środa, 27 lutego 2008

big big girl in a big big world

dwa dni w domu rodzinnym i wystarczyły by poczuć się jak pełnowartościowe gówno. (a co tu dopiero mówić o całym tygodniu.) być może to jest właściwy stan, który powinien mi towarzyszyć? ten najbardziej oddający moje jestestwo. bo że można się w tym wszystkim pogubić wiedzą tylko ci, którzy podobnie jak ja brnęli kiedyś w takim lub podobnym łajnie po same pachy zanurzeni.

a teraz tak jak w tej teorii względności przeżywam męki i kausze przy radiobudziku nastawiąc godzinę nieludzko-wczesno-poranną. tak, tak, to powrót do wielkiego świata.

na moich przedmieściach, zadupiach, zaciszach jest życie przy którym śmiech i uśmiech brzmi i wygląda bardziej przejrzyście, ciepło, które grzeje czulej, ale i przygniatająca siła, która niszczy, wbija w podłoże niczym 10 ton żelaza. przez taką siłą się ucieka. (czasami do wielkiego świata.) a wielki świat wieje wielką pustką, ale i spokojem najświętszym ze świętych. taki ot trochę paradoks. ze skrajności w skrajność. żadnego wyważenia sił. żadnej równowagi. jest we mnie silna potrzeba homeostazy. paranoiczna wręcz.

(myślami myśląc wciąż o tym małym mieście na południu polski, gdzie zasypia i budzi się mój drugi oddech. ten, który wchodzi rankiem zaspany do mojego pokoju, kładzie się obok i chrapie mi do ucha najsłodsze dźwięki pod słońcem. do tego oddechu tęsknię.)

jestem tu w całej swojej okazałości, tęsknocie i silnej potrzebie tworzenia, konstruowania.



♪♪ emilia - big big world.mp3*




* tak mi się jakoś. /bo kocham wciąż. stop. bo tęsknię szaleńczo. stop./

środa, 13 lutego 2008

wielkie ciężkie uf

indeks wypełniony po brzegi - sztuk jeden - JEST! walizka wypasiona - sztuk jeden i właścicielka - JEST!

wychodzi na to, że natenczas mam labę. zamykam oczy przed wszystkimi zmorami semestru zimowego i udaję się na zasłużoną kontemplację oddychania. pierwszy cel podróży - bochnia. a co tam, tam to sie wie... co nie?
potem ma się rozumieć, kierunek na mój środek polski.

piątek, 8 lutego 2008

łi dont nit a edukejszyn

dni wycięte z życiorysu i zarysowane nad stertą notatek, kilobajtami, baa wręcz megabajtami danych. i tym sposobem mam przed sobą weekend pełen przezornej nauki na poprawkę z psychologii. nie żebym była nadgorliwa. tylko przezorna, tylko przezorna. bo w łaskawość oceny pani doktor o nazwisku pewnego poety młodego pokolenia jakoś nie wierzę. także przezornie, ostrożnie zajmę się edukacją.
metodologia okazała się picem na wodę. pan dr marek pe. okazał się klawym facetem i tym sposobem lekką ręką przepisał piątkę z ćwiczeń. piękny obrazek.


--
teraz czekam. parę przeszkód na drodze, parę dni, obowiązków i spotkań. w marzeniach znów tonę. bo znów cała jestem już czekaniem...


12. lutego, godz. 01:09
kurwa. kurwa jego mać.

piątek, 1 lutego 2008

dylematy wodzące

siedzę tu i namiętnie bawię się w edukację. (zaznaczam, że zaznaczenie słów owych kursywą ma tu naprawdę kluczowe znaczenie gdyż oznacza stosunek mój ironiczny i pobieżny do owej czynności.) także siedzę tu w stanie pomiędzy. przedpołudniami przeglądając to wszystko co udało mi się zanotować/zebrać w swoich tajnych aktach. popołudniami zwyczajowo podsypiam jakby odurzona. a może odrzucona. kto to wie... efekty tego są nieprzewidywalne. bo dziś to miałam więcej szczęścia niż rozumu. zdecydowanie, bez dwóch zdań.

pytanie: dlaczego bracia nachmiasy rypnęli się tą cegłą w łeb i czemu aż tak mocno?!
odpowiedź: żeby zabolało, nas potomnych czytaczy!
dygresja: z resztą pan doktor też się specjalnie nie oszczędził, a co za tym idzie i nas - potomnych zdawaczy tudzież oblewaczy. czas pokaże.

--

w ubiegły piątek i sobotę do przedzierzgnięcia z piżamy zmobilizowały mnie rytualne zakupy w osiedlowym tesco, w niedzielę wizyta wnuczków babci mieszkaniowej (i to nie tylko tych wczesnodziesięcych, ale również tych już wyrośniętych). nie żebym na coś liczyła, ale jakoś tak wstyd wlec się po mieszkaniu w gaciach w kolorowe grochy z opadającym do kolan krokiem. brązowy dresik i markowa czerwona koszulka był jak najbardziej na miejscu. mycie włosów sobie podarowałam. wytrzymały bez mycia trzy dni, przeżyły i czwarty.
ten weekend był jak pluszowy miś choć jak mówią słowa piosenki, nie jest nią miłość. ale właśnie tak smakuje czułość, która jest składnikiem.
nadchodzący, który się właśnie zaczyna szykuje się pod znakiem edukacyjnym, stresacyjnym. no może tesco jednak też odwiedzę. dzisiejsze zakupy bez listy wypadły marnie. zapomniało się masła i paru innych drobiazgów też.

dziś (tudzież już wczoraj właściwie) z racji świętowania kupiłam na dworcu trzy pączki z różą. po czym zjadłam dwa, jeden po drugim. trzeci zostawiając na deser. ja wiem, że źle i że be. i już czuję za sobie każący wzrok mareckiego, ale no przecież w końcu raz do roku to se można, nie?!


--
i czy ja już mówiłam, że kocham wściekle, że kocham szaleńczo, że obłędnie i bezbłędnie? nie?! no to właśnie mówię, mówię i tęsknię jak stąd do bochni!
a mówiłam, że z tej miłości chyba pasem wychłostam? mówiłam, mówiła. ale z upartą zawziętością powtórzę raz jeszcze tu na forum, wszem i wobec. że wychłostam pana szanownego jak się pan za robotę nie weźmie! (ale o tym, że potem pewnie rany wyleczę to już cicho-sza. to tajemnica.) no bo, no! bo sie kurcze należy, bo mi zależy! o!