sobota, 21 maja 2005

kosmitka

Bo ten, bo katar mam. Kicham, parskam i ogólnie nie do życia jestem. I tak mi przyszło do głowy, że sama nie wiem, czego chcę.

Z jednej strony marzy mi się kariera dziennikarki, prasowej oczywiście w powiązaniu z równoczesnym spełnianiu się w roli poetki. Dodałabym do tego moje zamiłowania fotografią i nie pogardziłabym jakimś wątkiem z tym związanym, np. fotografia artystyczna, zwłaszcza fotografia ludzi. Takie fotografie zawsze mnie fascynowały, ludzkie twarze i postacie. W tym scenariuszu widzę siebie jako mieszkankę dużego miasta, osiedliłabym się na ostatnim piętrze najwyższego wieżowca w mieście. Albo w opcję wchodzi też kamienica w okolicach rynku, krakowskiego ma się rozumieć, pod którą całymi nocami byłoby słychać dźwięki muzyki z pobliskiej kawiarenek. Katowałam swoją wyobraźnię również Wrocławiem. Moje zmagania w tym mieście gdzie "już nie ma życia" byłyby walką z wiatrakami. Nie mogę powiedzieć, że nie lubię Wrocławia, ja się go tylko boję. "(...) umarli ludzie / poruszani wiatrem / czy siłą bezwładności / nie dziwią się / że mnie w nich prawdy i trwania / niż w skórze opuszczonej przez węża / lub wyschniętym skrzydle motyla..." Ja myślę, że gdyby Wojaczek mieszkał gdzie indziej przeżyłby dłużej, nie zabił by się. Ale to moje subiektywne zdanie. Zamieszkiwanie tego miasta przeze mnie byłoby takim mentalnym samobiczowaniem. Jakby karmą dla natchnienia. I jeszcze kot konieczny. Nie ważne gdzie, nie ważne jak, ważne, że z kotem. A tak konkretnie kotka i naturalnie nie-wrocławska. Co bym sama w tej dżungli nie była.

Opcja druga... i tu pojawia się problem. Bo wszyscy wyobrażali sobie, że przedstawię tutaj siebie jako przykładną żonę i matkę, a tu kupa. Nie potrafię! Właściwie nawet nie wiem czy czuje taką potrzebę. Ostatnio zaczęłam się nad tym zastanawiać i poddaję w wielką wątpliwość chęć założenia przeze mnie rodziny. Właściwie nie wiem, z czego to wynika. Nie jestem typem samotnika. Fakt, są chwile, kiedy lubię swoją samotność i wręcz celebruję ją. Ale generalnie przynosi mi ona więcej zysków niż strat. Teraz to jeszcze z Buką (dla wierzących w Boga - "z Bogiem") sprawa, ale później zacznie mi to dokuczać silniej. Bo później zostanę naprawdę sama. Rodzice nie będą żyli wiecznie. Może nie są idealni, może faktycznie są naprawdę kiepscy. Matka zwłaszcza. Ale są. Później będę już SAMA. Tak namacalnie sama. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, że potrafiłabym zaangażować się. Że ktoś mógłby mi się spodobać, że mogłabym zakochać się, nie wspominając już o tym, że ktoś mógłby zakochać się we mnie (bzu-ra. nie-real-ne.). To jakaś abstrakcja. Nie umiem wyobrazić sobie siebie w czyiś objęciach. Matrix jakiś. Kiedy o tym myślę ogarnia mnie strach. Panicznie boję się tego. Z jednej strony źle mi w moim związku z samotnością, a z drugiej nie jestem w stanie zakończyć go. Nie mam możliwości, nawet nie wiem czy w ogóle tego chcę, bo sama myśl o tym napawa mnie strachem. Naprawdę czuję się jak kosmitka.

Zastanawiam się, co zrobić żeby w oczach mojej matki stać się człowiekiem a nie śmieciem...? /to chyba raczej pytanie retorycznie być powinno./




--
(jednak jeszcze nie. uff. łotewer.)


♪♪ Bonnie Tyler - It's a heartache.mp3