sobota, 22 grudnia 2007

kiedy mówisz do mnie "słońce"...

ciebie mi brak - powietrza. oddechów szalejących po karku. ciebie mi brak - powietrza. jechać do cię te pięć i pół godziny. trzysta sześć kilometrów. nic. z przemytnikiem papierosów i alkoholu. z czeskim turystą i matematyczką ze stertą niesprawdzonych kartkówek. nic. wszystko nic. z tobą być. na jawie śnić.

(teraz jest czas na myślenie co by się stało gdyby się stało to co stać się nie miało.)


//wiem, wiem. ponosi mnie ostatnio. na fali z falą z wiatrem i pod wiater.


♪♪ hurt - nowy początek.mp3

wtorek, 11 grudnia 2007

miasto

w mieście tym nie ma lamp. powietrza. przestrzeni. ludzkich oddechów. czas zwija mi się w trąbkę i gra na rozstrojonych nutach co rano. a potem znika. do następnego przebudzenia. podduszenia. uduszenia. wieczorami żyję. oddycham zakonserwowanym tobą *.

zaciskam dłonie w kieszeniach. chucham-dmucham na ten stan. co by nie zamarzł, nie rozmył się. bo runę w szaleństwo, w stuporze zastygnę gdy wyda się, że wydaje się to wszystko.

(zaczyna się. rozgrzewka przed bitwą. a potem ona, w całej swojej okazałości - s(tr)eeesja.)

--
* mam markową koszulkę. działa jak maska tlenowa. szpanuję.


♪♪ happysad - taka historia.mp3

poniedziałek, 26 listopada 2007

oburącz

może to wszystko sen. a jeśli śnię... proszę, nie budźcie mnie.

ja to wszystko wiem. że emocjonujące rozstania. że potem czułe powitania. że milion słów, które nigdy nie wyrażą głębi. niedopowiedzenie, które dręczy. wypełnia się je milczeniem. spojrzeniem. oddechem. ciągle mało, ciągle głód... i może w tym całym szaleństwie jest jakaś metoda.
a tymczasem pora wrócić do rzeczywistości. rankiem wstać na rozkaz. a mnie to wszystko nie na rękę. bo wolałabym pod rękę. za rękę. ręka w rękę.


♪♪ edyta bartosiewicz - dobrze nam.mp3

wtorek, 13 listopada 2007

jeśli wiatr nas nie przepędzi, jeśli nie zerwane więzi...

myślę o tym ramieniu jak o bezpiecznym lądzie, do którego zmierzam po wzburzonych falach dnia. i jest w tym wszystkim kosmiczna ironia losu. i jest w tym wszystkim nadzieja, wiara, spokój. jest i lęk...


--
nazwij mnie jak chcesz. zimną suką, oszustką czy kłamliwą dziwką... nazwij mnie jak chcesz, tylko daj tlen!


♪♪ happysad - jeśli nie rozjadą nas czołgi.mp3

sobota, 10 listopada 2007

oto zmyślony świat...

nie było wywarzania ścian, okien czy choćby uchylania lufcika. jest cisza. przenikająca, roztropna. moja własna. nie spokój, ale cisza. (nie, to nie jest to samo.) i deszcz jest głuchy. szybszy niż myśli. deszcz za oknem, deszcz... i nic nie widać. nic, tylko ten deszcz. na oczach, przed oczami. tylko deszcz. głucho. pada. kapie. szelest oddechu. ciężko. opadanie. przepaść.

nie uciekam się do nikogo. uciekam się sama w sobie. w środku tak. mocniej. głębiej. w pojedynczości istnienia lub znikania.
(może nie jestem stworzona do życia, tworzenia. może jestem jedynie do bycia.)


--
"najlepiej było wtedy kiedy kogoś miałam w sobie, gdy pachniało deszczem i marzyłam wieczorem. gdy karmiłam gołębie chlebem z karbidem, słuchałam muzyki, upijałam się winem."

sobota, 3 listopada 2007

wszędzie dobrze, ale w domu... trzeba posprzątać

jest jakby nie w raju. nie w domowy ognisku. ogniu raczej. praży. uciekać, bo się człowiek poparzy. usmaży. i gasi się ten pożar rzewnie. przez zamknięte oczy znika. równomiernie wszystkie smutki rozprowadza jak krem na zmarszczki.
trudno dyskutować z absurdami. trudno przeciwstawić się im.

odwiedziłam salonik. i już cegła spada mi na głowę. alealeale, zobaczymy co z tego wyjdzie...

robi się ciasno. coraz ciaśniej. przestrzeń na oddech, na roztrząsanie myśli po kątach, na rozpamiętywanie sekund, na międzyczas, bycie sobą i z sobą niebezpiecznie kurczy się. mój wewnętrzny instynkt samozachowawczy każe mi otworzyć okno. tak na ośwież. wyrzucić wszystko co przytłacza, przygniata, tłamsi i osacza. wszystko czym wcześniej oddychało się. czasem tlen można pomylić z eterem... (puenta taka błyskotliwa mi się wymsknęła.)
tylko, że może nie tak drastycznie. może warto czekać... na cud.

w tak zwanym międzyczasie odwiedził nas kolega z południa.

mała dygresja:
biograficzny psikus taki trochę. los jest zwariowany, nieprzewidywalny, tajemniczy. i trochę mam mu za złe, że tak okrutnie bawi się człowiekiem.


♪♪ edyta geppert - pocieszanka.mp3

niedziela, 21 października 2007

po cichu te słowa wypuszczam. rozprute na całe gardło

odgadywanie emocji. trzymanie w ryzach. w szachu. jeszcze mat i gra skończona. trzymam się w tym uśmiechu, w tym oddechu. nieskończoności, której nie widać gołym okiem. której dotknąć palcem nie można. potrzeba nam czasu, dystansu. perspektyw wielu. opisuję te stany osobliwe w sposób niezrozumiały dla siebie samej. nigdy nie kończę. zasypiam. budzę się czysta i rześka. wolna od niepotrzebnych wrażeń. a wieczorami znów rozbijam myśli na atomy. i wciąż nie wiem nic. i wciąż chcę mocniej żyć.

dziś długo nie zasnę. dziś męczyć mnie będzie półmrok. dziś w nocy długo nie zasnę i nie wiem czy to bezsenność, czy tylko bezsens. i pada znów. słyszę deszcz, oddech swój w powietrzu zawieszony. przenikanie.

w tym mieście gdzie żyje się na czerwonym świetle chodzę po ulicach ufnie. choć wciąż obco. nie ma miejsc gdzie mogłabym schować się przed światem. nie ma miejsc gdzie możnaby żyć. przeżywać. emocjonować się. spędzać się. zły, pusty czas przepędzać. tak, tu też może być dzień świstaka. choć świstak siedzi już na bezrobociu. ale szukam wciąż. szukam kąta na moją miarę uszytego.

trzeba mi było stu pięćdziesięciu kilometrów dystansu żeby zauważyć mnogość toksycznych relacji. paradoksalnie pod wieczną kontrolą. paradoksalnie w strachu i niepewności jutra. paradoksalnie w wiecznym krzyku. odległym, ale wystarczająco bliskim. muszę się rozprawić z tym. mocniej się muszę przemóc. rozprawić. rozprawić i odprawić. fachowca mi trzeba.



nie umiem mówić ci o uczuciach. że się boję spoglądać na słońce. że nic nie jest takie proste. że czasami płaczę nocami... ot, tak. niby bez powodu. i że się boję miłości. obdarcia z uczuć wszelakich. pornografii dusz. i że spadną wszystkie liście, że się skończy wszystko... że jest wiele we mnie mgły. że śnią mi się paranormalne sny. nie umiem mówić ci... z resztą nie pytasz o nic.


--
/kradnę ten sygnał tak długo i namiętnie. że aż się do tego stanu przyzwyczaiłam. aż tu nagle zonk. jeśli plan wypali już dziś łóżko, na którym spoczywa narzędzie mej zbrodni (laptop w sensie) zostanie zajęte. w sumie do tego dążyłam, tego chciałam i chce nadal. i może z nową jego posiadaczką (łóżka w sensie) da się jakoś dogadać w sprawie internetu legalnego. bo wcześniej to samakra. no samakra./


-apdejt-
21. października, 12:04

ale mnie babka (ta mieszkaniowa) wkurwiła, no! ona se może czekać do końca miesiąca, ja nie mam najmniejszego zamiaru! nosz q***, naiwność ludzka nie zna granic! zero nauczki, zero refleksji...


♪♪ nosowska - odrobina dyskomfortu.mp3

piątek, 12 października 2007

złodziejskie nasienie

nie, nie mam internetu. nie przyjechałam też na weekend do domu. to urojenie, że tu jestem. nieprawdą jestem, że... jestem. chciałam radiowy. pan był, pan sprawdził. sprzęt mój za słaby. kupno innego to kosztowne szaleństwo. ale, ale pan był, pan sprawdził, a hasła do sieci wykasować zapomniał. i po 2 godzinach prób - jestem! ja - złodziejskie nasienie! z tą moją zawrotną prędkością mogę szaleć! wysłać pare wiadomości na gg, tę notke napisać przeczytać wiadomości z kraju i ze świata... ale poczty elektonicznej już nie uświadczysz. ale cóż. cieszmy sie tym co mamy. zaśniem, obudzim się i ślad po tym zaginie. ot, taki przybytek chwilowy.
jest mi tu niewygodnie, zimno (na podłodze sobie siedzę tym moim laptokiem, kręczem sobie i inne dziwne pozy przyjmuję), kręgosłup cierpi, garb rośnie, ale przesunąć komputra nie mogę ani na centymetr. (to tyle w kwestii wyjaśnienia mojej sytuacji bieżącej.)

teraz o mieście mostów będzie. bo jest pięknie. bo liście szaleją po ulicach w kolorach różnobarwnych. idzie się rano, wsiada w niebieskie tramwaje, które co rusz zmieniają swoje trasy. ciśnie się w tych tramwajach, stoi w wiecznych korkach. później biegiem przez cuchnący moczem dworzec główny, aż do wielkiego w swoim chaosie intytutu pedagogiki.

a ludzie tam są różni. niektórzy na ranę przyłóż, a innym się głowach poprzewracało i żadna moda polska, tylko biały kaftanik i drzwi bez klamek. ale się żyje. ma się tu okno, ładny widok z dziesiątego piętra (pan ładny od internetu też to przyznał), babcię starowinkę z jej historiami, parę ciepłych, skurczy-bykowych ramion do objęcia (które oto teraz, z tego miejsca serdecznie pozdrawiam i obcałowuję!)... współlokatorki już nie mam. zwiała. ponoć przypadkiem, ale coś za dużo przypadków w tym przypadku pomińmy fakt. szukam nowej. oby lepszej.

mnie jest tu trochę obco póki co. gdyby nie skurczy-bykowe ramiona trudno byłoby oddychać. szukam miejsca sobie. przestrzeni. ludzi. otoczenia. czasami w galeriach, od których się tu roi. w ciasnych, dusznych i zadymionych kawiarniach pełnych tak zwanych artystów krzyczących do siebie niezrozumiałe słowa, ciągnących faja za fają, pijących piwo i wódę na zmianę, śmierdzących, bluzgających do siebie nawzajem i o sobie wzajemnie, piszących wiersze o gnijących organach wewnętrznych, o śmierci nagłej i niepotrzebnej, i innych rewelacjach z życia wziętych... potem ucieka sie z miejsc takich, bo dym w głowie przewraca, kręci, wprowadza w stan letargu. i unika się, unika ich jak ognia. tam ludzi jedzą na przystawkę. więc szuka się wciąż, szuka... bo nie ma miejsc gdzie można by cierpieć samotność samemu.


--
hotspoty są, owszem. w rynku na przykład. ale jakoś nie mam odwagi popitalać z laptopem do miasta. dwa zderzenia w ciągu dwóch tygodni z pijaczkami wystarczą. więcej przygód mi nie trzeba.

piątek, 28 września 2007

komu w drogę temu... się na sentymenty zbiera

werdykt ogłoszony. wygrały boskie wiersze znad morza. (bom była w jury ogólnopolskiego konkursu literackiego, ale z tego wszystkiego żem zapomniała się pochwalić.)

--

nie chce mi się rozstawać z tymi chwilami samotności. tam to będzie ciężko. ale życie ucieka, trzeba wreszcie zacząć biec z nim. nadążać. chyba, że ucieknie się w park, nawrzuca kasztanów w kieszenie, przysiądzie na ławeczce i poudaje, że jest się całkiem samemu.
już nie myślę o perspektywie braku internetu. myśli wciągają za mocno. potem nie idzie się z nich wydostać. jak ze studni bez dna. nie myślę też jak mi będzie nerwowo, a jak irytująco w towarzystwie pozostałych lokatorów. o tym czy dam radę, czy będę miała co jeść, pić, gdzie stolec robić i czy będzie on regularny też nie myślę. za dużo tego, a na myślenie nie mam teraz weny.
trzeba się ogarnąć, znaleźć sobie miejsce literackie do kontemplowania, rozwijania. miejsce do oddychania w ciszy, bez zbędnych szumów. miejsce do śmiechu i do łez. porty, do który będzie się wracać, podążać. odpoczywać w wielu warstwach życia.

i irytuje mnie jej słodki głosik. jej. że aż przesłodzony. jak słodzik sztuczny. szkodliwy. drażnią mdłe dowcipy. że aż brew się unosi. że chce się tak za kudły i łbem o ścianę. bo nikt nie lubi jak się z niego kretyna robi. ja też. (ciężko będzie, oj ciężko.)

pozostaje się spakować (czego nieznoszę najbardziej), wyściskać spawychowego misiaka, naciskać czapkę na głowę (przysłowiową taką) i wyruszyć do wielkiego, nieznanego świata. jutro już. ach. strach. strach się bać.
a tam, na tym całym, wielkim uniwersytecie, to nikt nic nie wie. czeski film. burdel na kółkach. cyrk na ordynackiej. czy co kto jeszcze wymyśli... generalnie róbta co chceta!


--
się będę odzywała jak będę mogła. a móc muszę, chociażby raz na jakiś czas. często w miarę, co dni parę. nadzieję mam. ale...



28. września, 19:28
mam plan, wykonam go sam(a). nie chcę żadnej pomocy... nie, nie wyrobię się dzisiaj w nocy. o.

środa, 12 września 2007

zmiany, zmiany, zmiany... czyli jak to wiatr z północy pcha człowieka na południe

za dużo słów, za mało treści. konstruktywnych. mówię, mówię. dużo i szybko. w amoku, uroku, ekstazie i pod natchnieniem co jak demon żywi się krwią swojej ofiary. za dużo słów, za mało treści. a gdy przestaję zaraz mi żal. tych co za dużo, co niezdrowo, tego co niedopowiedziane, zagadane, przekłamane. tego co obce, co swoje. co znane i nie. i wciąż za dużo słów, za mało treści. pożądanych.

i śni mi się, że policzkiem ten śmieszny zarost czuję. że czuję go watą sztywny. że drapie uroczo. ochoczo. potem się budzę i nie przeklinam tych snów. nie żałuję. chcę śnić dalej. mocniej. na jawie. albo przeżywać i odżywać. na nowo czuć jak nigdy goręcej. mocniej bić serce. trząść ręce. płonąć oczy. albo ulicą idę i zapach ten czuję. że mi nozdrza gwałci subtelnie jak babie lato po kryjomu. i chwila jest. i pyk i znikł. potem tylko spaliny. ale pamięci się nie zapomina. trzyma się ją jak zapasy na zimę. jak bumerang wieczorami zmrożonymi wraca. i czasem wyłazi nocami. oczami. później się zmienia. zapomina. odwodzi. potem jest inny dzień, inna godzina. i czulej jest realniej czuć. że mnie uszy pieką i dreszcz po plecach jak sprinter przebiega. że można się wtopić, utopić. że jest ciepło, bezpiecznie i niebezpańsko tak. tylko powroty są złe. powroty mają to do siebie, że krzyczą wszystkimi porami skóry. wysysają z płuc tlen, topią ogień w oczach.

dwadzieściasiedem jestem. i dziesiąte piętro z 70-letnią trzęsącą się babą, i piecuszką się nietrzęsącą. ale bez sieci, bez virtual life, bez internetu! trochę mnie mocno strach bierze, że mną trzęsie na samą myśl. wszystkie poukładane w głowie zdania szarpią się, szamotają, spać nie dają. swobody mi trzeba! a tam jak, jak się wyswobodzi?! i żeby tak bez internetu! dziadostwo, nie do pojęcia. przejęcia. NO ALE, bez internetu za to z ciepłem, które grzało mnie wczoraj jak kaloryfer, a dziś mi go brak. i palce zmarznięte, i dreszcze, i puste ręce.

czyly jednym słowem: breslau!

czytam "odrzuty" - macierzyńskiego. nawet wiersz o nim napisałam. kiepski pewnie, ale nie istotne. on jest cham, ale wiersze ma dobre. trzyma mnie to wciśniętą w fotelik. jak mysz małą. jak kamfora lotną.
a dehnel prozatorsko uroczy. poezją go chce się wyrzucić spod strzech. z łóżka wieczorem przed snem.


--
gwałcę wszelkie zasady pisowni polskiej, składni, interpunkcji i czego bądź jeszcze. miodek by się potłukł jakby przeczytał. odpowiadam, zasady są z zasady po to żeby je łamać. i szukam formy niezajętej. czystej. obcej. mnie samej też. żeby ją poznawać. bawić się. obracać. podrzucać.

wtorek, 4 września 2007

zanim groszki i róże...

czas się rozejrzeć dookoła i zauważyć, że na tej mojej pożal się boże tratwie, czy tam szalupie zostałam sama jak kołek. dookoła zewsząd woda, lądu nawet lornetką nie wypatrzysz, a nawet okoliczne zwierzęta pochowały się gdzieś. jakby tego było mało - przecieka! przecieka, a szmaty do załatania dziur brak... poza mną, raczej bezużyteczną postacią tego całego spektaklu, który niektórzy zwykli pieszczotliwie nazywać "życiem".

ale spokojnie. trzeba się zebrać w sobie, poczekać jeszcze trochę, zacisnąć pięści, czy tam kciuki i wierzyć, że jakoś to się ułoży. że przecież to niemożliwe żeby się nie udało, że ziemię i niebo się poruszy. bo pora w końcu odetchnąć pełną piersią, rozpuścić włos na wietrze, uwolnić się od wszystkich kwasów, mchów, porostów i habazi tego podwórka zarośniętego po sam pas albo i wyżej jeszcze.

już wiem, nie ogarnę tego. patrzę, nie dopatruję się. a co tam, czekają w końcu nowe horyzonty, nowe zauroczenia. szczęśliwe czy nie, realne czy nie, z pewnością emocjonujące! że nie wyszło, widać wyjść nie mogło. nie czas i miejsce, i nieodpowiedni bohaterowie.
//ponoć pachniał potem. ja tam czułam zapach niebiański. uśmiech szeroki, ząbki w dwu rzędach. i oczy błyszczące, i włos ciemnawy. i świat cały, i jeszcze trochę. koniec. cicho, cicho... cicho-sza! bo tak całkiem, to mi jeszcze nie przeszło. nie poszło. trwa.

lubię rozmawiać z tobą i milczy się też całkiem wymownie. godzinami całymi, regularnie jak w zegarku. że aż ręka od trzymania słuchawki mdleje, śliny w ustach brakować zaczyna, powietrza w płucach.

a w domu, jak to w domu. jak pusto to i cicho, i bezpiecznie. i można nawet myśli swoich posłuchać, wolno przejść się w piżamie po domu, przeciągnąć, zjeść śniadanie w porze obiadu. potem to już nie można, potem to już trzeba się pilnować. kłaść spać kiedy karzą... kiedy krzyczą, oglądać mądrych filmów nie wolno (bo mądre filmy zawsze dają w środku nocy), mylić się nie wolno, mówić za głośno, oddychać zbyt ciężko. najlepiej więc dla siebie pozamykać oczy i uszy, skulić się w sobie, przeczekiwać ten czas. to życie. bo się nie nadajesz: do świata, do życia, do ludzi...


--
za tydzień dowiem się czy zechcą mnie w tym mieście, w którym pełno okopów. a na to czy to miasto, miasto, które nigdy nie zasypia zechce przyjąć mnie pod swoje opiekuńcze skrzydła (jak to zawodzą w pewnym nędznym serialu) muszę poczekać nieco dłużej. a właściwie dużo dłużej.


♪♪ pidżama porno - nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości.mp3

wtorek, 21 sierpnia 2007

przyj dziecino, przyyyj!!

tamtejsze spaliny mają słodki zapach. a ludziów jak mrówków i samochodów też tłoczno. ulice rozkopane, oznakowania w cały świat, pani w dziekanacie jak wszędzie "milutka", że nóż w kieszeni się otwiera, ale i tak mi się tam podoba. bo zielono, bo ludzi gęsto, bo zapach elektryzujący i magnes jakiś, którego żadna wiedza naukowa ani doświadczalna nie jest w stanie wyjaśnić.
ale cóś mi w tym wszystkim śmierdzi, nie wiem jeszcze co (choć podejrzewam), ale to CÓŚ wyrasta przede mną i tak capi, że ja cie kręcę. że zawrót głowy i dupy połowy.

ehm, jak nie będę miała gdzie mieszkać, bo mi kwaterki nie dadzą, to mają tam ponoć koło setki mostów. w życiu takich "salonów" nie miałam!
ironia? tak, tak... w rzeczy samej! ale co poradzisz? nic nie poradzisz! czekać trza i lecieć z podaniem w odpowiednim czasie, a potem znów czekać trza... i tak do skutku, do znudzenia. (i w międzyczasie liczyć, że tym razem obiecanka zostanie zrealizowana. o, to najważniejsze, że zostanie. żeby była.)

za miastem pewnym już tęsknię, za ludziem pewnym też. chcę tam wrócić, z całych sił chcę. jak nigdy wcześniej, jak nigdy bardziej, jak nigdy dosłowniej. mocniej już się nie da, już nie. że aż cisną się we mnie wszystkie siły, mało nie eksplodują.

a tymczasem kładę się nocą w pokoju, słucham comy. głos się rozchodzi po żyłach, po kościach. wstaję, przez okno wyglądam, wtapiam się w sdm. bo "co można w bloku, gdy sen na jawie..."? i tęskno mi do wzniosłych uczuć, do szerokich horyzontów, do gładkiej powierzchni jak tafla lodu, do czystych, przejrzystych przestrzeni powietrznych. gdzie przyszłość jawi się w pełni kolorów, gdzie mgłą przed oczyma nie osiada. ej, mi się napisało.


---
i nic pewne, i nic jasne, i nic sprecyzowane, i nic też dokładne nie jest. godziny niepewności biją się we mnie coraz mocniej.


+bonus
i na dokładkę o, które mi radość sprawiło i delikatnie ego połechtało.

poniedziałek, 6 sierpnia 2007

eterycznie

kompletuję dokumenty. walczę z zapominaniem. (jedna ja chce, druga nie.) nosowska pomaga. długie i ciepłe rozmowy z gorącą czekoladą, lodami i zabawami z ogniem wśród muzyki okalającej w klimacie nocnym też.

a tam podobno to magia i myślę o tym niezmiernie niezmienne. że wszystkie chęci się we mnie mobilizują, że aż prawie eksplodują. jeszcze 10 dni i powącham zapach tamtejszych spalin. i żebym tak mogła od października tak na okrągło, nieustannie i bez przerwy. ciągle. z otwartymi oczami poznawać świat jak dziecko.

ale, ale deklaruje (wakacyjnie, niestresowo, ekspresowo, enigmatycznie, subtelnie i platonicznie) brak przeciwwskazań i ciągłą chęć, ciągotę, potrzebę... więc w razie co - ja zwarta, prężna i gotowa. trzeba tylko dać jakiś znak. jakiś gest.


--
z komputrem znów się dzieją cuda wianki. tak jakby końca nie widać. epidemia jakaś. (choć, choć jak wiadomo wszystko ma swoje zady i walety. w tym przypadku zdecydowanie odrzucam zady i mocno skupiam się na waletach, które są dużo ważniejsze i wyrazistrze. że się tak wyrażę, o.)


♪♪ nosowska - karatetyka.mp3

czwartek, 2 sierpnia 2007

historie, których nie było

"już wiem że nigdy nie będziesz mój"

oczadziałam. zupełnie i doszczętnie. zawieszona gdzieś między chcieć a móc wymyślam kolejne historie. a to o przyszłym potencjalnym (choć jeszcze niepewnym, bo daleka droga do tego, a przeszkód niemało) życiu w mieście niebieskich trampków i mostów, o tym co by może mogło być, ubarwić mi letnie dni choć przez chwilę. (tak, tak kochane dzieci, chodzi o "letni romansik"! ale tak się o tym nie wyrażę, bo mi jedzie harlekinem, którego nie trawię z racji tandety.) ale przez moją idealnie skrojoną niegramotność i dupowatość pospolitą nigdy nie dowiem się czy byłby na to choć cień szansy, już nie wspominając o zaaranżowaniu czegokolwiek. bo trzeba być totalną mną żeby zmarnować taką szansę, albo chociaż szansy wrażenie! no i brawa dla tej pani za szczególną formę afirmacji strachu totalnie absurdalnego, za zapłon spóźniony, za się wstydzenie, za całokształt... generalnie!
że aż mam ochotę dokopać sobie! porządnie tak! na pamiątkę, na przyszłość... jeśli jeszcze coś kiedyś. choć teraz to kiedyś zbyt odległe. bardziej dręczy stan obecny, bo pewność niepewna. a moje prawdopodobieństwo subiektywne zwykle w takich sytuacjach jest jednak równoznaczne z czarnowidztwem. lajf is brutal, a ja wciąż zamykam i otwieram oczy z myślą, potrzebą ucieszenia tych paru chwil pozostałych do jesieni i z żalem też... [sic!]

a w życiu przeprowadziłam walkę wygraną ze sprzętem komputerowym, a tak dokładniej to nie ja, ale ktoś kto maczał w nim swe palce. /palce, palce i oczy, i usta, uśmiech, uśmiech... no dobra, starczy, cicho! bo się wyda! (haa, marzenie ściętej głowy!)/
odwiedziłam też miasto trampków czerwono-żółtych tudzież żółto-czerwonych, czyli (jakby się ktoś jeszcze nie domyślił) łódź. żółte kino jest klimatyczne bardzo, w mieście człowiek czuje się cudownie anonimowy, a przy tym nieobco tak, ale swojsko.

"późno już
chodźmy spać"



♪♪ hey - z rejestru strasznych snów.mp3

czwartek, 19 lipca 2007

"ALE"

"i nie chodzi mi o wojnę
nie to że bucha ogień a ty śpisz spokojnie"


mnie ruszyło. do tej pory mam szok pourazowy. nie widać. czuję. starczy. przyjemnie, bardzo nawet. ale... no dobra póki miło nie ma żadnego wstrętnego "ALE". zacznie się za czas jakiś kiedy pamięć skończy.

przypomnij mi jak mam na imię? i czy będę mogła tej nocy znów przejść po pajęczynie i nie spaść?

coś jeszcze wymyślę. zobaczycie. a to tak na bierząco.
tymczasem potańczę z miotłą.


♪♪ happysad - słońce.mp3

w międzyczasie

ostatnimi czasy prześlizguję się przez życie z dość mocnymi doznaniami. o chaosie czwartkowo-piątkowym wspominać w szczegółach nie będę. wystarczy, że ja wciąż mam w głowie te zgliszcza. w pamięci i w sobie. to wystarczy. z czasem uświadamiam sobie, że jeśli nie gdzie indziej, to nigdzie. bo tu nie, tu życie jest zbyt skrajne. albo zanika całkowicie, albo odczuwa się je zbyt mocno. że boli samo myślenie, a jak przypomnieć sobie huk i krzyk pękają w pamięci wszystkie zwoje. i się zapomina, zapomina do czasu... do następnego razu.

chłopiec zza wielkiej wody nie odzywa się choć obiecywał. ja nawet nie mam zbytniej ochoty, ani siły na dopominanie się o ten kontakt. jak mi się przypomni to może i przypomnę mu o sobie. ale może...

a tak poza tym działo się trochę. i rowerowanie i w rowie lądowanie, w oście rzecz jasna. i spacerowanie poprzez pola od słońca nagrzane. i wreszcie ognisko miało dziś być na wsi, ale deszcz popsuł szyki. więc był gryll. elektryczny niestety, ale nie ma co narzekać. było i jabłkobranie i wierszy czytanie.
wszystko ładnie-piknie, ale myśl o planie na przyszłość, a raczej o jego braku zatruwa głowę bardzo... nie lubię tego międzyczasu. braku koncepcji, kontroli, bezpieczeństwa.

komputerowiec ten co zwykle odwiedził me progi. i odczucia te co zwykle. żanka powinna pamiętać... tym razem było równie uroczo towarzysko. tym razem nawet obnażył się przede mną. ja wiem, że to tylko tak z kontekstu, pokazać pryszcze na plecach. (fuu! wiem!) ale jakby nie było mogłam patrzeć na co innego i skorzystałam z okazji... wiem też, że te wszystkie moje odczucia to pewnie w większym stopniu kwestia wyjałowienia emocjonalnego, ale trudno tu racjonalnie myśleć z takim podejściem i takimi potrzebami. teraz pozostaje mi czekać. już niedługo przyjdzie znów do komputera rzecz jasna. nie do mnie. ja się napatrzę, nasłucham... na resztę życia.

a teraz jest dżess nocą. parny, mglisty dżess i noc taka duszna, taka młoda. w noc się przejdę po pajęczynie marzeń. w noc. cała przede mną. cała nade mną. i filiżanka herbaty zastygła w tę noc. słucha...


♪♪ norah jones - rosie's lullaby.mp3

czwartek, 12 lipca 2007

perspektywy

no obroniłam się i to na 5. pani recenzent zatrzymała nawet moją pracę. a pani promotor stwierdziła, że my - studenci wshe (tej marnej wshe w zadupiu zwanym sieradzem) napisaliśmy lepsze prace licencjacie niż jej studenci na uniwersytecie łódzkim - magisterskie. powiedziała, że trzeba iść dalej, że talenty nie mogą się zmarnować.

super! tylko teraz emocje opadły i po tych wszystkich pochwałach zostały mi tylko wspomnienia... na otarcie łez. bo nie mam pewności czy będzie jakieś dalej. skąd wziąć środki na to dalej? dziennie też trzeba się za coś utrzymać, opłacić akademik. zaocznie, ta sama bajka plus czesne. praca? pierwsza praca to nie kokosy, nie starczy na wynajęcie pokoju, opłatę rachunków, jedzenie... już o czesnym nie wspomnę. praca w moim mieście to jedynie możliwość stażu (jeśli choć takie coś się trafi). za 450zł po opłaceniu czesnego to nawet na piwo mi nie starczy. z resztą nawet nie miałabym z kim na nie iść... co mądrzejszy już dawno stąd uciekł. zostały drobne pijaczki i blokersi pod klatkami. scenariusz wyglądałby mniej tak: praca, dom, praca, dom, praca, dom... zero szans na kontakty towarzyskie, ułożenie sobie życia, na rozwój, na usamodzielnienie się. samotność i wegetacja w czystej postaci. po co w takim razie dalej studiować? za granicę nie wyjadę, na naukę języka też nigdy nie było pieniędzy.

szczerze nienawidzę tego kraju i ludzi, którzy nim rządzą. (i paru osób wokół mnie którzy skutecznie podcinają mi skrzydła, bo gdyby chcieli mogliby pomóc. ale wolą patrzeć jak marunę sobie życie. czerpać z tego radość życia, karmę...) tyle krzyczy się o tym, że trzeba mieć chęci, ambicje, plany, marzenia, że trzeba chcieć się rozwijać, uczyć... ja chcę, mam, ale co z tego?! co z tego, skoro żeby to wszystko zrealizować musiałabym dawać dupy nagrzanym troglodytom?!

nic tylko wyć...


♪♪ coma - bez widoków.mp3

środa, 11 lipca 2007

wyższe zawodowe

tak, tak. wykształcenie mam już wyższe zawodowe - pedagogicznie. pani recenzent pracę zatrzymała nie wiedzieć po co. na wieczną pamiątkę, czy jako podstawkę pod kawę... któż za nią trafi?
potem uczciło się dyplom na różnych wygibasach tu i tam. (wniosek: muszę się wprawiać w kontakty międzyludzkie. innej rady nie ma.) teraz przyszedł czas na zastanawianie się nad pytanie: cóż zrobić ze swoim życiem dalej? i palce grzeją się pod klawiaturą szukając miejsca dla siebie na potem.

mój plan podboju wszechświata chwilowo w zawieszeniu. jak tylko znajdę coś dla siebie, zacznę kroczyć ścieżką boju i kontynuować niecny plan zdobycia władzy nad świaaaaatem...

wtorek, 3 lipca 2007

zwariuję jak nic!

czym bliżej obrony staję się coraz większym kłębkiem nerwów. już dziś poobgryzałam wszystkie paznokcie. niby zostały mi jeszcze te u stóp, ale to już byłby hardcore. drażni mnie wszystko. z(a)wodzenie rodzicielki, niejasność poczęstunku dla komisji i pytań, które pozwolą mi uzyskać wykształcenie "wyższe zawodowe" lub też dla odmiany pogrążą mnie całkowicie i sprawią, że ostatnie trzy lata mojego życia okażą się chybioną inwestycją. drażnią mnie piekące usta, czas wolno płynący, jaskrawe pokemony blogowe i ich nieziemskie przemyślenia. do zgryzoty doprowadza ich para-poetycka "tfórczość" odbierając resztki cierpliwości i natchnienia. smaczku dodaje brak koncepcji na przyszłość i wciąż puste dłonie, i kieszenie.
pani nosowska rację ma. nie da się żyć, zwariuję jak nic! ach, i ponownie niech żyje skrajny neurotyzm, niech żyje, niech żyje, niech żyje! ave!

chłopiec (a właściwie już mężczyzna) zza wielkiej wody znów po latach trzech jest przelotem w mojej zapyziałej dziurze. nic się nie zmienił. nadal wywołuje przyspieszone bicie serca i trudności z utrzymaniem nóg w stabilnej postawie. jak (jeśli) spotkamy się znów pobudzą się moje demony i ponownie zacznę żyć iluzją. nocą marzyć, spać za dnia, wieczorami czytywać księgi zakazane przez romana wielkiego-wszechmogącego albo takie co lada dzień zakazane będą.


----
noszę się z zamiarem przeniesienia tego całego majdanu. ale, ale czas pokaże...

niedziela, 17 czerwca 2007

a może by tak... zostać wściekłą feministką

teraz to chlip. bo dżony odchodzi. nie będzie miał mi kto się zająć dodrukiem. samakra, po prostu samakra.
myślę, że nie będzie problemu. i ja... myślałam, ale w obecnej sytuacji, to chlip, kap i chlip. i jakieś to takie beznamiętne. wy-dźwięku w tym brak. no ja wiem, że już sobie powiedziałam, że z dżonym STOP. ale skoro u fotografa też szans nie mam to... ja po prostu nie umiem zasypiać w zupełnej głuszy. trzeba mi bodźców, stymulatorów, które pobudzą moje marne życie osobiste. jeśli takowe w ogóle posiadam. (podejrzewam, że nie. że nawet nie bardzo wiem z czym co się je i jak doprawić żeby gęby nie wykręciło.) tak więc wróciłam do utartego marnotrawienia czasu i energii w pełnych nadziei (albo raczej naiwności) marzeniach w międzyczasie życia realnego. tym razem mój chłopiec z plasteliny jest realny, żyje, oddycha, istnieje naprawdę i nawet wie o moim istnieniu. co nie zmienia faktu, że mimo to równie plastelinowy jak ci wszyscy pozostali. tylko tyle, że marzenia są kształtniejsze. mają jakąś konkretniejszą formę. ale to nadal marzenia. nie można ich dotknąć, pomacać, spróbować, ugryźć, powąchać, poczuć, nadal... nie są realne. jak ja.
dżonego przydybałam w biedronce. czy raczej on mnie. bom go uniknąć chciała. zestresiłam się, zaskoczyłam - ten dresss... i nie kupiłam ciastecek.
WNIOSKI:
1) dżony ma dobry wpływ na mnie - nie kupiłam słodyczy, może nie przytyję kolejnych parę gram;
2) ...i tak kiedyś wszyscy spotkamy się w biedronce!

jestem już strasznie mocno zdesperowana. i splot tych dwóch słów strasznie i mocno kompletnie nie po polsku brzmiących pasuje tu idealnie.

no wygrałam. dostałam dwie encyklopedie, które teraz dumnie zbierają kurz na półce. nie, że nie mam zamiaru korzystać. owszem, zamiar mam. jak tylko będzie sposobność, to mam. żeby nie było.


pani gretkowska to niewątpliwie bardzo mądra kobieta. chciałabym kiedyś być taką. taką, której bać się będą mężczyźni. bo lepszego barometru na mądrość kobiety nie wynaleziono.
tak, zostać wściekłą feministką mogłabym a nawet bym i chciała. byłaby to dobra alternatywa dla wszechogarniającej samotności. i dać facetom... w kość skoro czego innego ode mnie nie chcą! tak, to całkiem dobry plan na życie. jedyny. jakby nie było - jedyny.

--
żeby mnie ktoś tak przytulił. tak od tak, po prostu. że jak to tak? a można tak? a jak?

środa, 30 maja 2007

ta-ni(e)c

od środka płonę. spalam się. mój mały-wielki świat zamiast proszków nasennych. taniec dziki. taniec wokół własnej osi. na dobranoc. jest mi tak pomiędzy niebem a piekłem. tak żeby nie było. bo zapach był boski. i deszczu, i trawy i toaletowej wody. mieszało mi się wszystko. uśmiechy, zapachy. długie i gładkie palce. jeszcze trochę będę o nich myślała. trochę tylko pomyślę. może coś napiszę. może nic. nic będę pisać i nic myśleć będę przed snem i nie tylko. trochę tylko tak. zamiast nasennych proszków. zamiast ciepłych ramion. aksamitny ten zapach. świeży taki. pierwszy. ostatni.
(już nie mam nadziei. już nie. ani na to, ani na nic innego.)

//ogłoszenie czysto markietingowe
chętnie kupię/wynajmę/wypożyczę parę ramion rodzaju męskoosobowego
kontakt: urwany



--
recenzja tomiku profesjonalna. miła całkiem, miła, ale żeby wszystko dokładnie zrozumieć trzeba mi się podrasować intelektualnie.
napisałam pracę. nie wiem czy dobrze, czy źle. wiem, że dużo. może nawet za. i nie umiem ułożyć nowej fryzury na miotłę. włosy mi oklapły a nie powinny... jego mać!


to nie ważne co sie z nami później stanie
kosmos chyba zniesie to



♪♪ renata przemyk - zona.mp3

piątek, 25 maja 2007

oszukańczo

dżony mi chyba przechodzi, wychodzi... bokiem. no dobra, nie tak dokładnie, ale wmawiam to sobie nagminnie. żeby uwierzyć. z resztą tak obiektywnie patrząc na sprawę nie widzę siebie obok, u boku, przy. mimo wdzięku, aparycji, uroku osobistego jest coś nie teges w tym. w nim. coś bliżej niezidentyfikowanego, coś co określam mianem figo-fago kawa marago. wymownie, wymownie.
(znów mi każą żebrać o dodruk, bo się skończyły. kurdę, no kurdę.)

sama się oszukuje, mejle do siebie pisuję. udaję, że to już, że jestem na dobrej drodze do wspaniałości. a tym czasem skrzynka odbiorcza świeci pustką, a ja czekam. dziwnie, naiwnie. już nie beztrosko. już mi puchnie mięsień sercowy. już mi spada ciśnienie w oczach. ulecieć chce. a ja wciąż czekam. tak dziwnie, naiwnie. po nic czekam. wariuje, świruje i czekam. do końca i bez końca. czekam. po nic czekam.

przedziałach pisane wiersze. stopy obtarte, pot na czole, zachrypły głos. ale się opłacało. tu jest piotrkowska i tu są sklepy. no wow. niezauważyłabym. ale ale nie można być zbyt okrutnym. fakt, podryw chłopczykowi ni jak nie wychodził, ale jakby nie było odwagą i inicjatywą się wykazał. to już coś, mnie nawet na tyle nie stać było. co prawda spalił chłopczyk, bo ja gruncie rzeczy wiek nastoletni mam już za sobą. ja tak tylko młodo wyglądam. ale cóż. a potem już tylko mała demitologizacja. ale i tak bosko, beztrosko. starsi panowie dwaj (w domyśle: j. baran i a. ziemianin) może niezbyt dobrze czytają twórczość swoją, ale piszą jaknajbardziej cudnie. tak łagodnie i swobodnie. ach, ta recenzja. ach. krótka acz treściwa. ach, ta dedykacja. ach. krótka acz treściwa. ach. (a ponoć wciąż jakieś achy odchodzą).

przyszło zaproszenie na rozstrzygnięcie konkursu "o laur topoli". za tydzień. ale jakoś nie potafię zbytnio się tym ekscytować. co innego mi głowie. niestety nic to mądrego nie jest. co wcale nie dziwi.

--

sobie tracę nadzieję na cokolwiek. powoli albo wreszcie. sobie jestem sama. bez przerwy. do znudzenia. sobie piszę pracę. skracam pracę. udaje, że mam milion spraw. wiecznie. zagłuszam pustkę. bawię się w związek ze sobą samą. u mnie jak zwykle po mojemu. bez odbioru.


♪♪ maleńczuk & waglewski - koledzy.mp3

poniedziałek, 14 maja 2007

a moja liczba na dziś: "dwadzieścia i dwa"

nie, ja naprawdę nie lubię tej daty. bo cóż w tym takiego superekstraekscytującego, że się człowiek w wieku posuwa. rok starsza, rok brzydsza. no generalnie katastrofa. więc co tu czcić i świętować? upić się tylko i wymiotować! (o matko, to żem sobie pojechała... i nawet nie czuję jak przy tym rymuję)

pójdziemy z mą małgor(ż)onką na małe babskie (miałam napisać inaczej, ale już wystarczająco dużo kontrowersji wzbudzamy w sobie tym, że my tak we dwie choć jednak nie razem. nie trzeba nam jeszcze dokładać do tego innych.) te-ta-te we dwie. upijemy się jednym piwem. tak, wiem jak to brzmi, do tego po prostu trzeba mieć talent. nie każdy tak potrafi! w międzyczasie zjemy pizzę, a piwo wysikamy w drodze powrotnej. także ten, żyć nie umirać!

na maginesie tak: myśli moje bezustannie krążą wokół cholernej (tak, właśnie musiałam tego słowa użyć. dobitnie trzeba było.) potrzeby, którą już coraz ciężej mi tłamsić w sobie i wypierać jej istnienie. ja wiem, że trzeba będzie się starać, że inaczej się nie da. ale jest ciężko, cholernie (wiem, że znów, ale była potrzeba taka) ciężko. moje chwilowe entuzjazmu i chęci wyjścia na przeciw zostają skutecznie sprowadzone na ziemie poprzez wiele czynników wewnętrznych, nazwijmy je skrótowo rzeczywistością, racjonalizacją i samoświadomością własnych możliwości (czyt. braków/wad/przywarów etc.)


cyganka prawdę ci powie... o.


edit: 15. maja, 14:22
ej, no jak to tak... mnie po tej wczorajszej urodzinowej pizzy wciąż mglli. no nic nie pomaga, no nic.

czwartek, 10 maja 2007

byznes-łumen i niewidzialna ręka romantyzmu urojonego

jest źle, niedobrze i niezbyt przyjemnie. kawa i kubek. wciąż siąpi i pidździ. (a ja i tak lubię taką pogodę.) mam ja ciężkie, osłabiające dnie na dokładkę. trzymajmy się razem, mogła dziś szeptać pościel moja, bo ciężko coś było mi ją opuścić.
jutro trzeba będzie przerwać ten stan błogosławiony i pofatygować się do ludzi. ja wiem, wiem. wiem wszystko. że dżony, że kolana ugięte i serce rwie. tylko jakoś tak nietwarzowo wyglądam i lepiej by było z ukrycia najadać się tymi uśmiechami. nie dać się poznać. być jak zorro, jak hary portier w swojej pelerynce-niewidce.

znów dostałam kwiatka. tym razem różę. też gimnazjaliści. sprzedałam dwie książki po pięć polskich złotych i nie przepiłam. (sprzedałabym więcej gdybym wiedziała o tym spotkaniu dzień wcześniej i wzięła ich trochę. ale nie, nikt nic nie powiedział i gula chodziła jak nakręcona.) to jest już jakiś postęp, nie? co prawda połowa tej kasy już się jakoś sama rozeszła, no ale nie przepiłam. co coś znaczy, prawda?! i byznes się kręci, a co!

już mi się nie chce uczyć i mi nie idzą te wszystkie regułki, pierdółki. liczę na to, że z czasem wszystko stanie się takie łatwe i normalne, że wszystko pójdzie jak spłatka, a ja nawet nie zauważę, że to już.

aaa, i znów dostałam propozycję matrymonialną. tym razem ktoś się specjalnie nie wysilił, bo nawet imienia w listach miłosnych nie zmienił (zostało ewa, po poprzedniej adresatce), ani koloru włosów (tamta panna musiała być ponętną blondi, bo tak było napisane). z propozycją wiązała się (cytując) "romantyczna kolacja pszy świecach (...) bukiet róż itp" z porannym śniadaniem do (i tu znów cytacik) "użka". jak pisał mój tajemniczy wielbiciel "w rzyciu nic nie bedziesz musiała robić". ulala, kolejna propozycja nie do odrzucenia! nie pogodasz, nie pogodasz bratku.


kawa, kubek i może ciacho jakieś w przerwie.

--
kupiłam depilator. tak jakby sobie na urodziny co to je będę miała wątpliwą przyjemność w najbliższym czasie obchodzić... daj boziu, szerokim łukiem.


♪♪ fisz and envee - idzie miłość.mp3

niedziela, 6 maja 2007

deszczem w podeszwie

szybko przyszło, szybko poszło. rzec można by. cóż... takie momenty u mniej jak w poprzedniej notce, to prawdziwe perełki. nagle przychodzą, chwilę trwają i ślad szybko po nich znika. wszystko wraca do jako takiej "normalności". mojej normalności. znów nienawidzę (buu, nieznoszę tego słowa) siebie bardziej niż zwykle i wiem, że jakiekolwiek działanie przyniesie efekt odwrotny. znów umieram na tapczanie między książką, żółtym kocem i poduszką w tym samym kolorze.

lubię też księżyc, noc, północ, koty i burzę... czasami słuchając jazzu w środku nocy mamrocę coś pod nosem i myślę sobie, że gdybym paliła to właśnie teraz zafajczyłabym chętnie. tak, to byłby dobry moment.
deszcz też lubię taki jak dziś. deszczodzień. delikatny, lekki, chimeryczny, eteryczny, leniwy, zawieszony gdzieś ponad. z kroplami na rzęsach. z powietrzem między włosami, które ciągnie w dół bardziej niż grawitacja. z lepką wilgotną atmosferą, oddychającym asfaltem i szumem azotu w powietrzu. z parasolami, które nigdy nie dają rady wiatrom z północy. z chmurami zasłaniającymi śpiące pod nimi słońce. z zielonością zieleni traw, ostrością z bliska i mglistością z daleka. z płynnością słów i powietrza. z odlatywaniem... nieskończoność trwania, deszcz. lubię, od tak chodzić w nim, przemijać, trwać. bum.

jestem dzieś, dzieś, gdzieś, dzieś. zawieś mnie na drewnianym stojaku, na gałęzi, na wieszaku. dmuchnij, chuchnij, patrz co dalej będzie. co się stanie, co wydarzy, kto się kiedy od ciężkości tlenu sparzy. patrz, patrz, obserwuj. wyciągaj wnioski. gdyż lubię dryfować między słowami między wierszami.


--
zwariowałam, po prostu oszalałam. coś mnie mocno ciągnie do nauki. jakaś siła nieczysta jak mniemam. (do egzaminu półtora tygodnia.)


♪♪ fisz and envee - chodźmy w deszcz.mp3

wtorek, 1 maja 2007

mam ochotę, oj mam, mam, mam

strasznie długi ten mój majowy weekend. zdecydowanie za długi. jak pomyślę sobie, że już w połowie maja pierwszy egzamin i trzeba do nauki przysiąść to słabi mi się robi. a jak pomyślę ile do nauki będzie przy okazji obrony i ile jeszcze napisać muszę, to mam ochotę krzyknąć czy jest na sali lekarz i czy ma przypadkiem sole trzeźwiące. rozleniwiłam się okropnie. przez te wolne, długie dni, przez porywające książki po których jestem albo nadmiernie pobudzona, albo nadmiernie rozmarzona. trochę zbyt emocjonalna, zbyt tajemnicza, zbyt refleksyjna i rozmarzona. widzę już wszystko oczyma wyobraźni. gorące spojrzenia, uśmiechy, ognisty romans, który musi się wydarzyć, bo to przecież nie może tak być żebym całe życie czytała o nich tylko w książkach. że wreszcie mogłoby coś wydarzyć się naprawdę. chociażby i z dżonym. a czemu by nie? w końcu kawał chłopa jak każdy inny. lubię tę moją wyobraźnię, nawet bardzo. rzeczywistość pewnie zweryfikuje wszystko, obym tylko wstydu się nie najadła i nie poobijała się przy tym solidnie. ale ciii... nie chcę niszczyć własnych marzeń, w końcu co mi w tej chwili pozostało w tej materii. no i mówi się, że od czegoś trzeba zacząć. ja wiem, wiem, że mój "początek" jest za bardzo rozciągnięty w czasie, że wlecze się w nieskończoność, ale cóż... widać tak ma wyglądać mój świat. a może nie... oby jednak nie do końca tak. ale teraz mogę się rozmarzyć, coś ubzdurać sobie, uwierzyć w to i ukraść parę uśmiechów, spojrzeń parę, ukradkiem tak, przypadkiem.

ależ mnie naszło, ależ się rozpędziłam! łohoho...


2. maja, 22:09
dziś już goręcej
dziś nie wybaczam




♪♪ hanna banaszak - mam ochotę na chwileczkę zapomnienia.mp3

niedziela, 29 kwietnia 2007

brawo dżony

jestem w sytuacji podbramkowej, kryzysowej, nielogicznie odlotowej. jestem żałosna. ża-ło-sna. wszystko co mam w głowie sprowadza się do czterech liter, dwóch sylab, jednego słowa. zamykam oczy i widzę. nie potrzeba mi jeść, spać, oddychać też nie muszę... jestem trochę, ale jakby mnie nie było. coś robię, ale jakbym nie robiła nic. jakby myślę, jakby piszę, jakby oglądam, ale wszystko co moja głowa aktualnie jest w stanie przerobić to... czym więcej czasu mija tym bardziej upewniam się co do absurdalności wszystkich moich odczuć. że kaktus na ręce, tramwaj w oku czy wreszcie nawet pociąg. wszystko to bardziej możliwe, wszystko realniejsze. liczę na cud, a w razie nieurodzaju na bezbolesne zakończenie. i żeby wstydu nie było, żeby nie było...
no zasłużył. na książeczkę i na co inne też. tak bonusem, ale o tym cicho szaa. to tajemnica, także nikomu nic...

trochę jestem oszołomiona, trochę zmęczona. widziałam swoją twarz w ti-vi (głosu nie słyszałam, głos z przerażenia wyciszyłam), jeśli to twarzą nazwać w ogóle można. żeby nie obrażać przy tym innych twarzy. głosu swego w radyju nie słyszałam, bo owego radyja nie słucham. taka ze mnie marna lokalna patriotka. czekają mnie jeszcze reportaże prasie. ktoś ma się zgłosić, jakiś wywiad przeprowadzić. wielki szum i zamieszanie.
a tak poza tym wydarzyło się dużo. od końca zaczynając (lubię tę odmienność) redaktor ciepła kupa, który kolejny załamał mnie całkowicie. dzieciaki w gimnazjum. i kwiatki, kwiatki, dużo kwiatków. aktualnie na biurku moim prywatnym śmieją się do mnie trzy urocze wiązanki. jest w czym wybierać a i co wąchać! na wtorkowej promocji było wszystko bą-tą, na wysoki połysk. klasa es, nie ma to tamto. nerwy moje też na wysokim poziomie. przebrnęłam jakoś, jestem, oddycham, żyję. i myślę, myślę, myślę wciąż o jednym... aaa i dostałam się na warsztaty, po prostu wysyp cudów. choć ja marzę tylko o jednym, cudzie, cudzie, cudeńku...



--
napisałam pokaźną notkę oczyszczającą, która wygodnie usadowiła się na twardziaku mojego peceta i tam jest jej dobrze. z resztą teraz nie byłoby większego sensu umieszczanie tego tutaj. uczucia już nieaktualne choć zdanie jak najbardziej, ale w kwestii takich notek niech jednak ważniejsze pozostaną uczucia. dlatego notka zostanie jedynie na kompjuterze. tam jest jej znacznie lepiej.



30.kwietnia, 21:28
jednej wiązanki trzeba było się pozbyć niestety. czy ktoś słyszał może o kwiatkach o zapachu śledzi? ja niestety miałam okazję je nawet poczuć... fuu! zdecydowanie nie polecam.

czwartek, 19 kwietnia 2007

szum na łączach

"a ty siej, siej... a nuż ci coś wyrośnie!"

ciii... bez zbędnych szelestów. za dużo tego zamieszania. plakaty, zaproszenia, prasa, radio, telewizja... ajj, no! głowa puchnie i pęka. bo mnie to zewsząd otacza, bombarduje, atakuje, osacza. heloł! ja jestem tą samą miką, którą w szkole dźgano ołówkiem po rękach, kopano po łydkach i wytykano palcami. no naprawdę... lat może i trochę więcej, ale tak samo się wkurzam i tak samo jak wcześniej przejadam się tutejszym powietrzem. żadną ekscentryczką nie jestem, ani cudem natury. indywidualistką też nie. indywidualistów dziś tak wiele jak gwiazd na niebie. teraz prawdziwy indywidualizm to chyba przeciętność, której zaczyna poważnie brakować. więc wyluzować proszę, wyluzować...
najlepszym wyjściem z całej sytuacji będzie schowanie się pod koc z muzyką w uszach i olanie sprawy, o!

jacek kaczmarski w habakukowym wydaniu smakuje jak kanapka ze świeżą sałatą. z dala od zbędnego patetyzmu, którego nie trawię. lekko, z finezją i polotem, do udźwignięcia przez zwykłego człowieka. barwnie, ale wytrawnie, lekkostrawnie.



(prawie zapomniałam o pewnym prawie matematyku. chyba lżej.)


♪♪ habakuk - niech?.mp3

wtorek, 10 kwietnia 2007

wielkie, wielkie rzeczy w wielkich, wielkich marzeniach, wielkimi, wielkimi słowami pisane

ostatnio znów mam parcie na pisanie "wielkich" rzeczy. zastanawiające, że przydarza to się zawsze wtedy kiedy akurat nie mam przy sobie komputera albo chociaż powierzchni stabilnej. (w końcu w samochodzie/autobusie pismo byłoby mętne raczej.) interesujące, że właśnie wtedy przychodzą mi najpłynniejsze zdania do głowy. żeby chociaż w niej pozostały, to nie... docieram do domu, a po nich ani śladu!

a później powiedzą... enigmatycznie dekadencka była. nikt nie wspomni o tym, że przystawałam czasem w drodze patrząc na gwiazdy albo wsłuchując się w śpiew ptaków. że nienawidziłam mówić "dzień dobry" sąsiadom i z ciężkim bólem zmuszałam się do tego ograniczając się jedynie do własnej klatki. że zbyt często marszyłam brwi, zbyt często drapałam się po głowie, zbyt głupio obdarowywałam emocjami wszystkich i wszystko, zbyt wyraźnie widziałam z zamkniętymi oczami i obrożą na szyi. ja wiem, nie jestem nikim szczególnym żeby rościć sobie prawo do pisania takich rzeczy (w domyśle: które mi chodzą po głowie), ale z drugiej strony może właśnie dlatego, że nie jestem a akurat mam taką potrzebę, to powinnam. strasznie to skomplikowane, a może ja to komplikuję niepotrzebnie. jedno jest pewne, jeśli już się zdecyduję, to lepiej tym moim literom będzie bez świadków.
potrzeba mi tego, bo wciąż wszędzie słyszę jak krzyczą do siebie, obok siebie, do mnie, o mnie i obok mnie... a ja tak nie znoszę krzyku. krzyk zabija milczenie. a to w nim można usłyszeć najpiękniejsze słowa. szept brzmi znacznie lepiej. jest spokojny, poukładany, przemyślany. zupełnie inny niż ja. może dlatego tak bardzo kocham pisać. tam jestem inna. lepsza. nie w profesji, ale w życiu, w usposobieniu.

potrzebuję człowieka, który da mi spokój i ukojenie, który mnie wyciszy... wewnętrznie. strasznie ciężko o kogoś takiego. ludzie są zbyt otwarci, albo zbyt zamknięci. ja też.

--

jestem nieżyciową dziewuszką żyjącą w szklanym kloszu. a zbyt dużo marzeń ostatnimi czasy i zbyt mało realnego życia. zaczyna mi się to poważnie mieszać. nawet we snach. oj.

pan rafał pe. zepsuł mi koncepcję i wizję dzieła. teraz się zacznie filozowanie by z tych jego wywodów wyciągnąć jak najbardziej odpowiadające mi wnioski. i bądź tu człowieku uczciwy, i chciej rzetelnie przeprowadzić wywiady! wywiady swoją drogą, a to co z nich wynika, to naprawdę zupełnie inna bajka. jak już mówiłam, ludzie są albo zbyt otwarci, albo zbyt zamknięci. nigdy w sam raz.

mam książkę w formie zestawu "zrób to sam". no i pójdę, i postaram się zrobić. już dziś. do drukarni. poprawiać błędy po fachowcach... od siedmiu boleści.

sobota, 24 marca 2007

prawie jak rzona, bo "ż" też robi wielką różnicę...

że niby, że wiosna? taak? gdzie, co, jak...? bo jakoś tak nie zauważyłam. jedyny pączek jaki zauważyłam to ja w lustrze. wszakże nierozkwitający. gnijący bardziej. (bo nie ma kto podlać… a chwasty się pieli, nie nawozi.)

wszystko przeżyłam. i komisariat, i szok promocyjny (gdzie całe przygotowania i kwintesencja tego jeszcze przede mną), i własną niedoszłą (mam nadzieje, że jeszcze) przyszłość. i to mi wcale sytuacji nie rozjaśnia. wręcz przeciwnie. gmatwa ją jeszcze bardziej. momentami najchętniej rzuciłabym te wszystkie zabawki, tupnęła nóżką i poleciała w pizdu. w opowieści to brzmi przepięknie, pączek w maśle normalnie... no może z małymi plamami zakalca. ale generalnie nie ma na co narzekać. real jednak przytłacza. no bo gdzie i taka konfiguracja rzeczy? kuc też by się uśmiał jakby powiedziano mu, że czeka go przyszłe rumakowanie. niech mi ktoś mocy da. moocyyy...

pierwszy raz w życiu dostałam propozycję wiązaną. a mianowicie za mąż pójście z jeszcze wcześniejszym zapłodnieniem w zamian za zdjęcie stóp. należy przy tym dodać, że owe zapłodnienie miałoby być romantycznym i empatycznym czynem mającym na celu pomoc mi w legalnym zamieszkaniu za granicą.
cytuję: "wiedząc, że służby imigracyjne są zawsze uciążliwe zapłodnię Cię gdy tylko będziemy razem a to zmusi władze do udzielenia Ci prawa pobytu."
(pan mąż chyba mocno śpi snem zimowym, że nie wie, iż polska od jakiegoś już czasu w ue. no ale, pomińmy fakt...)
w celu zapłodnienia i późniejszego za mąż pójścia miałabym udać się autobusem w kierunku paryża... "bo samoloty takie drogie" - jak to powiedział mój przyszły małżonek. istotnym aspektem sprawy jest sytuacja "naszej" burzliwej aczkolwiek bliżej lub dalej niezidentyfikowanej miłości... sytuacja przedstawia się tak, że mój przyszły współmałżonek jest cholera wie kim i Bóg wie skąd pochodzi. a z tego co pisał to niespełniony muzyk z zacięciem na komponowanie, bez wykształcenia i pracy, pół portugalczyk, pół tunezyjczyk, urodzony w anglii, na stałe zamieszkuje francję...
muszę skorzystać, innej opcji nie ma. taka szansa może już się nie powtórzyć! czaa chwycić byka za rogi, o!

to jest dżony czy pan dżony? ja to ty czy per pani. no niechże się zdecyduje... na ty. zdecydowanie na ty zdecyduje. to odmładza, dystans skraca i jakoś tak uczłowiecza człowieka.
a mają być zaproszenia, wino, słodkości, ciemności, klimacik, cuda wianki i cuda na kijach... wszystko ma być tylko jeszcze trochę czasu trzeba. a póki co ja szukam kogoś kto ładnie gitarzy (w sensie na gitarze gra) i kogoś kto się śpiewaczeniem zajmie (znaczy śpiewaniem). a jakby umiał jedno i drugie to byłby już całkowity wypasik. zna ktoś, zna? poleci mi, poleci? ciurkiem, ciureczkiem...?

środa, 14 marca 2007

bieg piąty, bez trzymanki i pasów bezpieczeństwa

oszukiwałam się, że ja tak potrafię. a jednak wymiękam na sam widok, na sam dźwięk. jest i dystans, ale nie z mojej strony. znów tworzę w głowie niestworzone historie. i nie ma co sobie wyobrażać. nadinterpretacja zawsze była moją mocną stroną, ale tym razem trzeba wziąć na luz i odpuścić sobie. bo jak tak siedziałam obok i patrzyłam jak w obrazek święty, a w środku wszystko się trzęsło, to można było dotknąć opuszkiem palca małego garderoby mojej własnej, bym się poruszyła albo chociaż wzdrygnęła. czy tym razem wyglądałam jak kobieta? jak kobieta potrzebująca... taka, która nocami wciska głowę w poduszkę, przykrywa się kołdrą po czubek nosa i żebra spojrzeniem o skrawek dotyku. a kiedy ma go na wyciągnięcie ręki, boi się poprosić. (bo takiej nie dają go od tak, za darmo.)
ale nic, trzeba być silnym i patrzeć na to jak na okładkę kolorowego magazynu, jak w program rozrywkowy dla pop-kulturowej młodzieży. powiedzieć sobie, że to pryszcz, bułka z masłem, koty za płoty i-te-pe. wcisnąć znów głowę w poduszkę, nacisnąć kołdrę na twarz i zniknąć dla świata. i teraz tylko "come away with me in the nigth" gdy oczu wścibskich brak.

nie myślę o tym z żalem, myślę spokojnie. nie myślę o tym z sentymentem rozckliwiającym, myślę spokojne. nie myślę o tym uwodzicielsko, myślę spokojnie. ale myślę, wciąż jednak, pomimo wszystko... pomimo upływu lat.

wu-zet-ha-e zmów skopało sprawę. naprawdę nie chce mi się rozwodzić na ten temat, bo to żenada. a i męczy mnie to wszystko już permanentnie. wygląda na to, że tam się książek nie czyta. a dżony najwidoczniej w ogóle nie wie jak one wyglądają (o czytaniu już nie marząc), bo wciąż tylko pakuje, pakuje, pakuje... jak to dżony.

i na koniec taka krótkie, aczkolwiek treściwe refleksje i autorefleksje:
- jesuuu.., jaka ja jestem gruba i żałosna w tych swoich "staraniach". :(
- jazz dodaje jasności myśleniu. i lampce nocnej też. koi, spokoju dodaje. s-pokoju. pokoju w pokoju.
- na ostatnim siedzeniu w autobusie najlepiej trzęsie. ot, takie małe przyjemności, codzienne radości…
- wszystko ostatnio jakoś tak szybko, zaskakująco, przerażająco, niebezpiecznie, niezbyt przyjaźnie… niech to się jakoś uspokoi, bo dostanę choroby lokomocyjnej w czasoprzestrzeni. coś w stylu fobii paranoiczno-wszechstronno-życiowej. (choć sama nie wiem czy owe stwierdzenie dokładnie odzwierciedla wszystkie dziwaczne rzeczy, które ostatnio mi się przytrafiają i które wywołują we mnie te jakże nieprzyjemne stany emocjonalne w postaci, np. niepewności, zaniepokojenia, strachu wręcz, wkurzenia na głupotę ludzką, odrzucenia, zagubienia… i wielu, wielu innych, których nie sposób wymienić z racji zagmatwania i skomplikowania ich i stanu mojego własnego).

wystraszyłam się nie na żarty. do tej pory to mi szczenę otworzyło i zamknąć nie może. najlepiej zamknąć się w domu, na cztery spusty i nosa zza drzwi nie wystawiać. bo strach się bać...


...i dla nerwów ukojenia. (czytaczy bardziej niż moich własnych.) pod hasłem: "jestem lepsza niż wu-zet-ha-e" tudzież ówdzież majaczenie panny eM.


♪♪ norah jones - don't know why.mp3

piątek, 2 marca 2007

w nieładzie, nie w składzie

"idzie straszne i nieznane. idzie snów wymazywanie." teraz to już będzie inaczej trochę. skoro poufałość i zaufanie nie zdały egzaminu, pora wykorzystać dystans z jej wierną przyjaciółką - nieufnością. może i wrażenia mniejsze, ale mniej też później boli. korelatem niewątpliwie była, jest i będzie wierna pani podejrzliwość, która stoi przy mnie, baa... nawet siedzi we mnie niczym glista ludzka (blee! cóż za wysublimowane porównanie...) w jelicie non stop. i nie trzeba być zbytnio mądrym aby wywnioskować, że pożera niespożyte ilości energii, wydalając tym samym masę wybujałych ekstremalnie emocji. jakby nie było, od dziś... a nawet od wczoraj w kwestiach dotyczących TEGO tematu prowadzać się będę z dystansem pod jedną, a z nieufnością pod drugą rękę, taszcząc w sobie tę glistę ludzką zwaną pospolicie podejrzliwością, która ulokowała się we mnie lepiej chyba na dobre... albo raczej na złe. (wyczuwam przewagę sił tajemnych, nieznanych mi mocy i wiedzy para-jakiejśtam. bo, że skoro to nie ja, to po co używać to straszne, aczkolwiek nieodłączne z pop-kulturą słowo na "er", hę? po co mieszać w to, takie relacje? zwłaszcza, że ja tego w planach nie przewidywałam, przynajmniej nie tym razem. bo co za dużo i zbyt często, to... sami wszyscy wiemy.)

dobrze, poczekam jeszcze skoro trzeba. choć przyznam się szczerze, że czym bliżej tym dalej. bo okropnie się to wszystko dłuży. ciekawość mnie zjada od środka. ale tam, ja to już mały pikuś. pani de., to dopiero będzie niepocieszona... delikatnie powiedziawszy.

"idzie zimne i nieznane. idzie wielkie mózgów pranie." jakoś tak wyszło, że przyszło mi zajrzeć do archiwum i odtworzyć tę rozmowę sprzed kilku dni. przykro, że to tak we własnym gnieździe nastają na cię i nawet wyrzutów sumienia przy tym brak. tyle, że to przy okazji budzi autorefleksję i strach... nie, nie... nie strach, panikę. tak, zdecydowanie to panika. albo coś gorszego. że ja nie dam rady, nie. nie tym razem, o nie. to nie przejdzie, nie ma mowy. nie ma takiej opcji, nie ma siły. więc co w takim razie...? nic, tylko usiąść i płakać... jak w piaskownicy. czy, czy można urlop od zycia, tak np. do końca życia?

pożeram wzrokiem skoro inaczej nie da rady.


Pe-eS.
pochwalę się. a co, wolno mi! ...chyba.


♪♪ maria peszek - czarny worek.mp3

piątek, 23 lutego 2007

bez precyzji ale z rozmachem w chwilowym* zastoju twórczym

czuję się jak rozstrojony fortepian. jak nieoszlifowany kawałek drewna. może to ta mgła, a może to ja. trzeba się jakoś zebrać w sobie, nauczyć tych strzępów i pisać, pisać, pisać... trzeba się jakoś zebrać w sobie, w myślach. posklejać, poukładać zusammen, do kupy. nie wiem co to jest bardziej kryzys twórczy czy zwykłe lenistwo. jakkolwiek by tego nie nazwać, zabiera mnóstwo energii.

niedzielne zapęty bojowe skończyły się na poniedziałkowym czytaniu wierszy poetki, która swój żywot zakończyła w kuchence gazowej. to mnie wcale nie pociesza, a i wróży nienajlepiej. i cóż, że pan listonosz chwalił i podziwiał. miłe to, a i owszem. ale nie czas na laury. na nie nigdy nie jest odpowiedni czas. bo żeby się tylko w główce nie poprzewracało. niu, niu, niu...

jest tak, że są nocne straże, ale one nas niewiele obchodzą w tym przypadku. bardziej już nocne rozmowy. nocne wybałuszanie uszu, bo głośniki skrzypią czasem w nieodpowiednich momentach. i przerywa też w tych najciekawszych chwilach. zapieranie dechu w piersiach, małe i duże zaskoczenia. głupie miny w przestrzeń nieograniczoną, podejrzliwe oczy, łamanie stereotypów i siebie na wzajem. że aż ogarnąć się nie da i w żadne ramy zamknąć tych wszystkich dyskursów. i chciałoby się tak po mickiewiczowsku spytać, ale też po co nie do końca wiadomo. w końcu lepiej, że jest jak jest. miłe i nienazwane zjawisko. oby trwało dłużej. jak najdłużej.

dżony tym razem nawalił i zawalił sprawę. się nie odezwał i ja mu tego normalnie nie zapomnę. i teraz to, to, to nie wiem co... chyba poczekać mi trzeba i jakby co, to się zawziąć sama w sobie i iść tam do niego, i sobie z nim poważnie pogadać. bo żeby mi tak więcej nie było, o!



* miejmy nadzieję, że chwilowym



22:45
coraz mniej mi się podoba, coraz mniej. najwidoczniej co za dużo, to nie zdrowo. albo coś koło tego...


♪♪ gotan project - cruz del sur.mp3

środa, 14 lutego 2007

czeski film, nikt nic nie wie

ta wizyta sprzed lat trochę mnie rozstroiła. pomimo, iż aż tak źle nie było. bo z e. to zwykle równa koleżanka była i bardzo bym się zdziwiła gdyby nagle wielki świat aż tak bardzo uderzył jej do głowy. ale sam fakt, że ona tam a ja tu wymusza to, że moje życie szeroko pojęte jest sytuacyjnie (tak to dyplomatycznie nazwę) dość zaniedbane. i sam fakt, że ona tam, a ja wciąż tu deprawuje (i co za tym idzie frustruje) niemiłosiernie. teraz po nocach próbuję przyspieszyć wszystkie zegarki, aby ten rok akademicki jak najszybciej może. pod nieustającym warunkiem ukończenia tej códnej uczelni (błąd celowy, a zmiana frontu również) z jak najlepszymi wynikami. tyle, że nie przyspieszysz, nie opóźnisz. zasada dość sztywna, nieugięta, niereformowalna.

jelitówkę mam już za sobą. egzamin zresztą też. przede mną jeszcze piątkowe przejścia w postaci spotkania autorskiego w byłbym moim LO. złóżmy ręce w gorącym uścisku i wymódlmy mi brak nauczycieli na owym spotkaniu. bo tego to ja bym już nie zniosła.

no to drukujemy! - rzekł dżony przez telefon.
zabrzmiało jak wyrok co najmniej. i co ja z tym pocznę, tak na to czekałam, a teraz budzi się we mnie mały terrorysta, który podszeptuje mi do ucha, że wstyd z tym do ludzi, że przejdzie przez echa, że zginie na pułkach (jakichkolwiek), że papier będzie brzydko pachniał i rżnął ludzkie palce niemiłosiernie... ale cóż, sprawa się rypła. to już nie jest raczej zabawka, to już jest zabawa! i to na całego! taka, że ho-ho-ho... albo i jeszcze bardziej, mocniej, lepiej, więcej, intensywniej i częściej... aż strach się bać.





i tak czuję się jak gęś prowincjonalna, ofiara postępu cywilizacyjnego z trudem dopasowująca się do życia w dwudziestym pierwszym wieku. pff

pan donosiciel i jego "czysta miłość" zatkali mnie na amen. niestety nie było napisane od kogo, przykro mi. no mnie również, nawet nie wie pan jak bardzo... odpowiedzieć panu nie byłam w stanie. z letka mnie przytkało. (chociaż niektórych rzeczy lepiej jest po prostu nie wiedzieć.) odetkało mnie po kilku minutach kiedy to na pytanie mamy: "od kogo to?" - zdążyłam wydusić z siebie coś w stylu krótkiego: "nie wiem" i tyle. masz ci los...


15. lutego, 12:25
się wydało!

poniedziałek, 5 lutego 2007

żem w ssstresie

no to joł! został jeden egzamin i brawurowo wszystko mi się pieprzy! że nie wiem co do czego i co z czym połączyć. że kręcę i smęcę przy tym okropnie, że lepiej by było pisemny, że bezpieczniej. albo z kimś innym. o, tak, z kimś innym najlepiej! bosz... przecież ja tam trupem padnę, zeskrobywać mnie będą z podłogi. pani magda będzie miała "kupę" roboty. w przenośni i dosłownie.

szanowna pani mama przywlekła do domu jelitówkę! taki podarunek specjalny, gratis od fimy, w ramach premii w naturze. (na samą myśl robi mi się nie dobrze.) mam szczery i gorliwy zamiar przynajmniej do środy nie poczęstować się tym specjałem! można mi życzyć powodzenia, wytrwałości i... mniej naiwności!

--
a ja zazdroszczę blogaskom na onecie. mają taką siłę przebicia, że są najlepsze na świecie, a jeśli nie na świecie to przynajmniej w naszym pięknym kraju, o! i nawet nie muszą tego sprawdzać, wystarczy, że ustalą hierarchię między sobą. potem się ogłosi to w ti-vi i poszło w eter. ej, czemu TUTAJ nikt czegoś takiego nie zorganizuje? no przecież byłoby z czego wybierać, co nie?!


♪♪ ray charles - i've got a woman.mp3

piątek, 2 lutego 2007

raz-raz, pozdrowienia znad notatek

jestem oazą spokoju, pierdolonym, kurwa, zajebiście wyluzowanym kwiatem na tafli jeziora. i w ogóle mnie, to nie tyka. to, że ja siedzę nad notatkami całymi dniami, a potem wychodzę na tym gorzej niż jakbym miała olać wszystko moczu cienkim strumieniem. i wiem już wiele, ale wciąż niebyt dużo. wiem, że politka inkrementalna mi nie służy, że dużo lepiej idzie mi z elitą kultury w postaci wiśniewskiego pana, grombrowicza również, masłowskiej panny, żebym o gretkowskiej nie zapomniała. (i wciąż tylko nie wiem czego nie wiem.) ale to nie ten czas, to nie ten czas. teraz czas notatek własnych. jak Bóg da niedługo skończy się ten cały bajzel...

piszą do mnie coraz to inni ludzie. biorą się na ten lep, którym zastawiła tu i ówdzie albo natykają się na mnie niby przypadkiem w tej Wielkiej Wirtualności i dziwnym trafem czują pilną potrzebę kontaktu ze mną. nie można powiedzieć, łechcze to moje ego nieziemsko. wszyscy oni tacy nieakuratni. niezbyt dopasowani do mojego krajobrazu. napisz i ty. bo ja jestem nie w oddali, na fali. wiec nie czekaj, nie zwlekaj!

minął tydzień od niespodziewanego telefonu od dżonego. spełniałam wymagania i wciąż czekam na odpowiedź. czy moja szkoła jest w stanie czymś jeszcze mnie zaskoczyć... się poczeka, się zobaczy.


PS.
dopiero teraz zauważyłam, że blogowi strzelił rok. co ze mnie za wyrodna matka... niebywałe rzeczy się dzieją.

niedziela, 21 stycznia 2007

ciotka klotka, dehnel i wojewódzki

tak w skrócie, to sprawa się rypła. mąż pani zosi pije (w wersji nieco zmienionej niż przytoczone źródło), przepił już wszystko, żonę wywiózł na patelni i poszedł na dziewczynki, znikopis zniknął, pralka na baterie nieźle kręci, że o wirowaniu nie wspomnę, a ja jestem za duża na zabawę w chowanego, bo gdzie nie przycupnę, tam mi zawsze coś wystaje. no i najważniejsze... jak ktoś ma pięć i pół roku, to zawsze ma rację i nie ma to-tamto!

przespałam się z TYM i szczerze żałuję swojego występku. (nie mylić z czynem karalnym choć w gruncie rzeczy, za takie coś powinno się karać.) nie wiem co ja sobie wyobrażałam, czy w ogóle moja wyobraźnia działała wtenczas. dehnel jak żywy, ja jak martwa. wstyd pęłną gęmbą! na owacje nie ma co liczyć, to nie ta bajka.
w nocy pastwili się nade mną obaj. i dehnel i wojewódzki. nie ma to jak masochizm w snach!
(może pora powrócić do szuflady? przystroić ją w kiczowate kwiatki, różowe tudzież czerwone serduszka i utonąć w tym kiczu...)

co zrobię? to pytanie spędza sen z powiek. co zrobię czy raczej czego nie zrobię. tak, wiem, że jeszcze małe pół roku. że jeszcze jest czas. ale co ten czas zmieni. koniec naszej cywilizacji ponoć pod koniec 2012 roku, do tego czasu coś trzeba zrobić z moim marnym żywotem...

a wiedeń to podobno świat w pigułce. niewyobrażalne...





(zdjęcie kiepskie, bo aparat nie teges, a ja jak zwykle - obserwatorka z dalszych rzędów.)


ps.
de... de... de... zafiksowałam się na tym i na temu podobnym. nie da się ukryć. mentalny sadomasochizm.

sobota, 6 stycznia 2007

wyznanie wiary

hej, ho. to ja - sowa. wierzę, w kubek mleka, którą trzymam w ręce. w lśniący brąz na moich włosach. w bezpieczny zapach czekolady.

no dobra. się wzięłam i się przesadziłam. nie pierwszy, nie ostatni raz. /"ave" skrajny neurotyzm!/ bardzo. za bardzo, bardzo. był i pięćdziesiąty - jubileuszowy taki mail. no, ale nie ważnie, nie ważne... że cicho-sza w sensie. ja i tak zasypiam w skali odcieni szarości. taka 24-bitowa monochromatyczna mapa mojego realnego JA, podkolorowana lekko wybujałą fantazją.

przeproszeniem, jak to mówi pani inżynier, ale ja tej spychoterapii, to mam już serdecznie dość. czy jasne sprecyzowanie swojej opinii przez Jaśnie Wielmożne Władze Uczelni tudzież ówdzież jakieś Kompetentne Człony przez ponad pół roku, to aż tak trudne zadanie? no bo żeby chociaż, no ale skoro się mówi, że a może jednak, to ja walczę i nękam ich tam. no, ale to już zakrawa o megalomanię, bo podejrzewam, że z prezydentem miasta miałabym dużo łatwiejszy do uzyskania kontakt. i jasno określić by się człek potrafił przez tyle miesięcy.


PS.
tak, L.E.S.Z.E.K. zaliczony, ale które z nas zrobiły to sprawniej, że się tak wyrażę. /nooo... tylko mi tutaj, bez takich! głodnemu chleb na myśli!/




-apdejt-
7. stycznia 14:53


wszystkie znaki na niebie i ziemi (chyba, że w między czasie organizatorom coś się odwidzi i zmienią plany) wskazują na to, że dnia 2. marca będę robić coś w stylu emocjonalnego striptizu. brzmi makabrycznie, wiem. ale jak inaczej okrelić spotkanie autorskie? w każdym bądź razie jakby ktoś był w pobliżu i chciał dodać otuchy zestreszonej mice, to zapraszam...
dnia 2. marca, punkt 18:00, Śródmiejskie Forum Kultury, Łódź.




♪♪ ania dąbrowska - czekam.mp3

poniedziałek, 1 stycznia 2007

'07 zgłoś się

nie jest jakoś uderzająco. jest ciepło i tak spokojnie. tak, że zamykam oczy i marzę. wiem, żadna odmiana, ale... te wypieki są trochę uciążliwe. a po tych czterdziestu dziewięciu mailach czuję się jak bohaterka komercyjnego filmu. usiąść tylko i obserwować. chłodno, bez emocji. ja na scenie, ja w publiczności. cała ja. wszędzie ja. tylko ja.

trochę tu ugrzęzłam, co? bez odbioru.