wróciłam
(tak-jakby) do siebie,
(tak-jakby) do domu. tu gdzie gołębie na balkonie mogę karmić lub straszyć. według uznania. jestem tu już czy dopiero
(tak-jakby) tydzień. a jest we mnie nieodparte wrażenie wieczności. ta wieczność pląta się po mnie siejąc ogólne spustoszenie. aż po dreszcze, po elektryzujące włoski na rękach. jest we mnie kłopotliwe nic, tak bardzo puste i obce, że nawet lustro pomija je w swoim odbiciu. dyskomfort stanu zerowego w istocie
(tak-jakby) człowieczeństwa. z każdym dniem
tu dochodzi to do mnie coraz mocniej i wyraźniej. dużo mocnych, głośnych słów, słów chwastów, które nawet po wyrwaniu wyrastają znów i opatają ofiarę jak bluszcz. a bezużyteczność i nieproduktywność mojej materii mnie przeraża i przerasta. aż do permanentnych zawrotów głowy.
chodzę po tych ulicach. znajduję ślady, rozgrzebuję stare rany. nie, ja tu nie mogę. nie na dłużej.
(szczypie wciąż i piecze. wstydliwie dość, więc ograniczę się do tak krótkiego opisu stanu rzeczy.)
"bo nie ma we mnie nic i nic nie jestem warta czerwień mojej krwi to tylko jakiś żart...
ty pilnuj moich snów i przychodź kiedy chceszte chwile z moich dni do jednej dłoni zbierz"*fragmentarycznie z czymś
(tak-jakby) ludzkim w tle.
♪♪ myslovitz - szklany człowiek.mp3