piątek, 9 października 2009

Poeci nie zjawiają się przypadkiem

Poeci nie zjawiają się przypadkiem
Z niebieskich do nas przybywają stron

Był trochę z ziemi, a trochę z księżyca. Trochę tak jakby nie dzisiejszy już.

Na zawsze niezgłębioną jest zagadką
Dlaczego z nami los swój dzielić chcą

Miał żonę, syna, dom i rower. Oddychał tym powietrzem tyle lat. Uśmiechał się, żartował czasem. Tętniło w nim życie pomimo podeszłych już lat.

W źrenicach tych posłańców prosto z nieba
Istnienia smutek i marzenia blask

Czuł mocniej, widział więcej. Zgłębiając życie do ostatnich warstw.

W chaosie ziemskich spraw ich serca wiecznie płoną dając znak
Tym którzy zabłądzili w mgle

I wiersze mówił prosto z głowy, i sypał nimi jak z rękawa. Wciąż chciało się słuchać więcej tych wzruszających słów.

Odchodzą tak jak przyszli niespodzianie
Zbyt prędko wypełniają się ich dni

Mistycznie żył i zmarł tak samo. Z wyboru, z chwili, z własnej ręki, dzięki której wcześniej żył.

I znów na długo zostajemy sami
Być może trochę lepsi dzięki nim

I chociaż go nie znałam prawie, pamiętam pierwszy wiersz i pierwsze łzy.

Bezbronni, samotni w naszym świecie
Tak, jakby niepotrzebni byli już

Może ktoś mu nie powiedział, że nie może, że jeszcze nie teraz, jeszcze nie czas.

Odchodzą komedianci, muzykanci i poeci
Sternicy zagubionych naszych dusz

To nie są czasy dla poetów. W chaosie przyszło im dziś żyć.

Ich pieśni ptaki w lasach wciąż śpiewają
I wieniec ziół rozsiewa po nich wiatr

I trzeba oczy zamknąć, usta też, wytężyć słuch, rozszerzyć pamięć.

Odchodzą stąd, lecz nie, nie umierają
Sumieniem naszym niespokojnym są

Zostały po nim wiersze, dreszcze. Realność co zniewala, razi, dręczy nas.

A kiedy mój czas także się wyczerpie
Poproszę cicho już ostatkiem tchu
Daj Boże proszę daj nadziei choć iskierkę
Że i ja też nie przypadkiem byłam tu






--
"Mam nadzieję, że jest jakieś specjalne niebo dla poetów udręczonych życiem."
Maria Duszka

czwartek, 1 października 2009

Piękna jesień Sieradzem

Zostanę akwizytorem. Bez walizeczki i nienaturalnego uśmiechu, za to z słuchawką w dłoni i grymasem na ustach. Można, bo nie widać. I chociaż stanowisko nazywa się "telemarketer", to dla mnie nie stanowi to wielkiej różnicy. Nazwy i terenu oddziaływania jedynie. Nawet to, że to bank nie robi na mnie wrażenia. Nie czuję wielkiej misji, satysfakcji czy podekscytowania. Żal może trochę, obojętność głównie.

Tymczasem wróciłam na chwilę do Centrum Mojego Istnienia, na czwarte piętro, do pokoju z widokiem na łąkę.
Kiedyś usilnie chciałam planować przyszłość, osiągać coraz więcej. Ta łąka stanowiła pustkę, ograniczenia i brak perspektyw. Na siódmym piętrze mam las wieżowców, które przysłaniają mi drzewa, trawę, niebo... Teraz już nie planuję, nie mam takiej potrzeby. Koi mnie ta łąka za oknem. Lubię patrzeć jak trawa i drzewa uginają się pod naciskiem to wiatru, to deszczu.
I miasto. Lubię stawać po środku niego i czuć na sobie powietrze, a nie ludzi ocierających się o mnie, czy spaliny. Lubię chodzić po chodnikach gdzie nie zamiata się liści ani kasztanów, pomiędzy jesienią, pomiędzy drzewami.

W moim Centrum Wszechświata byłby raj. Byłby, bo o jedną osobę tu za dużo i o jedną za mało.


--
Niedługo muszę wracać. I wciąż nie wiem czy więcej we mnie poświęcenia czy miłości, i czy miłość jest poświęceniem, czy odwrotnie. Boję się czyhających upokorzeń, bezradności i ogłuszającego chaosu, braku przystani gdzie można byłoby wywalić nogi i zakotwiczyć, smutku, który owija człowieka i obezwładnia, nerwicy natręctw, długich popołudni, krótkich i bolesnych poranków, zbyt wielu słów siedzących we mnie i braku rozmówców, zgagi, która mnie dręczy, kiepskich wyników morfologii, zdiagnozowanej anemii i hałasu.