czwartek, 1 października 2009

Piękna jesień Sieradzem

Zostanę akwizytorem. Bez walizeczki i nienaturalnego uśmiechu, za to z słuchawką w dłoni i grymasem na ustach. Można, bo nie widać. I chociaż stanowisko nazywa się "telemarketer", to dla mnie nie stanowi to wielkiej różnicy. Nazwy i terenu oddziaływania jedynie. Nawet to, że to bank nie robi na mnie wrażenia. Nie czuję wielkiej misji, satysfakcji czy podekscytowania. Żal może trochę, obojętność głównie.

Tymczasem wróciłam na chwilę do Centrum Mojego Istnienia, na czwarte piętro, do pokoju z widokiem na łąkę.
Kiedyś usilnie chciałam planować przyszłość, osiągać coraz więcej. Ta łąka stanowiła pustkę, ograniczenia i brak perspektyw. Na siódmym piętrze mam las wieżowców, które przysłaniają mi drzewa, trawę, niebo... Teraz już nie planuję, nie mam takiej potrzeby. Koi mnie ta łąka za oknem. Lubię patrzeć jak trawa i drzewa uginają się pod naciskiem to wiatru, to deszczu.
I miasto. Lubię stawać po środku niego i czuć na sobie powietrze, a nie ludzi ocierających się o mnie, czy spaliny. Lubię chodzić po chodnikach gdzie nie zamiata się liści ani kasztanów, pomiędzy jesienią, pomiędzy drzewami.

W moim Centrum Wszechświata byłby raj. Byłby, bo o jedną osobę tu za dużo i o jedną za mało.


--
Niedługo muszę wracać. I wciąż nie wiem czy więcej we mnie poświęcenia czy miłości, i czy miłość jest poświęceniem, czy odwrotnie. Boję się czyhających upokorzeń, bezradności i ogłuszającego chaosu, braku przystani gdzie można byłoby wywalić nogi i zakotwiczyć, smutku, który owija człowieka i obezwładnia, nerwicy natręctw, długich popołudni, krótkich i bolesnych poranków, zbyt wielu słów siedzących we mnie i braku rozmówców, zgagi, która mnie dręczy, kiepskich wyników morfologii, zdiagnozowanej anemii i hałasu.