wtorek, 31 maja 2005

update

Nie rozumiem rozwoju sytuacji. Dobrzy bohaterowie mojego życia, którym sądziłam, że mogę zaufać, nagle pokazują rogi i to całkiem okazałych rozmiarów. A ci źli zmieniają się nie do poznania, jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki, a przynajmniej wykazują jakieś ludzkie instynkty. Normalnie jak w jakiejś bajce dla grzecznych dzieci. Zbyt szybko i zbyt nagle. Dobrze, że choć w domu nie ma takich przewrotów. Tam wiem, na czym stoję, albo raczej leżę. I to niekiedy na całej linii. Ale nie o tym miało być.

Deszczowa pogoda sprzyja odradzaniu się mnie we mnie. Zimnokrwista jestem i potwierdza się to po raz wtóry.

poniedziałek, 30 maja 2005

"tak pusto we mnie, nic nie zostało mi"

Niedzielne juwenalia były jeszcze gorsze niż sobotnie. Jeszcze mniej ludzi. Jeszcze więcej komarów. Totalny niewypał. Paranoja.

A ja jakoś cicho i spokojnie znów wpatruje się w szybę a to w pokoju, a to w autobusie. Milczę. Bo tak łatwiej. Bo mówić nie umiem już o tym. Zresztą słowa nie zmienią mi życia. Już wiem, że nie. Pusta się czuję. Tylko echo. Przez chwilę coś myślałam, że coś, ale nie, nie. Nieistotne jak cała reszta. Pustostan w środku na dłuższą metę męczy. I coraz bardziej wkurzają mnie te moje "koleżanki". Obłęd z zewnątrz burzy konstrukcje mojego "ja".



---
i nie byłam nigdy spokojna tak, pewna swoich słów dziś pewność mam, że skończyło się. skończyło się coś na dobre. i nie wiem czy naprawdę tego chcę. niech targa mną, niech boli mnie. może wcale nie chcę żyć spokojnie...


♪♪ E. Bartosiewicz - Coś zmieniło się.mp3

niedziela, 29 maja 2005

"tu nawet nudzą się psy"

To była tragedia. Gorzej niż źle. ŻENADA. Na skwarze czułam się jak danie główne w smażalni przy molo. I jakby tego było to te całe Juwenalia przypominały jedną wielką farsę. Bo ludzi prawie wcale nie było. Pod wieczór, kiedy to już wracałam cała brudna i zmęczono zaczęło ich trochę napływać, ale trochę to naprawde dobre słowo. A ja chciałam napisać relację do gazety. Sama nie wiem, jeśli uda mi się uda to zrobić pomijając fakt totalnej chały to będzie mistrzostwo. To w moim śnie było już więcej ludzi niż okazało się być w rzeczywistości.

Za każdym razem razem, kiedy go widzę staram się zobaczyć w nim coś ciekawego. Czegoś, co mnie poruszy. Niestety, nic z tego. Nie bójmy się tego stwierdzenia: De. jest pierdoła saską! I chyba już nic tego nie zmieni. Tego i tego, że ja jestem desperatką. Nie lubię tych ciągłych rozczarowań tym i tamtym. Zwłaszcza tamtych, bo ci nie istnieją generalnie.

Dziś czeka mnie "Wielka Gwiazda (b)Idola - Kuba Kęsy". Pomyśleć, że równie dobrze mogłam siedzieć przy tym namiocie z Roguckim. Normalnie żal serce ściska! Szkoda słów.


♪♪ Tworzywo Sztuczne - Tramwaj.mp3

piątek, 27 maja 2005

chrapoląco

Mój głos brzmi jak skrzypiące drzwi. Albo jak głos starego alkoholika. W środę poszłam do gimnazjum na swoje pierwsze spotkanie autorskie, pierwszy raz czytałam swoje niby-wiersze. Właściwie nie było tak źle, gdyby nie chrypka byłoby jeszcze lepiej. Dostałam ładnego kwiatka, który już wisi łepkiem do dołu. (no suszy się, nie!)

Później jakiś dziwny mail. Że zaproszenie na na galę konkursową do Domu Kultury w Rybniku. Zadzwoniłam, napisałam. Odpowiedź przyszła taka niesprecyzowana. Dyplom mają wysłać pocztą, zobaczymy. Doprawdy ciekawe jest dla mnie to, co napiszą na tym dyplomie, bo przecież raczej nie to, że "prace zostały pozytywnie odebrane". Napisaliby coś konkretnie, wyróżnienie czy coś. Bo w końcu z reguły dyplomy sa albo na jedną z trzech miejsc, albo za wyróżnienie, a oni tak jakoś nijak.

Wczoraj w akcie desperacji zerwałam plakat Stachursky'ego ze słupa. Bo pozaklejali nimi całe miasto przykrywając tym samym wszystkie plakaty dotyczące naszych juwenalii. A później rzeka, ławka i dyskusje na wysokim szczeblu. Siadanie plecami to wszystkich par w okolicy, co by w oczy nie kuły. Właściwie żałosne to.


17:52
Dziś latali po mieście i zaklejali Stachursky'ego. pff.

poniedziałek, 23 maja 2005

dziewczyny są gorrrące

Jeszcze chwilkę. Normalnie mam wrażenie, że moment jeszcze i wysmarkam całe płuca z żołądkiem, a gardło wypluje wraz z innymi częściami mnie. Pół nocy nieprzespane a druga połowa ledwo co, na tzw. "czujce". Prawdopodobnie jestem najgorętszą dziewczyną w okolicy. Dosłownie. A naprawdę ciężko choruje się, kiedy za oknem +27 w cieniu. Dodać do tego temperaturę mojego ciała to można by naprawdę zdziwić się, jakim cudem ja jeszcze nie wybuchłam, tylko wciąż topię się jak smalec na patelni.

Pierwsza burza była krótka. Pierwsza burza była w nieodpowiednim momencie. Czekam na drugą, oby dłuższą, oby lepszą. A i środy czekam. I środy się lękam.

sobota, 21 maja 2005

kosmitka

Bo ten, bo katar mam. Kicham, parskam i ogólnie nie do życia jestem. I tak mi przyszło do głowy, że sama nie wiem, czego chcę.

Z jednej strony marzy mi się kariera dziennikarki, prasowej oczywiście w powiązaniu z równoczesnym spełnianiu się w roli poetki. Dodałabym do tego moje zamiłowania fotografią i nie pogardziłabym jakimś wątkiem z tym związanym, np. fotografia artystyczna, zwłaszcza fotografia ludzi. Takie fotografie zawsze mnie fascynowały, ludzkie twarze i postacie. W tym scenariuszu widzę siebie jako mieszkankę dużego miasta, osiedliłabym się na ostatnim piętrze najwyższego wieżowca w mieście. Albo w opcję wchodzi też kamienica w okolicach rynku, krakowskiego ma się rozumieć, pod którą całymi nocami byłoby słychać dźwięki muzyki z pobliskiej kawiarenek. Katowałam swoją wyobraźnię również Wrocławiem. Moje zmagania w tym mieście gdzie "już nie ma życia" byłyby walką z wiatrakami. Nie mogę powiedzieć, że nie lubię Wrocławia, ja się go tylko boję. "(...) umarli ludzie / poruszani wiatrem / czy siłą bezwładności / nie dziwią się / że mnie w nich prawdy i trwania / niż w skórze opuszczonej przez węża / lub wyschniętym skrzydle motyla..." Ja myślę, że gdyby Wojaczek mieszkał gdzie indziej przeżyłby dłużej, nie zabił by się. Ale to moje subiektywne zdanie. Zamieszkiwanie tego miasta przeze mnie byłoby takim mentalnym samobiczowaniem. Jakby karmą dla natchnienia. I jeszcze kot konieczny. Nie ważne gdzie, nie ważne jak, ważne, że z kotem. A tak konkretnie kotka i naturalnie nie-wrocławska. Co bym sama w tej dżungli nie była.

Opcja druga... i tu pojawia się problem. Bo wszyscy wyobrażali sobie, że przedstawię tutaj siebie jako przykładną żonę i matkę, a tu kupa. Nie potrafię! Właściwie nawet nie wiem czy czuje taką potrzebę. Ostatnio zaczęłam się nad tym zastanawiać i poddaję w wielką wątpliwość chęć założenia przeze mnie rodziny. Właściwie nie wiem, z czego to wynika. Nie jestem typem samotnika. Fakt, są chwile, kiedy lubię swoją samotność i wręcz celebruję ją. Ale generalnie przynosi mi ona więcej zysków niż strat. Teraz to jeszcze z Buką (dla wierzących w Boga - "z Bogiem") sprawa, ale później zacznie mi to dokuczać silniej. Bo później zostanę naprawdę sama. Rodzice nie będą żyli wiecznie. Może nie są idealni, może faktycznie są naprawdę kiepscy. Matka zwłaszcza. Ale są. Później będę już SAMA. Tak namacalnie sama. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, że potrafiłabym zaangażować się. Że ktoś mógłby mi się spodobać, że mogłabym zakochać się, nie wspominając już o tym, że ktoś mógłby zakochać się we mnie (bzu-ra. nie-real-ne.). To jakaś abstrakcja. Nie umiem wyobrazić sobie siebie w czyiś objęciach. Matrix jakiś. Kiedy o tym myślę ogarnia mnie strach. Panicznie boję się tego. Z jednej strony źle mi w moim związku z samotnością, a z drugiej nie jestem w stanie zakończyć go. Nie mam możliwości, nawet nie wiem czy w ogóle tego chcę, bo sama myśl o tym napawa mnie strachem. Naprawdę czuję się jak kosmitka.

Zastanawiam się, co zrobić żeby w oczach mojej matki stać się człowiekiem a nie śmieciem...? /to chyba raczej pytanie retorycznie być powinno./




--
(jednak jeszcze nie. uff. łotewer.)


♪♪ Bonnie Tyler - It's a heartache.mp3

czwartek, 19 maja 2005

znów pełnia

Wstyd. Bo artykuł o Juwenaliach wydrukowali a ktoś jeden pokpił sprawę było trzeba odkręcać. Nie będzie Comy, bo cymbał spieprzył sprawę. Cymbał zawsze pozostanie cymbałem. A cymbały od prawdziwej i fajnej muzyki wolą Kubę Kęsego. O zgrozo. Na sam dźwięk tego robi mi się nie dobrze. Żałuję ma się rozumieć, że z dobrej zabawy nici. I żałuję, że będę musiała pisać sprostowanie do gazety. Spieprzyło się i tyle. ABUU.

Wróżki za jedyne dwa zyle opowiadają niezłe bajki. Dajmy na to taka ze Zduńskiej Woli próbowała mi wmówić, ż w moim życiu jest inaczej niż jest i ja się mylę, bo karty wiedzą lepiej. Kto wie, kto wie może jakby się postarała to w końcu przekonałaby mnie nawet do tego, że jestem chłopcem. Ale póki, co nie była na dobrej drodze.

Źle sie czuję na takich oficjałach. Ledwo, co wbiłam się w spodnie i bluzkę. Tragedią się stają moment, w którym moja waga dochodzi do mojej świadomości tak namacalnie. Naprawdę chciałabym cos z tym zrobić, gdyby to tylko było takie łatwe. Później już tam tam jako jedyna z aktorów głównych przedstawienia pt.: "Wieczorek poetycki" usiadłam na samym końcu sali w kącie. Gdybym mogła to zapadłabym się pod ziemię. I wszyscy dostali kwiatki ino nie ja. I Martini było dobre, a drinki okropne, wręcz o mdłości przyprawiały. /do tej pory je czuję. BLE./ A później, po drodze udawanie, że świat jest piękny, że niebo niebieskie dostrzegam i że dobrze mi jak jest. Odwlekanie momentu powrotu, bo powroty nie zawsze są miłe. Tak, powrotny nie należą do przyjemności. Powroty bolą, niekiedy... całkiem często nawet bardzo. Bo ostatnio znów zawijam się w kocę, patrzę na ścianę, kiedy mi źle i tak bardzo boli mnie życie.



--
gdybym umiała skoczyłabym z wieżowca. świat nabrałby wreszcie czystszego powietrza w płuca ziemi. byłoby lżej. wszystkim. naprawdę naprawdę.



♪♪ Kasia Nosowska - O nas.mp3



20-05; 09:46
Czyżby to było na tyle? Koniec, finito, the end, die Ende, la fin...?

wtorek, 17 maja 2005

komputer twój wróg

Zdolnego mam tatusia. Raz do roku siądzie przy komputerze kompletnie nie znając się na nim, ale wystarczy kilka minut żeby coś zepsuć. Baa. Żeby to jeszcze przyznał się do tego, to nie. Nawet słowa nie piśnie o tym, ani o tym, że w ogóle przy kompie siedział. Dopiero jak powie mu się, że są na to dowody to od niechcenia coś tam bąknie. Tym razem podczas mojej nieobecności zainfekował mi komputer wirusami, robakami, trojanami, dialerami i innym dziadostwem. W sumie było tego ok. 30 sztuk. Najpierw to mówił "łoo tam", że niby przesadzam, a później jak już okazało się, co dokładniej nabroił to mina mu zrzedła. Cytowała raczej nie będę, ale wiem jedno - teraz tatuś komputera już nie ruszy na pewno, omijał go będzie jak ognia. No to chyba można odetchnąć z ulgą. Komputer oczywiście został odratowany dzięki interwencji pewnej kompetentnej osoby. Bo ja to się do tego kompletnie nie nadaję.

Coś mi się wydaje, że zbliża się rewolucja, bo mam ochotę rozwalić jakieś krzesło czy cóś. Ale, ale jestem mocna i nie dam podporządkować się matce naturze!


♪♪ Tworzywo Sztuczne - Wiśnie.mp3

poniedziałek, 16 maja 2005

gupawka

Huh. Ale było. Spijałam piwo ze stolika co by się nie zmarnowało. Ale zacznijmy od początku.

Rozdygotana byłam. Poszłam pod tego Faraona. Dziwnie jest pragnąć jednocześnie dojść szybciej i iść tak wolno żeby nie dojść nigdy. Naprawdę zamiast obiadu mogłabym tam zjeść liść valeriany, bo wszystko we mnie chodziło. Ale był obiad, ze trzy razy za duży na moje możliwości. Zwiedzanie Sieradza, lody i oczekiwanie na resztę. Dla mnie to kosmiczne żeby ktoś nie znał mojego miasta. Przecie to taki pipidówek. Teraz stwierdzam z pokorą, że gupia jestem (znów błąd celowy). No, bo później w barze żem drugi kufel wychlusnęła i się tyle zmarnowało. Chciałam jak kot ze stołu jęzorem pozbierać (szalej! zastrzel póki czas, zastrzel!), ale słomka była. Bogu dzięki zabrana przez R., co by wstydu nie było. Później leżące na stoliku róże przybrały nowy, zapach piwny.

Dzień następny ze śniadanio-obiado-kolacją w postaci pizzy, którą chyba do tej pory czuję. Szybkie pożegnanie niestety i drogą do domu wśród deszczu. Dalsze próby nauki, nawet z jakim-takimi skutkiem do przodu. Przy pomocy dzielnych gremlinów. Wieczorne spiskowanie skończyło się całkiem dobrze. Ogólnie całkiem wyboisty łikend.

Zapomniało mi się o piątku i siedzeniu na korytarzu szpitalnym. O słuchaniu, albo próbie słuchania. I dziwnym samopoczuciu starca.



(btw. jeszcze raz 100 lat dla mnie! /...Boże broń przed tą wiecznością!/ a i nie wszyscy pamiętali co pamiętać mieli. tak naprawdę, bez żadnego przypominania to pamiętała tylko jedna osoba.)

sobota, 14 maja 2005

dzieścia

Gorąca dwudziestka wita gorąco! No i skończył się błogi okres "nastolatkowania".

Piątek dla odmiany po czwartku - na spokojne. Po raz kolejny zauważyłam swoje fałdy brzuszne i mimo, że to fałdy to w oczy zakuły. Dieta cud trwająca od zawsze jakoś efektów nie przynosi. No cud dieta, czyli taka, że będzie cud jak schudnę.

Ocywiście od rana przebieram nogami, w gardle czuję gule i odnawiają się moje problemy gastralne. Ktoś by z łaski swojej napisał i uspokoił skołatane nerwy moje.

Wpadnij na pizzę, piwo i ktowiecojeszcze. Utyj razem z na-mi.


Ulce i rodakom dziękuję za kartkę. Bomba.

czwartek, 12 maja 2005

wśród słów

Miało być nic na siłę, a jednak czułam się osaczona. W końcu nie wytrzymałam i powiedziałam, że źle czuje się w tej sytuacji, że nie chcę. /bo nic fajnego nie ma jak ktoś na siłę wciąga mnie w terapię grupową, która z założenia wcale ma nią nie być. baa. nawet przypominać jej nie powinna./ I tak nie wszystko żem wyklepała, bo w końcu ugryzłam się w jęzor, co by nie narobić sobie kłopotów. Choć tak naprawdę w mojej głowie słowa same układały się w zdania, aby później ze strachu pochować się głęboko. Później już tylko momentami wyglądały oczami. Czasami warto niektóre sprawy przemilczeć, choć ciężko to przychodzi, bo jak mawiał Osiołek ze Shrek'a: "Nie po to umiem mówić żeby siedzieć cicho". Bo ja zupełnie nie zgadzam się z tą teorią, książkową teorią wywaloną mi dość brutalnie. Życie to nie teoria spisana na paru kartkach papieru, nie można je zamknąć w jakieś sztywne, niezmienne ramy. Nawet milion szkół nie nauczy tego co robić się powinno, bo ile przypadków tyle różnych reakcji. Dużo kosztował mnie ten dzień.
Ale na przyszłość wiem jedno, nie pozwolę znów doprowadzić się do takiego stanu i do tego żeby ktoś zmuszał mnie do opowiadania o sprawach prywatnych na siłę! Co to, to nie! Bez względu na cenę, którą za to zapłacę.

Nie dociera do mnie to jeszcze. Zbyt wcześnie. Przyjdzie ten dzień i zacznę nerwowo przebierać nogami, myśleć jakby tu zwiać albo, co zrobić żeby wypaść jak najlepiej. Zapowiada się niezła jazda.


♪♪ Kasia Nosowska - Tfu.mp3

środa, 11 maja 2005

z krainy dreszczowców

Dżizys Krajst. Połowa maja a ja w koce poowijana. Miś nawet też się z zimna trzęsie. Bo cały czas na podłodze lątuje. To przez te dreszcze, co nie? A później się boczy nie wiedzieć czemu.

Pani redaktor naczelna jest fajna. Nie krzyczy i chwali mnie nie wiedzeć, czemu. Mówi "cześć", a nie "dzień dobry" i nie zwraca się do mnie per "Pani". Z tym chodzeniem do redakcji jest coraz lepiej. Ja coraz pewniejsza stąpam po schodkach wprost do celu i jakoś sprawniej przechodzi cała procedura przedstawiania tematu.

No i tuczymy się, tuczymy! Ale, ale już za trzy dni będę gorącą dwudziestką! A tymczasem marzy mi się kubek gorącego kakała (błąd celowy - żeby nie było), ciepła kołdra i święty spokój. A-hu.


♪♪ Pidżama Porno - Kotów kat ma oczy zielone.mp3

niedziela, 8 maja 2005

tych ranków jak febra

Bo dziś jest pusty, smutny i samotny dzień. Pomimo tego, że pada. Dlatego, że pada. Zawiesiłam się w nicnierobieniu i nicniemyśleniu. Jest SMUTNO przez wielkie eS. Może przeliterować? S jak Stefan, M jak Maria... no już chyba każdy złapał rytm. I to nie jest żaden zespół napięcia przed/śród/pomiesiączkowego. To zwykła proza życia.


♪♪ Pidżama Porno - Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości.mp3

piątek, 6 maja 2005

dama w wieży

Drzwi oczywiście zamknęłam dokładnie. Już w środę tuż przed zaśnięciem podczas wieczornego tudzież nocnego drapania się po tyłku przypomniałam sobie dokładny moment zamykania przeze mnie owych drzwi.

Oj ksionże (błąd celowy, żeby nie było) mój złocisty wyczekałeś się pod wczoraj drzwiami mymi! No dobsz... żeby nie było "ksionże" był płci żeńskiej, ale nie, że ze mną coś nie tak. Sytuacji zmusiła mnie do przeobrażenia się w ksienżniczkę a koleżanka przyjęła rolę ksiencia. Ojciec zamknął mnie biedną w domu od zewnątrz i było trzeba czekać na uwolnienie mnie i wpuszczenie gościa do środka. A przez ten czas kontynuowałyśmy ideę wielu bajek kontaktując się przez otwarte okienko na moim czwartym piętrze. Damą w wieży normalnie byłam. Uroczo!

Wczoraj potajemnie zaprotestowałam jedzenie tej samej przesolonej grzybowej przez cały tydzień. Cichaczem zupa w kiblu wylądowała. Ale nikt nic nie wie. A tak naprawdę w najbliższych dniach nie wróżę jakiś specjalnych wydarzeń w moim życiu. No może kolejna wizyta w redakcji, jeśli uda mi się strzelić fotkę moim ofiarą, ale już wiem, że będzie ciężko, bo oni równie zabiegani, co ja. Trzeba będzie postarać się i upolować ich do wtorku najpóźniej. Bo później w redakcji to ofiarą będę raczej ja.

A Pani wie jak mnie skutecznie przekonać. Aż mi wstyd. Alecotam. Na razie spływa to nie, ale jak przyjdzie, co, do czego to będę jedną wielką galaretą. I tak a propos tego wszystkiego... czy grupa gimnazjalistów może zjeść jednego człowieka?


♪♪ Nosowska - Wielka dama tańczy sama.mp3

środa, 4 maja 2005

na szybko

Jak się nie ma w głowie to trzeba mieć w nogach! Zeszyt ważniejszy od powietrza niemal zostawiony w szkole. O wszystkie świętości, co to ja przechodziłam. Dużo łatwiej będzie wymienić to, czego nie przechodziłam. W nerwach rozum tracę i nie jestem w stanie przeanalizować sytuacji. Działam pod wpływem emocji. Bogu dzięki, albo nie, raczej dzięki koledze, jego kluczowi i moich cichobiegach /szybkich butach w szybkich nogach/ zeszyt odnalazł się. Wielkie ufff... Ale, ale jakby tego było teraz mało teraz mój maleńki rozumek zadręcza mnie pytaniem: czy ty dziewczyno zamknęłaś dobrze samorząd? I choć nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się nie zamknąć czegokolwiek co do zamknięcia było, to zdarzyło mi się po milion razy sprawdzać czy aby wszystko jest tak jak być powinno, czyli zabezpieczone na tyle spustów na ile to możliwe. Jeny... a jak faktycznie nie zamknęłam? Spokój! Nie no, to już przegięcie. Teraz gadam do siebie. Kaftan bezpieczeństwa - raz, proszę!

Dziś dzień jak pudel wyglądam, bo włosy kręcą mi się na deszczu. Pani od wierszy coś tam mówiła, ale ja nic nie wiem. Wtedy to cały czas myślami byłam z moim zeszytem. Podanie złożone gdzie trzeba. Grzecznie i w miarę możliwości pomagam przy juwenaliach. Piszę, piszę, choć za efekty nie ręczę. A przez koło fotograficzne to zostałam olana totalnie. Bo nikt nie powiadomił mnie o plenerze. No foch, normalnie foch!

Okazało się, że na zdjęciu wcale nie wyszłam jak świnka morska tylko raczej jak muminek. A może jednak jak świnka morska...(?) No nie wiem. Tekst w miare szybko poszedł do druku, aż mnie to zaskoczyło, bo wcześnie na mały artykułu o musiałam czekać parę miesięcy. I w kwestii formalnej... tadam! /tak na marginesie to zdąrzyli na ostatni gwizdek, bo jeszcze trochę i będzie ze mnie nastolatka jak z koziej dupy trąbka./



----
(apel do Pana tudzież Pani czasu:
gnasz jak cię o to nie proszą i stoisz jak błagają o przyspieszenie. może więcej elastyczności, co?)


♪♪ Püdelsi - Kwas.mp3

niedziela, 1 maja 2005

ley na mur

Z czwartku na piątek śniłam 3 sny. To już jest produkcja taśmowa. Dziś jeden, ale to jaki! /ten sen zawstydza mnie.../ Tym razem poszłam już sama do redakcji. Guma w zęby, co by raźniej mi było i żebym mogła na czymś konkretnym odstresować się. Zdjęcie mi zrobiono. Wielką mam nadzieję, że nie wyjdę na nim jak zwykle, czyli jak świnka morska.
Dobry Pudels nie jest zły. Ale od początku. Siedzenie pod dżewkiem /błąd celowy. żeby nie było./ i rzucanie kijów do rzeki rozwija mięśnie ręki. I tej wersji się trzymajmy. Błogo tak jakoś w sobotę. Mój grzech w liczbie jeden - lód duży, słodki, że aż kusi. No nie mogłam się powstrzymać. No żadna z nas nie mogła! Piwo miarowe w liczbie jeden, bo więcej nie zdzierżyłabym. A konkurs, że śmiech na sali. Było trzeba losować i siebie wylosować. Baa. Panie z AVONU zrobiły z mnie tapeciarę. Poprawiły siakimiś feromonami z flakonika. Alecotam. Raz w życiu można zaszaleć. Ale nigdy, nigdy więcej, co bym na własny widok torsji nie dostała. Później z braku kibla ley na mur ze trzy razy, a potem patrzaj, kto leje za tobą. Tak ściekawości. A Pudels stary, ale jary. /no nie no, to już jest jakieś popapranie./ A muzyka tętniła mi krew do żył, napełniała płuca i mózg. Byłam muzyką, byłam rytmem. /no nie mogę. normalnie posikam się z wrażenia!/

A dziś dzień na działce z G. Jadłyśmy cake ze szprajtem. Męczyłyśmy dronkę i ja zapolowałam na kota! I w końcu dowiedziałam się czym tak naprawdę jest woda z bjedrąki! ;) ...głupia uczyła się pływać. W drodze powrotnej ten koleś, no podobny jak nie wiem co. Tak w czasie jazdy to z każdym metrem zdawało się coraz bardziej, że to przeszłość do mnie puka. Ale nie, nie. Jednak nie. Jak wysiadł to widać było, brzidal jakiś - nie B. A autobus trząsł niemiłosiernie. Na końcu specjalnie się stanęło. Normalnie myślałam, że macica mi przez gardło wyskoczy. To lepsze niż kolejka górska, a za jedyne 1,20 zł. Prawdziwy odjazd!