a teraz tak jak w tej teorii względności przeżywam męki i kausze przy radiobudziku nastawiąc godzinę nieludzko-wczesno-poranną. tak, tak, to powrót do wielkiego świata.
na moich przedmieściach, zadupiach, zaciszach jest życie przy którym śmiech i uśmiech brzmi i wygląda bardziej przejrzyście, ciepło, które grzeje czulej, ale i przygniatająca siła, która niszczy, wbija w podłoże niczym 10 ton żelaza. przez taką siłą się ucieka. (czasami do wielkiego świata.) a wielki świat wieje wielką pustką, ale i spokojem najświętszym ze świętych. taki ot trochę paradoks. ze skrajności w skrajność. żadnego wyważenia sił. żadnej równowagi. jest we mnie silna potrzeba homeostazy. paranoiczna wręcz.
(myślami myśląc wciąż o tym małym mieście na południu polski, gdzie zasypia i budzi się mój drugi oddech. ten, który wchodzi rankiem zaspany do mojego pokoju, kładzie się obok i chrapie mi do ucha najsłodsze dźwięki pod słońcem. do tego oddechu tęsknię.)
jestem tu w całej swojej okazałości, tęsknocie i silnej potrzebie tworzenia, konstruowania.
♪♪ emilia - big big world.mp3*
* tak mi się jakoś. /bo kocham wciąż. stop. bo tęsknię szaleńczo. stop./