środowy wypad do łodzi zaowocował kolejnym przeziębieniem, pięcioma minutami spędzonymi z anną wu., widokiem zaokiennym z inną zmorą z czasów lo w tle, i piramidalnym spotkaniem na szczycie z kolejnymi dwoma epizodami z tych samych czasów. lawinowo to wszystko. teraz już bezemocjonalnie, wtedy trochę z żalem, trochę do siebie (przynajmniej w tym pierwszym przypadku), a trochę do rozmówców. trochę po staremu, a trochę zupełnie po nowemu.
nie ma we mnie wystarczająco dużo mnie. w takich chwilach kiedy przeszłość zagląda mi przez szparę w drzwiach, nie potrafię jej przytkać siłą woli. przepuszczam i się rozpastwia. rozpuszcza. jak dziadowski bicz. jak.
a na zakończenie dnia zarusztowany, zakratowany mój blok i widok robotnika wpatrującego się w moje poranne, łóżkowe jestestwo.
na jesień mam czerwone włosy i asymetryczne kształty. nowe różowe papcie, które dają po oczach i jakoś specjalnie mi nie leżą. na jesień mam czarny parasol i dużo chusteczek. bo jesień. bo pada.
już spakowanam. nie pełna entuzjazmu, nie nastrojona pozytywnie, ani nie radosna szykuję się do jutrzejszej drogi.
i nie potrafię zebrać się. w sobie. w osobie.
*
tęsknotą usycham. jesienią.
nie ma we mnie wystarczająco dużo mnie. w takich chwilach kiedy przeszłość zagląda mi przez szparę w drzwiach, nie potrafię jej przytkać siłą woli. przepuszczam i się rozpastwia. rozpuszcza. jak dziadowski bicz. jak.
a na zakończenie dnia zarusztowany, zakratowany mój blok i widok robotnika wpatrującego się w moje poranne, łóżkowe jestestwo.
na jesień mam czerwone włosy i asymetryczne kształty. nowe różowe papcie, które dają po oczach i jakoś specjalnie mi nie leżą. na jesień mam czarny parasol i dużo chusteczek. bo jesień. bo pada.
już spakowanam. nie pełna entuzjazmu, nie nastrojona pozytywnie, ani nie radosna szykuję się do jutrzejszej drogi.
i nie potrafię zebrać się. w sobie. w osobie.
*
tęsknotą usycham. jesienią.