niedziela, 29 października 2006

dzień świstaka

nie piszę. nie piszę, nie dlatego, że leń mnie zjadł. nie piszę, bo wciąż jest dziś. permanentne, niekończące się dziś. wprawiające w amok, w przerażenie. powodujące zamrożenie uczuć, potrzeb i emocji. wywołujące chaos i stagnację.

a ja egzystuję jakoś. pomimo głosów wewnętrznych tudzież permanentnie* wyrzutów sumienia dręczących moje właściwe JA. pomimo zmęczenia monotonią oddychania i tym, że wciąż jest dziś, a jutro pozostaje marzeniem. pomimo permanentnego* stresu przewlekłego, którego powodów nie wymienię, bo szkoda czasu i atłasu. kreuję kolejną namiastkę prawdziwego życia. żenada. RE., etc. ciekawa jestem tylko jak długo to potrwa. bo w to, że wniesie coś konstruktywnego poza ubarwieniem owego czasu, to ja już nie wierzę.

a co do jutrzejszego spisku, to nawet nie odczuwam wyrzutów sumienia. normalnie nic, zero, null. oj, chyba schodzę na psy...


//wielu rzeczy nie pamiętam. naprawdę wielu, ale czasem przyjdzie mi do głowy taki głupi pomysł. potem szybko idzie sobie precz, tylko śnią mi się takie bzdury, że głowa mała. że żal wspominać. są jacyś mężczyźni i jakieś kobiety, pocałunki ich, i moje. czasami nawet nasze wspólne. no przecież mówię, żal wspominać. zwłaszcza po przebudzeniu.


* dziejszy odcinek permanentnie sponsoruje słowo "permanentnie". dziękuję za uwagę, że hej, że ho... ho-ho, o.


30. października; 17:30
no i to by było na tyle w ramach namiastki prawdziwego życia. z prawdziwością to za wiele wspólnego nie miało, może jedynie z marzeniem o prawdziwości. taka sobie chimera, która umiera gdzieś w wielkiej wirtualności, tworząc ciąg dalszy już tylko w mojej głowie...


♪♪ renata przemyk - bo jeśli tak ma być.mp3

poniedziałek, 16 października 2006

małe i duże jesienne du-bi-du

nastał czas mniejszych lub większych arcydzieł kiematografii przy świetle księżyca i smaku herbatek z malin. bezsenności nocnych, zasmarkanych chusteczek, groplinosiny i czosnku. babcinej szarlotki, szeleszczących kartek z notatkami od dr KO tudzież SAMO-ZŁO (jak kto woli). czyli jesień pęłną gembą, nie ma to, tamto!

bardzo monotonnie zrobiło się. krzyk, pobudka, jedno oko, drugie, najważniejsze decyzje dnia, oczekawianie, że wstać albo i nie, ubrać się, umyć, kanapka albo i dwie, czasem może nie, i znów krzyk, krzyk, krzyk, w kółko tylko krzyk, a potem wyjść czy raczej uciec, i czas płynie inaczej, od przerwy do przerwy, i wrócić, a może raczej spanikować, i znów ten krzyk, krzyk, krzyk, i coś może zjeść albo znieść (ten klimat), i coś może obejrzeć, ale wciąż i bez przerwy, tylko ten krzyk, krzyk, krzyk, można się też umyć, oczy zamknąć, zasnąć... ale nie, nie, bo ten krzyk, krzyk, krzyk... i ona, i ja, i ona, i ja, i ona, i ona, i ja, i ona, i ona, i ona, i ona... i już nie wiem gdzie ja, czy ja... bo ona.
//jeśli ktoś zrozumie ten potok, dostanie ode mnie prezent - w miarę możliwości moich (i chęci - jasna rzecz). pani z konkurencji wyłączona, pani wie za dużo, o! a jeśli nikt nie zczai, że tak slangiem się wyrażę, to dobra nasza. moja mała tajemnica spuchnie we mnie jeszcze bardziej. na zdrowie... i na chorobę (mi inne środki)!


--
wszyscy ważni umierają. a ja mówię wam, że czym bliżej, czym dalej, tym większe mam wyrzuty. że nie było życzeń, że się nie uśmiechłam, nie powiedziałam, nie spojrzałam i że tyle lat straconych, tyle na marne, w zapomnienie. że tyle nie wyszło, nie poszło, przeszło... a ile zostało nikt nie wie, nie powie, nie pomoże, nie zaszkodzi, nie pokaże i nie przeszkodzi. ale, że może sama, że może samo... samo jakoś tak wyjdzie. wyjdzie, wejdzie, przejdzie, pójdzie albo... albo i nie.

piątek, 6 października 2006

obcy III i inne androidy

epizot trzeci - całkiem obcy i mroczny. siadam w kącie, narracja trwa. załączam tryb outsiders'ki i przeczekuje czas, który mi tam pozostał. tak jakby przeczekuje życie.

kłamał. oni wszyscy kłamią i to w żywe oczy. kłamią kiedy ich się o coś pyta, albo sami bez rzadnych sugestii. tak jakby wiedzieli, że kłamstwo jest tym, co w danej chwili pozwoli nam przetrwać. odwróci uwagę od meritum. a oni zdąrzą uciec nim zauważymy, że to kolejne kłamstwo. później pójdą kłamać komuś innnemu, a jeśli nawet kiedyś wrócą to zawsze z przekonaniem, że stare kłamstwa już wyblakły i przyszedł czas na nowe. i to się tyczy wszystkich, bez wyjątków. bo kłamstwa są tym co w ich mniemaniu pozwala nam oddychać głęboko, napierać powietrza w płuca i wydmuchiwać je, i tak w kółko... uważają, że tylko kłamstwo pozwala pompować naszą krew, przyprawia o zawrót głowy i daje szansę. i wiecie co? w gruncie rzeczy, mają rację...

a ja naprawdę oddycham tylko wtedy kiedy się śmieję. ale doprawdy nie wiem kiedy ostatnio śmiałam się tak naprawdę... tak naprawdę, naprawdę. czy raczej kiedy się uśmiechałam... nie, nie macie racji. nie wyjchodzi na jedno.

i fajnie jest kiedy ich nie ma. można zapomnieć sobie o życiu, choć na chwilę, na małą chwilkę. siadamy sobie wtedy z elitą i lachamy do upadłego. że aż boki bolą i w dołku ściska. i nie ma głupich, nie ma mądrych, nie ma, że nie wypada, że tak nie można. trzeba, bo się pęknie inaczej. potem, potem to już się nawet nie pamięta po co, dlaczego, z jakiego powodu i w jakim kontekście. potem wraca się do siebie, do własnej rutyny.

a teraz zróbcie sobie nową bombkę. o!



--
niedziwujesie-niedziwujesie a ja może troszkę. ale tylko troszkę, a może jeszcze mniej. bo w nocy budzi się we mnie mały bohater. taki co niesie ze sobą całą mase niestoworzych opowieści i mydli oczy, i zatruwa umysł. a w dzień? dzień to już inna historia, za dnia rządzi mną mały, ale całkiem duży... terrorysta.


♪♪ hey - mru-mru.mp3