środa, 16 września 2009

Ostatnia deska, tonąca brzytwa...

Sucz jednak okazała się suczą. W ciągu pierwszych czterech dni zadecydowała, że się nie nadaję. Umowa, którą podpisywałam przyszła w momencie, w którym ona już dała znać do kard żeby przygotowano dla mnie wypowiedzenie. Argumentem był brak analitycznego mózgu (tak jakby brak mózgu, bo mózg z definicji jest analityczny), to, że charakter mam nie taki i że spinam jedne dokumenty zszywaczem, a nie spinaczem. Na koniec podała mi rękę i z nieukrywanym fałszywym uśmiechem dodała: "Dziękuję za współpracę." Nie odezwałam się nic, nie była tego warta.

Trochę mi ulżyło, ale trochę też nieprzyjemnie. Nie na takie doświadczenie związane z pierwszą pracą liczyłam. Zwłaszcza, że wiem, że robiłam wszystko, że starałam się jak tylko mogłam. Nic, że miałam zawroty głowy od jej krzyków, nic, że łzy napływały mi do oczu kiedy nic, że trzęsłam się na sam dźwięk jej głosu. Nie powiem, że byłam idealnym pracownikiem, ale wiedziała kogo bierze. Humanistkę, pedagoga bez doświadczenia do pracy przy fakturowaniu, księgowości. Cóż, liczyła na to, że w ciągu 3 czy 4 dni ogarnę cały oddział wrocławski firmy i będę swobodnie dryfować pośród wzburzonych fal faktur, innych dokumentów, których nigdy wcześniej na oczy nie widziałam, czy programu komputerowego, którego obsługi chciała nauczyć mnie poprzez czytanie czyiś notatek. Tak jakbym miała na pamięć "stukać" gdzie klikać nie mając pojęcia jak program wygląda.

Teraz została mi właściwie ostatnia szansa, jedyna deska ratunku. Miły wziął dziś papiery do siebie. I albo się odezwą i wesprę szerokie grono telemarketerów, albo spakuję walizki i ze łzami w oczach pożegnam to Wielkie Puste Miasto, a w nim jedyną osobę, która znaczy dla mnie wszystko.

Najchętniej zabrałabym go stąd i wróciła. Męczy mnie ten świat. Tym razem mam realny argument, który karze mi się mocniej bać o swoją przyszłość. Że odpadnę, nie poradzę sobie, że naprawdę nic nie umiem i nie nadaję się do niczego. Teraz to już nie są czcze gadki sfrustrowanej i zakompleksionej dziewczynki. Teraz, to już strach się bać.


wtorek, 8 września 2009

Kopytko, Kasia i cała reszta

Zbyt długa przerwa w kontaktach towarzyskich spowodowała we mnie usilną potrzebę nadrobienia wszystkiego w jeden wieczór jak tylko nadarzyła się taka okazja. I tak litry wina i nierówny krawężnik przyczyniły się do upadku. Trochę nawet moralnego. Padłam jak kłoda, przed siebie, prosto, niezbyt.

Od tego czasu minęło już z 1,5 tygodnia. Do tej pory liżę rany.

--

W trybie przyspieszonym, nagłym i niespodziewanym zostałam poinformowana o wznowieniu rekrutacji w miejscu, z którego przed blisko miesiącem zostałam odrzucona po wstępnej rozmowie kwalifikacyjnej. Zaproponowano pracę (bo Kasia wyjeżdża do Kanady).

Zupełnie nieprzygotowana na taki obrót sytuacji, speszona, wystraszona, podekscytowana, przyjęłam propozycję. Teraz nie wiem w czym bardziej tonę, w papierkach czy własnym strachu? Pewnie głębiej w tym drugim. W dzień pierwszy - dzisiejszy fale gorąca biły mnie mocniej niż bicze sadomasochistycznych domin. Robiłam wszystko tak jak kazano zupełnie nie wiedząc co to, po to i jak to wszystko logicznie ze sobą połączyć. Po paru sekundach zapominałam nazwy wykonywanych czynności, po paru minutach ile czego skserować, jak i w jakiem kolejności upiąć, gdzie potem odstawić i co z tym dalej będzie.

No i Kasia... Kasia jest wszędzie. Siedzę oczywiście przy jej biurku, korzystam z jej zeszytu. Kasia jest na biurku w postaci pieczątki, na komputerze, na stoliczku z kawą i herbatą w postaci ciastek, w powietrzu, w ścianach, w podłodze... Święta Katarzyna, idealna i niezastąpiona. Rezolutna i otwarta, zorganizowana jak niemiecki plan zagłady na Polskę w 49r. Perfekcyjna w każdym calu, nieoceniona i niedościgniona.

Za to Pani Kierownik Szanowna merytorycznie pewnie jest świetnie przygotowana, ale podejście do człowieka (przynajmniej do mojego i chyba póki co jedynie) ma jak czołg. Co spotka na swojej drodze - stratuje. Wygłosiła na początku imponującą mowę, z której zapamiętałam może kilka procent. Trudno żebym przyswoiła sobie rzeczy powiedziane  naprędce w dwóch zdaniach i już wiedziała co, i jak zrobić, gdzie odstawić, skoro nigdy wcześniej o nich nie słyszałam ani nie widziałam. Pytam więc (żeby się nie pomylić) - drze się; no to nie pytam, próbuję sama robić (zdarza się, że się pomylę) - też się drze. Próbuję w takim razie pytać innych, siłą rzeczy ona też słyszy, więc dalej się drze. I wtedy oczywiście jest jeszcze gorzej, bo się rozpalam i nie z podekscytowania, bo drżę - nie z podniecenia, bo się pocę - nie z zapału, bo się spinam i stresuję - wcale nie przez zwiększoną mobilizację. I tak oto boję się samego głosu Pani Kierownik, która z czynności mogących sprawić mi przyjemność (bo zazwyczaj lubiłam bawić się w sprawdzanie, pisanie, uzupełnianie, kserowanie i takie tak papierkowe pitu-pitu) robi coraz większy koszmar mojego życia i odbiera to co najcenniejsze - radość, chęć do pracy, do zdobywania wiedzy, umiejętności, a przez to autosatsfakcji.
Cóż, nie na każdego krzyk, podniesiony, pełen wrogości, pretensjonalny czy emfatyczny ton, pokazywanie władzy, robienie zniesmaczonych min i ogólna nonszalancja działa mobilizująco Szanowna Pani Kierownik. Przynajmniej nie na mnie.