sobota, 27 grudnia 2008

Refleksyjność poświąteczna

Święta przebrzmiały. Dosłownie. Nie było bajecznie, choć... są różne bajki. Bo decybele i tony, na które wchodzi moja ciotka są takie, że w uszach słuchać tylko dziki pisk, coś jak przejechanie styropianem po tablicy. To chyba taka rodzinna przypadłość jest – rządzenie, ubliżanie innym i awanturniczość.
Chciałabym uchronić się przed tym, być takim "rodzinnym mutantem". Z całą świadomością wszystkiego co się z tym wiąże.

W gruncie rzeczy, pomimo wszystko miałam nadzieję, że w tym roku będzie inaczej, normalniej. Zupełnie nie wiem dlaczego. Że radośnie będzie – tego się nie spodziewałam. Wydarzenia ostatnich miesięcy do radowania się nie sprzyjały. Bardziej liczyłam na spokój i doprawdy nie wiem, dlaczego. W końcu, powinnam porzucić wszelkie nadzieje...

Wolałabym być sama. W ciszy sączyć święty... spokój.


Zwykle kiedy przyjeżdżam do domu, zakopuję się pod kołdrą. Uciekam od tego życia. Jakie to zabawne. Przyjeżdżam i uciekam. I jadę, nie wracam. Zwyczajnie jadę, po prostu jadę.
A już niedługo jadę spowrotem. Na Nowy Rok. Na "stare śmieci". Do wielkiego miasta, wielkiego świata, wielkiego, obcego mieszkania, wielkich nadziei i jeszcze większej miłości.
Z poczuciem braku pojadę, z niedosytem. Bez zbytniego przekonania do wyjazdu czy zostania. Z tęsknotą, która coraz mocniej oplata, zniewala. Z tęsknotą, którą jestem. Z czekaniem, którym się staję, z każdą godziną coraz bardziej niecierpliwym.



--
Mam nowe całkiem włosy. Ostre cięcie i nowy kolor. Przyzwyczajam lustro do nowego widoku.