wtorek, 30 grudnia 2008

Wariactwo kontrolowane

Portal niemrawo rusza do przodu. Ja wiem, ironią powiewa, ale liczyłam na inny obrót sytuacji kiedy do nich przyszłam. Myślałam, że rzucę się w wir artystach działań, okryję nowe talenty, sama zainspiruję się do tworzenia swoich nowych "dziełek".

Miałam reportaże robić, wywiady,  miałam moderatorem być i prawa profilu takie dostać. A tymczasem mija drugi miesiąc. Dostaję co jakiś czas zlecenia, które polegają, a to na uporządkowaniu pod tematów działu "literatura", a to na odszukaniu różnych konkursów literackich, napisaniu wstępu czy poleceniu jakiegoś produktu, dzieła. I tak wykonuję te czynności w przysłowiowej – telewizyjnej przerwie na reklamy. Ktoś potem dodaje taki mini-tekścik (bo taki miał być) podpisany moim nazwiskiem i jakby praca wykonana, obowiązek spełniony. A ja spełniać się tam miałam, realizować, rozwijać twórczo, osobowo, kreatywność mnożyć jak grzyby po deszczu...

Miało ruszyć z kopyta, a tymczasem leży i kwiczy. Miał być ogier, pegaz właściwie, a wyszło coś na kształt osła. Tak to z tą naszą twórczością i inicjatywą jest.

sobota, 27 grudnia 2008

Refleksyjność poświąteczna

Święta przebrzmiały. Dosłownie. Nie było bajecznie, choć... są różne bajki. Bo decybele i tony, na które wchodzi moja ciotka są takie, że w uszach słuchać tylko dziki pisk, coś jak przejechanie styropianem po tablicy. To chyba taka rodzinna przypadłość jest – rządzenie, ubliżanie innym i awanturniczość.
Chciałabym uchronić się przed tym, być takim "rodzinnym mutantem". Z całą świadomością wszystkiego co się z tym wiąże.

W gruncie rzeczy, pomimo wszystko miałam nadzieję, że w tym roku będzie inaczej, normalniej. Zupełnie nie wiem dlaczego. Że radośnie będzie – tego się nie spodziewałam. Wydarzenia ostatnich miesięcy do radowania się nie sprzyjały. Bardziej liczyłam na spokój i doprawdy nie wiem, dlaczego. W końcu, powinnam porzucić wszelkie nadzieje...

Wolałabym być sama. W ciszy sączyć święty... spokój.


Zwykle kiedy przyjeżdżam do domu, zakopuję się pod kołdrą. Uciekam od tego życia. Jakie to zabawne. Przyjeżdżam i uciekam. I jadę, nie wracam. Zwyczajnie jadę, po prostu jadę.
A już niedługo jadę spowrotem. Na Nowy Rok. Na "stare śmieci". Do wielkiego miasta, wielkiego świata, wielkiego, obcego mieszkania, wielkich nadziei i jeszcze większej miłości.
Z poczuciem braku pojadę, z niedosytem. Bez zbytniego przekonania do wyjazdu czy zostania. Z tęsknotą, która coraz mocniej oplata, zniewala. Z tęsknotą, którą jestem. Z czekaniem, którym się staję, z każdą godziną coraz bardziej niecierpliwym.



--
Mam nowe całkiem włosy. Ostre cięcie i nowy kolor. Przyzwyczajam lustro do nowego widoku.



czwartek, 18 grudnia 2008

Przedświąteczny "eter"

Zawsze marzyłam jak mogą wyglądać rodzinne święta, te z opowieści koleżanek, te których historię czytuję tu, na blogach. Takie święta, w które każdy coś wnosi od siebie. Gdzie zjeżdżają się rodziny, gdzie ludzie odwiedzają się i rozmawiają. Wyobrażałam sobie jak wyglądać mogą twarze wszystkich członków rodziny. Rozmyślałam o uśmiechniętych, niemodnie ubranych i zbyt intensywnie umalowanych ciotach podpytujących o kawalerów, o wujkach puszczających oczka. Marzyłam o suto zastawionych stołach, o tych przenikających zapachach. Rozmyślałam o rozmowach, o tym jak może wyglądać normalna rozmowa, na jaki temat może się odbywać i jak przebiegać.

A teraz? Teraz wcale nie w nastroju świątecznym wróciłam do domu. W strachu tu przyjechałam, w niepewności jutra, w czujności i bezradności przekroczyłam te progi. W bezsensownej tęsknocie za moim własnym kątem, z sentymentem za godzinami spędzanymi w tych czterech ścianach, w oczekiwaniu na niemożliwe wróciłam...

Przedsmak tego co mnie czeka już dostałam. Nie od dziś wiem, że w ciszy i w samotności jest najwięcej prawdy, i zrozumienia.

niedziela, 14 grudnia 2008

Jest gdzie spać, ale noce bezsenne

Zapadam się w sobie coraz głębiej. Jest we mnie noc. Milczenie głębokie. Pornografia duszy w uczucia żadne nieprzyodzianej. Jest we mnie noc. Czuwa. Obserwuje. W ciemnościach wszystkie znaki są wyraźniejsze. Powietrze mocniej bawi się we wnikanie, owija, oplata, poddusza, porusza. Jest wciąż we mnie noc. Jej oczy – gwiazdy.

Nie we śnie Cię widuję, a w wyobraźni. Bo sen mój kruchy, odwodniony. Znów nie śpię i wciąż nie wiem czy to bezsenność czy tylko bezsens.

środa, 10 grudnia 2008

Miłość z sieci

Historia zaczyna się jakieś 4,5 roku temu. W owym czasie byłam zatwardziałą fanką czatów, portali randkowych, forów dyskusyjnych i innych miejsc w sieci, w których można było wyłowić jakiejś bardziej lub mniej ciekawe znajomości. 
Poznaliśmy się na serwisie randkowym . Szczegółów nie pamiętam, pewnie dlatego, że wtedy nie przypuszczałam, że ta historia skręci w tym kierunku. Gdybym o tym wiedziała zachowałabym wszystkie pamiątki z tego okresu. Pamiętam, że połączyła nas... data urodzenia. Napisał do mnie wiadomość  dlatego, że oboje mamy tę samą datę urodzenia, różnimy się tylko rocznikiem. Napisał do mnie w zastępstwie. Planował zagadanie do innej dziewczyny, której akurat nie było w kraju. Miałam być jedynie przerywnikiem, "czasoumilaczem" w oczekiwaniu na tamtą. W rezultacie do "tamtej" nigdy nie napisał.

Nasze e-znajomość z początku rozwijała się dynamicznie aczkolwiek czysto koleżeńsko. Z biegiem czasu były okresy zupełnego milczenia (czasami trwające nawet kilka miesięcy), aż do okresów intensywnych rozmów.  Mniej więcej po dwóch latach z wielkim strachem zdecydowaliśmy się na pierwszą rozmowę telefoniczną. Całkiem ciekawe przeżycie... Do organizacji spotkania jakoś nie mieliśmy szczęścia. Warunki nie sprzyjały. Mało czasu, jeszcze mniej pieniędzy. Dwukrotnie wakacje spędzał w pracy za granicą. Dzwonił średnio co tydzień, "wygadywaliśmy" wspólnie całe doładowanie na raz, a często  i to nie starczało. Po dwóch, trzech godzinach przy telefonie nie wiedziałam co boli mnie bardziej, ręka od trzymania słuchawki czy spocone ucho. Rozmawialiśmy o wszystkim co można rozumieć naprawdę dosłownie. To ja radziłam mu jak zdobyć  dziewczynę, która mu się podobała, to ja mówiłam mu o wszystkich swoich zauroczeniach, wszystkich problemach, lękach, radościach... To podczas rozmów na Skype był przypadkowym świadkiem awantur, które urządzała mi rodzicielka. To jemu do słuchawki płakałam i milczałam. I pomimo tego wszystkiego nawet przez moment nie pomyślałam, że możemy być parą.
Pamiętam białą różę dostarczoną przez kuriera. Bez bileciku, bez podpisu. W pierwszej chwili pomyślałam, ot taki walentynkowy żarcik. Ale kto żartowałby na kilkadziesiąt złotych? W pierwszej chwili posądziłam o to zupełnie niewłaściwą osobę. Dopiero później wydało się kto kryje się za kwiatkiem. :)

Do spotkania doszło ponad rok temu, po 3,5-letniej wirtualnej znajomości. A że w międzyczasie w tę zabawę wkręciłam przyjaciółkę, to obie wyszłyśmy na przeciw "e-koledze". Wystarczył wspólny weekend żeby zauważyć, że łączy nas nie tylko data urodzenia. To co tego pewnego listopada działo się z moim mózgiem świadczyło o tym, że wyplątać się z tego nie będzie lekko.
 A na marginesie dodam, że mieszkałam już wtedy we Wrocławiu i byłam w innym raczkującym (choć chyba niezbyt dobrze rokującym) związku, który miał spore predyspozycje do zyskania mało szczytnego miana zwanego toksycznym. Jeszcze trochę po rozstaniu czułam się osaczana, szykanowana i zastraszana. Długa i niezbyt przyjemna historia...

Podczas pożegnania nie wiedziałam, które emocje są we mnie silniejsze. Śmiałam się, płakałam, obejmowałam. Zupełny emocjonalny odlot. Jak na hormonalnych haju. Później, kiedy oboje rozjeżdżaliśmy się w swoje strony, on na południe Polski, w stronę Krakowa, ja w przeciwną stronę, do Wrocławia, napisał mi tylko "spotkajmy się jeszcze kiedyś".  Tak, spotkajmy się, ale gdzie, kiedy...? Za miesiąc, pół roku, rok...?
Po setkach sms-ów, rozmów internetowych, telefonicznych całkiem spontanicznie spotkaliśmy się po tygodniu. We wrocławskich klimatach. Nocował w schronisku młodzieżowym, babcia, u której wtedy wynajmowałam pokój raczej nie była chętna do przyjmowania nocnych gości. Poszliśmy do kina (z pewnością nie na film, bo zakończenie przegapiliśmy) cały seans udając przyjaźń, dopiero pod koniec filmu "zjadaliśmy się" jak wygłodzony po ostrej diecie. Następnego dnia spadł pierwszy śnieg i pożegnałam go na PKP.
Spotkania odbywały się w miarę regularnie, mniej więcej co dwa tygodnie, czasami co tydzień. Były spacery, puby, wspólne robienie obiadów... Były przypadkowe zbiegi okoliczności. Smsy wysyłane jednocześnie, telefony wykonywane w tym samym momencie, myśli, które oboje odbieraliśmy równocześnie.

W grudniu pierwszy raz pojechałam do niego. 300km, prawie 6 godzin w pociągu, śnieg po kostki i strach. Bardzo szybko okazało się, że nie było czego się bać. Ciepła i miła atmosfera od początku pozwoliła mi poczuć się jak (nie) u siebie... Była wizyta w zasypanym śniegiem Krakowie, cudownie oświetlony rynek, kawiarnia... A w drodze powrotnej przypadkiem trafiłam na siedzenie w pociągu z numerem jego mieszkania. Taka sytuacja miała też dwukrotnie miejsce podczas kolejnych podróży do niego.
To nic, że wracałam przeziębiona, że tramwaj, który wiózł mnie do wrocławskiego mieszkania zepsuł się i zakorkował ulicę, a ja zasmarkana wracałam przez pół miasta z ciężką walizką na piechotę.

Później był wspólny sylwester w moim rodzinnym mieście, walentynki u niego, urodziny jego bratanicy, weekend majowy, wspólne urodziny... Kolejne wizyty były coraz dłuższe. Wyłuskiwałam coraz większe przerwy w zajęciach i z początku weekendowe wizyty zamieniały się w kilkudniowe, tygodniowe, a w wakacje i dwutygodniowe odwiedziny.

W tym roku akademickim połączył nas Wrocław. Mieszkamy wciąż osobno, ja jestem na ostatnim roku studiów dziennych, on rozpoczął uzupełniające studia zaoczne, niedawno znalazł pracę.

Całkiem niedawno minął rok od kiedy jesteśmy razem i wciąż mam wrażenie, że to co nas spotkało jest jakąś wyssaną z palca historią. Bajką, magiczną opowieścią, które ogląda się w telewizji. Czaruje mnie jego uśmiech, zniewala zapach, porywa optymizm, rozczula wrażliwość, a inteligencja imponuje... Staram się nie pozorować  na "skazanych na szczęśliwe małżeństwo". Rozumiemy się i swoje potrzeby, i chyba to jest najistotniejsze. A prawda jest taka, że nigdy nie wiem co zdarzy się jutro. Dziś kocham i szaleję, dziś dbam żeby jutro nie zburzyło tego szczęścia.



--
Do napisania tego zainspirowała mnie notka na innym blogu, a jego właścicielka nieświadomie przypomniała, że mam coś co obiektywnie rzecz biorąc nie jest takie łatwe do osiągnięcia. Miłość z sieci nie jest czymś częstym, ale nie niemożliwym. Cóż, teraz pozostaje mi o to dbać żeby trwało.

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Herbaciane nonsensy

Tęsknić to znaczy chodzić po ścianach.

Znów zasypiam w stanach nieważkich. Bezsensownie lekko zamykam oczy, żeby rankiem znów niezbyt nieufnie na wpół uchylać je. Marzenia przed snem kurczą się. Grawitacją zmęczone opadają ciężko.
Myślami po śladach Twoich wspomnień wędruję. Jestem ćmą. Światła latarni, światła księżyca... pssyt. Kontempluję.

Całkiem możliwe to, wręcz konieczne, że dłonie lepkie oczekiwaniem szukają chłodu, garną się, przywierają.

Jestem jak puzzle z fototapetą jeziora. Układasz mnie powoli. Wytrwale dopasowujesz każdą część chociaż ciągle rozsypuję się. Potem odchodzisz. Zostaję sama i w ciszy znów rozpadam się. Przychodzisz, zbierasz wszystkie części, uparcie sklejasz mnie.
Z Tobą jestem sobą. Z Tobą jestem jedną osobą, całością. Bez Ciebie nie ma mnie.

Ostatnio pod sam sufit doszłam. Trwam. Paznokciami wczepiona.



poniedziałek, 1 grudnia 2008

smutek mam we krwi

nie, nie jest źle. zgrzeszyłabym narzekając, myślą nawet. jestem kochana tak jak zawsze marzyłam. ze zrozumieniem, z czułością... miłość wylewa się z każdej pory. oplata mnie jak ciepły pled, pozwala opaść na siebie i poczuć ukojenie.

jest jednak głębina, w którą ostatnio wchodzę cała. zapadam się. pogrążam. przygniatam. jestem nią ja sama.
jest w tym opadaniu jakaś lekkość. unosi w przeżywaniu. jakaś chora potrzeba afirmacji bólu, której nie rozumiem.
choć być może to tylko głęboka autorefleksja. może rozprawiam się z sobą jak z nieudaną koleżanką, kiepską książką w bardzo marnej okładce, z błędem statystycznym, wyjątkiem potwierdzającym regułę (ludzie i inne przypadki), z plamą na honorze ludzkości. z koszmarnym snem budząc się krzycząc i drżąc.



nie czuję się komfortowo w swoim towarzystwie. mierzi mnie klimat, ciśnienie, zaduch, opary, lustrzany widok mojego istnienia, które stwarza kiepskie pozory człowieczeństwa. kobiecości nawet do pięt nie dorastający.

nie jestem z sobą dobraną parą.