wtorek, 30 grudnia 2008

Wariactwo kontrolowane

Portal niemrawo rusza do przodu. Ja wiem, ironią powiewa, ale liczyłam na inny obrót sytuacji kiedy do nich przyszłam. Myślałam, że rzucę się w wir artystach działań, okryję nowe talenty, sama zainspiruję się do tworzenia swoich nowych "dziełek".

Miałam reportaże robić, wywiady,  miałam moderatorem być i prawa profilu takie dostać. A tymczasem mija drugi miesiąc. Dostaję co jakiś czas zlecenia, które polegają, a to na uporządkowaniu pod tematów działu "literatura", a to na odszukaniu różnych konkursów literackich, napisaniu wstępu czy poleceniu jakiegoś produktu, dzieła. I tak wykonuję te czynności w przysłowiowej – telewizyjnej przerwie na reklamy. Ktoś potem dodaje taki mini-tekścik (bo taki miał być) podpisany moim nazwiskiem i jakby praca wykonana, obowiązek spełniony. A ja spełniać się tam miałam, realizować, rozwijać twórczo, osobowo, kreatywność mnożyć jak grzyby po deszczu...

Miało ruszyć z kopyta, a tymczasem leży i kwiczy. Miał być ogier, pegaz właściwie, a wyszło coś na kształt osła. Tak to z tą naszą twórczością i inicjatywą jest.

sobota, 27 grudnia 2008

Refleksyjność poświąteczna

Święta przebrzmiały. Dosłownie. Nie było bajecznie, choć... są różne bajki. Bo decybele i tony, na które wchodzi moja ciotka są takie, że w uszach słuchać tylko dziki pisk, coś jak przejechanie styropianem po tablicy. To chyba taka rodzinna przypadłość jest – rządzenie, ubliżanie innym i awanturniczość.
Chciałabym uchronić się przed tym, być takim "rodzinnym mutantem". Z całą świadomością wszystkiego co się z tym wiąże.

W gruncie rzeczy, pomimo wszystko miałam nadzieję, że w tym roku będzie inaczej, normalniej. Zupełnie nie wiem dlaczego. Że radośnie będzie – tego się nie spodziewałam. Wydarzenia ostatnich miesięcy do radowania się nie sprzyjały. Bardziej liczyłam na spokój i doprawdy nie wiem, dlaczego. W końcu, powinnam porzucić wszelkie nadzieje...

Wolałabym być sama. W ciszy sączyć święty... spokój.


Zwykle kiedy przyjeżdżam do domu, zakopuję się pod kołdrą. Uciekam od tego życia. Jakie to zabawne. Przyjeżdżam i uciekam. I jadę, nie wracam. Zwyczajnie jadę, po prostu jadę.
A już niedługo jadę spowrotem. Na Nowy Rok. Na "stare śmieci". Do wielkiego miasta, wielkiego świata, wielkiego, obcego mieszkania, wielkich nadziei i jeszcze większej miłości.
Z poczuciem braku pojadę, z niedosytem. Bez zbytniego przekonania do wyjazdu czy zostania. Z tęsknotą, która coraz mocniej oplata, zniewala. Z tęsknotą, którą jestem. Z czekaniem, którym się staję, z każdą godziną coraz bardziej niecierpliwym.



--
Mam nowe całkiem włosy. Ostre cięcie i nowy kolor. Przyzwyczajam lustro do nowego widoku.



czwartek, 18 grudnia 2008

Przedświąteczny "eter"

Zawsze marzyłam jak mogą wyglądać rodzinne święta, te z opowieści koleżanek, te których historię czytuję tu, na blogach. Takie święta, w które każdy coś wnosi od siebie. Gdzie zjeżdżają się rodziny, gdzie ludzie odwiedzają się i rozmawiają. Wyobrażałam sobie jak wyglądać mogą twarze wszystkich członków rodziny. Rozmyślałam o uśmiechniętych, niemodnie ubranych i zbyt intensywnie umalowanych ciotach podpytujących o kawalerów, o wujkach puszczających oczka. Marzyłam o suto zastawionych stołach, o tych przenikających zapachach. Rozmyślałam o rozmowach, o tym jak może wyglądać normalna rozmowa, na jaki temat może się odbywać i jak przebiegać.

A teraz? Teraz wcale nie w nastroju świątecznym wróciłam do domu. W strachu tu przyjechałam, w niepewności jutra, w czujności i bezradności przekroczyłam te progi. W bezsensownej tęsknocie za moim własnym kątem, z sentymentem za godzinami spędzanymi w tych czterech ścianach, w oczekiwaniu na niemożliwe wróciłam...

Przedsmak tego co mnie czeka już dostałam. Nie od dziś wiem, że w ciszy i w samotności jest najwięcej prawdy, i zrozumienia.

niedziela, 14 grudnia 2008

Jest gdzie spać, ale noce bezsenne

Zapadam się w sobie coraz głębiej. Jest we mnie noc. Milczenie głębokie. Pornografia duszy w uczucia żadne nieprzyodzianej. Jest we mnie noc. Czuwa. Obserwuje. W ciemnościach wszystkie znaki są wyraźniejsze. Powietrze mocniej bawi się we wnikanie, owija, oplata, poddusza, porusza. Jest wciąż we mnie noc. Jej oczy – gwiazdy.

Nie we śnie Cię widuję, a w wyobraźni. Bo sen mój kruchy, odwodniony. Znów nie śpię i wciąż nie wiem czy to bezsenność czy tylko bezsens.

środa, 10 grudnia 2008

Miłość z sieci

Historia zaczyna się jakieś 4,5 roku temu. W owym czasie byłam zatwardziałą fanką czatów, portali randkowych, forów dyskusyjnych i innych miejsc w sieci, w których można było wyłowić jakiejś bardziej lub mniej ciekawe znajomości. 
Poznaliśmy się na serwisie randkowym . Szczegółów nie pamiętam, pewnie dlatego, że wtedy nie przypuszczałam, że ta historia skręci w tym kierunku. Gdybym o tym wiedziała zachowałabym wszystkie pamiątki z tego okresu. Pamiętam, że połączyła nas... data urodzenia. Napisał do mnie wiadomość  dlatego, że oboje mamy tę samą datę urodzenia, różnimy się tylko rocznikiem. Napisał do mnie w zastępstwie. Planował zagadanie do innej dziewczyny, której akurat nie było w kraju. Miałam być jedynie przerywnikiem, "czasoumilaczem" w oczekiwaniu na tamtą. W rezultacie do "tamtej" nigdy nie napisał.

Nasze e-znajomość z początku rozwijała się dynamicznie aczkolwiek czysto koleżeńsko. Z biegiem czasu były okresy zupełnego milczenia (czasami trwające nawet kilka miesięcy), aż do okresów intensywnych rozmów.  Mniej więcej po dwóch latach z wielkim strachem zdecydowaliśmy się na pierwszą rozmowę telefoniczną. Całkiem ciekawe przeżycie... Do organizacji spotkania jakoś nie mieliśmy szczęścia. Warunki nie sprzyjały. Mało czasu, jeszcze mniej pieniędzy. Dwukrotnie wakacje spędzał w pracy za granicą. Dzwonił średnio co tydzień, "wygadywaliśmy" wspólnie całe doładowanie na raz, a często  i to nie starczało. Po dwóch, trzech godzinach przy telefonie nie wiedziałam co boli mnie bardziej, ręka od trzymania słuchawki czy spocone ucho. Rozmawialiśmy o wszystkim co można rozumieć naprawdę dosłownie. To ja radziłam mu jak zdobyć  dziewczynę, która mu się podobała, to ja mówiłam mu o wszystkich swoich zauroczeniach, wszystkich problemach, lękach, radościach... To podczas rozmów na Skype był przypadkowym świadkiem awantur, które urządzała mi rodzicielka. To jemu do słuchawki płakałam i milczałam. I pomimo tego wszystkiego nawet przez moment nie pomyślałam, że możemy być parą.
Pamiętam białą różę dostarczoną przez kuriera. Bez bileciku, bez podpisu. W pierwszej chwili pomyślałam, ot taki walentynkowy żarcik. Ale kto żartowałby na kilkadziesiąt złotych? W pierwszej chwili posądziłam o to zupełnie niewłaściwą osobę. Dopiero później wydało się kto kryje się za kwiatkiem. :)

Do spotkania doszło ponad rok temu, po 3,5-letniej wirtualnej znajomości. A że w międzyczasie w tę zabawę wkręciłam przyjaciółkę, to obie wyszłyśmy na przeciw "e-koledze". Wystarczył wspólny weekend żeby zauważyć, że łączy nas nie tylko data urodzenia. To co tego pewnego listopada działo się z moim mózgiem świadczyło o tym, że wyplątać się z tego nie będzie lekko.
 A na marginesie dodam, że mieszkałam już wtedy we Wrocławiu i byłam w innym raczkującym (choć chyba niezbyt dobrze rokującym) związku, który miał spore predyspozycje do zyskania mało szczytnego miana zwanego toksycznym. Jeszcze trochę po rozstaniu czułam się osaczana, szykanowana i zastraszana. Długa i niezbyt przyjemna historia...

Podczas pożegnania nie wiedziałam, które emocje są we mnie silniejsze. Śmiałam się, płakałam, obejmowałam. Zupełny emocjonalny odlot. Jak na hormonalnych haju. Później, kiedy oboje rozjeżdżaliśmy się w swoje strony, on na południe Polski, w stronę Krakowa, ja w przeciwną stronę, do Wrocławia, napisał mi tylko "spotkajmy się jeszcze kiedyś".  Tak, spotkajmy się, ale gdzie, kiedy...? Za miesiąc, pół roku, rok...?
Po setkach sms-ów, rozmów internetowych, telefonicznych całkiem spontanicznie spotkaliśmy się po tygodniu. We wrocławskich klimatach. Nocował w schronisku młodzieżowym, babcia, u której wtedy wynajmowałam pokój raczej nie była chętna do przyjmowania nocnych gości. Poszliśmy do kina (z pewnością nie na film, bo zakończenie przegapiliśmy) cały seans udając przyjaźń, dopiero pod koniec filmu "zjadaliśmy się" jak wygłodzony po ostrej diecie. Następnego dnia spadł pierwszy śnieg i pożegnałam go na PKP.
Spotkania odbywały się w miarę regularnie, mniej więcej co dwa tygodnie, czasami co tydzień. Były spacery, puby, wspólne robienie obiadów... Były przypadkowe zbiegi okoliczności. Smsy wysyłane jednocześnie, telefony wykonywane w tym samym momencie, myśli, które oboje odbieraliśmy równocześnie.

W grudniu pierwszy raz pojechałam do niego. 300km, prawie 6 godzin w pociągu, śnieg po kostki i strach. Bardzo szybko okazało się, że nie było czego się bać. Ciepła i miła atmosfera od początku pozwoliła mi poczuć się jak (nie) u siebie... Była wizyta w zasypanym śniegiem Krakowie, cudownie oświetlony rynek, kawiarnia... A w drodze powrotnej przypadkiem trafiłam na siedzenie w pociągu z numerem jego mieszkania. Taka sytuacja miała też dwukrotnie miejsce podczas kolejnych podróży do niego.
To nic, że wracałam przeziębiona, że tramwaj, który wiózł mnie do wrocławskiego mieszkania zepsuł się i zakorkował ulicę, a ja zasmarkana wracałam przez pół miasta z ciężką walizką na piechotę.

Później był wspólny sylwester w moim rodzinnym mieście, walentynki u niego, urodziny jego bratanicy, weekend majowy, wspólne urodziny... Kolejne wizyty były coraz dłuższe. Wyłuskiwałam coraz większe przerwy w zajęciach i z początku weekendowe wizyty zamieniały się w kilkudniowe, tygodniowe, a w wakacje i dwutygodniowe odwiedziny.

W tym roku akademickim połączył nas Wrocław. Mieszkamy wciąż osobno, ja jestem na ostatnim roku studiów dziennych, on rozpoczął uzupełniające studia zaoczne, niedawno znalazł pracę.

Całkiem niedawno minął rok od kiedy jesteśmy razem i wciąż mam wrażenie, że to co nas spotkało jest jakąś wyssaną z palca historią. Bajką, magiczną opowieścią, które ogląda się w telewizji. Czaruje mnie jego uśmiech, zniewala zapach, porywa optymizm, rozczula wrażliwość, a inteligencja imponuje... Staram się nie pozorować  na "skazanych na szczęśliwe małżeństwo". Rozumiemy się i swoje potrzeby, i chyba to jest najistotniejsze. A prawda jest taka, że nigdy nie wiem co zdarzy się jutro. Dziś kocham i szaleję, dziś dbam żeby jutro nie zburzyło tego szczęścia.



--
Do napisania tego zainspirowała mnie notka na innym blogu, a jego właścicielka nieświadomie przypomniała, że mam coś co obiektywnie rzecz biorąc nie jest takie łatwe do osiągnięcia. Miłość z sieci nie jest czymś częstym, ale nie niemożliwym. Cóż, teraz pozostaje mi o to dbać żeby trwało.

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Herbaciane nonsensy

Tęsknić to znaczy chodzić po ścianach.

Znów zasypiam w stanach nieważkich. Bezsensownie lekko zamykam oczy, żeby rankiem znów niezbyt nieufnie na wpół uchylać je. Marzenia przed snem kurczą się. Grawitacją zmęczone opadają ciężko.
Myślami po śladach Twoich wspomnień wędruję. Jestem ćmą. Światła latarni, światła księżyca... pssyt. Kontempluję.

Całkiem możliwe to, wręcz konieczne, że dłonie lepkie oczekiwaniem szukają chłodu, garną się, przywierają.

Jestem jak puzzle z fototapetą jeziora. Układasz mnie powoli. Wytrwale dopasowujesz każdą część chociaż ciągle rozsypuję się. Potem odchodzisz. Zostaję sama i w ciszy znów rozpadam się. Przychodzisz, zbierasz wszystkie części, uparcie sklejasz mnie.
Z Tobą jestem sobą. Z Tobą jestem jedną osobą, całością. Bez Ciebie nie ma mnie.

Ostatnio pod sam sufit doszłam. Trwam. Paznokciami wczepiona.



poniedziałek, 1 grudnia 2008

smutek mam we krwi

nie, nie jest źle. zgrzeszyłabym narzekając, myślą nawet. jestem kochana tak jak zawsze marzyłam. ze zrozumieniem, z czułością... miłość wylewa się z każdej pory. oplata mnie jak ciepły pled, pozwala opaść na siebie i poczuć ukojenie.

jest jednak głębina, w którą ostatnio wchodzę cała. zapadam się. pogrążam. przygniatam. jestem nią ja sama.
jest w tym opadaniu jakaś lekkość. unosi w przeżywaniu. jakaś chora potrzeba afirmacji bólu, której nie rozumiem.
choć być może to tylko głęboka autorefleksja. może rozprawiam się z sobą jak z nieudaną koleżanką, kiepską książką w bardzo marnej okładce, z błędem statystycznym, wyjątkiem potwierdzającym regułę (ludzie i inne przypadki), z plamą na honorze ludzkości. z koszmarnym snem budząc się krzycząc i drżąc.



nie czuję się komfortowo w swoim towarzystwie. mierzi mnie klimat, ciśnienie, zaduch, opary, lustrzany widok mojego istnienia, które stwarza kiepskie pozory człowieczeństwa. kobiecości nawet do pięt nie dorastający.

nie jestem z sobą dobraną parą.

piątek, 21 listopada 2008

pierwszy śnieg

"ej, chodźcie do okna, do okna! kupel dzwonił i mówił, że śnieg pada!"
no i podeszłyśmy. i padał. i powietrzu już topniał. jak to zwykle we wrocławiu...

niedziela, 16 listopada 2008

wrocław - miasto spotkań

z pewnością nie można tego nazwać maratonem. zgrzeszyłabym. znieważyła wszystkie imprezowiczki i błyszczące w towarzystwie "brylownice". ale jak dla mnie to już dość mocna, warta zaakcentowania sprawa.

pierwsza była karolina - była współlokatorka, dzieląca ze mną mały pokój i resztę mieszkania na spółkę z "babcią mieszkaniową" i karaluchami.
cóż, dla babci jestem teraz wrogiem numer 1, ciemną plamą na honorze, wrzodem na tyłku, ucieleśnieniem wszelkiego zła i jej najgorszym koszmarem. nie mierzi mnie to specjalnie, no może poza tym, że przez ten fakt wspomnianej wyżej koleżanki odwiedzić nie mogę, bo mieszkanie wciąż z nią dzieli.
a poza tym miło, gadatliwie, jak zwykle z k. w rodzaju męskim. emocjonalnie tak i jak zwykle coolturalnie.

na drugi ogień poszło spotkanie w sprawie redaktorowania i moderowania nowego portalu. zdeklarowałam się być i owszem chcę, nawet mnie zaakceptowano, ale co z tego wyjdzie sam Pan Najwyższy raczy wiedzieć... mam nadzieje, że chociaż on. bo na razie po wysłaniu moich ewentualnych propozycji głucha cisza w eterze. miałam czekać na znak. więc czekam. do upadłego. do grobowej deski bodaj. żeby nie było. bo co innego mam do roboty.

numerem trzy* (choć w rankingu ważności i aktywności zawsze jeden) była moja gosia (to dla ciebie ten link. no wiesz, wiesz...)
rozkleiłam się. coraz częściej mi się to zdarza. z resztą tak samo jak i niepewność, chaotyczność i wszechobecna pustka. zupełna paranoja. wstyd mi, że jestem sobą, cholerną ofiarą propagandy "bycia sobą".

czwórką jest ewelina - kożelanka z ławy, z podstawówki, z osiedla. zaskakująco miło, czekoladowo, po latach. relacja zdana ze spotkania klasowego, na którym mnie zabrakło. (nieobecność w mieście jest tylko wymówką, trzeba zdać sobie z tego sprawę. tak naprawdę górę wziął u mnie strach, demony przeszłości, których boję się na samą myśl. może nie teraz, może kiedyś, może... może będę gotowa. może stawię czoła. może wyjdę z tego cała. kiedyś, może.)

piątka jest wyjątkowo niespodziewana, zupełnie w nie moich klimatach (jakby coś było w moich klimatach poza moją chaotyczną osobowością) i wyjątkowo nie na miejscu - a mianowicie "wielkie" balowanie w gronie 7-osobowym w słynnym i ponoć supermegawypasionym miejscu, które jak zwykle usztywniło moje ja od opuszków palców u stóp aż po czubek głowy, które sprawiło, że poczułam się jak słoń w składzie porcelany. choć miejsce samo w sobie bardziej przypominało zoo, kiedy na moment zupełnie przypadkiem trafiłam na parkiet, a dezorientacja i moja prywatna paniczna osobowość stawiła mnie pod ścianą i kazała mi trzymać się jej z całej siły poczułam jakbym znalazła się wewnątrz klatki dla małp. nie zdziwiłabym się gdyby nagle wszyscy grupowo zaczęli współżyć w rytm dźwięków wydobywających się z głośników. mam pewne opory żeby nazywać to muzyką. wszystko doprawione historią miłosną w tle (nie moją) i uniesieniami rodem z brazylijskiego serialu. dzień długi i stanowczo nie w moim stylu odprężający, w moim raczej męczący.

szóstką miała być niesia, ale się(-)nie udało. może nie dziś, może kiedyś. może...



* spotkanie z serii gościnnego sieradza


♪♪ edyta bartosiewicz - sen.mp3
ostatnio w nastrojach depresyjnych, w stanach niekorzystnych, klimatach niskociśnieniowych...

niedziela, 2 listopada 2008

słodki listopad

z tobą karmić kaczki i gołębie. te łapczywe. te wyszarpujące sobie chleb spod dzioba. siedzieć nad brzegiem rzeki. z tobą przemierzać te wszystkie liście. z tobą i w tobie się chować. pod chmurą, pod tą najbardziej deszczową. niech głowy mokną. z tobą w milczeniu ptasich koncertów słuchać. i cię obejmować. ciebie i wiatr całować.


minął rok od pierwszych realnych uśmiechów. od gestów, słów, odczuwalnych oddechów. pamiętam wszystko. kroki nasze z żanką na pkp. pamiętam stres zagadywany z nią rozmową i to, że wypierałam się go. pamiętam oczekiwania, twarz twoją z daleka, postawę, przywitania, uśmiechy.


ja wiem, że pożegnania dosładzają przywitania. wiem też, że trudno przełknąć tę gorycz pomiędzy. wiem na odległość 300km. i teraz kiedy dzieli nas zaledwie kilkanaście czy kilkadziesiąt ulic, domów, jeden most (w mieście gdzie jest ich ponad sto to żadne wyzwanie), garść drzew i tak pożegnania są trudne. tak się w niego zapadłam, że nie ma mnie już całkiem, nie ma w ogóle. i jest mi tak dobrze, tak we dwoje, tak czule.


przed nami kolejny, cały, wspólny, słodki listopad. listopad pierwszych razów. pierwszych spacerów, przypadkowych dotknięć dłoni. listopad pierwszych marzeń i planów. listopad pierwszych pocałunków, pierwszych ucieczek przed deszczem i pierwszych śniegów w zmarzniętych dłoniach. listopad pierwszych potrzeb i braków, pierwszych tęsknot i oczekiwań. bo pewnego słodkiego listopada znalazłam cię...


...a na deser film, oczywiście.

niedziela, 26 października 2008

będzie spadać długo, potem wstanie lekko...

to bardzo silna i mądra kobieta jest. nikogo się nie boi, na nikogo się nie ogląda. przed siebie dumna idzie do boju, do celu. podąża. zmierza. ta bliska, obca mi kobieta. nie wiedziałam co mówić żeby nie wydać się zbyt nonsensowną. nie wiedziałam co milczeć żeby nie wydać się zbyt głupią.

a ja wzruszam się na filmach. ja mała. ja afektywnie niepewna. ja zamknięta w czterech ścianach własnego istnienia wtapiałam się w siebie, wyłączałam myślenie jak światło w nocy. ja wewnętrznie rozkruszona wbijałam sobie paznokcie w dłonie tamując bezbarwną krew emocji. pomagało. pomagało bardziej niż mogłam sobie to wyobrazić. by potem nocą, samotnie, w poduszkę rozdrapywać te rany na nowo. uwalniać organizm od toksyn. odkrywać siebie.

--
po pogrzebie. widziałam kuzynkę po trzynastu długich latach, które nie wiedzieć kiedy minęły. rozmowy krótkie, zbyt krótkie by móc poznać się na nowo. odkryć się przed sobą.

wiązanki wkrótce zwiędną. oprócz tego, że miałam niepowtarzalną okazję zostać gwiazdą pogrzebu, ale z niej zrezygnowałam (nieszczęsne zdjęcie niesione - na szęście nie przeze mnie - tuż przed trumną. conajmniej jak w korowodzie), że miejsca w kościele były przypisane do ludzi (szkoda, że nie umieszczono wizytówek żeby uniknąć błędu - jak na weselnych stołach - i wcześnie nie urządzono prób), i w końcu, że dowiedziałam się kto w tej rodzinie rządzi (teraz nie dziwię się czemu ta rodzina tak wygląda, jaki szef taka załoga...), oprócz tego wszystkiego zapamiętam człowieka. i nie jego wysuszone ręce, czy przypudrowany nos. zapamiętam to, że nigdy nie można być za dobrym, że staranie się wcale nie daje biletu na lepsze i szczęśliwsze życie. przynajmniej nie obiektywnie, ale pozostawia uśmiech. taki szczególny, rzucany w przestrzeń. i że śmierć wcale nie musi oznaczać niewoli - tak jak mówią to księża (wg. ich tezy tylko pogrzeb wyzwala z tych szpon. pogrzeb, msze i datki, czyli kasa i kasa, i kasa...). że śmierć to spokój. spokój, którzy czuć jeśli przypatrzy się przytomnie, bez histerii. spokój, który trudno obiąć rozumiem. taki spokój rozpływa się w powietrzu i unosi wysoko. i to że on, jako jedyny mówił do mnie mariczko...

piątek, 17 października 2008

kiedy milczenie bywa krzykiem

kiedy słucham otwierają mi się w głowie wszystkie szufladki z oswojoną nazwą toksyczność. to jest jak oglądanie tego samego filmu. ciągle wzrusza, ciągle wywołuje emocje. wrze i kipi. i nie można opanować tej siły. jest ponad siły.
bo rozumiem. nawet za dobrze. namacalnie tak.

mówić. mówić. mówić. ale tak żeby nie było słychać. w milczeniu krzyczeć. dawać znaki. a potem je rozmazywać. i mówić. mówić. mówić. sytuacje się namnażają, okazje, momenty. jeszcze nie, jeszcze nie teraz, nie tak, nie tu. nie czas, nie miejsce. ale mówić. mówić. mówić. wszystkie moje wnętrzności, wszystkie nerwy rwą się, krzyczą. mówić. mówić. mówić. pokazywać inny świat, inne życie. równolegle nierówne. mówić. mówić. mówić. ale po co?


--
mam skarb. mam skarb. mam skarb.
(żeby nigdy nie zaśniedział.)

wtorek, 14 października 2008

rozdwajając "ja"

dwa tygodnie naznaczone niezrozumieniem. tym razem i moim własnym. czasami się mylę, czasami nie wiem wystarczająco dużo. (teraz pewnie też.) pozory są bardzo pozorne.
dużo wódki, dużo wina, dużo życia. litrami się leje. w uczucia się wkręcam. cudze. w sytuacje labiryntowe. starcza. emocje porywa. życia własnego nie nadwyręża.

*

teraz czuję i przeczuwam tu za dwoje. i za dwoje się boję. za dwoje śnię koszmary. podwójne mam myśli, podwójne dzieją się czary.

jesień. za rękę. jesień. i nic więcej.


--
(trudno jest wyobrazić sobie, że gdzieś tam daleko, daleko, za siódmą górą, wielką wodą jest ktoś, istnieje, żyje, oddycha... jeszcze trudniej, że go już nie ma. ameryka daje, ameryka odbiera.)

wtorek, 30 września 2008

bądź gotowy dziś do drogi, drogi, którą dobrze znasz...

środowy wypad do łodzi zaowocował kolejnym przeziębieniem, pięcioma minutami spędzonymi z anną wu., widokiem zaokiennym z inną zmorą z czasów lo w tle, i piramidalnym spotkaniem na szczycie z kolejnymi dwoma epizodami z tych samych czasów. lawinowo to wszystko. teraz już bezemocjonalnie, wtedy trochę z żalem, trochę do siebie (przynajmniej w tym pierwszym przypadku), a trochę do rozmówców. trochę po staremu, a trochę zupełnie po nowemu.
nie ma we mnie wystarczająco dużo mnie. w takich chwilach kiedy przeszłość zagląda mi przez szparę w drzwiach, nie potrafię jej przytkać siłą woli. przepuszczam i się rozpastwia. rozpuszcza. jak dziadowski bicz. jak.
a na zakończenie dnia zarusztowany, zakratowany mój blok i widok robotnika wpatrującego się w moje poranne, łóżkowe jestestwo.

na jesień mam czerwone włosy i asymetryczne kształty. nowe różowe papcie, które dają po oczach i jakoś specjalnie mi nie leżą. na jesień mam czarny parasol i dużo chusteczek. bo jesień. bo pada.

już spakowanam. nie pełna entuzjazmu, nie nastrojona pozytywnie, ani nie radosna szykuję się do jutrzejszej drogi.
i nie potrafię zebrać się. w sobie. w osobie.


*

tęsknotą usycham. jesienią.

wtorek, 23 września 2008

plan dnia bieżącego

"weź się za robotę! bo ja nie będę wiecznie... co ty wyprawiasz, co ty wyrabiasz, czemu tak robisz, czemu nie robisz, jak ty się zachowujesz, czemu tak robisz, czemu nie robisz, jak się nie wstydzisz...? bądź jak..., nie bądź jak... bądź jak inni, nie bądź jak inni."
rób co karzę, rób co mówię, rób co myślę.
"kim ty jesteś, jaka ty jesteś co ty potrafisz? kogo chcesz oszukać? jesteś jak..., jesteś..."
"weź się za siebie, spójrz na siebie, nie myśl sobie, nie myśl o sobie, zrób coś z sobą, co sobie myślisz, wyobraź sobie, pracuj nad sobą..."

(...) no ZAMKNIJ WRESZCIE SIĘ!


głowa puchnie i pęka. co dnia. bo plan dnia bieżącego wiecznie aktualny. od zawsze do wieczności.


ps.
cholera! któraś z nas będzie smażyć się w piekle, któraś z pewnością...

poniedziałek, 15 września 2008

szczęście pojechało

jakbym obudziła się w środku nocy zlana potem, rozglądała się gorączkowo wokół siebie i na nowo rozpoznawała rzeczywistość. jak urwany film sennych marzeń. jakby nic nie było, jakby się nie zdarzyło.

błysk, mrugnięcie powieką, mgła i nie ma, i nie ma, i nie ma...

niedziela, 7 września 2008

dwie strony medalu

jutro przyjedzie radość. uśmiech przyjedzie i ukojenie. spokój ciepła, lekka, bezpieczeństwo i miłość przyjedzie.

a tu za dużo chaosu, za dużo burz i wyrw. pisanie pracy zdecydowanie NIE idzie. chęci, motywacji i zapału brak. wyrzuty sumienia są jak jad wpuszczony w moje ciało. wyżerają powoli tkanki, jedną po drugiej. są jak kwas. wypalają pozostawiając po sobie suchy syk. bardzo trudno je znieść i może dlatego równie trudno się im sprzeciwić i zacząć znów pisać.

wybudowali nam galerię. jest ciasna, ale własna. dobrobyt już wali drzwiami i oknami. teraz już wszystkiego będzie pod dostatkiem i przelewać nam się będzie, wylewać, oblewać, ulewać...

po wielu miesiącach i perypetiach spotkałam w końcu kuleżankę-ankę, i to dwukrotnie. szał. kupiłam sobie sraczkowaty lakier do paznokci (co okazało się dopiero w domu, bo w galeriowym świetle wszystko wygląda uroczo, ochoczo), dzięki innej kulerażnce również ance i niezdyscyplinowaniu wobec pani od wierszy zdobyłam łódź, a tak kunkretnie turniej, który odbywał się w sobotnie popołudnie. mam wieczne pióro parkera i zbieram pieniądze na wkłady. a pomyśleć, że dzień wcześniej zmierzałam nie jechać...

jeszcze dziś. cóż. ciężko aż zacząć, a co dopiero pójść z tym koksem dalej.
czym bardziej znam i poznaję ludzi, i ich dziwactwa, tym bardziej widzę, że wcale nie jest ze mną aż tak źle. że nie odbiegam od tak zwanej normy, która w ludzkim mniemaniu jest jednak bardziej normalna i odbiegająca od rzeczywistości.
przykro mi i to bardzo. cóż, nie jestem idealna, nie jestem na każde wezwanie, zawołanie. niestety mam też swoje życie, swoje sprawy, zobowiązania i plany. a te, pech, niestety są dla mnie ważne, czasem ważniejsze niż innych. cóż, nie jestem idealna. na każde wezwanie, zawołanie. na każdy czas, każde miejsce. a że tak lekko i swobodnie wpadam w kanał wyrzutów sumienia, że tak łatwo mnie w nie wpędzić... cóż, lata praktyki i nauki u mistrza przynoszą efekty.

poniedziałek, 1 września 2008

wieści z frontu

u nas wieczna wojna o tarczę. jak nie zamontują, to źle, bo nie ma obrony. jak zamontują - jeszcze gorzej, bo jest, znaczy się mamy coś do ukrycia i trzeba walić na oślep. ot, taki cel sam w sobie. ja nie jestem specjalistą w tej dziedzinie i może właśnie dlatego, tak zwyczajnie po ludzku, boję się, że ruskie znów powysadzają nas w kosmos. tyle dobrego, że po tym wszystkim już nikt nie będzie musiał się tłumaczyć, składać wyjaśnień i obiecywać poprawy sytuacji. już nie będzie miał kto.

a u mnie moja mała wojna na froncie południowym. pokojowy plan rozwiązania problemu pod jakże trafną nazwą "akademik ver. 08/09" nie wypalił, więc trzeba było stoczyć prawdziwy bój o być albo nie być. przebrnąć przez dziesiątki, setki ogłoszeń internetowych, wydać dziesiątki złotych na telefony, przebyć setki kilometrów, rozszarpać niezliczoną ilość nerwów, przeżyć całą paletę emocji pobocznych od bojowego zaangażowania, poprzez rozdrażnienie i drażliwość totalną, aż do rezygnacji i obojętności, na nagłym euforycznym pobudzeniu skończywszy.

bo w mieście wro panuje mieszkaniowo-cenowa wojna. ludzie wyszarpują sobie oferty z gardeł, zamawiają w ciemno. świat stanął na głowie! to już nie klient wybiera towar, ale sprzedawcy przebierają, wybierają w klientach! a potem szanownie dają znać, albo i nie, albo najlepiej... nie odbierają telefonów. nikomu nieznane kryteria oceny decydują o wszystkim. i trzeba lizać im te obesrane tyłki, przezornie tak. i jest popłoch, i zgrzytanie zębów. potem już tylko rezygnacja, stagnacja. nikt nie czeka na deski ratunku, brzytwy i inne drastyczne rozwiązania. chce się to zakończyć, uciąć, mieć z głowy. szczęście, że jest szczęście i czasami daje o sobie znać. efektem niego od października zapraszam na gajową.

*

minęło mnie sporo przez ten tydzień. poetycki wieczór w kredensie. miejscówka wśród kwiatu akademickiej młodzieży. koncert całej góry barwinków. mam za to pozostałości kaszlu i kataru po letnim przeziębieniu, nowy lokal do zasiedlenia i lakier na paznokciach, co dla mnie nie jest taką oczywistą oczywistością. co jak na mnie, to spore zaskocznie i zwrot akcji.


ps.
poczułam zaskoczenie, presję jakąś, ciśnienie podskakujące (co przy moich niskociśnieniowych problemach jest uderzeniem nagłym i mocnym dla organizmu) kiedy odkryłam się przypadkiem w tym zacnym towarzystwie. (nie wiem czy jestem z nimi, czy obok nich. czy wśród nich czy też służę jako pokazowy przykład niekompetencji poetyckich?) czuję, że to zobowiązuje. że powinnam tu jakieś mądre, mocne i wyszukane rzeczy. że powinno być literacko, rzeczowo, dostojnie, jak na stereotypowego poetę przystało. a ja tak zwyczajnie, o życiu i nie. o byciu i nie. ja nie z tych ram. ja wyłażę, wypełzam. taka ze mnie nieskoordynowana istota.

piątek, 29 sierpnia 2008

ZUO, pulsujące, przenikliwe i obce

Jest we mnie jakaś forma zła. Przemoc jakaś bezwiedna. Wtedy kiedy spoglądam na ciebie tym swoim szklistym wzrokiem i bezsłownie proszę o cierpliwość. (Bo to tylko ja.) Kiedy kolejny raz pulsują mi dłonie, oczy wbijam w ziemię, stanów swoich nazwać nie potrafię. Kiedy znów rozklejam się i nie wiem dlaczego. I kiedy patrzysz pytającym wzrokiem, chcesz podać dłoń, całą rękę, serce, a ja wciąż nie wiem. Nic nie wiem. Czy chcę, potrafię, potrzebuję i co mi jest w tym momencie.
Jest we mnie jakaś forma zła, egoizmu niczym nieogarniętego. Kiedy uciekam w siebie, w przeżywanie, w spadanie w głąb tej studni bez dna po każdym zetknięciu z mułem na powierzchni (i tu znów pojawia się problem jak to napisać, żeby wciąż było nieopisane). Kiedy brnę dalej samotnie w te myśli autodestrukcyjne, w psychomanipulacje własną świadomością. Pogrążam się w cudzych wizjach, utożsamiam z nimi i przyjmuję za swoje.
Jest we mnie jakaś forma zła. Znieczulicy i niepamięci. Kiedy po tym wszystkim wracam i proszę o czułość. Kiedy czułości chcę więcej.

Jest w tym wszystkim miłość. Paranormalne szczęście. Kiedy kolejny raz otwierasz przed mną siebie i kiedy ja oddaję serce w twoje ręce. Jedyne bezpieczne miejsce.

wtorek, 19 sierpnia 2008

to co pomiędzy

czas mija nawet nie wiedzieć kiedy. ledwo co zdążyłam pożegnać lubego, zatopić się w towarzyskie spotkania, powypożyczać stosy grubych i mądrych książek do pracy magisterskiej, odłożyć je na kupkę. żeby wiedza dojrzała.
(swoją drogą okazuje się, że pisanie tej magisterski to trochę jak szkoła przetrwania dla mojej psychiki. nie wiem czy ręce trzęsą mi się bardziej z powodu braku konkretów co do jej formy i treści, czy może z powodów wiecznie "burzowej" atmosfery domowej, czy może bardziej z bliskości tych wszystkich mądrych przemyśleń, diagnoz, wniosków opisanych sztywnym językiem nauki. bo we mnie to wszystko takie nieopisane. takie głębokie i bez dna.)

od tamtego czasu trochę już minęło. zdążyłam wyjechać, wrócić. i być w tym co pomiędzy. bo właśnie pomiędzy działo się prawdziwe życie. dla niektórych być może zbyt spokojne, poukładane, zbyt nudne i monotonne. dla mnie jedyne właściwie. bo dokładnie tego mi trzeba kiedy opuszczam świątynię chaosu, czarną dziurę pustki po brzegi wypełnioną złem, które zawisa w powietrzu zamiast tlenu. pomiędzy działo się sporo w swoim niewielkim rozmiarze. pomiędzy jest ciepło rodzinne, które nieustanie tak ciężko mi pojąć. jest miłość. słońce jest i mżawka czasami. jest wreszcie mój kierowca, kierowca bombowca. :)
potem trzeba było wracać. połowicznie już. bo zapadłam się w nim głęboko, po samo dno i wracałam tylko jako połowa siebie już.

a nowy sącz to jeszcze nie góry. stanowczo nie góry. zbyt nisko tam do gór.


--
nie wiedzieć czemu maltretuję się tak nieustannie. znam już imię, nazwisko, status społeczny, wygląd, postawę... i do pięt nie dorastam. się rozrastam. wszerz. wszerz. (nie żeby bez motywacji. może nacisków zbyt wiele. może.) ja mała, ja brzydka, ja pękata, ja niemodna, ja głupia, ja ucząca się zupełnie zbędnych rzeczy niezgodnych z zainteresowaniami i w statusie najniższym z możliwych jeśli o kierunki studiowania się rozchodzi.

kimś innym albo zniknąć.


♪♪ kmt turek - godzina między.mp3
(sł. Jacek Podsiadło)




ps.
wychodzi na to, że i ja jestem "dziewczyną z zapałkami".

niedziela, 20 lipca 2008

statki na piwie i papierowe kwiaty

est jak w koszmarnym śnie. na przemian płaczę, krzyczę, tupię nóżkami i zapadam się w ciszę. są słowa, które nigdy nie powinny istnieć. nieprzmyślane myśli. jakieś próby wyjaśnień, które nigdy nic nie dają, bo dać nie mogą. ale są. istnieją. desperackie, na przekór logice i zdrowemu rozsądkowi próbują zdziałać cuda. ale to nie bajka, ja nie jestem wróżką i nie mam czarodziejskiej różdżki, a cuda nie istnieją.
monotonia wskazówek zegara każe kręcić się wkółko wokół jego tarczy, jak na wybieru. wyrwana na tydzień z tego motłochu. przygarnięta i ogarnięta przez lubego znów wracam do porannych pobudek jak grom, szalonych karuzeli dnia codziennego, szeptów po zmroku i nocnych wsłuchiwań się w deszcz. bo ciężko zasnąć gdy hałasuje cisza.

nie znoszę i nie akceptuję w sobie tego chaosu. ciągle płaczę, boję się, czekam i nieciepliwię. nie ogarniam tych stanów. to one ogarniają i owijają się wokół mnie. ale kocham. jak nigdy gorąco, jak nigdy namiętnie, słodko i całym organizmem.
to chyba normalność mnie gubi. normalność, której nigdy nie zaznałam. taka obca. miękka, puchata, ale wciąż czasami straszy. nie złem. innością, nowością.

*

a tymczasem tydzień obfitował w gorące uściski. w wielkim mieście wu i w tym mniejszym. na słońcu, w cieniu, w deszczu i na wietrze. były gry hazardowe, statki na piwie i papierowe kwiaty, piccą wypchnięte brzuchy i półsłodkie wino w kredensie. tamten mężczyzna z bukietem róż i jakimś drinkiem. jego długie oczekiwianie, lekki zawód i dalsze napięte minuty, a w tym wszystkim nasze ciche kibicowanie. to po trosze była i nasza randka. po prostu miłość.


"(...) świat jest zły
odkąd poszedłeś
szczerzy zęby
i futro wilcze napina
to co było ciepłem zwiniętym w kłębek
nie jest
świat - kosmicznie zgubiony w sobie
z zimna drży"
Poświatowska


ps.
znów śniłam o rybach pożeraczach. pożerały nawet siebie wzajemnie przez co stając się większe. te były szare i pełzały po podłodze. poprzednie, choć giganty oszałamiały zdolnością latania i tęczowymi barwami. co nie zmienia faktu, że też pożerały. mordowały. tak generalnie.

niedziela, 6 lipca 2008

(a)normalnie*

wróciłam (tak-jakby) do siebie, (tak-jakby) do domu. tu gdzie gołębie na balkonie mogę karmić lub straszyć. według uznania. jestem tu już czy dopiero (tak-jakby) tydzień. a jest we mnie nieodparte wrażenie wieczności. ta wieczność pląta się po mnie siejąc ogólne spustoszenie. aż po dreszcze, po elektryzujące włoski na rękach. jest we mnie kłopotliwe nic, tak bardzo puste i obce, że nawet lustro pomija je w swoim odbiciu. dyskomfort stanu zerowego w istocie (tak-jakby) człowieczeństwa. z każdym dniem tu dochodzi to do mnie coraz mocniej i wyraźniej. dużo mocnych, głośnych słów, słów chwastów, które nawet po wyrwaniu wyrastają znów i opatają ofiarę jak bluszcz. a bezużyteczność i nieproduktywność mojej materii mnie przeraża i przerasta. aż do permanentnych zawrotów głowy.

chodzę po tych ulicach. znajduję ślady, rozgrzebuję stare rany. nie, ja tu nie mogę. nie na dłużej.

(szczypie wciąż i piecze. wstydliwie dość, więc ograniczę się do tak krótkiego opisu stanu rzeczy.)



"bo nie ma we mnie nic i nic nie jestem wart
a czerwień mojej krwi to tylko jakiś żart
...
ty pilnuj moich snów i przychodź kiedy chcesz
te chwile z moich dni do jednej dłoni zbierz"



*fragmentarycznie z czymś (tak-jakby) ludzkim w tle.


♪♪ myslovitz - szklany człowiek.mp3

piątek, 27 czerwca 2008

mocno, mocno, mocniej i...

za dużo. za mocno. za sesją. nie wiedzieć nawet kiedy. 7 dni sielanki z ukochanym. gdzie ciepło domowego ogniska, zieleń lasu miejskiego, krakowskie bruki. rozkołysane myśli pani treter, koncert, że hey! i kasia urocza, że ahh! pani ingrid (nadająca najprawdopodobniej z playback'u) i józek z bagien znacznie mniej, ale za to kiełbachy grillowane smakowe.

zamęt w środku ze wszystkim. poszukiwania zaginionego indeksu co to ktoś gdzieś go ma tylko nie wiadomo kto, gdzie i w jakim stanie uwieńczone sukcesem.
babka mieszkaniowa i jej wybryki. wszystko szybko. mieszkanie, miejsce, kąt. no i jest, nie tak jak miało być, nie tak jak być powinno. ale jest. centrum, kamienica, mieszkanie jak loch, ośmioro współlokatorów. (ten pokojowy jak z filmu o amerykańskich kujonach. tylko "hyhyhy" i koszulka w spodnie. nieporozumienie.) miły mój zapewne na samotność tam nie padnie. chyba, że chaos go pożre na śniadanie. (cotobędzie,cotobędzie?!)
a jutro z tym podaniem. że o dom studencki proszę, bo się od babki wynoszę. i czekanie znów.
bo nie chce połączyć nas to miasto. i tak wszystko wbrew niemu. za jego plecami. pod przykryciem i pod pretekstem.

nerwy w konserwy.


nie śpię. myślę. rozmyślam. przemyślam. bo jak tu nie było to z k. było mi dobrze. z jej e-randkami, ubijaniem karaluchów, wycieczkami do tesco, japońskiego parku, coolturki na małe/duże, z nocnymi rozmowami o sprawach ważnych i ważnych inaczej. było.
sentymentalnie. tęskno już.

piątek, 13 czerwca 2008

fakty i mity

egzamin z "teorii i praktyki..." okazał się jedną, wielką ściemą. teraz sprawę przemilczę, bo nie wypada, bo mi to trochę w sumie na rękę było, bo nie czas na takie wywody. ale ja to sobie odbiję i napiszę co ja o tym wszystkim myślę. i nie, że ja jakaś wredna, czy cóś, ale zwyczajnie trzeba przedstawić nagie fakty, obalić mity, ukazać rąbek tajemnicy. żeby sprawiedliwości stało się zadość i żeby wszyscy studenci z uczelni (a)normalnych poczuli się wreszcie normalnie. ot tak, zwyczajnie. tak w akcie humanitarnej jedności. bo wiem co czujecie!
zostało koło z socjologii. stan wiedzy: póki co zerowy. chęci do nauki: (pozwolę sobie zacytować pewną piosenkę) "mniej niż zerooo, mniej niż zeroooo..."

jak ja nie lubię tej propagandy, no! futbol mnie nie interesi to jasne i niezaprzeczalne, to dlaczemu czuję niesmak, dyskomfort i żal ogólny. ostatnio czułam się tak jak małysz nie zdobył złota na olimpiadzie. tyle, że wtedy to ja tym żyłam, a nie dałam się wpakować w socjologiczną psychomanipulację paskudnie grająca na emocjach jak teraz!

jest plan, jest... ale ciii. żeby nie zapeszyć. w ciszy duszy i sumienia sie kotłuje od marzenia. no ale już, już. miało być ciii. no!


no i ten, "czyynastego wszystko zdarzyć sie może, czyynastego..."



♪♪ myslovitz - chciałbym umrzeć z miłości.mp3

czwartek, 5 czerwca 2008

nasze małe insektarium

znów wrocław. przede mną męczące godziny przy prawie stu stronach teorii i praktyki pedagogicznej w XIX i XXw. ze 100%-ową przewagą teorii. i socjologia, na którą w obecnej chwili materiałów brak, ale teraz nie ma do tego głowy, czasu, atłasu. teraz jest teoria i pr... znaczy teoria. szał. normalnie entuzjazm wychodzi ze mnie każą dziurą. zwłaszcza gębową podczas ziewania.

miałam z nimi pakt, niepisaną umowę. takie pokojowe współistnienie. że ja im w drogę nie wchodzę, a one od mojego terenu trzymają się z dala. tak, więc dawałam im szansę, włączałam światło w kuchni, szłam do wc i dawałam im czas na pochowanie się po kątach. i tak sobie to trwało dniami, tygodniami, miesiącami wręcz. trwało, do wczoraj. do czasu kiedy jeden z nich wtranżolił się w moje prywatne pielesze. w moją kołderkę, w moje łóżeczko. dziad, skurwysyn, padalec, przykurcz, fajfus i obrzydliwy insekt! karaluch jeden! no i szał. w ataku paniki wydarłam paszcze i zrzuciłam dziadusa z kołdry. po czym zapaliłam światło i w amoku zaczęłam szukać najlepszego (najskuteczniejszego) narzędzia zbrodni. w końcu przywaliłam skurczybykowi z butelki po coli (bo dziadostwo należy zwalczać takim samym dziadostwem), dla pewności sprzedałam mu drugi cios i zamiotłam do kosza. i skończył się dzień dziecka! nie ma że boli, pokojowe współistnienie zamieniam na stan zimnej wojny (którego przyłapię na drodze mojej - tego przydybię), a ową butelkę przechrzciłam na "tłuczek na karaluchy". bo jak o nich myślę, to mnie trzęsie! wrrr...! krwi jestem rządna, trupów, potu i łez! wytłukę dziadów, że suchej nitki na nich nie pozostawię, no!

a pod kranem była kałuża. permanentna, wielka, rozciągła i wciąż mokra. ja chodziłam, wycierałam, ona znów była, a ja znów wycierałam i znów się pojawiała... i myślałam że może z kranu chapocze, że może z prysznica, bo woda w cały świat dookoła ciece. no i się w końcu sprawa rypła. się wydało. z kibla leci! no to mamy naturalną wodę źródlaną - kiblowiankę. ktoś chce skosztować?


--
każda minuta - godzina. nieskończoność czasu. nieuchronność materii. wciąż za-kochanie, za-wirowanie, z-wariowanie. szał.


ps.
a babka mieszkaniowa się tłumaczy, że ona widziała jak karaluchy jezdnią, na pasach do bloków maszerowały. taa, i może jeszcze na zielonym świetle, w trampkach i z walizkami. a potem mówi jeszcze, że to pewnie żuk taki był, co to lata, ale jak wleci do mieszkania to już nie lata.
cuda na kijach. cuda wianki.

niedziela, 25 maja 2008

mam ryjka i dziure w zębie, i...

ostatnio czas jest pojęciem abstrakcyjnym. z resztą tak samo jak i miejsce. dziś sieradzewo, jutro wrocław. a potem... potem, być może bochnia. dość stateczna ta intensywność.

jak nie jeden stres to drugi. tak, tak. zbliża się sesja. jak mnie nie wywalą, to będę. mimo, że torchę brak na bycie sił. (no i jak tu się nie bać, nie trzęść portkami.)


a tymczasem kolejne urodziny za mną. (podwójne tym razem. takie, o. wyjątkowe niby.) rok w plecy. załatana dziura w zębie, następna czeka na swoją kolej. i "rodzina" wreszcie raczyła mnie odwiedzić. zuza oficjalnie dopominała się mnie. jestem maryjka. mam ryjka, co z poprzedniego rozbioru słowa autorstwa zuzy wynika. i pierwsze truskawki za mną, cóż, że z importu. dwa wypracowania w jeden weekend. nowa, świeża muzyka na em-pe-trzy. i łinamp też nowiuśki. coraz więcej abstrakcji rodzinnych, które już można uznać za rozrywkę jakąś. męczącą, bolesną często bardzo, aczkolwiek jednak jakąś rozrywkę. mam chaos w głowie, 2 egzaminy, brak materiałów na ten drugi, niejasną sytację socjologiczną. zimne oczy, coraz dłuższe choć bezkształtne paznokcie. normalnie raj. nie żebym się nie cieszyła. no cieszę się, tylko jakoś nie umiem tego wyrazić.

...no i ten, no, moje serce jest pełne miłości. ale cóż.


♪♪ marika - moje serce.mp3

niedziela, 11 maja 2008

sponsorem tej notki jest kolor zielony

była łódź cała rozkopana, do kwadratu aż. pociągi wreszcie niespieszne, mniej idealne ulice, mniej eleganckie dzielnice. bo w normalności siła. w zieleniach moc. nawet zakupowe szaleństwa dają po oczach tym trawiastym kolorem.
a teraz porzuconam na czas określony przez siłę wyższą zwaną życiem. po prawie 2-tygodniowym bardzo długim długim weekendzie w stronach swojskich wróciłam czas jakiś temu. w te betony spaliny siwe dymy i wielką wielką otchłań niczego. tu jest bardziej niż gdziekolwiek, a siła, która pcha mnie do przodu to z pewnością wiatr. i tych ludzi. ich też. z pewnością.

wczoraj wyruszyłyśmy daleko w miasto ale jakby trochę poza. i cisza i spokój. zapach świeżego powietrza. i zieleń wreszcie zielona. tak intensywnie, mocno tak. można by usiąść na ławce i zniknąć. nawet jeśli wokół tłumnie. zniknąć dla siebie, dla tych tłumów. trzeba tam wrócić koniecznie. w otchłań parkowych alei wsiąknąć jak w gąbkę. wrócić trzeba.


(tak bardzo nie lubię czekania. sporo stresu to kosztuje. a ja wiem, że kiedyś przyjedzie czas, przyjdzie czas, przyjdzie taki czas, że zadrżę ze strachu przed jutrem. ot, taki to niebezpieczny sport. choć mam nadzieję, że jeszcze nie teraz.)



--
trywialna jestem. coraz mocniej to czuję. coraz mniej tu pamiętnika, coraz więcej bełkotu. a przecież wcale nie jest tak, że nic. no może tylko czasami. ale przecież, w końcu, właściwie... może już nie umiem. trzeba będzie wziąć się do kupy, zrezygnować albo zacząć od nowa.


♪♪ tilt - runął już ostatni mur.mp3

niedziela, 20 kwietnia 2008

teatr

tłoczno tu. słowa na scenie jak artyści. żadnego obcowania. tylko gra, czysta gra. niepotrzebnie, zupełnie niepotrzebnie.

piątek, 18 kwietnia 2008

hormony szaleją, buzują emocje

czuć, że mam owulację. (no chyba, że to oznaka głupoty.) jajeczka łapczywie rzucają sie ze mnie na jakąś szansę stworzenia nowego życia, a tu, że tak powiem - qpa. nie tym razem, ni chu-chu.. a że w międzyczasie robią zamęt w organizmie... cóż, taka karma.
w tym hormonalnym zamęcie, tęsknocie permanentnej, stresie demobilizującym, oczekiwaniu ciągnącym się jak kable w po moim wynajętym pokoju (a trzeba wierzyć, że jest ich tu sporo a i końca nie mają) poczynam pewne kroki, wpadam na pomysły zupełnie innowacyjne, spontaniczne, strategiczne. wygładzam zmarszczki przeszłości. (przynajmniej się staram.)
a nóż, a może coś sprawi, że wreszcie polubię to miasto. ot tak, po prostu. uśmiechnę się spoglądając w tutejsze powietrze. tak bez żadnego wyraźnego powodu.

(nie, na razie nie odpowiem. trzeba mi się z tym przespać.)


a tymczasem dzień lenia pora zakończyć i ruszyć w bój! ...no może póki co do łóżka, zregenerować siły.



--
chyba już zadomowiłam się z kuchennymi karaluchami. i ostatnio cierpię na ataki słowotokowe. spokoju, harmonii mi trza.

poniedziałek, 7 kwietnia 2008

wiosna - cieplejszy wieje wiatr

(od przyjazdu minęło półtora tygodnia. chyba zdążyłam już przestawić się na tryb wrocławski. bo zamieszanie w życiu mam. trzy domy, cztery światy równoległe. tam, tu i gdzie indziej. przy czym tam zwykle oznacza miejsce, w którym akurat nie przebywam, tu obecną moją sytuację, a gdzie indziej to zupełnie magiczne miejsce tudzież ówdzież stan. realne/y, ale magiczne. takie wzniesione na wyżyny - nie tylko emocjonalne - i takie "do kwadratu".)

a tak w ogóle to wiosna. w tramwajach czytam pana srokowskiego albo słucham pana grabaża. wypełniona po brzegi natchnieniem chadzam na podwale i ze wszystkich sił staram się usłyszeć śpiew ptaków w wielkomiejskim szumie ulicy. zaopatruję się w nowe majtki na świebodzkim, tak na pohybel słońcu. na nowo odkrywam fontanny miejskie, które masowo zaczynają być uruchamiane po zimowej przerwie. (...) a już w połowie marca na na samym środku kazimierza wielkiego, na pasie zieleni pomiędzy torami tramwajowymi zakwitły krokusy. tak na przekór wszystkiemu. pędzącemu czasowi, spalinom i wielkanocnym śniegom. na złość losom nieprzychylnym.

--

ja tu (na dziś dzień wrocław), a tymczasem tam (kołtunowo moje) rozwożą mnie papierową na autobusowych szybach, puszczają w eter za pośrednictwem radia naszego. domniemywam, że to pewno szprycha duszki. miło, owszem.

jeszcze dwie inne przypadłości:
- styczniowy kalejdoskop co sobie o nim zapomniałam,
- wyspa znaleziona przypadkiem w empiku.

poniedziałek, 24 marca 2008

demony wojny powracają

miało być tak. scena akt. ja i przeszłość okiełznana. idę, podążam, zmierzam. miał być szacun, uśmiech szczery. nie, żadne bajery.
no to tak, nasze kochane wzhe na wspak. cała w kwiatkach wybrałam się tam za sprawą, za interesem. a że przy okazji powącham mury, prześledzę pęknięcia w tynku to wszystko sprawi, że wspomnienia odżyją. pączkujące w mojej jaźni ponad pół roku, urośnięte do rangi okazałego dębu, obrosłe w sentymenty jak w bluszcz wyobrażenie wielkości w jednej chwili zostało ścięte nierówno, niedbale. jak to drzewo pod gosinowym oknem. czar prysł i znikł. pani (nie-powiem-która) na (nie-powiem-jakim) stanowisku (powiem-jak) przypadkiem się znalazła. no bo żeby nie wiedzieć, że informację o uczestniczeniu na zajęciach z danego przedmiotu to ja mam w indeksie i suplemencie? to zakrawa o ignorancję...?! nie, to już szczyt głupoty i niekompetencji! (tak, dobrze czytacie - niekompetencja - słowo klucz!) a że potem te dąsy, grymasy, słowa pomarszczone jakby to ja sobie to wszystko ubzdurała, wymyśliła. jakbym przyszła tam i żądała kamienia filozoficznego, tego z książki o harrym p., co go teraz wyświetlają w TiVi na święta. a ja tylko program przedmiotu jednego chciała, sylabus inaczej, ot taki spis tematów realizowanych w jego zakresie. skomplikowana sprawa, co nie? cóż, że podstawa na wszystkich uczelniach. no może z wyjątkiem tej... ale luss. kij im w oko. byleby tylko mi z tą "żmijką (przypadkiem) na stanowisku" nie było mieć nic więcej do czynienia. uff.

jest też kolejny powrót do domu. odkrywanie kolejnych demonów i witanie starych. upychanie trupów po szafach. (wyświechtana metafora, wiem.) ale starczy. wyświechtany temat, wiem.

a tak poza tym a tak poza tym zgubiło się cudny brązowy kolczyk. nowy zupełnie i bajerancki. i praca się pisze. bardzo powoli, ale jednak do przodu. martwi się o recenzję bardzo-bardzo długiego i nudnego podręcznika. myśli przyszłych weekendach, które malują się w dość szarych barwach. sączone będą powoli, samotnie. wieczorami się będzie myśleć o mijającym czasie, odliczać, odhaczać. tęsknić. rozpaczać wyjąc do księżyca i do innych rzeczy, które jego są. tak właśnie będzie. (bo zła karma nastała. nagłych terminów, pospiesznych prac, wielkich obowiązków na wczoraj.)

i znów w stresie. w czekaniu. marudzeniu. narzekaniu. znów w niepewności jutra. bo żeby nie było, żeby się nie zdarzyło.

czwartek, 6 marca 2008

przystosowanie do życia w krainie

to szukanie swojego miejsca trwa zdecydowanie za długo. przypuszczalnie potencjalne siedliska już dawno pokryły się grubym kurzem i zarosły pajęczynami w oczekiwaniu na moją jaźń. a ja co? a ja nic! siedzę tu i obrastam gęstym perzem.

mobilizacja mojej grupy w ilości nie zatrważającej, ale zawsze. czeski film, piwosączenie, dziury w ścianach, brak okien i generalnie zawierucha. w kontaktach towarzyskich również. wszystko to, z wyraźnym wskazaniem na ostatnie punkty wyliczanki skłaniają mnie do stawania się bezstronnym obserwatorem, zdystansowanym, wolnym od wszelkich przytłaczających poglądów, stereotypów, uzależnień emocjonalnych i innych.
choć bardzo ciężko w brutalności dnia codziennego, zakłamaniu jednostek otaczających, od tak przystosować się, nie zwracać uwagi, nie zawracać sobie głowy. bo o przyłącząniu się do grona pań z jajami (tak zwykłam mawiać o ciechociemnych plotkareczkach, tych milutkich, wesolutkich. że niby puci-puci, aż tu nagle, znienacka nóż w plecy po rękojeść. takie najgorsze.) ani myślę!

pan promotor zdecydowanie do kompetentnych nie należy. jak na następnych zajęciach każde sięgnąć do historii dnia kobiet i napisać o tym zupełnie nikomu nie potrzebny referat, to się nie zdziwię. jak sam wygłosi na ten temat nieproduktywny wykład tym samym kolejny raz nie zajmując się konkretem, a co za tym idzie nie będąc wcale pomocnym w pisaniu pracy, to też nie będzie dla mnie zaskoczenie. jak spyta się czy przypadkiem nie mam już napisanej całej pracy magisterskiej to też się nie zdziwię, a jak później spyta o czym ja tak właściwie mam tę pracę napisać, to naprawdę też się nie zdziwię. grrr...!!
no bym tak potrząsnęła tym wszystkim i nagadała tak, żeby normalnie w pięty... albo lepiej do łba weszło! że to jakoś po kolei trzeba, nie od sasa do lasa albo i na odwrót. że plan jakiś trzeba mieć, plan! bo to nie wakacyjna przygoda, że akcja na spontana, no!


♪♪ lipnicka & porter - old time radio.mp3



6. marca, 14:08
cholera! biednemu to zawsze wiatr w oczy! obudowy lekkie pęknięcie czego gwarancja nie obejmuje i teraz z tym komputerem to jak z jajkiem trzeba. ja to jak ja, ale jak pozostali użytkownicy... ;/

środa, 5 marca 2008

Teraz będę ta szalona...

Nie znoszę psychiatrów jak żadnej innej specjalności medyków. Nie kwestionuję ich kompetencji, ale wrażliwość owszem. Miałam kiedyś do czynienia z jedną panią psychiatrą wbrew mojej woli.

Parę lat temu kiedy sytuacja w domu, z matką skumulowała się we mnie do tego stopnia, że złość i niemoc sprawiła, że zaczęłam intensywniej niż zwykle płakać, krzyczeć, tłumaczyć żeby tylko nagle coś odmienić. Żeby wreszcie móc. I kiedy moje działania nie przynosiły efektów, a moja rodzicielka jeszcze intensywniej dawała się mi we znaki, krzyczałam i płakała jeszcze silniej, z tej niemocy, z bezradności i chaosu. Wtedy to właśnie moja kochająca rodzicielka stwierdziła, że oszalałam, że mam depresję, nerwicę, schizofrenię i wszystko co tylko podręcznik psychiatryczny przewiduje w ramach pojęć chorobowych. Pewnego dnia matka stwierdziła, że jedziemy do psychologa. Po czym okazało się, że pani jest psychiatrą.
Owszem, byłam zła, ale kto by nie był? Tłumaczyłam zapłakana, że to nie tak, że matka. Że leki nic nie dadzą, bo tu nie od objawów trzeba zacząć, ale od źródła – przyczyny, bo póki z tym się porządku nie zrobi objawy będą wracać. Tłumaczyłam długo i wnikliwie. Po czy pani psychiatra odezwała się tylko – "dobrze, wypiszę skierowanie do szpitala". W tym momencie nie wiedziałam co mam powiedzieć, czy mam płakać, tłumaczyć, czy uciekać? Pani żadnego z moich słów nie wzięła poważnie, zgodnie z zasadą, że "żaden wariat nigdy nie przyzna się, że jest szalony". Widziała cierpiącą matkę, która przyprowadziła dziecko do lekarza – "bo ona płacze, śpi, nic nie robi, sensu nie widzi, sensu..." (A jak ma widzieć skoro zaraz po wyjściu zostanie wyzwana od kurew, szmat i zrównana z ziemią?) i widziała córkę – mnie, wariatkę, która z szaleństwem w oczach przekonuje, wyjaśnia i tłumaczy, że to nie tak, że nie jej wina, że nie boi się czarnej dziury, ale realnej postaci, z którą musi żyć. Stereotypowo, więc zrobiła swoje.
Matka na szpital się nie zgodziła, lekarka wypisała, więc recepty. Stwierdziłam, że skoro nie mogę wziąć tych pigułek wszystkich na raz, to nie będę brała ich wcale, bo nie są mi potrzebne. Wzięłam może 3, 4 sztuki i resztę wyrzucałam. Po jakimś miesiącu czy dwóch poszłam z matką na kontrolę.
A pragnę nadmienić, że w tym samym czasie zaczęliśmy chodzić do psychologa rodzinnego. Później ja tę terapię przerwałam, po tym jak pani psycholog powiedziała mi, że póki mieszkam w domu nic nie mogę zmienić. Stwierdziłam wtedy, że w takim razie po co mam do niej chodzić? Żeby się zwierzać? Dziękuję, mam od tego przyjaciółkę, pamiętnik. Ale istotne to jest o tyle, że obie panie przyjmowały w tej samej przychodni, więc pani psychiatra zaczerpnęła informacji od psycholożki.
Przy kontroli pani psychiatra zaczęła – "faktycznie, to nie jest tak, bo ja rozmawiałam z psychologiem i już wiem, rozumiem". Nie było mi przez to lżej, bo jakiś czas temu mówiłam to sama i nikt nie brał mnie poważnie. Potem spytała mnie jak się czuję. Jak powiedziałam, że dobrze stwierdziła, że może "zwiększymy dawki leków". Po tym wszystkim ręce opały mi do samej ziemi. Spytałam jej, po co mam te leki przyjmować , jeśli mówię i tym razem również pani widzi, że czuję się i wyglądam dobrze? Odpowiedziała tylko, że mogę przestać je przyjmować. Ręce opadły mi jeszcze niżej i więcej do niej nie pozwoliłam się zaprowadzić.

Podczas tamtej pierwszej wizyty pierwszy raz w życiu zostałam potraktowana całkowicie jak zwierzę. Nie miałam jak bronić się. Język, konwersacja, dyskusja, logiczne, abstrakcyjne myślenie, która jest domeną ludzi zostało u mnie uznane za zaburzone, zafałszowane. Nie mogłam nawet płakać z tej złości, z bezsilności, bo paradoksalnie naturalny odruch stałby się kolejnym dowodem na moje szaleństwo. I myślę teraz jak muszą czuć się ci, którzy spędzają tygodnie, miesiące czy lata w szpitalach? I ile jest w nich szaleństwa tak naprawdę, a ile to tylko wizja lekarzy, efekt przyjmowanych leków? Co muszą czuć i czy te wszystkie uczucia naprawdę nie mają realnego wytłumaczenia? Czy może po prostu u niektórych zaczyna się niewinnie, choćby jak u mnie, ale nie ma osoby trzeciej, której się uwierzy?
Czasami myślę sobie, że chciałam stać się szalona, tak naprawdę. Na jeden dzień. Tylko na jeden, żeby zrozumieć.

środa, 27 lutego 2008

big big girl in a big big world

dwa dni w domu rodzinnym i wystarczyły by poczuć się jak pełnowartościowe gówno. (a co tu dopiero mówić o całym tygodniu.) być może to jest właściwy stan, który powinien mi towarzyszyć? ten najbardziej oddający moje jestestwo. bo że można się w tym wszystkim pogubić wiedzą tylko ci, którzy podobnie jak ja brnęli kiedyś w takim lub podobnym łajnie po same pachy zanurzeni.

a teraz tak jak w tej teorii względności przeżywam męki i kausze przy radiobudziku nastawiąc godzinę nieludzko-wczesno-poranną. tak, tak, to powrót do wielkiego świata.

na moich przedmieściach, zadupiach, zaciszach jest życie przy którym śmiech i uśmiech brzmi i wygląda bardziej przejrzyście, ciepło, które grzeje czulej, ale i przygniatająca siła, która niszczy, wbija w podłoże niczym 10 ton żelaza. przez taką siłą się ucieka. (czasami do wielkiego świata.) a wielki świat wieje wielką pustką, ale i spokojem najświętszym ze świętych. taki ot trochę paradoks. ze skrajności w skrajność. żadnego wyważenia sił. żadnej równowagi. jest we mnie silna potrzeba homeostazy. paranoiczna wręcz.

(myślami myśląc wciąż o tym małym mieście na południu polski, gdzie zasypia i budzi się mój drugi oddech. ten, który wchodzi rankiem zaspany do mojego pokoju, kładzie się obok i chrapie mi do ucha najsłodsze dźwięki pod słońcem. do tego oddechu tęsknię.)

jestem tu w całej swojej okazałości, tęsknocie i silnej potrzebie tworzenia, konstruowania.



♪♪ emilia - big big world.mp3*




* tak mi się jakoś. /bo kocham wciąż. stop. bo tęsknię szaleńczo. stop./

środa, 13 lutego 2008

wielkie ciężkie uf

indeks wypełniony po brzegi - sztuk jeden - JEST! walizka wypasiona - sztuk jeden i właścicielka - JEST!

wychodzi na to, że natenczas mam labę. zamykam oczy przed wszystkimi zmorami semestru zimowego i udaję się na zasłużoną kontemplację oddychania. pierwszy cel podróży - bochnia. a co tam, tam to sie wie... co nie?
potem ma się rozumieć, kierunek na mój środek polski.

piątek, 8 lutego 2008

łi dont nit a edukejszyn

dni wycięte z życiorysu i zarysowane nad stertą notatek, kilobajtami, baa wręcz megabajtami danych. i tym sposobem mam przed sobą weekend pełen przezornej nauki na poprawkę z psychologii. nie żebym była nadgorliwa. tylko przezorna, tylko przezorna. bo w łaskawość oceny pani doktor o nazwisku pewnego poety młodego pokolenia jakoś nie wierzę. także przezornie, ostrożnie zajmę się edukacją.
metodologia okazała się picem na wodę. pan dr marek pe. okazał się klawym facetem i tym sposobem lekką ręką przepisał piątkę z ćwiczeń. piękny obrazek.


--
teraz czekam. parę przeszkód na drodze, parę dni, obowiązków i spotkań. w marzeniach znów tonę. bo znów cała jestem już czekaniem...


12. lutego, godz. 01:09
kurwa. kurwa jego mać.

piątek, 1 lutego 2008

dylematy wodzące

siedzę tu i namiętnie bawię się w edukację. (zaznaczam, że zaznaczenie słów owych kursywą ma tu naprawdę kluczowe znaczenie gdyż oznacza stosunek mój ironiczny i pobieżny do owej czynności.) także siedzę tu w stanie pomiędzy. przedpołudniami przeglądając to wszystko co udało mi się zanotować/zebrać w swoich tajnych aktach. popołudniami zwyczajowo podsypiam jakby odurzona. a może odrzucona. kto to wie... efekty tego są nieprzewidywalne. bo dziś to miałam więcej szczęścia niż rozumu. zdecydowanie, bez dwóch zdań.

pytanie: dlaczego bracia nachmiasy rypnęli się tą cegłą w łeb i czemu aż tak mocno?!
odpowiedź: żeby zabolało, nas potomnych czytaczy!
dygresja: z resztą pan doktor też się specjalnie nie oszczędził, a co za tym idzie i nas - potomnych zdawaczy tudzież oblewaczy. czas pokaże.

--

w ubiegły piątek i sobotę do przedzierzgnięcia z piżamy zmobilizowały mnie rytualne zakupy w osiedlowym tesco, w niedzielę wizyta wnuczków babci mieszkaniowej (i to nie tylko tych wczesnodziesięcych, ale również tych już wyrośniętych). nie żebym na coś liczyła, ale jakoś tak wstyd wlec się po mieszkaniu w gaciach w kolorowe grochy z opadającym do kolan krokiem. brązowy dresik i markowa czerwona koszulka był jak najbardziej na miejscu. mycie włosów sobie podarowałam. wytrzymały bez mycia trzy dni, przeżyły i czwarty.
ten weekend był jak pluszowy miś choć jak mówią słowa piosenki, nie jest nią miłość. ale właśnie tak smakuje czułość, która jest składnikiem.
nadchodzący, który się właśnie zaczyna szykuje się pod znakiem edukacyjnym, stresacyjnym. no może tesco jednak też odwiedzę. dzisiejsze zakupy bez listy wypadły marnie. zapomniało się masła i paru innych drobiazgów też.

dziś (tudzież już wczoraj właściwie) z racji świętowania kupiłam na dworcu trzy pączki z różą. po czym zjadłam dwa, jeden po drugim. trzeci zostawiając na deser. ja wiem, że źle i że be. i już czuję za sobie każący wzrok mareckiego, ale no przecież w końcu raz do roku to se można, nie?!


--
i czy ja już mówiłam, że kocham wściekle, że kocham szaleńczo, że obłędnie i bezbłędnie? nie?! no to właśnie mówię, mówię i tęsknię jak stąd do bochni!
a mówiłam, że z tej miłości chyba pasem wychłostam? mówiłam, mówiła. ale z upartą zawziętością powtórzę raz jeszcze tu na forum, wszem i wobec. że wychłostam pana szanownego jak się pan za robotę nie weźmie! (ale o tym, że potem pewnie rany wyleczę to już cicho-sza. to tajemnica.) no bo, no! bo sie kurcze należy, bo mi zależy! o!

środa, 16 stycznia 2008

w zagubionej przestrzeni trwam

znaleźć lekarstwo na te ulice, poniemieckie kamienice, na znieczulice powietrza. wcześnie spać chodzić. rześka wstawać. żeby starczyło czasu na ułożenie włosów, na makijaż, porządne śniadanie. potem i tak się wszystko rozpadnie. przepadnie. a może przesadnie... się określam. nie określam. skreślam.

bo głębinowo jest. włos za włosem z głowy rwę. w czesaniu przeczesuję myśli. zasypiam w ciszy wielkomiejskiej. potem się budzę potem oblana. wokół znów czarno-biała plama. ten czas trzeba znieść jak jajo strusia. potem będzie już cieplej. już goręcej. już we dwoje. wciąż i zawsze. w przyczółku nad wielką wodą czasu i przestrzeni. bo na razie nie widać przestrzeni. nie czuć strumieni. światła. życia. oddechu czystego. uciekam tu myślami w coraz głębsze "ja". się zapadam. odpadam. przepadam. (się gubię jak igła w stogu siana. jak kłos siano w stosie igieł. oj boli.)

dzień dniu nie równy. zapach. uśmiech. dotyk. wszystko sen. znika. rozpływa się. zostaje głuchy w uszach dźwięk. byłoby miło gdyby gdyby się nie skończyło. się nie rozmyło. nie wymydliło. /bo wielkie moje demony czasem się budzą. mówią mi gdzie moje miejsce w hierarchii./

--

z wiadomości tradycyjnych/abstrakcyjnych:
- pan mądry napisał swoje zdanie o moich wypocinach w wielkiej wirtualności,
- a i wrocławska "cegła" pieszczotliwie połaskotała moje lico tudzież ówdzież ego.

środa, 2 stycznia 2008

wespół i w pojedynkę

znowu sama. czarno-biała plama. mój malinowy jaś po prawie tygodniowym pobycie zatrzasnął za sobą toporne drzwi wagonu kolejowego i zniknął gdzieś w dali. znów setki kilometrów chwil i wspomnień, i ciągły głód kolejnych. nadzieja, która trzyma w pionie. każe trwać. czekać.
(w nawiasie) i poza nawiasem mówiąc. bo jest jak nigdy wcześniej. mocniej. wyraźniej. w jedności we dwoje. czysto i czytelnie. oby trwało... życie. bo przecież mimo wszystko.

a teraz czuć. że mi członki wszystkie marzną. że niedopasowanie we mnie jest. leżeć tylko i oczu nie otwierać. bo było dużo. i świat się cieszył. unosił i znów opadał. ale zawsze w rozkoszy. tylko w rozkoszy. bo wciąż pachnie mi tobą. powietrze przestrzeni. w natłoku myślenia. pachnie mi tobą. myślą codzienną. tobą. mną odmienną. tobą. (i nie mówię głośno słów, które najwyraźniej słychać tylko w czasie milczenia. i choć nie jest tak jak w nastoletnich wyobrażeniach, to jednak nie można powiedzieć, że mniej wyjątkowo.) i nagłych sytuacji wyjątkowych było. i trudnych decyzji. opanowywania życia. jakby się znów uczyło chodzić. stawia się pierwsze kroki. najpierw słabo, niepewnie. opiera się o ściany i meble, potyka, czasem przewraca, ale zawsze wstaje i próbuje znów. bezustannie. ale przecież trzymając się za ręce wszystkie te upadki nie bolą tak mocno, a błędy można łatwiej skorygować. tak, i tego się trzymajmy. wespół w zespół.

--notka na dwie dzielona--

nachodzą mnie myśli, że zbyt otwarta jestem w tym swoim zamknięciu. jutro trzeba tam wrócić. do pokoju na dziesiątym piętrze. już czuję jego zimny oddech na swoim karku. sapie i dyszy. tych wszystkich stosów książek, kartek, karteluszek, prac, zaliczeń, przygotowań. do zatłoczonych tramwajów, zakorkowanych ulic, dźwięków klaksonów, sygnalizacji świetlej, powietrza ostrzejszego niż japońskie noże kai. do pustki, w którą wpada się jak w studnię bez dna. moja samotność tam byłaby czulsza gdybym mogła cierpieć ją sama. bo gdy szare ulice, słońca brak i zimy roztrząsa się wszystkie myśli po kątach własnego ustroju jak ksiądz okadza wnętrze.
/a pani nosowska radzi i wie co mówi./

w telegraficznym skrócie:
- święta były puste. jak echo na pustyni. nie ma co wracać, wspominać, roztrząsać sprawy.
- się boję dinozaura, aż książkę trudno w ręce utrzymać dłużej niż minut pięć. o czytaniu już nie wspominając.
- powinnam tutaj powziąć jakieś postanowienia noworoczne, plany, marzenia do zrealizowania i owszem jakieś tam wyobrażenia swoje mam, ale może lepiej nie wystawiać ich tak na afisz, co by ich nie owiało, wywiało... w siną dal.
- podsumowania powinny jakieś być, ale cóż znaczą statystyki wobec przeżytych 12 miesięcy, 52 tygodni, 356 dni... tak jakby znów zamiast całej lektury przeczytać tylko opracowanie.
- znów nowa fryzura nie w pełni mnie satysfakcjonuje.


♪♪ interpol - fog. vs. mould for the length of love.mp3