niedziela, 29 kwietnia 2007

brawo dżony

jestem w sytuacji podbramkowej, kryzysowej, nielogicznie odlotowej. jestem żałosna. ża-ło-sna. wszystko co mam w głowie sprowadza się do czterech liter, dwóch sylab, jednego słowa. zamykam oczy i widzę. nie potrzeba mi jeść, spać, oddychać też nie muszę... jestem trochę, ale jakby mnie nie było. coś robię, ale jakbym nie robiła nic. jakby myślę, jakby piszę, jakby oglądam, ale wszystko co moja głowa aktualnie jest w stanie przerobić to... czym więcej czasu mija tym bardziej upewniam się co do absurdalności wszystkich moich odczuć. że kaktus na ręce, tramwaj w oku czy wreszcie nawet pociąg. wszystko to bardziej możliwe, wszystko realniejsze. liczę na cud, a w razie nieurodzaju na bezbolesne zakończenie. i żeby wstydu nie było, żeby nie było...
no zasłużył. na książeczkę i na co inne też. tak bonusem, ale o tym cicho szaa. to tajemnica, także nikomu nic...

trochę jestem oszołomiona, trochę zmęczona. widziałam swoją twarz w ti-vi (głosu nie słyszałam, głos z przerażenia wyciszyłam), jeśli to twarzą nazwać w ogóle można. żeby nie obrażać przy tym innych twarzy. głosu swego w radyju nie słyszałam, bo owego radyja nie słucham. taka ze mnie marna lokalna patriotka. czekają mnie jeszcze reportaże prasie. ktoś ma się zgłosić, jakiś wywiad przeprowadzić. wielki szum i zamieszanie.
a tak poza tym wydarzyło się dużo. od końca zaczynając (lubię tę odmienność) redaktor ciepła kupa, który kolejny załamał mnie całkowicie. dzieciaki w gimnazjum. i kwiatki, kwiatki, dużo kwiatków. aktualnie na biurku moim prywatnym śmieją się do mnie trzy urocze wiązanki. jest w czym wybierać a i co wąchać! na wtorkowej promocji było wszystko bą-tą, na wysoki połysk. klasa es, nie ma to tamto. nerwy moje też na wysokim poziomie. przebrnęłam jakoś, jestem, oddycham, żyję. i myślę, myślę, myślę wciąż o jednym... aaa i dostałam się na warsztaty, po prostu wysyp cudów. choć ja marzę tylko o jednym, cudzie, cudzie, cudeńku...



--
napisałam pokaźną notkę oczyszczającą, która wygodnie usadowiła się na twardziaku mojego peceta i tam jest jej dobrze. z resztą teraz nie byłoby większego sensu umieszczanie tego tutaj. uczucia już nieaktualne choć zdanie jak najbardziej, ale w kwestii takich notek niech jednak ważniejsze pozostaną uczucia. dlatego notka zostanie jedynie na kompjuterze. tam jest jej znacznie lepiej.



30.kwietnia, 21:28
jednej wiązanki trzeba było się pozbyć niestety. czy ktoś słyszał może o kwiatkach o zapachu śledzi? ja niestety miałam okazję je nawet poczuć... fuu! zdecydowanie nie polecam.

czwartek, 19 kwietnia 2007

szum na łączach

"a ty siej, siej... a nuż ci coś wyrośnie!"

ciii... bez zbędnych szelestów. za dużo tego zamieszania. plakaty, zaproszenia, prasa, radio, telewizja... ajj, no! głowa puchnie i pęka. bo mnie to zewsząd otacza, bombarduje, atakuje, osacza. heloł! ja jestem tą samą miką, którą w szkole dźgano ołówkiem po rękach, kopano po łydkach i wytykano palcami. no naprawdę... lat może i trochę więcej, ale tak samo się wkurzam i tak samo jak wcześniej przejadam się tutejszym powietrzem. żadną ekscentryczką nie jestem, ani cudem natury. indywidualistką też nie. indywidualistów dziś tak wiele jak gwiazd na niebie. teraz prawdziwy indywidualizm to chyba przeciętność, której zaczyna poważnie brakować. więc wyluzować proszę, wyluzować...
najlepszym wyjściem z całej sytuacji będzie schowanie się pod koc z muzyką w uszach i olanie sprawy, o!

jacek kaczmarski w habakukowym wydaniu smakuje jak kanapka ze świeżą sałatą. z dala od zbędnego patetyzmu, którego nie trawię. lekko, z finezją i polotem, do udźwignięcia przez zwykłego człowieka. barwnie, ale wytrawnie, lekkostrawnie.



(prawie zapomniałam o pewnym prawie matematyku. chyba lżej.)


♪♪ habakuk - niech?.mp3

wtorek, 10 kwietnia 2007

wielkie, wielkie rzeczy w wielkich, wielkich marzeniach, wielkimi, wielkimi słowami pisane

ostatnio znów mam parcie na pisanie "wielkich" rzeczy. zastanawiające, że przydarza to się zawsze wtedy kiedy akurat nie mam przy sobie komputera albo chociaż powierzchni stabilnej. (w końcu w samochodzie/autobusie pismo byłoby mętne raczej.) interesujące, że właśnie wtedy przychodzą mi najpłynniejsze zdania do głowy. żeby chociaż w niej pozostały, to nie... docieram do domu, a po nich ani śladu!

a później powiedzą... enigmatycznie dekadencka była. nikt nie wspomni o tym, że przystawałam czasem w drodze patrząc na gwiazdy albo wsłuchując się w śpiew ptaków. że nienawidziłam mówić "dzień dobry" sąsiadom i z ciężkim bólem zmuszałam się do tego ograniczając się jedynie do własnej klatki. że zbyt często marszyłam brwi, zbyt często drapałam się po głowie, zbyt głupio obdarowywałam emocjami wszystkich i wszystko, zbyt wyraźnie widziałam z zamkniętymi oczami i obrożą na szyi. ja wiem, nie jestem nikim szczególnym żeby rościć sobie prawo do pisania takich rzeczy (w domyśle: które mi chodzą po głowie), ale z drugiej strony może właśnie dlatego, że nie jestem a akurat mam taką potrzebę, to powinnam. strasznie to skomplikowane, a może ja to komplikuję niepotrzebnie. jedno jest pewne, jeśli już się zdecyduję, to lepiej tym moim literom będzie bez świadków.
potrzeba mi tego, bo wciąż wszędzie słyszę jak krzyczą do siebie, obok siebie, do mnie, o mnie i obok mnie... a ja tak nie znoszę krzyku. krzyk zabija milczenie. a to w nim można usłyszeć najpiękniejsze słowa. szept brzmi znacznie lepiej. jest spokojny, poukładany, przemyślany. zupełnie inny niż ja. może dlatego tak bardzo kocham pisać. tam jestem inna. lepsza. nie w profesji, ale w życiu, w usposobieniu.

potrzebuję człowieka, który da mi spokój i ukojenie, który mnie wyciszy... wewnętrznie. strasznie ciężko o kogoś takiego. ludzie są zbyt otwarci, albo zbyt zamknięci. ja też.

--

jestem nieżyciową dziewuszką żyjącą w szklanym kloszu. a zbyt dużo marzeń ostatnimi czasy i zbyt mało realnego życia. zaczyna mi się to poważnie mieszać. nawet we snach. oj.

pan rafał pe. zepsuł mi koncepcję i wizję dzieła. teraz się zacznie filozowanie by z tych jego wywodów wyciągnąć jak najbardziej odpowiadające mi wnioski. i bądź tu człowieku uczciwy, i chciej rzetelnie przeprowadzić wywiady! wywiady swoją drogą, a to co z nich wynika, to naprawdę zupełnie inna bajka. jak już mówiłam, ludzie są albo zbyt otwarci, albo zbyt zamknięci. nigdy w sam raz.

mam książkę w formie zestawu "zrób to sam". no i pójdę, i postaram się zrobić. już dziś. do drukarni. poprawiać błędy po fachowcach... od siedmiu boleści.