Zaczęło się. Fachowcy alarmują o epidemiach grypy, a my już mamy szpital domowy. Wszystkie trzy ledwo żywe. Kaszlemy na trzy głosy. Za każdym razem mam wrażenie, że rozerwie mi klatkę piersiową i okolice żołądka. Jest mokro, jest gorąco, jest zimno. A nasze temperatury razem wzięte byłby w stanie zagotować wodę na herbatkę. Czuję się tak jakby ktoś mnie połamał i próbował poskręcać na śruby, albo pozbijać gwoźdźmi.
Mam w sobie jakieś Gripexy, Fervexy, witaminki C, wapna, syropki czy inne cuda na kijach. Miły przyniósł witaminki w postaci owoców, soczku i rozpuszczalnych kapsułek, pączusia i dużo miłości. I za prawdę powiadam wam, jeszcze zdrowym - nie da się nie dać grypie, jak weźmie to znienacka i po całości. I szans nie macie zjadacze chleba i kartofli.
A tymczasem idę grzać kości pod kołdrą.
niedziela, 25 stycznia 2009
niedziela, 18 stycznia 2009
Naiwni poszukiwani
To chyba jest jakaś plaga. Już zdążyłam pogodzić się z tym, że oszukuje i manipuluje się klientów.Ale żeby przyszłych, ewentualnych pracowników? Po co, dlaczego? Teraz już wiem,a mianowicie choćby po to żeby nieświadome gąski przyszły do roboty, której nikt nie chce. I żeby interes się kręcił.
Pierwsze doświadczenie z taką firmą-kantem miał miły mój.Ogłoszenie w gazecie nie mówiło wiele. Miała to być obsługa klienta. Przez telefon mężczyzna poinformował, że firma jest konkurencją dla TP SA. W internecie kompletnie nic nie można było znaleźć na ich temat. Miły poszedł na spotkanie do firmy położonej gdzieś przy granicach miasta. Nie wyglądało to za ciekawie, mała informacja na drzwiach o mieszczącej się na piętrze firmie, wewnątrz czerwone ścinany. Kto tam przychodzi żeby go obsługiwać, jacy klienci? Rozmowa była dość krótka, szef, który ją przeprowadzał rzeczowy żeby nie powiedzieć arogancki. Efektem tego miły miał się zgłosić następnego dnia na dzień próbny. W koszuli, pod krawatem.
Następnego dnia na miejscu poza miłym było już kilkoro innych osób. Szef wyszedł do nich i oznajmił, że nie może uczestniczyć w dniu szkoleniowym, bo musi jechać do lekarza. Ktoś inny miał się nimi zająć.Czekając na korytarzu zauważyli, że coś dziwnego dzieje się dookoła. Pracownicy kręcą się po korytarzu i zbierają w jednym pokoju. Gdzieś tam słychać głośną muzykę, która zagłusza dźwięki z pokoju, ale na szczęście nie do tego stopnia żeby nic nie móc usłyszeć. Z jednego z pokoi słychać było jakieś głośne wykrzykiwania i brawa, okazało się, że pracownicy nawzajem wykrzykiwali sobie hasła: "Jesteś najlepszy! Jestem najlepszy! Jesteśmy najlepsi!" i wzajemnie bili sobie brawa. Jak w jakiejś sekcie. Potem jakaś kobieta zapraszała ich kolejno do pokoju. A w pokoju od jednej z szefowych dowiadywali się, że jadą na szkolenie a zajmie się nimi jej najlepsza pracownica (jak wszystkie z resztą),po czym kobiety z impetem przybijały sobie "piątkę", aż słychać było głośne mlaśnięcie.
Dojazd na miejsce szkolenia odbył się autobusem miejskim. Pani, która miała zająć się ludźmi podczas szkolenia oznajmiła, że ona biletu nie kasuje, "bo my wszyscy nie płacimy". Miły zrezygnował, wysiadł na trasie. A jeszcze przed wyjściem kobieta nakłaniała go do zostania. Ale to jeszcze bardziej utwierdziło go w przekonaniu, że coś jest nie tak. Który pracodawca nakłania do pracy? Nie chcesz, to nie, na Twoje miejsce jest pięciu innych.
Później przeszukaliśmy znów internet. W końcu udało nam się znaleźć informację o tym, że firma ta zmieniła nazwę jakiś czas temu. I wtedy można było zaszaleć. Na temat starej nazwy od wiadomości w sieci aż roiło się. Firma faktycznie zajmowała się kontaktem z klientem, ale zapomniała wspomnieć, że w ich domach prywatnych.Chodziło oczywiście o akwizycję.
Ostatnio ja miałam okazję natknąć się na taką "uroczą firmę", ale już z innej branży. Jakiś czas temu, z ciekawości przeglądałam ogłoszenia w sieci. Znalazłam jedno dotyczące pracy biurowej, dla ambitnych, chcących rozwijać się studentów. Żadnych informacji co do obowiązków, żadnych konkretnych wymagań poza znajomością obsługi komputera, chęcią pracy,umiejętnością jej organizacji... Takie ogólniki, które jest w stanie napisać osobie każdy. Nie znałam nazwy firmy i zupełnie zapomniałam żeby sprawdzić czym się zajmuje. Pani zadzwoniła w czwartek, pyta mi się czy wiem czym się zajmuje firma, mówię, że nie. I tutaj domyślam się zaczęła mi opowiadać o firmie, ale kompletnie nic niemożna było zrozumieć z tego co mówi. Poprosiłam żeby mówiła wolniej i wyraźniej, bo nic nie rozumiem. Potem tylko usłyszałam coś o negocjacjach telefonicznych i mnie rozłączyło. Zadzwoniłam tam. Za pierwszym razem nikt nie odbierał, za drugim zgłosiła się kobieta. Przełączyła mnie do odpowiedniej osoby i mówię jej, że dzwoniła w sprawie pracy i rozłączyło nas.Babka sprawdziła moje dokumenty i znów pyta czy wiem czym się zajmuje firma, mówię jej, że już mówiłam, że nie. A kobita zarzucą tą samą gadką, jak nakręcona.Oczywiście ponownie nic nie rozumiem. Słyszę tylko końcówkę, że to negocjacje telefoniczne i call center. Pyta mi się, że widzę się w tej pracy. A skąd ja mam wiedzieć skoro pojęcia nie mam na czym praca polega?! W końcu umówiła się zemną na rozmowę następnego dnia.
Wieczorem stwierdziłam, że trzeba sprawdzić co to za firma, bo aż wstyd nie wiedzieć.Okazało się, że to firma windykacyjna. I ta również jest świeżo po zmianie nazwy. Na forach dyskusyjnych od osób, do których dzwoniono stamtąd można było się dowiedzieć jak wyglądają te negocjacje telefoniczne. Obrażanie, poniżanie,szykanowanie, zastraszanie i chamstwo wobec klientów są na porządku dziennym.
Na spotkanie nie poszłam.
W dużych miastach jest wiele firm, które zrobią wszystko żeby znaleźć parę naiwnych rączek do roboty.Czasami nawet w miarę dobrze zapłacą, ale to co trzeba robić żeby na to zarobić niejednokrotnie nie warte jest zachodu. Bo kto dziś z "polską gościnnością" i polotem przyjmie akwizytora w progu? Albo w jakim cywilizowanym kraju praca polega na obrażaniu i szantażowaniu klientów?
PS. Na triumfalny sukces w konkursie na Bloga Roku szans już nie mam, ale do głosowania zachęcam jakby cóś.
Pierwsze doświadczenie z taką firmą-kantem miał miły mój.Ogłoszenie w gazecie nie mówiło wiele. Miała to być obsługa klienta. Przez telefon mężczyzna poinformował, że firma jest konkurencją dla TP SA. W internecie kompletnie nic nie można było znaleźć na ich temat. Miły poszedł na spotkanie do firmy położonej gdzieś przy granicach miasta. Nie wyglądało to za ciekawie, mała informacja na drzwiach o mieszczącej się na piętrze firmie, wewnątrz czerwone ścinany. Kto tam przychodzi żeby go obsługiwać, jacy klienci? Rozmowa była dość krótka, szef, który ją przeprowadzał rzeczowy żeby nie powiedzieć arogancki. Efektem tego miły miał się zgłosić następnego dnia na dzień próbny. W koszuli, pod krawatem.
Następnego dnia na miejscu poza miłym było już kilkoro innych osób. Szef wyszedł do nich i oznajmił, że nie może uczestniczyć w dniu szkoleniowym, bo musi jechać do lekarza. Ktoś inny miał się nimi zająć.Czekając na korytarzu zauważyli, że coś dziwnego dzieje się dookoła. Pracownicy kręcą się po korytarzu i zbierają w jednym pokoju. Gdzieś tam słychać głośną muzykę, która zagłusza dźwięki z pokoju, ale na szczęście nie do tego stopnia żeby nic nie móc usłyszeć. Z jednego z pokoi słychać było jakieś głośne wykrzykiwania i brawa, okazało się, że pracownicy nawzajem wykrzykiwali sobie hasła: "Jesteś najlepszy! Jestem najlepszy! Jesteśmy najlepsi!" i wzajemnie bili sobie brawa. Jak w jakiejś sekcie. Potem jakaś kobieta zapraszała ich kolejno do pokoju. A w pokoju od jednej z szefowych dowiadywali się, że jadą na szkolenie a zajmie się nimi jej najlepsza pracownica (jak wszystkie z resztą),po czym kobiety z impetem przybijały sobie "piątkę", aż słychać było głośne mlaśnięcie.
Dojazd na miejsce szkolenia odbył się autobusem miejskim. Pani, która miała zająć się ludźmi podczas szkolenia oznajmiła, że ona biletu nie kasuje, "bo my wszyscy nie płacimy". Miły zrezygnował, wysiadł na trasie. A jeszcze przed wyjściem kobieta nakłaniała go do zostania. Ale to jeszcze bardziej utwierdziło go w przekonaniu, że coś jest nie tak. Który pracodawca nakłania do pracy? Nie chcesz, to nie, na Twoje miejsce jest pięciu innych.
Później przeszukaliśmy znów internet. W końcu udało nam się znaleźć informację o tym, że firma ta zmieniła nazwę jakiś czas temu. I wtedy można było zaszaleć. Na temat starej nazwy od wiadomości w sieci aż roiło się. Firma faktycznie zajmowała się kontaktem z klientem, ale zapomniała wspomnieć, że w ich domach prywatnych.Chodziło oczywiście o akwizycję.
Ostatnio ja miałam okazję natknąć się na taką "uroczą firmę", ale już z innej branży. Jakiś czas temu, z ciekawości przeglądałam ogłoszenia w sieci. Znalazłam jedno dotyczące pracy biurowej, dla ambitnych, chcących rozwijać się studentów. Żadnych informacji co do obowiązków, żadnych konkretnych wymagań poza znajomością obsługi komputera, chęcią pracy,umiejętnością jej organizacji... Takie ogólniki, które jest w stanie napisać osobie każdy. Nie znałam nazwy firmy i zupełnie zapomniałam żeby sprawdzić czym się zajmuje. Pani zadzwoniła w czwartek, pyta mi się czy wiem czym się zajmuje firma, mówię, że nie. I tutaj domyślam się zaczęła mi opowiadać o firmie, ale kompletnie nic niemożna było zrozumieć z tego co mówi. Poprosiłam żeby mówiła wolniej i wyraźniej, bo nic nie rozumiem. Potem tylko usłyszałam coś o negocjacjach telefonicznych i mnie rozłączyło. Zadzwoniłam tam. Za pierwszym razem nikt nie odbierał, za drugim zgłosiła się kobieta. Przełączyła mnie do odpowiedniej osoby i mówię jej, że dzwoniła w sprawie pracy i rozłączyło nas.Babka sprawdziła moje dokumenty i znów pyta czy wiem czym się zajmuje firma, mówię jej, że już mówiłam, że nie. A kobita zarzucą tą samą gadką, jak nakręcona.Oczywiście ponownie nic nie rozumiem. Słyszę tylko końcówkę, że to negocjacje telefoniczne i call center. Pyta mi się, że widzę się w tej pracy. A skąd ja mam wiedzieć skoro pojęcia nie mam na czym praca polega?! W końcu umówiła się zemną na rozmowę następnego dnia.
Wieczorem stwierdziłam, że trzeba sprawdzić co to za firma, bo aż wstyd nie wiedzieć.Okazało się, że to firma windykacyjna. I ta również jest świeżo po zmianie nazwy. Na forach dyskusyjnych od osób, do których dzwoniono stamtąd można było się dowiedzieć jak wyglądają te negocjacje telefoniczne. Obrażanie, poniżanie,szykanowanie, zastraszanie i chamstwo wobec klientów są na porządku dziennym.
Na spotkanie nie poszłam.
W dużych miastach jest wiele firm, które zrobią wszystko żeby znaleźć parę naiwnych rączek do roboty.Czasami nawet w miarę dobrze zapłacą, ale to co trzeba robić żeby na to zarobić niejednokrotnie nie warte jest zachodu. Bo kto dziś z "polską gościnnością" i polotem przyjmie akwizytora w progu? Albo w jakim cywilizowanym kraju praca polega na obrażaniu i szantażowaniu klientów?
PS. Na triumfalny sukces w konkursie na Bloga Roku szans już nie mam, ale do głosowania zachęcam jakby cóś.
poniedziałek, 12 stycznia 2009
A może ja jestem opowieść zmęczonych ust...
Czytam siebie sprzed roku i jest inaczej. Bardziej w przestrzeni własnej. Wyraźniej. Częściej mówię tu niż tam. I jakoś mocniej stąpam po ulicach. Powietrze też już nie takie gęste. Bardziej unosi niż przygniata.
Choć włosy wciąż rozczochrane. Fryzura szybko traci blask. I nic nie pomaga. Czesanie, układanie, modelowanie. Taka karma. W chaosie trwać. W przestrzeni wewnętrznie nierzeczywistej.
Miejsce w szeregu wciąż mam stałe. W rogu, pod ścianą. Czuję to każdą porą swojej skóry, z każdym wyciśniętym wągrem, każdym pieczeniem i zaczerwienieniem.
Wciąż nieidealnie. Wewnętrznie nieswojo. Sama się w sobie ściskam i ugniatam. Ciągle rozedrgana, z oddechem pełnym krzyku i niepewności. Bo wciąż wciskam się w siebie jak w za ciasny sweter.
Cieplej, czulej jest w tym moim spokojnym zagubieniu. Tak jak teraz, przez śnieg, we dwoje. Chodzić, ślady po sobie zostawiać. Już te ulice są nasze i żadna przyszłość nic tu nie zmieni.
Być częścią, kawałkiem całości, który ciągle dąży, ciągle zmierza. I się dwoi. I się uskutecznia. Zupełnie inaczej niż być wiecznym czekaniem. Zupełnie inaczej niż bawić się w znikanie. Można się ogrzać, otulić tym spojrzeniem, dotykiem czułym jak noc. I nie wyobrażać sobie, odczuwać. Przeżywać. Nazywać.
Choć włosy wciąż rozczochrane. Fryzura szybko traci blask. I nic nie pomaga. Czesanie, układanie, modelowanie. Taka karma. W chaosie trwać. W przestrzeni wewnętrznie nierzeczywistej.
Miejsce w szeregu wciąż mam stałe. W rogu, pod ścianą. Czuję to każdą porą swojej skóry, z każdym wyciśniętym wągrem, każdym pieczeniem i zaczerwienieniem.
Wciąż nieidealnie. Wewnętrznie nieswojo. Sama się w sobie ściskam i ugniatam. Ciągle rozedrgana, z oddechem pełnym krzyku i niepewności. Bo wciąż wciskam się w siebie jak w za ciasny sweter.
Cieplej, czulej jest w tym moim spokojnym zagubieniu. Tak jak teraz, przez śnieg, we dwoje. Chodzić, ślady po sobie zostawiać. Już te ulice są nasze i żadna przyszłość nic tu nie zmieni.
Być częścią, kawałkiem całości, który ciągle dąży, ciągle zmierza. I się dwoi. I się uskutecznia. Zupełnie inaczej niż być wiecznym czekaniem. Zupełnie inaczej niż bawić się w znikanie. Można się ogrzać, otulić tym spojrzeniem, dotykiem czułym jak noc. I nie wyobrażać sobie, odczuwać. Przeżywać. Nazywać.
sobota, 3 stycznia 2009
W rozmiarze X
Jako, że styczeń to czas zaliczeń i wyprzedaży trzeba go jakoś dobrze rozporządzić. Za prace zaliczeniowe póki co zabrać się nie można, bo nóż jeszcze nie przy samym gardle, więc pozostają wyprzedaże.
Najpierw kino i film, potem zakupy. Teraz dopiero rozumiem błąd tej strategii.
Wybór padł na spodnie. Trzeba mi dżinsów porządnych. A zadanie to jest dla mnie o tyle trudne, że nigdy w życiu nie kupowałam sobie sama spodni i zwyczajnie nie umiem tego robić. Nie wiem jaki kształt najlepszy, jaki najgorszy, w czym byłoby mi akurat, a w czym wstyd się pokazać. Jeden jedyny raz miałam je kupowane nowe w sklepie. Wszystkie spodnie mam z lumpeksów i oczywiście kupowane przez rodzicielkę, bo ona wie najlepiej. Pewnie dlatego zazwyczaj są albo za ciasne, za luźne,bezkształtne czy workowate... Mama zwykła iść na ilość, a nie na jakość.
Jako, że nie bardzo pasuje mi imidż "nastoletniego babochłopa", chciałam nadać mu kształt pasujący do mojego wieku i płci, bo taką wbrew pozorom posiadam. Tym razem sama z pomocą Miłego.Zadanie to trudne dość, bo mój brak umiejętności zakupów ciuchowych i jego zachwalanie mnie w prawie wszystkim co na siebie włożę nie pomaga. Nie żebym narzekała, miło, ale tak się składa, że oprócz niego oglądać mnie w tym będzie pare tysięcy ludzi i wypadałoby żeby te tysiące wyszły z tego bez szwanku.
Sklep numer jeden sfrustrował mnie najbardziej.Rozmiaru na mnie nie ma, zwyczajnie nie istnieje. W największy dopiąć się nie mogę, choć nogawki powiewają jak flagi na maszcie. Pani uprzejmie acz z politowanie spojrzała i powiedziała – "większych nie mamy". Cudnie. Jestem pozawymiarowa. Poza normę. Za komuny byłby to powód do orderu, dziś już nie.
Potem było całkiem podobnie. Jeśli udało mi się znaleźć coś w czym mogłam się dopiąć to z reguły nogawki były tak długie jak rury kanalizacyjne. A jeśli spodnie przy okazji miały jakiś kształt, formę, to można było o nim zapomnieć w potoku załamków, zagięć powstałych od usilnego podciągania ich i przydeptywania stopami. A żeby było zabawniej najkrótsze z dostępnym modelów często i tak były sporo za długie.Skracanie w takim nie wchodzi w rachubę, bo ewentualne cieniowania,gniecenia czy inne duperele, które powinny być w okolicy ud, u mnie kończą się np. na łydkach, a z kolei uda, które powinny być elegancko dopasowane wyglądają jak spodnie robotnika budowlanego.
Tym oto sposobem dowiedziałam się, że dla osób mojego wyglądu miejsca w świecie nowoczesnych i kolorowych galerii handlowych nie ma. Że tacy jak ja zwyczajnie nie istnieją. Tam chodzą tylko piękni, bogaci o figurach supermodelek, bo tylko tacy mają prawo do modnego ubioru, a reszta niech chowa się pod bezkształtnymi, "babciowatymi" łachami.Panie ekspedientki mają tyle w pasie co ja w jednym udzie. A wcale nie są to jakieś słoniowe wielkości.
A żeby nie pozostawić niedopowiedzenia w tym wszystkim wspomnę tylko, że figury idealnej owszem, nie mam. Ale z drugiej strony jakimś karakanem też nie jestem,bo te standardowe 1,63cm znad poziomu morza wystaje. Do ideału mi trochę brakuje, albo raczej jest parę kilo za dużo, choć pomimo to BMI wciąż w normie. A wyszło na to, że jestem jakimś otyłym krasnalem i najlepiej jak będę zakładała tylko dresy albo najlepiej od razu worek pokutny.
Najpierw kino i film, potem zakupy. Teraz dopiero rozumiem błąd tej strategii.
Wybór padł na spodnie. Trzeba mi dżinsów porządnych. A zadanie to jest dla mnie o tyle trudne, że nigdy w życiu nie kupowałam sobie sama spodni i zwyczajnie nie umiem tego robić. Nie wiem jaki kształt najlepszy, jaki najgorszy, w czym byłoby mi akurat, a w czym wstyd się pokazać. Jeden jedyny raz miałam je kupowane nowe w sklepie. Wszystkie spodnie mam z lumpeksów i oczywiście kupowane przez rodzicielkę, bo ona wie najlepiej. Pewnie dlatego zazwyczaj są albo za ciasne, za luźne,bezkształtne czy workowate... Mama zwykła iść na ilość, a nie na jakość.
Jako, że nie bardzo pasuje mi imidż "nastoletniego babochłopa", chciałam nadać mu kształt pasujący do mojego wieku i płci, bo taką wbrew pozorom posiadam. Tym razem sama z pomocą Miłego.Zadanie to trudne dość, bo mój brak umiejętności zakupów ciuchowych i jego zachwalanie mnie w prawie wszystkim co na siebie włożę nie pomaga. Nie żebym narzekała, miło, ale tak się składa, że oprócz niego oglądać mnie w tym będzie pare tysięcy ludzi i wypadałoby żeby te tysiące wyszły z tego bez szwanku.
Sklep numer jeden sfrustrował mnie najbardziej.Rozmiaru na mnie nie ma, zwyczajnie nie istnieje. W największy dopiąć się nie mogę, choć nogawki powiewają jak flagi na maszcie. Pani uprzejmie acz z politowanie spojrzała i powiedziała – "większych nie mamy". Cudnie. Jestem pozawymiarowa. Poza normę. Za komuny byłby to powód do orderu, dziś już nie.
Potem było całkiem podobnie. Jeśli udało mi się znaleźć coś w czym mogłam się dopiąć to z reguły nogawki były tak długie jak rury kanalizacyjne. A jeśli spodnie przy okazji miały jakiś kształt, formę, to można było o nim zapomnieć w potoku załamków, zagięć powstałych od usilnego podciągania ich i przydeptywania stopami. A żeby było zabawniej najkrótsze z dostępnym modelów często i tak były sporo za długie.Skracanie w takim nie wchodzi w rachubę, bo ewentualne cieniowania,gniecenia czy inne duperele, które powinny być w okolicy ud, u mnie kończą się np. na łydkach, a z kolei uda, które powinny być elegancko dopasowane wyglądają jak spodnie robotnika budowlanego.
Tym oto sposobem dowiedziałam się, że dla osób mojego wyglądu miejsca w świecie nowoczesnych i kolorowych galerii handlowych nie ma. Że tacy jak ja zwyczajnie nie istnieją. Tam chodzą tylko piękni, bogaci o figurach supermodelek, bo tylko tacy mają prawo do modnego ubioru, a reszta niech chowa się pod bezkształtnymi, "babciowatymi" łachami.Panie ekspedientki mają tyle w pasie co ja w jednym udzie. A wcale nie są to jakieś słoniowe wielkości.
A żeby nie pozostawić niedopowiedzenia w tym wszystkim wspomnę tylko, że figury idealnej owszem, nie mam. Ale z drugiej strony jakimś karakanem też nie jestem,bo te standardowe 1,63cm znad poziomu morza wystaje. Do ideału mi trochę brakuje, albo raczej jest parę kilo za dużo, choć pomimo to BMI wciąż w normie. A wyszło na to, że jestem jakimś otyłym krasnalem i najlepiej jak będę zakładała tylko dresy albo najlepiej od razu worek pokutny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)