wtorek, 30 września 2008

bądź gotowy dziś do drogi, drogi, którą dobrze znasz...

środowy wypad do łodzi zaowocował kolejnym przeziębieniem, pięcioma minutami spędzonymi z anną wu., widokiem zaokiennym z inną zmorą z czasów lo w tle, i piramidalnym spotkaniem na szczycie z kolejnymi dwoma epizodami z tych samych czasów. lawinowo to wszystko. teraz już bezemocjonalnie, wtedy trochę z żalem, trochę do siebie (przynajmniej w tym pierwszym przypadku), a trochę do rozmówców. trochę po staremu, a trochę zupełnie po nowemu.
nie ma we mnie wystarczająco dużo mnie. w takich chwilach kiedy przeszłość zagląda mi przez szparę w drzwiach, nie potrafię jej przytkać siłą woli. przepuszczam i się rozpastwia. rozpuszcza. jak dziadowski bicz. jak.
a na zakończenie dnia zarusztowany, zakratowany mój blok i widok robotnika wpatrującego się w moje poranne, łóżkowe jestestwo.

na jesień mam czerwone włosy i asymetryczne kształty. nowe różowe papcie, które dają po oczach i jakoś specjalnie mi nie leżą. na jesień mam czarny parasol i dużo chusteczek. bo jesień. bo pada.

już spakowanam. nie pełna entuzjazmu, nie nastrojona pozytywnie, ani nie radosna szykuję się do jutrzejszej drogi.
i nie potrafię zebrać się. w sobie. w osobie.


*

tęsknotą usycham. jesienią.

wtorek, 23 września 2008

plan dnia bieżącego

"weź się za robotę! bo ja nie będę wiecznie... co ty wyprawiasz, co ty wyrabiasz, czemu tak robisz, czemu nie robisz, jak ty się zachowujesz, czemu tak robisz, czemu nie robisz, jak się nie wstydzisz...? bądź jak..., nie bądź jak... bądź jak inni, nie bądź jak inni."
rób co karzę, rób co mówię, rób co myślę.
"kim ty jesteś, jaka ty jesteś co ty potrafisz? kogo chcesz oszukać? jesteś jak..., jesteś..."
"weź się za siebie, spójrz na siebie, nie myśl sobie, nie myśl o sobie, zrób coś z sobą, co sobie myślisz, wyobraź sobie, pracuj nad sobą..."

(...) no ZAMKNIJ WRESZCIE SIĘ!


głowa puchnie i pęka. co dnia. bo plan dnia bieżącego wiecznie aktualny. od zawsze do wieczności.


ps.
cholera! któraś z nas będzie smażyć się w piekle, któraś z pewnością...

poniedziałek, 15 września 2008

szczęście pojechało

jakbym obudziła się w środku nocy zlana potem, rozglądała się gorączkowo wokół siebie i na nowo rozpoznawała rzeczywistość. jak urwany film sennych marzeń. jakby nic nie było, jakby się nie zdarzyło.

błysk, mrugnięcie powieką, mgła i nie ma, i nie ma, i nie ma...

niedziela, 7 września 2008

dwie strony medalu

jutro przyjedzie radość. uśmiech przyjedzie i ukojenie. spokój ciepła, lekka, bezpieczeństwo i miłość przyjedzie.

a tu za dużo chaosu, za dużo burz i wyrw. pisanie pracy zdecydowanie NIE idzie. chęci, motywacji i zapału brak. wyrzuty sumienia są jak jad wpuszczony w moje ciało. wyżerają powoli tkanki, jedną po drugiej. są jak kwas. wypalają pozostawiając po sobie suchy syk. bardzo trudno je znieść i może dlatego równie trudno się im sprzeciwić i zacząć znów pisać.

wybudowali nam galerię. jest ciasna, ale własna. dobrobyt już wali drzwiami i oknami. teraz już wszystkiego będzie pod dostatkiem i przelewać nam się będzie, wylewać, oblewać, ulewać...

po wielu miesiącach i perypetiach spotkałam w końcu kuleżankę-ankę, i to dwukrotnie. szał. kupiłam sobie sraczkowaty lakier do paznokci (co okazało się dopiero w domu, bo w galeriowym świetle wszystko wygląda uroczo, ochoczo), dzięki innej kulerażnce również ance i niezdyscyplinowaniu wobec pani od wierszy zdobyłam łódź, a tak kunkretnie turniej, który odbywał się w sobotnie popołudnie. mam wieczne pióro parkera i zbieram pieniądze na wkłady. a pomyśleć, że dzień wcześniej zmierzałam nie jechać...

jeszcze dziś. cóż. ciężko aż zacząć, a co dopiero pójść z tym koksem dalej.
czym bardziej znam i poznaję ludzi, i ich dziwactwa, tym bardziej widzę, że wcale nie jest ze mną aż tak źle. że nie odbiegam od tak zwanej normy, która w ludzkim mniemaniu jest jednak bardziej normalna i odbiegająca od rzeczywistości.
przykro mi i to bardzo. cóż, nie jestem idealna, nie jestem na każde wezwanie, zawołanie. niestety mam też swoje życie, swoje sprawy, zobowiązania i plany. a te, pech, niestety są dla mnie ważne, czasem ważniejsze niż innych. cóż, nie jestem idealna. na każde wezwanie, zawołanie. na każdy czas, każde miejsce. a że tak lekko i swobodnie wpadam w kanał wyrzutów sumienia, że tak łatwo mnie w nie wpędzić... cóż, lata praktyki i nauki u mistrza przynoszą efekty.

poniedziałek, 1 września 2008

wieści z frontu

u nas wieczna wojna o tarczę. jak nie zamontują, to źle, bo nie ma obrony. jak zamontują - jeszcze gorzej, bo jest, znaczy się mamy coś do ukrycia i trzeba walić na oślep. ot, taki cel sam w sobie. ja nie jestem specjalistą w tej dziedzinie i może właśnie dlatego, tak zwyczajnie po ludzku, boję się, że ruskie znów powysadzają nas w kosmos. tyle dobrego, że po tym wszystkim już nikt nie będzie musiał się tłumaczyć, składać wyjaśnień i obiecywać poprawy sytuacji. już nie będzie miał kto.

a u mnie moja mała wojna na froncie południowym. pokojowy plan rozwiązania problemu pod jakże trafną nazwą "akademik ver. 08/09" nie wypalił, więc trzeba było stoczyć prawdziwy bój o być albo nie być. przebrnąć przez dziesiątki, setki ogłoszeń internetowych, wydać dziesiątki złotych na telefony, przebyć setki kilometrów, rozszarpać niezliczoną ilość nerwów, przeżyć całą paletę emocji pobocznych od bojowego zaangażowania, poprzez rozdrażnienie i drażliwość totalną, aż do rezygnacji i obojętności, na nagłym euforycznym pobudzeniu skończywszy.

bo w mieście wro panuje mieszkaniowo-cenowa wojna. ludzie wyszarpują sobie oferty z gardeł, zamawiają w ciemno. świat stanął na głowie! to już nie klient wybiera towar, ale sprzedawcy przebierają, wybierają w klientach! a potem szanownie dają znać, albo i nie, albo najlepiej... nie odbierają telefonów. nikomu nieznane kryteria oceny decydują o wszystkim. i trzeba lizać im te obesrane tyłki, przezornie tak. i jest popłoch, i zgrzytanie zębów. potem już tylko rezygnacja, stagnacja. nikt nie czeka na deski ratunku, brzytwy i inne drastyczne rozwiązania. chce się to zakończyć, uciąć, mieć z głowy. szczęście, że jest szczęście i czasami daje o sobie znać. efektem niego od października zapraszam na gajową.

*

minęło mnie sporo przez ten tydzień. poetycki wieczór w kredensie. miejscówka wśród kwiatu akademickiej młodzieży. koncert całej góry barwinków. mam za to pozostałości kaszlu i kataru po letnim przeziębieniu, nowy lokal do zasiedlenia i lakier na paznokciach, co dla mnie nie jest taką oczywistą oczywistością. co jak na mnie, to spore zaskocznie i zwrot akcji.


ps.
poczułam zaskoczenie, presję jakąś, ciśnienie podskakujące (co przy moich niskociśnieniowych problemach jest uderzeniem nagłym i mocnym dla organizmu) kiedy odkryłam się przypadkiem w tym zacnym towarzystwie. (nie wiem czy jestem z nimi, czy obok nich. czy wśród nich czy też służę jako pokazowy przykład niekompetencji poetyckich?) czuję, że to zobowiązuje. że powinnam tu jakieś mądre, mocne i wyszukane rzeczy. że powinno być literacko, rzeczowo, dostojnie, jak na stereotypowego poetę przystało. a ja tak zwyczajnie, o życiu i nie. o byciu i nie. ja nie z tych ram. ja wyłażę, wypełzam. taka ze mnie nieskoordynowana istota.