie tymi slowami, ale cos w tym sensie]. Małe zapoznanko z kim nowym, jak sie pozniej okazalo z zaocznych. Jest A.! Rowniez chora jak i ja. Bez komorki, bo ukradli. No to idziemy we czworke. Wbilysmy sie w jakieśtam ławeczki. Przemówienia, bełkocenia, gledzenia... [jak sie okazalo w praniu dzis mial inauguracje tylko moj kierunek]

"Inauguracje Roku Akademickiego 2004/05 WSHE w Sieradzu uwazam za otwartą" - rzekł dziekan.

Pozniej porozdawali wspomniane juz przede mnie INDEX-y i legitymacje studencje, kazali podpisac slubowanie i cóśjeszcze gdzie pomylili imie M., a M. bardzo nie lubi jak myli sie jej imie.
"Psze Pani! Tu je błąd. Ja nie mam na imie Marta tylko Marika." - cos w tym stylu wybełkotałam
"A w Indexie masz dobrze?" - Wielce Szanowna Pani Sekretarka.
"Tak, dobrze." - ja
"To pozniej sie poprawi." - ona

Pozniej zamieszanie przy planie zajec. Bo moze ulec zmianie, bo jest niepewny. Wiec nie rozdali, wiec trzeba bylo spisywac na korytarzu. No ale czy ktos moze mi powiedziec dlaczego czciona byla milimetrowa, a kartki wywieszone na samej gorze. Tego sam sokół by nie dostrzegl. M. wlazła na krzesło [bo M. to wysportowana to nie jest, ale pomysłów jej nie brakuje trzeba przyznac]
"eee.. jak Pani juz weszła na to krzesło to może podyktować wszystkim." - jakis glos z oddali do M...
"Informatyka... eee.. ale tu sa 3 rozne godziny rozpoczęcia, ktora ja mam mowic?" - stojąca na krzesle, że nie wspomne, ze w butach na obsasach M.
"Mów wszystko!" - inny glos...
"Informatyka.. 10.45, 11.00, 11.30.. yy... a Pani na dzienne czy zaoczne?" - ja
"Zaoczne." - jakaśtaka starsza Pani
"No a to są dzienne. Zaoczne to te gignatyczne litery nisko." - zlazująca ze stołka M., ktora nie potrafiła sie połapać w czcionce marki ok. 7 punktów wywieszonej na szczycie tablicy.

G. poszła podpisac te umowe. Ale tam wladze uczelni balangują. Znow trzeba czekac. [olaboga] Ale w tym czasie zaczepilismy jakastam babke i pytamy.
"Psze Pani... A kiedy i na ktora my mamy przyjsc na zajecia?" - wszystkie trzy chórem [ja, G. i A.]
"No tam jest wypisane.." - Paniusia
"Ale tam nic nie widac... czcionka mala.. kartka na samej gorze..." - cala trójka
"Taaak? Niemozliwe..." [tup.. tup.. tup..] - sie ruszyla pod tablie
[czyta]
"W piatek macie informatyke na 15.00, I grupa" - mowi Paniusia
"A ktora jest pierwsza, a ktora druga grupa" - jakies glosy z tlumu...
"A to tam posprawdzajce sobie na karteczkach na tablicach.." - Pani
Ale M. coś nie pasowało... myśli [znów]. No, bo 15. to pozno i tam są tez zaoczni.
"Psze Pani.... A ta 15.00 to dla dziennych czy zaocznych?" - M.
"Zaocznych" - Paniusia. [no to sie wyjasniła sprawa jej sokolego wzroku. ona przeczytala to co jest bykami napisane i wywieszone na samym dole. tak to i ja potrafie!]
"A jakie sa grupy na dziennych." - M.
"Na dziennych jest tylko 24 studentów i nie ma grup" - powiedziala ta Pani o udawanym sokolim wzroku
"A dzienni to jak maja przyjsc na zajecia?" - ja
[cos tam oblukała...] "Przejdzcie w piatek, 1-szego na 9.00. Macie historie pracy socjalnej, pozniej wszystko Wam podadza." - rzekła
Pozniej A. wlazla na krzeszło, mowi, ze tu jest napisane, ze na 9.30, ale lepiej byc wczesniej niz pozniej... G. podpisala umowe [w koncu]. No to idziemy... a wlasciwie jedziemy autem.

M. juz w domu przeglada nową legitymacje studencką i indeks i czyta na glos...
"Imię ojca: Alfred. [tu chwila zastanowienia...] Że cooooo?? Mojemu ojcu od urodzenia Andrzej, za to mamie na chrzcie dali Alfreda... ;/" - no comment...

czwartek, 16 września 2004

było sobie życie

I stało się. 14 paźniernika - to ta "magiczna" data. Dzien, w ktorym K. odleci do tego 'lepszego swiata', do USA. LEPSZEGO ŚWIATA. Zabrzamialo ironicznie? Nie?! A wlasnie mialo tak zabrzmiec... nie wazne.

Dziwny byl podczas tej rozmowy na GG. Nie, nie dziwny tylko zimny, po prostu zimny. Moze jestem zbyt podejrzliwa [nie moze tylko napewno], ale w tym wypadku chyba jednak mialam racje. Moj mechanizm weryfikacji danych jest automatyczny. Od razu zaczynam zastanawiac sie dlaczego tak, a nie inaczej? Ale rownie automatycznie dochodze do wnioskow, ze tak naprawde to ja tego nie wiem, a i ta wiedza do niczego mi sie nie przyda. A przynajmniej do niczego dobrego. Bo jesli odpowiedz nie bedzie taka jakiej sie spodziewam to skutki tego moga byc opłakane, wiec lepiej nie mieszac jeszcze bardziej.

Los dał. Los zabiera. I ja nie powiem, że tak miało być. Nie powiem, bo to kłóci z moim światopoglądem, tzn. "niewiarą w przeznaczenie", bo tak bezpieczniej i wiem, że sama ponosze odpowiedzialnosc za swoje zycie. Nie zrzucam własne za niepowodzenia winy na złe i niedobre przenaczenie. Ale pomimo wszystko wolałabym zeby K. byl dla mnie mily, bo takim chcialabym go zapamietac. Bo przeciez to nie jego wina, ze musi wracac.

Nie, nie prawda, ze zbyt duzo sobie wyobrazalam. Ja wlasciwie nic sobie nie wyobrazalam. Przeciez od poczatku wiedzialam jak to się skonczy, wiec po co mialabym cokolwiek wyobrazac sobie? Chcialam tylko znow uwierzyc w czlowieka, w siebie... w to, ze moge jeszcze byc szczesliwą. Uwierzylam, ale trudno mi w takich okolicznosciach podtrzymac te wiare. Na razie niech bedzie jak jest. I to będzie raczej na długie 'razie', bo jesienny wiatr nie zapowiada zmian... na lepsze.

♪♪ Edyta Bartosiewicz – Jenny.mp3



.dopisek. - 17.09 - 12.10
No popatrz. Tym razem nawet i żyletka się znalazła. ooo la la la...

kurwa!

wtorek, 14 września 2004

spotkania

Nienawidze poniedziałkow, nienawidze zakupów, nienawidze mojego miasta i wszystkich ludzi szwedajacych sie po nim, nienawidze starych bab patrzacych sie na ciebie jakbys miala zaraz cos zwedzic, albo wzrokiem mowiacym: 'no jak ty sie ubierasz dziewczyno?', nienawidze ulicznych plotkar zatrzymujacych sie na srodku chodniku i tarasujacych przejscia, nienawidze ludzkiej hipokryzji. Krotko mowiac spotkałam wczoraj M., moją niby-koleznke z liceum, ze nie wspomne, że ze szkolnej ławki. No teraz to ona moglaby przestac juz grac, ale niektorzy nie potrafia... moze to jest u niej juz tak naturalne, ze robi to autoamtycznie? Jesli tak jest, to tym gorzej dla niej.

Ale na szczescie dzis wtorek. Wtorek i kolejne spotkanie z sektą literacką. Dostarczylam kolejna porcje moich nie-wierszy i tym razem mało, co kazanoby mi przeczytac je na glos. Na szczescie wywinelam sie, ale musialam sluchac (powiedzmy.. bo zatykalam uszy i z tego wszystkiego spocilam sie jak mysz) jak B. [nie, to nie ten B., to zupełnie inny B. - to byla informacja dla bardziej wtajemniczonych ;P ] czytał je na glos. Przyznam, że B. bardzo ładnie je czytał i nawet mnie pochwalił, bo mu sie spodbaly [łał! :P ]. Inni tez chwalili [a jak!], a ja czulam sie dziwnie w takich okolicznosciach. Nie, co dzien, tyle ludzi na raz obsypuje mnie taka iloscia komplementow i pochwal.

Choć bylo lepiej niz tydzien temu. Dzis juz nie bylam za nimi, bylam obok. Mysle, ze przyjdzie taki dzien kiedy bede mogla powiedziec, ze jestem razem z nimi. Moze juz niedlugo... zobaczymy.

niedziela, 12 września 2004

powtórka z rozrywki(?)

Dzień zaczął się od dłubania w ranach po nożu do papieru. Później już stukot garnków w kuchni niemiłosiernie przypomina mi o tym, że nadciąga dziesiejsze tornado (goście) i wrzaski mojej rodzicielki (do tego ostatniego zdąrzyłam już przywyknąć). Nastepnie poprzytulalam miska pozyczonego od P., ktory swietnie spelnia swoje zadania. Na szczescie P. na razie nie upomina sie o zwrot, ale predzej czy pozniej to nastapi. Mam nadzieje, ze jednak pozniej. P. moze byc pewien, że mis ma u mnie jak w raju, nie katuje misia badziewną muzyką a i katarem tez go nie zaraze. /jaka ja jestem wspanialomyslna.../

Nie, ja nie pomogę szanownej mamusi w gotowaniu i nie ma co krzyczeć, bo to nic nie da. Nie, ja szczęściem nie tryskam z powodu wizyty chrzestnej (i tak juz wiecej kasy nie da ponad to co dala tydzien temu). I niech sie mamusia nie dziwi, bo dzieki tej wizycie ominie mnie rozrywka w postaci 'stron man', ktorzy zawitali dzisiaj do mojego skromnego zadupia. A na częste rozrywki to tutaj nie mozna narzekac. Z reszta uzeranie sie z moim 7letnim kuzynem do przyjemnosci nie nalezy, bo dzieciak jest wyjatko glupi jak na swoj wiek, ze nie wspomne o jego stopniu rozpieszczenia przez dzianych rodzicow. Jak to on potrafi zrobic z nimi wszystko i postawic dom do góry nogami/dupą to ja sie juz nie raz przekonalam.

A więc zawitali, a jak mowi znane polskie przyslowie: "gosc w dom - Bog w dom". Do przykladnych katoliczek to ja nie naleze wiec Bogu dziekowac za ten 'zaszczyt' wynikajacy z ich wizyty nie bede. Dalam kuzynowi gre planszowa. Oczywiscie zarzadal zebym zagrala z nim i tutaj wyszlo na jaw, ze ja rzeczywiscie nienawidze przegrywac. Na szczescie wygralam z tym smarkiem i zachowalam honor. [uff...] Nie zebym az tak bardzo wczowala sie w gre czy w opiekunkę, ale to byłby 'lekki' wstyd przegrać z 7letnim dzieciakiem.

W tej chwili siedzą, jedzą i oglądają kasetę z mojej studniówki [olaboga], a ja wykorzystując nieuwagę całej reszty napisałam co chciałam.


Pan K. zapomnial juz chyba o mnie, bo nie odzywa sie od tygodnia. Telefon milczy jak zaklęty. W sumie to chyba nie powinnam dziwic sie Panu K., ale jesli jednak K. zdecyduje się coś napisać (a moze i nawet spotkac) to ja jestem na TAK.

.dopisek. - 20.18:
A jednak dala troche kasy. Co prawda nie tyle co tydzien temu, ale zawsze cos. Zyc nie umierac! ...powiedzmy.

sobota, 11 września 2004

kartka z kalendarza

[ W chwili słabości nożem do papieru, bo żyletki w domu nie uświadczysz. Ale też działa. Ja nie chciałam, naprawdę. Samo tak jakoś wyszło.]

Właściwie gdyby nie mój kalendarz to tak bardzo nie skupiłabym się na tej dacie.

Szanowcy Panie wydawco kalendarza "Naj", może warto byłoby jednak nauczyć się liczyć? Naprawde to całkiem przydatna umiejętność. Polecam na przyszłość. [Nie ładnie, nie ładnie.. chyba spało się na lekcjach.]

Kupiłam nasiona i ziemie i mam zamiar posadzić słoneczniki w doniczkach na parapecie. Takie małe, ozdobne, żeby mieć własne prywatne słońca. Ot co!

Czy ktoś po za mną zauważył, że reklamy w polskich telewizjach prywatnych są coraz dłuższe? Teraz to nie tylko siku i kupke można zrobić, ale i zrobić małe papu no i spożyć je! A podłoga antypoślizgowa w domu barowiczów sprowadzana prosto z Urugwaju nie zrekompensuje mi trzeszczenia w moim starym rozklekociałym telewizorze.

czwartek, 9 września 2004

poetycko

Skorzystałam z poniedziałkowego zaproszenia Pani bibliotekarki tudzież regionalnej poetki (jak ktoś lubi poezje to będzie rozpozna nazwisko, ale i tak tutaj nie podam.. no wiecie 'ochrona danych osobowych' :D ) i wybrałam się we wtorek do MDK-u, na spotkanie koła literackiego. Jakoże jednak nie należe do osób odważnych i błyszczących w towarzystwie przed przyjściem przeżywałam męki i katusze. Moją głowę dręczyło pytanie: "iść czy nie iść?" W końcu odważyłam się. Z nudów, z ciekawości... Spotkanie było dość krótkie (tak wyszło), ale wystarczająco długie żebym poczuła się tam dziwnie, nieswojo (w końcu nikogo nie znałam). Całe to zgrupowanie przypominało mi trochę taką specyficzną sektę, a Pani bibliotekarko-poetka (założycielka i opiekunka grupy) była kimś w rodzaju guru. [mój odbiór tego był trochę wypaczony, ale pamiętajmy, że ze mną też nie jest wszystko ok ;) ]

Coś jednak mnie popchnęło żebym następnego dnia doniosłam kilkanaście swoich nie-wierszy do poczytania i rozpoznania. Ku własnemu zdziwieniu moja tzw. "twórczość" spodobała się. Siedząc tam i słuchając tych wszystkich achówiochów na temat mojej niby-poezji miałam ochote tarzać się ze śmiechu. Po prostu ta cała sytuacja jest dla mnie potwornie komiczna.

W każdym bądź razie na cotygodniowe spotkania w MDK-u będę chodziła nadal, być może moje nie-wiersze znają się w "Antologii" (zbiór wierszy młodzieży należącej do tegoż koła literackiego) wydanej w najbliższym czasie (czyt. kiedyś tam nie wiadomo kiedy :P ). A póki co dostałam namiary na 'konkurs poetycki', więc kompletuję niezbędne papierki i wyruszam na pocztę... Życzcie mi powodzenia! ;)

Nie dziękuję! ;D

poniedziałek, 6 września 2004

rodzinnie

Sobota - dzień męczący zaczął się rano skończył się późno. Wizyta u ciotki. Uniknęłam spania z młodym mężczyzną (7-letnim), nieco wzbogaciłam się, no i najważniejsze nie spędziłam tego dnia w domu przed komputerem. Nie ma co dalej się rozwodzić.

Zdjęcia robione wspólnie z K. wyszły naprawdę wspaniale. Przykleiłam się do monitora i jak wariatka oglądam je bez przerwy, a że jest ich sporo więc mam w czym przebierać.

Sądzę, że wiedzieć za dużo też nie jest dobrze. Wczoraj wieczorem przekonałam się o tym. Może warto znów wcisnąć się w swoją ciasną skorupę... być może.

piątek, 3 września 2004

nierandkowo

Wróciłam z tego nierandkowego spotkania. K. nierandkowo podjechał pod mój blok bordowym autem, wysiadł z niego nierandkowo, obdażył nierandkowym buziakiem w policzek i równie nierandkowo otworzył mi drzwi od strony pasażera. Pojechaliśmy na... no oczywiście nierandkową wycieczkę aby porobić sobie osobne i wspólne nierandkowe zdjęcia. Ot tak, na wieczna pamiątke kiedy już powróci za tę wielką wodę (tłumaczenie dla niekumatych: za wielką wodę = do USA). Później nierandkowy spacer po parku, kolejne zdjęcia. I wspólna nierandkowa kawa w lodziarni. Mnóstwo rozmów - nierandkowych oczywiście, jego zapach - nierandkowy ma się rozumieć. Póżniej mały nierandkowy spacer. I Pan K. grzecznie odstawił mnie do domu na odchodne obdarowując mnie pożegnalnym, nierandkowym buziakiem w policzek.

Było cudownie... cudownie nieradkowo. Oby więcej takich nierandek. Został nam jeszcze wspólny nierandkowy miesiąc. A-hu!

Ciężkie jest życie studenta

Te progi do stypendium socjalnego są chore. Ludzie, którzy spełniają te warunki musieliby przymierać głodem, a tacy to z regóły nie idą to tego typu szkoły. Urząd Skarbowy wie co robi żeby za dużo kasy nie wydać na biednych studentów. Patałachy!!

Mam kolorową teczkę. Na pierwszy rzut oka siedzi na niej jamnik, na drugi zwykły kundelek, ale na trzeci widzi mi się, że to będzie jednak jamnik szorstkowłosy! ;P

czwartek, 2 września 2004

Człowiek, przyzwyczajenia i złudzenia

Nie tak łatwo zmienić myślenie człowieka. Zwłaszcza gdy myśli się tak samo nieprzerwanie od ponad 19 lat, no i mając u boku taką osobę, która dodatkowo jest swego rodzaju motorem do tych myśli. Nie wierzę żeby te wizyty coś pomogły. Na razie po czterech jestem w stanie stwierdzić, że nie ma żadnych efektów. To po co chodze? Może dlatego, że pani jest miła. Może dlatego, że mam wreszcie komu o tym wszystkim opowiedzieć, choć wiem, ze ta osoba nie robi tego z własnej woli, ale dlatego bo musi, bo taka jest jej praca. Chyba lepsze to niż nic... Oczywiście prawdziwy przyjaciel byłby lepszy, bo robiłby to z własnej nieprzymuszonej woli. No i mam kolejną 'pracę domową' pt. "Skąd się biorą przyjaciele?". Jak tak patrze na świat to dochodze do wniosku, że chyba z księżyca...

Doprawdy dziwnie się czuje. Fakt, ze w tamtym roku o tej porze ciężko tyrałam w szkole (no może nie o tej godzinie), a teraz leże do góry dupą! ;P

Tak a propos złudzeń i miraży... Umówiłam się na jutro, na spacer z K. To nic pewnego, ale...

środa, 1 września 2004

beginning

ten teges no yyy... po prostu: witam! :)