poniedziałek, 27 grudnia 2004

o-pole

Nieoczekiwana zmiana miejsc i sytuacji. I teraz wszyscy mogą się cieszyć. Macie mnie z głowy na pięć długich /albo i krótkich/ dni. Jadę jutro rano do Opola, a wracam w przyszłym roku.

si jaa! /czy jak to sie pisze/

dlaczego?

Ostatnio zamykam sie w pudełku po zapałkach. Ciasne, ale własne. Nie warto jest myślec pozytywnie i wierzyć, i tak gówno z tego wychodzi. /No Marika, no. No, bo nie popadaj w paranoje, no. No olej, no./ Cholera, łatwo jest mówic. Bełkot, jeden bełkot, czysty bełkot. Idzcie wszyscy w cholere ze swoimi mądrymi radami. To co widac mi wystarczy w zupełności. Moge odgryźć sobie ucho i tak nikt tego nie zauważy. Mogę stanąć nago na ulicy... nie, bo ludzie powymierają od tego widoku. /ozgrozo/ Mogę chodzic po ścianach... a to właściwie już robię. Róbcie co chcecie. Możecie wypróć mi flaki, uznam to za przysługę. Dla mnie i dla całej ludzkości. Mniemam, iż nie powinam już istnieć. Nie, już nie. A chroniczna sraka trwa.

Dlaczego? Bo za lużo ludzi twierdzi, że wie, a nikt nie stara sie zrozumieć. Nikt nie spyta co czujesz dziecinko? Nie powie popłacz sobie, ja podam chusteczkę, nosek wytre, pozapinam suwak od płaszcza. Bo "wiedzą wszystko". Mowią zrób to... zrób tamto... nie rób tak... no co ty wyprawiasz głupcze? Znają przyczyny, przebieg i skutki. Mówią co mam robić... A ja mała głupiutka wciąż szukam ramion, które zechciałby mnie przytulić.

Noc z głowy. Bezsenność to choroba oczu czy duszy? Dawno tyle nie ryczałam. Fakt. //.zabijmnienimontozrobi.// Rach, ciach, ciach... błyskotki poszły w ruch. I znów mam ochote na szluga. otco.

.niechmiktośwsypietruciznedokawybłagam.

♪♪ Drinkin Park - Piękna Bejbe.wma
- macica mi skacze. otco.

sobota, 25 grudnia 2004

/cudu i świąt na święta/

Bo choinka jest sztuczna, tak jak i atmosfera. Alecotam. Święta - dwa marne dni. Prześpi się. Przeczeka. Nie? Tak jak sraczke podczas tych dni. Ale... mimo wszystko wyjątkowo źle znosisz połączenie jednego i drugiego. Jak wlewają się w ciebie najwieksze żale, a wylewa - krew. /zabrzmiało makabrycznie/ Byś mogła przeleżec wpatrzona w sufit albo wcóśpodobnego. Racje miała mędrka /czy tam medrzejka..? nie wiem jak to sie odmienia/ U. Przede wszyskim cudu i świąt na Święta... przede wszystkim.

Jestem dzis... nie. Ja dziś zwyczajnie nie jestem.

środa, 22 grudnia 2004

świąteczna szopka

Ja i tak wiem, że niektórzy walą komentarze bez czytania. Ale wcale się im nie dziwie. Sobie też nie kiedy piszę kilometrowe notki. A róż wcale nie jest oznaką świetnego nastroju. Wręcz przciwnie. I brak łez tak samo. Bo powódów do wylewania ich mam miliondwieście, ale sił już brak. Obraz na grafice to wyraz mojej melancholii i wielogodzinnego leżenia na biurku wpatrując się w odblaskujące lamki choinkowe. Albo w niebieskie delty żył na moim nadgarstku rozpaczliwie krzyczące, że wolałyby nie być. Ale są, a ja jestem aż tak złośliwa, że im wcale nie pomogę spełniając ich prośbę. /Dlaczego noc nie trwa wiecznie?/

Kiedyś pojadę do Finlandii. /czemu mam wrazenie, ze wszyscy smieją sie pod nosem./ A ja chce tam jechać, bo tam wszystko jest inaczej. Powietrze cały czas zamarznięte i ciągłe noce polarne. A bo w dzień nie można myśleć. /ferie to zły czas. bo za dużo go jest do myślenia./

Dziś w końcu udało ci się M. porozmawiac na gadulcu z tajemniczym. Łatwo nie było, ale znow nie tragicznie. /w końcu to on do mnie zagadał/ Że sylwester pod znakiem zapytania. No tak, ale w razie czego samotny sylwester w czterech ścinach nie byłby dla ciebie niczym obcym. Wręcz przeciwnie. W końcu do tej pory tylko tak je spędzałaś M. A mimo wszystko będziesz zdania, że tajemniczy coś ukrywa. Bo do tej pory nie napisał, choc obiecał. /mam małą prośbę. rób co chcesz bylebyś wystawił "kawę na ławę". przytul mnie albo spierdalaj? wszystko jasne?/

Doszłam do wniosku, że nawet jesli miałabym wybrać jakiekolwiek miasto w Polsce, w którym mogłabym zamieszkać to byłby właśnie Wrocław. Niezonszę tego miasta /bo nienawidzę to paskudne słowo, którego właśnie nienawidzę/ Jestem potwornie przekorna i lubię robić na przekór wszystkiemu i wszystkim, nawet sobie. A po za tym chciałabym sprawdzic sie w sytuacji ekstremalnej dla mojej psychiki.

Świąt też nieznoszę. I tej całej świątecznej szopki. Najchętniej wrzuciłabym bombę do buta mikołaja, a świątecznemu karpiowi odrąbałabym ogon i inne członki. Rodzina, która cały rok żyje ze sobą jak pies z kotem bluzga na siebie ile wlezie przez jeden w dzień w roku przygryza języki, szepcze bluźnierstwa pod nosem. A moja to już nawet nie udaje. Bo i po co? Niech żyje magia świąt. /miało zabrzmieć ironicznie/

wtorek, 21 grudnia 2004

tęsknota co zrzera

Jaak człowiek ma pecha to mu w drewnianym kościele cegła na głowę spadnie. otco. W niedziele przeszłaś się M. z A. na uczelnie zanieść ciasto /bo sprzedawali jeden kawałek po 1 zł dla domow dziecka/. Już wracaliście kiedy to swoim sokolim wzrokiem wypatrzyłaś R. z siatką i jakimiś trucinzami /ciastami/. Pierwsze słowa, które wyszetałaś brzmiały doprawdy ciekawie... /kurwajegowdupepierdolonamac!/ A R. olał cię jak olewa się trawę na wiosne. Stanął, ale w ogóle nie spojrzał na ciebie i tak jakby zwracał się i mówił tylko do A. Taa... wiem.... chuj mu w dupę, ale i tak jakoś dziwnie tak. Wolałabyś jednak żebyś to ty go olewała bardziej i mocniej i żeby on to odczuł, a nie ty. Ale jeszcze odczuje, przysięgasz to sobie. Odczuje!

No i chyba odczuł już w poniedziałek i wtorek kiedy to zachowywał sie już jak gdyby nigdy nic, lepiąc sie do ciebie jak guma do buta. Bo pytał czy tyś M. zła czy taka, owaka... Tyś nie zła, tyś roztrzęsiona, zdenerwowana. Wiesz, że nie powinnaś za bardzo go unikać, bo później to bedzie gorzej. Z resztą chyba za bardzo nie chcesz, choc wcale nie wiesz czemu. On nawet chcieć znów cię odwiedzić pod pretekstem korepetycji z exel'a. Ale siakoś tak wyszło, że w końcu nie sytał cie o ten numer telefonu. Może i dobrze. Zobaczymy.

Z niedzieli na sobotę sen był dziwaczny. Bo juz tylko takie miewam. Już nawet nie są o psy ganiaące za mną jak opętane. Tylko znów... daa... bo z chwilą kiedy przekonuję się, że po prostu ja plus porządny facet to nieżmożliwe. Że te zbiory zwyczajnie nie pokrywają się. Wtedy przypomninam sobie, że... Przypominam sobie o... A ten sen to nawet dziwny był. Tak, dziwy był, ale całkiem miły. Tak, całkiem miły dla mnie. Właśnie miły był.

Koputer mój wyleczony z około 60 wirusów za pomocą Raka /chłopaka A./. A tak ci było dobrze z tym wiernym i licznym towarzystwem... I pieniądze leżą na ulicach trzeba sie tylko po nie schylić. Dziś wracając z zajęć znalazłyście z G. 150 zł na śniegu. trzeba było przygrnąć biedactwa. I nie widzieć czemu ty M. nadal myślisz o tej jednej połowie, czyli 75 zł. Ale nie tych, co siedzą w twoim portfelu, ale o tych, które wylądowały w portfelu G. Doprawdy ciekawe.

♪♪ Edyta Bartosiewicz - Moja ulubiona pora roku.mp3

sobota, 18 grudnia 2004

głaz

Jednak głupiaś M. i to bardzo, bardzo, bardzo... chuj z tym! chuj z nim! /poźniej bedzie/

Piątkowo-wieczorny spacer i kawiarenka. Śmisznie, uroczo. Tak żeby oderwać się ma chwilę od przeboi z R. /A co tak naprawdę tenteges i w ogóle to sam Abraham tego nie wie.../

Źle sie stało. Bo R. się godziny poprzestawiały i słowa i deklaracje. Wszystko sie poprzestawiało. Wszystko ci się M. przypomniało. Wszystko. Ten ból co kiedyś, to upokorzenie... wszystko. I może przesadzasz. Może. Bo twoje NIE chyba nagle zaczęło brzmiec dawaj dalej. Choć tys tego tak napawdę nie spostrzegła. I co z tego żeś broniła się jak lwica? I co z tego, żeś się obroniła? Przypomniał się M. sprzed roku, przypomniał się ból. I teraz spada R., spa-daj! Ale to już! /wiedz, że właśnie w myślach bije cię po gębie i chodze po twojej parszywej mordzie w szpilkach, choć tak naprawę ich nie mam./ Szyja piecze. Wrzuty sumienia, wyrzuty szyi. Zwyczajnie cholernie boisz się teraz M. Kupa - otco.

Boże, dzieki Ci za A.! Dzięki, że jest, że przytuliła... że jest.

♪♪ Renata Przemyk - Bo jeśli tak ma być.mp3

czwartek, 16 grudnia 2004

/bogwiazdywibrowały/

Chciałaś napierw napisać olbrzymią notkę. Rozpisać się najdrobniejszych szczegółach. Ale nie. To jest tylko twoje. Tylko i wyłącznie twoje i nie zamierzasz sie z tym nikim dzielić. Nawet z samą sobą. Bo zbyt magiczny wieczór. Bogwiazdywibrowały. Bonie.

Zastanawiasz się tylko jak można tesknić za osobą, która defakto jest /jeszcze/ obok? Pewnie to troche na zapas. daaa... ty to masz pecha, ale nikt nie musi mi tego uświadamiać. Wiesz o tym sama bardzo dobrze. Ale to co się stało /ewentualnie stanie/ będzie twoje. Zaw-sze two-je. Cokolwiek, kiedykolwiek się wydarzy. /a kwestia zaufania nadal jest niezwykle czujna. zbyt dużo przeszłaś M. żeby tak po prostu oddać siebie/.

Bogwiazdywibrowały. Bo nie pozwolił wrócić samej. Bo dostałaś to i to, i tamto... /.nieważne.nieważne.nieważne./ Jesteś boska M., jesteś boska! /głupia?!/ pff.

.panowciezagrajciejeszczecoś.

♪♪ Goo Goo Dolls - Iris.mp3
- uzależniłam się od tej piosenki emocjonalnie

środa, 15 grudnia 2004

/bujawobłokach/

Wtorek zaliczmy do dni z cyklu: "smutne". Bo R. napisał poprawe kolkwium i nizgruchynizpietruchy wyparował z sali. Bo R. miał wypadek. Samochodowy, żeby nie było. Samochód ucierpiał, R. niewiele. I na kółku nie byłaś M., bo jakoś tak mdle, smutno i ponuro.

A dziś A. wzięła sprawy w swoje ręce. Rozmawiała o tym i o tamtym z bujnowłosym. /w damskim kiblu żeby nie było. i zostali nakryci przez inną A. jołjoł./ To dobrze i źle. Dobrze, bo może mi sie coś rozjaśni(?) Źle, bo ta pinda nic mi powiedzieć nie chce! Tylko, że mam się nie bać, że zaufać. I że on szczerze, ale to tak szybko nie będzie. A ja i tak się boje. Za mało wiem, zbyt dużo czuje. I ten wzrok. Zachować cokolwiek się wydrzy.

Teraz prosze mi wybaczyć pływam w marzeniach i nie chce wychodzić na brzeg.

♪♪ Brian Adams - I'll Be Right Here Waiting.mp3

środa, 8 grudnia 2004

kupa, kupa, kupa

Zapomniło mi się napisać o czwartkowej popijawie. Tyś i tak uważać, że to być mało mimo, że zdrowo ci wtedy odjebało. Z resztą ostatnio zdarza ci sie to coraz cześciej. Może wtedy po prostu najłatwiej nie-myślec o życiu? No może.

Poniedziałkowe hulanki, obserwacja R. podczas akrobacji na wf-ie. I rozmowy i karteczki, i napisy, i jego napis /chyba/ "fajna dziewczyna". Jak ja lubie kiedy wbija mi w czubek nosa papierowego samolocika. Chcę więcej takich samolocików, które przeszły by katastrofę w częsci mojego nosa, a nawet w innych częściach mojego ciała. /nono... tylko bez skojarzeń. mówie np. o czole/ Ale dupa blada, nie będzie więcej. Jak zwykle u ciebie M., udaje to ci się tylko tzw. zjebane życie. R. najprawdopodobniej od przyszłego semestru bierze urlop dziekański i jedzie do Anglii, do pracy. /Do I have necessarily still to pretend happy?/

A on nowego roku odcięta od sieci(?!) /o zgrozo, nawet boje sie o tym myśleć!/

I wreszcie dłuuuugich dwóch miesiącach czekania przyszedł zajefajny list od U. na zajefanym żółtym papierze i równie zajefajne bransoletki. Dziekuję dobra kobieto.

♪♪ Fasolki - Zając Poziomka.mp3

niedziela, 5 grudnia 2004

z cyklu...

Caaaaaały czwartek patrzenienaR. Tak, wiem to cholernie głupie. Głupie jak puszczanie bąków w towarzystwie. /daaa... niech sie Pani od angielskiego kultury nauczy i nie pierdzi przy mnie na głos/

Bronic swego to ty M. potrafisz. Rękami, nogami, gębą i czym tylko masz możliwość. Aż później iskry lecą. Nawet gdy to żarty. Śmisznie było, nie? I w koncu obudzilaś sie M. /I R. nawet zwraca wtedy na ciebie uwage/ Ale przynajmniej był powod wygiąc gebe w banana.

Piątek. Iść pod tę kawiarnię, wdychając głeboko powietrze, nie spóźnic się, wziąc dyskietke i wybyć. Wracając posuwistym krokiem celebrując wielkie nic otczające cie zewsząd. /bo duuuchota ostatnio wszem i wkoło/ Plan został makabryczne znisznony, odworząc mnie do domu zostałam pozbawiona samotnego spaceru.


Ostatnio stanowczo nadużywam "daaa...". /daaa... a to stanowczo wpływ U./

♪♪ Tomasz Żółtko - Kochaj mnie i dotykaj.mp3

środa, 1 grudnia 2004

/dziadekcyklop/

Nie patrzeć na tytuł, bo jest bez sensu. Ja też.

Fazowo jest. We wtorek na angielskim R. zaprosił mnie na miejsce w ławce obok siebie. /łoo ho ho... cóż za zaszczyt.../ Rozdaje uśmiechy, wita mnie entuzjastycje. A może tylko tak mi się wydaje. /Obstawiałabym jednak te drugą opcje za bardziej prawdopodobną./ O tamtym ani słychu, ani dychu. Może okazji brakowało /czyt. sam na sam w cztery oczy/, a może tak po prostu. Szczegół.

Powietrze cholernie ciężkie. Znów osiada na klatce piersiowej ze słoniową ciężkością. A Z. znów ze mnie zakpił. Jak mogłam być aż tak naiwna, że może tym razem, że może. /po co w ogóle odzywał sie?/ Żadnych tłumaczeń, żadnych wyjaśnień. Żadnych uczuć czy emocji. Żegnaj i już. Otco. Nienawidze nieświadomości. Nie, nienawidze to zbyt brutalne słowo... nieznosze. I później snuje domysly. Głupie. Niepotrzebne. Niedorzeczne. Nielogiczne, choć wegług mnie jedyne prawdziwe. /B., Ty wiesz o co mi teraz chodzi, nie? oj wiesz doskonale.../ Ziolowe tabletki uspokajające sposobem na wszystko(?) /Nicnierozumiem./

A andrzejki poetyckie niechaj chuj strzeli! No może po za darmowym winem. Tego poprosze wiecej. Zbyt wypluta byłam żeby cokolwiek "przeżywać". A ciężki oddech starca w drugim rzedzie jeszcze bardziej zakłucał mój spokoj psychiczny. /Co tam mosty. Jeśli pożyczysz zapałki schajcuje wszystkie na raz./
A facet od biomedyki zrobił niezapowiedziane kolokwium. /Kijmuwoko./ A później pieprzył cos o mutacjach. I później to cyklopy mogą byc normą.

A w moim mieście grasuje gwałciciel. Zgwalcił już pieć osób. No to kiedy idziemy na wieczorny spacerek? Może byc faaaajnie. /bo idea wie co mówi, nie?/

Królową balu zwanego moim życiem /jak zwykle/ została niedoceniona Ulka. Gratulacje po odbiór nagrody zapraszamy po śmierci.

♪♪ Edyta Batosiewicz - Sen.mp3

poniedziałek, 29 listopada 2004

/aleosoochozziii?/

Tak. Ludzi o słabych nerwach proszę o zamknięcie tej strony. Jakby co to ostrzegałam.

Ktoś bezczelnie włamał mi sie na nr gg. Zmienił hasło i zajebał mi tenże numer. A niech go piekło pochłonie. /Dla zainteresowanych: nowy numer w linkach o mnie./

Piątek troche nudny i troche szalony. Sobota w rozjazdach, niedziela statyczna. Sobotni wyjazd troche wzbogcił mój portfel. /Bógzapłać. /

Poniedziałek taki niepozorny. Taki deszczowy i zyczajnie niezwyczajny. Tyś widziała M., że R. jest jakis dziwny. Juz na początku mówiłaś o tym. Mó-wi-łaś. Pomijając fakt jego urody, która nie jest najważniejsza. Widziałaś to jak rzucał oczami na prawo i lewo, rozdawał usmiechy od niechcenia, głaskał i pląsał. Do wszystkich dziewczyn na raz i do każdej z osobna. Alenic. Dopóty do póki cie to nie dotyczyło przymykałaś oczy. Nawet jak ciągnął za misia przy twoim plecaku. I jak puszczał oczka w czasie wygłaszania referatu. Jak mówił trzy po trzy nie wiadomo co. Tyś strasznie zboczona M. Ale tylko w gębie. Mówic to ty potrafisz, kojarzyć tak samo. Żart ci się wyostrzył niesamowicie. Ale jak to mówią... takrowaktóradużoryczymałomlekadaje. /A może później on chciał to zwyzajnie sprawdzić?/ I tak to wszystko sie ciągnęło. Aż do dziś, bo gg i niby-casting, i moja pomocna dłoń, i żarciki, i niby-komplementy, i niby-niemoralne propozycje. Bo ja to wszystko tak na żarty, dla zabawy i w ogole. Żarty się skończyły kiedy Pan R.,stwierdził, że on nie żartował i przyciągnął cie za babciny szalik do siebie dzis przed lekcją w-fu. Wyganiając wcześniej z korytarza biedną G. /Ona spanikowała, a co dopiero ja./ Alecotam. Nadal mysle że żartuje. Tyle, że jak już nachylil sie w celu udowodnienia mi, ze jednak nie zartuje i /co twierdze mysleć i wnioskowac/ w celu pocałowania mnie /olaboga!/ - uwierzylam. Odskoczyłm ma sie rozumieć. Pragne nadmienić, że Pan R. ma dziewczyne. Taki drobny szczegół, nie? Toteż użyłaś M. za argumenty. Że są zobowiązania, że jest dziewczyna i Ty nie możesz, po prostu nie możesz. Później cos tak jeszcze, że to nie tak, że później wyjaśni, że cośtam-cośtam. Aniechmutam. Czekam jutra. Jak zacznie temat to z mostu musisz spytać się M.: aleosookonkretniechozzzi? Boś się pogubiła i skołowała. A jak nie to może i lepiej. Zapomniec o wszystkim. Jak gdyby nigdy nic.

A to wszystko przez Ulke, bo poszłam w jej ślady pisząc o castingu. Jeden opis i tyle konsekwencji. /Oj niedobra kusicielka z tej Uli./

PS.
/ Ciekaweczywszyscygóralesątacybezpośredni? /

♪♪ HEY - Mehehe.mp3

czwartek, 25 listopada 2004

dzień pluszowego misia

Tak, tak tam w lustrze to niestety ja... Masz babo placek. Teraz sobie pomilczysz sobie. Może na troche a może na zawsze. Bo siły już brak zupełnie. Miejsca na nowe blizny też. Żyletki sie tępią. A słowa bolą i męczą. Za dużo słów.

Ogladanie bachora, który z premedytacją ładuje sobie do gęby kawałek tektury i miętoli go pod językiem nie jest budującą rozrywką. Można wierzyć na słowo. Ale każde /ciepłe/ miejsce jest dobre na przechowanie M. w przerwie miedzy zajeciami a "kółkiem".

Dostałaś M. zaproszenie. Andrzejki poetyckie, cóż za głupia nazwa. Alecotam. Iść musisz jako jedna z atrakcji wieczoru. Wypisali Cię na zaproszeniu z imienia i nazwiska, jedną z czcionek z WordArt. Że na dole to nie szkodzi. O anrzejkach ma być, no nie? /"A co na temat tego magicznego czasu, Chcą nam powiedzieć N A S I P O E C I ?"/ Kurde to chyba też do mnie to pytanie, no nie?! /olaboga/

Jest. Wreszcie. Ocena z referatu. cyfra numer pięć. Bo dzień święty trzeba święcić. A SIMS-y są beznadziejne. "Moja" rodzinka chodzi cały czas niezadowolona i przygnębiona. /Skąś to znamy, nieee?/ A dziś zajęcia odwołali.

Tadam! Jako, że dziś jest dzień pluszowego misia chce życzyć moim obu misiom pluszowym gęstego futerka /bo takie dobrze sie przytula/, cierpliwości /żeby wytrzymywały kiedy żale sie im/, twardego ciała /żeby dzielnie znosiły kiedy za mocno je przytulam/, dużej chłonności /żeby dobrze wsiąkały moje łzy/.
.potychżyczeniachwidaćżecholernazemnieegoistka.


♪♪ HEY - Misie.mp3


dopisek: 26.11.2004 - godz: 18.06
A on /znaczy sie K./ ukrywa sie /przede mną?/ na gg. Myśli, ze ja nie wiem. Nie widze. Czycóś. Ale ja o wszystkim dokladnie wiem. Niestety. /Po co do jasnej cholery ta cała maskarada?/

poniedziałek, 22 listopada 2004

wcale

Siedzisz tu ze swoją herbatą z hibiskusa wyglądającą jak barszcz czerwony. Wcale dobrze nie jest. Nadal nawet jedno słowo w gadulcowym opisie wierci w twoich oczach dziurę. I to nie tak, że tak ma być, że ci tak wygodnie i że robisz to, bo chcesz. Nieprawda.

Znów pada śnieg. Później nogawki mokre, wszędzie pełno glinybłotnistej nawet w sercu. A bałwana za oknem zamordowano z premedytacją. I jak ja mam znów zaufać ludziom?

Bo koleś od w-fu leci sobie w kulki. No nie można tak. Nie i już. To niedozwolone żeby tak, a nie inaczej. Klucha w gardle i do przodu. /cotobędziectobędzie?/

Odezwal się Z. Nic więcej nie powiem, bo na razie to nic nie znaczy. I wcale, wcale to nic nie znaczy. Za duzo nadziei.


.paniepolejpanjeszczekolejeczke.

♪♪ K. Nosowska - Keskese.mp3

piątek, 19 listopada 2004

a na dworze zapiździucha, ino wiater w dupę dmucha

A dziś z rana obudziłaś się z krwią w nosie. Jak za dawnych lat, nie? I śnieg padał rzęsiście jak przed rokiem. I stary blog i stare myśli, ale jakoś sytuacja nie ta. I dziękuję za wczoraj. Chyba tylko sama sobie. Nie sądziłas M., że potrafisz jeszcze z ta osobą normalnie rozmawiać potrafiła i malo tego lubisz to, bo lubisz tę osobę. Bo warto bylo. Bo niewielu znasz ludzi, ktorzy tak dobrze cie znaja. O ktorych mozesz powiedziec, mimo wszystko wiem, że prawdziwy. A o E. nic nie powiem! Nic a nic, jak na złość. Bo nie zawsze wyszytko jest takie jak wygląda.

Wykładowcy olewają, na zajęcia nie docierają. Czeka sie na nich i różne głupie głupoty przychodzą do głowy. Pokazujesz reszcie niecenzurowane obrazki on-line i owa resza dostaje fiu-bździu. Żeby było jakoś. Telefonicznie, spazmatycznie, erotycznie. A ty tylko sidzisz z boku. Obwerwujesz. Podziwiasz siłe i moc. Bo ty tak nie potrafisz. Ani tak, ani jeszcze inaczej.

Alarmy pożarowe czasami dzwonia same z siebie. Wywołują hasła informujące: pali się!, wywołują nerwowe drżenie nóg, nadzieję i pozniej jej utratę. W zginięciu w pożarze nie brałabym udziału. Za zginięce w pożarze zabrali by mnie do nieba. Co nie?

Co one wiedzą? No co? Gówno! Rozmądrzają się, dyskutują nie mając pojęcia o tym jak jest, jak może a jak nie. A póżniej nerwy ci puszczają mała M. i krzyczysz ze złości i tupiesz nóżkami z rozpaczy. A może na odwrót...(?) A poźniej kawa ma smak jadu. I mimo łagodzenia sytuacji cukrem pozostaje w pamięci.

(...) przez noc zasypie śnieg nasz park... Bo nigdy nie bedziesz M. [dobą] żona. Nie szorujesz podlogi trzy razy dziennie, kartofle strugasz za grubo. Toż to zbrodnia przecie, co nie? A ty M. nieżywa jesteś. Gubisz gdziepopadnie czapki, rękawiczki, klucze, dokumenty. Starsze babcie wpychają się przed ciebie w kolejkę. A lód klei ci się do nogawek. Psycholożkę olałam. A za moim oknem wyrósł bałwan. o!

A wieje, pada. Normalnie armagiedon.

♪♪ Nosowska - Znów płakałam.mp3

poniedziałek, 15 listopada 2004

bo tak trzeba

Kłamstwo płynęło w twoich żyłach. Wypełniało twoje płuca. Wdychałeś powietrze a wydychałeś kłamstwo. Bo udajemy, że sie nie znamy, ukradkiem spogladamy na odbicia w szybie. Żeby tylko nikt nie zauważył. Żeby za dobrze się nie przyjrzeć. Żeby nie śniło sie po nocach. Żeby.

A dni miają Ci M. coraz szybciej. Jeden po drugim jak pociąg pospieszy. Nawet nie zdąrzysz przypatrzeć sie temu co jest za szybą, nie marząć juz nawet o tym żeby dotknąć, powąchać czy poczuć ich. Tu, tam, siam... wszystko pcha naprzód, ale jakoś w innym kierunku. Prześcieradło lubi zmieniać kolory z białego na czerwony. Życie zjada Ci tkankę nerwową, niszczy siatówkę. A ty w tym tkwisz mała poczwaro. Bo tak trzeba.

I wcale nie chcesz iść w czwartek na kawowepopołunie. I wolabyś zamnknąć się na cztery spusty z kubkiem gorącej czekolady i pilotem od TV w łapach. Bo nieznosisz tej swojej "koleżanki". Bo jak widzisz jej blond kudły to przyprawia Cię o mdłości. Bo takiej to mogłabyś tłuczkiem do mięsa uformować buzię, albo obciąć wszystkie paznokcie i kazać zjeść na podwieczorek w ramach kursu przygotowania do sytuacji ektremalnych. Bo czasami masz ochote wygarnąć toitamto, ale szlak Cię trafia, że nie wypada, że nie można, że nieprzystoi, że później bedzie hardkor. Więc sie meczysz, bo znów tak trzeba.

Czekanie na nic. Obiecanki cacanki, a głupiemu radość. Znów a sama historia. Ja siedze jak na szpilkach, a K. tylko dokłada ich coraz więcej i są one coraz ostrzejsze. Bo trzeba mi znów grać zimną i obojetną. Bo może się obudzi. Ale przecież nie wypada mi narzucac sie, naprzykszać. Trzeba siedzić cicho, bo... no oczywiście bo tak trzeba!

♪♪ Kult - Do Ani.mp3

środa, 10 listopada 2004

podążając za światłem

A tak chciałaś miec nowa klawiature M. Bo stara jest stara, bo klekocze w ogole nic dobrego z niej nie ma juz. No zero pożytku. No i masz czego chciałas. Nowa, nie klekocze, pisać sie na niej nie da. Albo pisze sie ledwo co. Klawiaura jak w laptopach mieciutenka jak pupcia niemowlęcia, malenka jak pucia niemowecia. Szkoda tyko, że nie czuła jak pupcia niemowlęcia. Bo walić w nią musisz jak w bęben żebyś mogła cokolwiek napisać. Pozostaje mieć tylko nadzieje, ze to dziadostwo wyrobi sie i bedzie nadazało za moimi sprytnymi, zwinnymi i zgrabnymi paluszkami.

Myszka też jest nowa. Ta za to działa zwinnie. Jak to myszka. Mała, czarna, optyczna, świecąca z dwóch stron; z jednej na niebiesko z drugiej na czerwono. Bo cza podążać za światłem. No!

O tym, że podążanie za światłem zwłaszcza czerwonym może być świetną zabawą przekonywała mnie Korona w poniedziałek wieczorem. Ta to ma tenpower! Żeby biegać i skakać za światłem laseru. Ta kotka doskoczyłaby do nieba, jestem o tym przekonana!

Ale masz jazdy na angielskim mała M.. Aż baba pomyślała, że znasz ten jezyk lepiej. No coś Pani, ja nigdy w życiu wczesniej nie uczyc sie angielski. Ja tesknic mocno z niemiecki. Ja tylko troche oglądac MTV, sluchać angielska muzyka i conieco rozumiec. I kwita.

W końcu odważyłam się i powiedzialam A. co mnie denerwuje. Mówi, że rozumie. Szkoda, że szybko zapomnina o tym co powiedziałam i co ona powiedziała. Wie toitamto. Że boli kiedy cały czas mówi o swoimchłopaku. Boli i to cholernie, bo M. wie, że M. już zawsze być sama, że nigdy, nigdy nikt nie chcieć M. Więc boli. Tylko A. mogłaby sie domyślić, że obściskiwaniesięilizanie w obecności M. też boli i nie wiadomo czy nawet jeszcze bardziej. I A. nie wie, że na widok par w takich sytucjach M. ma odruchy wymiotne. Bo gdyby wiedziala... Wiec ja - M. odwrcam wzrok, zamykam oczy, powstrzymuje ię przed lawiną zwróceniem... czy jak kto woli wyrzuceniem wszystkiego z siebie.

No przeciez mówiłam, ze na jednym śnie się nie skończy. Że bedą kolene i kolejne i kolejne... No i był. Tym raze z jegomatką w roli głównej. Paranoja. Przepraszam, ale na sny to M. nie mieć żadnego wpływu.

Kółka literackiego nie było. Zaprowadziła nas na spotkanie z jakimś ministrem. Prawie tam spałam. A nogi bolały od nowych kozaków. I jak to minister lał wodę.

Jak mi sie spyta za jakim ugrupowaniem jestem to mu odpowiem:
"Za żadnym. Cenię uczciwość, a to cos zupełnie niezwiąznego z polityką." - pomyslałam

Wyszłam w polowie.


Bo udawałaś jak nigdy mała M.. Ja wiem, trudno Ci było jak cholera. Ale inaczej nie mogłaś. Doszłaś do przystanku, popatrzałaś na rozkład jazdy i na niego ukrywając nieziemską ciekawość odkrycia tajemnicy niesionej przez ten wzrok. Sama nie wiesz jak to zrobiłaś, że udało ci sie spojrzeć na niego z takim mrozem w źrenicach. I możesz być z siebie dumna. Bo pierwszy raz zmroziłaś uczucia. Bo pierwszy raz zdusiłaś je i później nie było już nic. Widziałas jakby on patrzył inaczej... Ale nie! To tylko zwidy, majaki, wyobraźnia. Bo chciałaś chcieć żeby tak bylo. Tylko chciałaś chciec. Ale nie było... pamiętaj nie było. I wmawiaj to sobie, może kiedyś w końcu uwierzysz...


♪♪ 3 Doors Down - Here Without You.mp3
this comes back...


dopisek - 13.15
Nowa klawatura przestała działać. Piszę to korzysając z badziewnej klawiatury ekranowej WINDOWS'a XP. /olaboga/

dopisek 2 - 13.45
Zdjęłam z szafy i podłączyłam starą klawiature. uffff...

dopiesek 3 - 22.18
Nowa klawiatura widac odpoczęła, bo zaczela działać od nowa. /cosiędziejedojasnejcholery?/

sobota, 6 listopada 2004

/nicciekawego/

Trzeba było Ci M. zgłosić się z tej biomedyki w środe. A tak to cykor cie oblecial i musisz meczyc sie dalej. Z odwaga to ty nigdy nie bylas za pan brat. łojojoj...

Bo było jesienno-zimowe chlanie pod chmurką i się M. spiłaś kapkę. Znów? A niech Wam bedzie, ze znow! Noicoztego? Usiedliście wszyscy razem na szczycie stanionu pociągając puszka po puszcze, jedzac chipsy, smiejąc sie, bekając i puszczajac bąki. Bo warto było. Bo masz to gdzies mała M., że to złe i że nie wypada. I że ty taka nie bylas. Ale jestes i bedziesz, bo tak latwiej isc przez swiat. Z niedbale wymalowanym usmiechem przez butelke piwa, czy wina z dolnej pułki... Bo od czasu do czasu i ja musze usmiechnac sie. A skoro inaczej nie mozna, wiec trzeba uzyc jakiegoś pędzla.

Oj zmęczyłaś się M. wczorajszym pobytem w Łodzi. Wniósł on w twoje zycie [albo raczej cialo] mnustwo jedzenia, a w konsekwencji wstret do czegokolwiek co trzeba przezuwac, polykac i trawić. Odchudzic ci sie trzeba bos sie spasła jak prosie! O!


♪♪ Pidżama Porno - Twoja Generacja.mp3

środa, 3 listopada 2004

(...) a potem długo ciemność

I nie lubisz kiedy mówi do ciebie Mariko. Bo brzmi to tak chłodno i obco. I wiesz, że mówi to obojętnie. I chyba wolałabyś by zwracał się do ciebie bezosobowo. Bo wtedy może nie poczułabyś tej obojetności. Bo do ciebie nigdy nie mówił Mariczko. Ani on, ani nikt inny. I mimo, że twierdzisz, iż to brzmi głupio to i tak chciałabyś być dla kogoś Mariczką. Bo wiesz, że od tego głuptakowatobrzmiocegowyrazu bije ogromne ciepło. Bo jest to cz, którego w jego słowach brakuje. Więc czekam.

No i śnił ci się wczoraj w nocy. Ale nie był to pierwszy i zapewne nie ostatni sen z nim. Ale był inny niż wszystkie poprzednie, inny niż inne. Bo obudziałaś się w środku nocy z krzykiem. Trzęsąc sie myslalas czy to jeszcze sen, czy to już prawda...? Bo słowa były ostre, a wzrok miał taki strasznie straszny i ona tez. Tak, ona też taki miała. Oboje osoczyli cię M., oboje. Bo on miał taką zimną twarza, a ona wcale jej nia miala. Bałas sie, bałas. Boisz sie, boisz.

A pomysł i koncepcja P. jest naprawdę dobra. Tylko wcielenie jej w życie będzie stanowiło problem. Bo to nie łatwe zamienić serce na zwyczajną pompę ssąco-tłoczącą. Ojnie. Ale musze sie postarac, bo inaczej ani dnia dłuzej, ani godziny. Bo inaczej nie bedzie już dla mnie zycia w tym mieście, w tej skórze.

Twoje maski są kosmicze. Wczoraj na przykład mogłabyś hihrać się bez powodu na zmianę ze zwijaniem sie z bólu i rozpaczliwym płaczem. A dzisiaj czujesz jakby słon usiald ci na klatce piersiowej. Ale przezyjesz, prawda? Jak nie przezyjesz to mala strata. A jesli jednak Ci sie uda to pare osob sie ucieszy. Przynajmniej beda mieli na kim sie wyrzywac. No bo na co komu innego potrzebnaś?

Wczoraj dostałam tomik. We wdzięczności. Co prawda przysługa niewielka, ale tomik wzięłam. Bo lubie i wiersze, i te panią, i jej poezje. Czytając dochodze do wniosku: nie tylko ja nienawidze wrocławia.



♪♪ Republika - Odchodząc.mp3

niedziela, 31 października 2004

IjustwantyoutoknowwhoIam

Kresek nowych na ręce w liczbie: pięć. I jakoś nie moge wciąż przestać.

Bo wiesz... ja chciałabym żeby niebo było zielone, chciałabym mieć własny tramwaj i umrzeć na raka też bym chciała. Tak, to też. Bo może w tedy ktoś zauważyłby, że byłam.

Nie lubie tego jutrzejszego święta. Tej nadętnej pomapatyczności. Wymuszonych szlochów i ganianiny za niczym. Naprawde trudno jest tęsknić za kimś kogo się w ogole nie znało. Że jestem bez serca i że nie czuje skoro tak myśle? Dziękuję za komplementy.

Rozbebeszam gruszki, bo coś robić musze. Żebyniebyłożejestembezużyteczna.


♪♪ Goo Goo Dolls - Iris.mp3
can't stop...

sobota, 30 października 2004

hulajduszapiekłaniema

Bo one mówią odpuść go sobie. I mają racje. Los jednak nie był dla mnie taki łaskawy. Był na nie. Bo przyszły miesiąc to za dużo czekania. Przyszły miesiąc to może być za 3 dni, ale i za 3 tygodnie... i tyle i tyle i jeszcze tyle... .bokiedyciebieniemamojepiórkojestemwielkiciężkisłoń.

Jego nie osłodziła mi A. autobusowymi szaleństwami. Bo siedznienakoleanie i robieniekonika i hihranie i macanienakolanie i wariacjewtłumie. Bo ludzie się dziwnie patrzyli. Acomitam. Bo hulajduszapiekłaniema.

No po co mi ta godzina dłużej. Jakby 24 mi nie wystarczały. Starczają i to aż nadto. Godzina myślenia dłużej, godzina marzeń dłużej, godzina rozterek więcej, o godzine dłużej zmrużone oczy. Nic więcej. Tylko godzina.

Pani już została zbuntowana. Pani już wie swoje. I może ma Pani racje. Może i ją Pani ma. Tak, Pani ma racje, a ja mam blizny. To chyba sprawiedliwy podział, prawda?



IjustwantyoutoknowwhoIam.


♪♪ Goo Goo Dolls - Iris.mp3

środa, 27 października 2004

troje w łóżku

Bo A. przegina z tym zasypianiem. Jak dla mnie to ona w ogóle nie musi kłaść sie spac. Ale w dzien referatu mogłaby nie przysparzac mi dodatkowych stresow. Pomine fakt, ze musialam do niej dzwonic z komorki, budzić ją i uświadamiać, która to już godzina i że ma sie pospieczyc, zeby tylko angielski opuscic a na pozostałe zajęcia dotrzeć. Bo referat! Gdyby nie ten referat to jak dla mnie mogłaby spac caly dzien. Co prawda i tak nie zdąrzyła przeczytac swojej czesci, ale skad ja, biedna M. mogłam wiedziec o tym z rana....

Wywiad miałam. A raczej coś co udawało wywiad. Bo ja zdecydowanie wolałabym żeby ten redaktor pominął te pytania i moje nieudolne niby-odpowiedzi. Wystarczy te kilka pytań, które przygotowałam wcześniej. Przemyslane, konkretne a nie jakieśtakiebylejakie. I znów było zdjęcie robione. I głupie, i brzydkie i w ogóle lepiej nie patrzeć. Jak już bedzie ta gazeta mną (przypuszczam, że za tydzień) to mam taki mały apel: LUDZIE SPALCIE TO DZIADOSTWO! :P

Bo przyjechała znajoma z Warszawy. Bo przyjechała z Walecznym Jamnikiem u boku. Bo jamnik płci żeńskiej, czarny na brązowo podpalany i tłuściutki. Bo było troje w łóżku. Ja, miś i Xenia. Bo chodziłam z nią na spacerki, albo raczej ona ze mną [biegła przede mną]. Bo nie moge tego zrozumieć jakim cudem ten przeducnej urody piesek może tak szybko zasówać na tych swoich krótkich, słodkich i uroczych krzywych nóżkach.

Oto dowody rzeczowe:





.dopisek - 14.50.
Waleczny Jamnik wyjechał zostawiając po sobie... gówno na dywanie w salonie! Otco. [rzygi]
I kto jeszcze chce mieć psa? [lol]

poniedziałek, 25 października 2004

szczypaj pan, szczypaj... byle moćno!

A dziś rano poszłyśmy z G. po A. Dzwonimy, walimy w drzwi, puszczamy dzwonki, znów walimy w drzwi... Wreszcie po wielu próbach w drzwiach staje rozespana i rozmemłana A. faaaajnie... Ubrac, umyc i najesc sie musiala. A ja pobawilam sie z Koronką i z wielkim niedowierzaniem stwierdziłam: to żyje!

Miałam dziwne wrażenie, że facet od informatyki gapił mi się dziś w dekold. Być może to tylko moje wrażenie. A dziś nie miał do czego się doczepić, bo pomimo to, że korzystałam z netu to i tak wszystkie zadania wykonywałam przed czasem. A kij mu w... oko!

No brzuszek mnie boli, i główka też. Ale nie ważne. Bo cud się zdarzył. Cud na ziemi. Bo szczypaj pan, szyczypaj... byle moćno! Bo był mail i oczyjakpięćzłoty i skakaniedogóry i chodzeniezkątawkątbezcelu. Bo K. napisał, bo K. pozdrawiał, bo stąd pozdrawiał. Bo nogą USA nie dotknął, bo do samolotu nie wsiadł. Bo został. Bo jest. Jest przynajmniej do końca roku. Bo los podarował mi dwa miesiące marzeń więcej. Łaskawy ten los, łaskawy. A losie czy bardzo byłabym zachłanna prosząc o wieczność? Bardzo, bardzo...?

Bo teraz piątku czekam. Bo obiecałam, bo słowa dotrzymam. Bo sms będzie i propozycja też. Bo trzeba mi tylko czekać na odpowiedź. O losie jeśliś taki łaskawy spraw żeby był na tak... spraw... no spraw...


♪♪ 2+1 - Chodź Pomaluj Mój Świat.mp3

sobota, 23 października 2004

dzika Afryka

Czwartek wstaje rano. Myk, myk... i do szkoły. Na szczesnie nie na zajecia, nie tym razem. Tym razem wyjazd do Łodzi. W planach było zwiedzanie łódzkiej WSHE i inne atrakcje wiążace sie z obchotami "dni Afryki" organizowanymi przez władze uczelni. Co prawda liczyłam, ze dzieki temu poznam w koncu po 1,5 rocznej niby-znajomosci [bo internetowej] Rafałka. Ale trudno, nie udało się. Trzeba bedzie czekac dalej.

Jechało tylko czesc osob z mojej grupy, a wraz z nami troche ludzi z 2-giego i 3-ciego roku. Warto wspomnieć, że bez opiekuna. Widać, że nam ufają. W autobusie było wszystko. Tańce, hulańce, swawola i naprawde różne używki. Ale mnie w to prosze nie mieszać! /lol/

Patio mają tam naprawde ładne. Siedziałyśmy we trzy słuchając zespołu bembniarzy cośtam bum bum przysypiając przy stolikach. Dużo krecenia sie bez celu, w celu organizacji czasu i zajęć. Później zwiedzanie tego i tamtego. Zrezygnowałyśmy [bo pojechały same babki z naszej grupy] ze spotkania z Marcinem Kydryńskim i Marcinem Mellerem na rzecz spaceru po Pierynie. Albo raczej na rzecz zarobku... Bo ludzi kiedy się ich przyciśnie to można z nich nieźle wycisnąć. Zwłaszcza na kartke z napisem: "JEZDEMY ZDROWI. ZBIERAMY NA PIWO!!!" cząchając przy tym brązową mycką A. Śpiwanie na cały głos przebojów disco-polo czasem pomaga... a czasem nie. A wniosek jaki można wysnuć z takiego zajęcia jest jednoznaczny: to lepsze niż normalna praca, a ci obcokrajowcy są naprawdę chojni!

Później posiliłyśmy się troche i wróciłysm na uczelnie. Siedząc na korytarzu rozpoczęłam dyskusje z G.:

- No widzisz, nie udało Ci się spotkać Mellera i spytać czy nie skusiłby się na sesję [bo jak wiadomo M. Meller to redaktor naczelny Playboy'a]
- ehh... trudno musze to jakos przezyc - wzdycha cieżko G.

[w tym momencie patrze a korytarzem jak tornado przechodzi wspomniany Marcin Meller...]

- G. biegnij, biegnij. Taka szansa już Ci się nie powtorzy. - zachęcam kolezanke
- Co, gdzie, jak? - zanim sie spotrzegła koles juz sobie poszedl

[chwila czasu i wraca z telefonem przy uchu]

- No teraz mozesz go złapac. - zartuje

[G. tylko smieje sie]

A Pan Meller stoi sobie na zewnątrz budynku i rozmawia przez telefon. Tymczasem doszły inne koleżanki, po tymjak powiedziałąm im kto tam stoi i kim on jest jedna z nich zareagowała ochoczo: To jak bedzie przechodził powiem mu, że mam owłosione sutki. Może się nadam?. Niestety nie było juz okazji do tej propozycji.

Ogólnie źle nie było, ale dobrze też nie. No w kazdym razie nie na tyle dobrze zebym spokojnie myslala o tym, ze ktoregoś dnia bede musiala dwa razy dłuzej siedziec w szkole zeby odrobić czwartkowe zajęcia.


Piątkowe przedpołudnie spędziłam u A. Koffana dziewcynka wyłumaczyła mi biomedyke. Później było trochę rozmów, sesja zdjęciowa z jej kocicą Koroną. Głos jej brata i nawet sekundowy obraz. Bo jej brat jest niczego sobie, a przy tym wiem na co sie porywam, bo przy naszym pierwszym "spotkaniu" był w samych gaciach. Otprzypadkiem. W kazdym razie połuchać, popatrzeć mi wolno. Póki nikt nie wie, ze on mnie się tenteges to jestem zupełnie bezpieczna.


Ja wiem. To nic nie da. Wiem tez, że moje myśli i czyn nieuchronnie dążą do autodestrukcji. Wiem też, ze ni da sie inaczej, ze jesli ona cały czas powtarza mi uparcie: "jesteś zła, głupia, niedorozwinięta, pryszczata, gruba, debilka..." etc., to ja jestem przesiąknięta tym myśleniem do szpiku kości. I ani ta Pani, ani inna raczej nie jest w stanie wyłowic ze mnie człowieka.


♪♪ Edyta Bartosiewicz - Na krawędzi.mp3

środa, 20 października 2004

bo ziemia się trzęsie

A mówiłam, że na tym przedmiocie to nie będzie głaskania po jajkach. No mówiłam. Mówiłam, że bedzie ciezko. I jest tak, że ziemia robi się gorąca i trzesie sie odbijając od innych planet.

Referat sie pisze przez me palce zleniwione i mózg zgoła niepełnowartościowy. Ale sie pisze. Książkę tez się zdobyło i się powoli czyta na zmianę z pisaniem referatu.

Ja nic nie powiem, ale milczeć też nie będę. Właściwie to mimo wszystkich wyjaśniej Ty i tak wiesz swoje M. Wiesz i nikt Cię nie przekona, że jest inaczej. Bo znasz, bo masz doświadczenie, bo to widać gołym okiem. Bo nieznosisz ludzi niestałych w uczuciach i gardzisz nimi niczym wątróbką. Wiesz, że pisząc to wcale nie poprawisz swojej sytuacji, wrecz przeciwnie. Ale milczeć też nie możesz, bo by Ci to mózg, serce i dusze zatruło jak jad złej gąsiennicy, o ile takie istnieją. Poczekasz, jak to było dawniej. Bo przecież już dwa razy już sprawdził się Twój scenariusz, no jakby policzyć Twój przypadek to nawet trzy. Poczekasz i na czwarty i na piąty i na jeszcze kolejny. Bo znasz, bo wiesz, bo czujesz. A jeśli rzeczywiście nie doczekasz się to może wtedy zmienisz zdanie i zaczenisz szanować, a przestaniesz gardzić. Póki co powykszywiasz swoją gębę na myśl o tej, tamtej i owamtej i o...

Jutro Łódź i rozrywka, tańce, hulańce, swawola. Miałam wreszcie poznać Rafała ale bidok pochorował się. Jakoś przez to mi połowę sił i chęci na ten wyjazd ubyło... bo w koncu tak na to liczyłam.

Olaboga! Tego to ja sie nie spodziewalam w najgorszym koszmarze! M. napisala mi sesemesa. O tym jak to ona ma tam cięzko i w ogole. Moze myslala, ze ja tez ponarzekam? A ja w gruncie rzeczy po za tym tym jednym przedmiotem nie moge narzekać. Co prawna ten jeden nadrabia za wszystkie, bo zawiera wszystkie te zagadnienia, ktorych ja nigdy nie rozumialam, a co za tym idzie nie potrafiłam. Ale co ja ją bede uświadamiała i zagłębiala w szczegoly... Jak dla niej wiadomości to jest GUT i to wszystko.

Wczoraj tradycyjnie poszłam do MDK'u, na kółko. To jest ta część tygodnia, którą naprawdę lubie i mimo zmęczenia staram sie nie opuszczac spotkan. Wczoraj to w pewie sposob zaowocowało. Choc nie obyło się bez szoku. Siedze sobie jal gdyby nigdy nic aż tu nagle niejaka Pani nasza opiekunka vel poetka oznajmuje mi, że zaraz wparuje tu Pan, ktory ma przeprowadzić ze mną wywiad. W tym momencie szczęka mi opadła, czyli kasa fiskalna jak to okreslala pewna osoba. I faktycznie wszedl starszy Pan, zrobił mi kilka zdjęć [olaboga!], podał szcześć pytań, na ktore musze odpowiedziec a odpowiedzi dostarczyc za tydzien. I faktycznie w regionalnym tygodniku zwanym "Nad Wartą" będzie opublikowany wywiad ze mną, moim zdjęciem i dwa lub trzy moje wiersze. A te ytania to są zgoła inteligentne inaczej. Brzmią raczej jak na miss "nad wartą", a nie jak na artykuł w kolumnie kulturalnej...

♪♪ Brodka - Dziewczyna mojego chłopaka.mp3

sobota, 16 października 2004

co gryzie i zjada m.?

Bo ja nie lubie moich pryszczy, tłuszczu mojego, szkaradnej gęby, mglistych i deszczowych piątków. Tych ostatnich nie lubie od ubiegłego tygodnia. Bo kapuczino tiramizu z miodem w tej samej kawiarni nie miało takiego samego smaku jak wtedy, a i towarzystwo inne, no i klimat nie ten sam. W mojej głowie wciąż tkwi towarzysz sprzed tygodnia, nie ujmując niczego A. i G.

Głupia M.! Głupia, głupia, głupia! I jeszcze raz głu-pia! Oj za dużo powiedziałaś o tym co w środku, za dużo i niewłaściwej osobie. Bo ty szukasz zrozumienia tam gdzie i tak go nie znajdziesz. Doskonale o tym wiesz, ale i tak się pchasz. No właśnie... jak głupia. Twoja reakcja zwyczajowa, którą doskonale mogłaś przewidzeć, ale i tak się ryjesz. Noipococitobyło? Po-co?

A dziś kontynujacja wczorajszych stanów depresyjnych połączona z referatem z historii wychowania. Nic mi tu nie pomogło ani nawet bananowe mleko. Na jutro trzeba Ci będzie M. wdziać kolejną sztuczną maskę dobrodnia, bo będzie pisanie referatu w kupie.

czwartek, 14 października 2004

delfin też człowiek

Pan od filozofii fajnie prowadzi zajęcia. Właściwie najciekawiej spośród do tej pory poznanych wykładowców.

B. mimo, że Cię szanuje i nadal lubię to i tak twierdzę, że to co robisz jest po prostu żałosne... naprawde szkoda mi Ciebie... Na siłe nic nie znajdziesz. Gdybym ja chciała mieć chłopaka to dawno bym go już miała i to nie jednego. Za przeproszeniem co jakiś czas nowe "byle gówno" znalazłoby się. Tyle, że mnie nie zależy na ilości, a ja jakości... Widocznie z Tobą jest na odwrót...(?)

Bo ewidentnie widzę, że A. ma mnie gdzies i olewa mnie, a K. już pewnie w tej chwili jest gdzieś nad Atlantykiem albo nawet na "Nowym Lądzie". Bo nie moge juz słuchać wywodów koleżanki A. o jej podbojach miłosnych. Nie, ze ją nie lubie. Lubie, a jakże, ale to co mowi po prostu sprawia mi przykrość.

I nic mi dzis chyba nie pomogło. Nawet to, ze mam fajnych ludzi na roku. W sumie to jedyna szkola do tej pory, do ktorej chce mi sie chodzic. Ani robienie tzw. zwyczajowej i tradycyjnej popeliny w autobusie miejskim, w postaci siedzenia na kolenach A., robienia konika i rżenia jak wyżej wymienione zwierze. Ani winozniewiadomegoźródła przyniesione przez R. na uczelnie i popijane przed zajeciami. Ani baton z serii "mordoklejka". Ani Kult, ani napisanie nowego niby-wiersza. Ani nawet niedawno zakupiona książka na merlinie.

Weź mnie za łapę, pociągnij mocno i przytul... tak bardzo proszę...


***
"(...) żadne słowa tego nie opiszą co poczuć może człowiek ciemną jesienną nocą."
[Kult - Lewe lewe lof]




♪♪ Monika Brodka - On.mp3
can't stop...

poniedziałek, 11 października 2004

masujemy się, czyli zły dotyk boli przez całe życie

Aaaaa dziś z rana pojechałyśmy we trójke taxówką na uczelnie, jak zwykle w poniedzialki. Podzniej trele morele... paplanina z resztą grupy a to o referatach, a to o jedzeniu, a to o tym, że wypadałoby pewnego dnia wybrac sie na wino... Aż tu nagle dochodzi do naszej grupki jakiś nieznajomy (i nawet piękny! :P ) pyta o to i o tamto i okazuje sie, ze dopiero teraz dochodzi do naszej grupy. A my dziołchy szwarne, wielce uradowane, bo okazalo sie, ze mamy drugiego faceta w grupie oblazłysmy go jak gdybyśmy pierwszy nas na oczy widzialy chłopa.

Później na wf-ie okazało się, że polowa grupy ma zwolnienia lekarskie. A tajemniczy - nowy chlopak - R. jest naprawde przystojny. ale to tym cicho szaaa... :P

Dziś byłam na lekcji masażu u A. [Tylko bez komentarzy prosze. :P] Fakt - niewiele sie nauczylam. A wlasciwie to nic. Ale przyjemnie mi bylo i poleżałam sobie troche "do góry dupą"! Ajak! Bo masaż łydek był fajny i A. też. Oczywiscie A. zostal ostrzezony, zeby uwazac, bo 'zly dotyk boli przez cale zycie'. Później było troche pogaduchów i stresującej ciszy na przemian. Poznalam przy okazji 'Siedem' [jego kot], ktory to poprzechadzal sie po mnie troche, a pogryzl i podrapal wlasciciela.

NO I TO NIE BYŁA RANDKA, Z TEGO NIC NIE BĘDZIE. Ja to wiem...

♪♪ Brodka - On.mp3

piątek, 8 października 2004

pożegnań czas, czyli deszcz nam świadkiem

Dziś będzie wyjątkowo krótko. Bo choć na studiach wesoło to mnie dziś nie do śmiechu. Nie tym razem.

Bo dziś było deszczowo i mgliście. Bo dziś była kawiarnia, slodka kawa z miodem, moj zapach, jego zapach, moj wzrok, jego wzrok, moje oczy, jego oczy, moj glos, jego glos. Bo dziś był cudowny uścisk... jedyny... ostatni. I był jego sweter, miękki. Bo dziś wszystko było po raz ostatni. Bo dziś był pożegnań czas. Był czas. I już nigdy, nigdy nie będzie Cie. I już nigdy, nigdy nie będzie mnie. Nie bę-dzie.

Tak, to chodzi o K. i nasze ostatnie spotkanie. Pożegnanie. W czwartek wraca do USA. Nie chce mi sie myslec, mowic... zyc. Był sobie sen. Był.

Ja już tęsknie... już... [chyba sie powtarzam...?]

♪♪ Incubus - I Miss You.mp3


środa, 6 października 2004

studiowanie[?]

Zamerykańszczone pojedyńcze ławeczki. Rodem wyjęte z amerykanskich seriali o szkołach. Poniedziałkowe zajęcia, czyli informtyka i w-f przeszły bezstresowo wrecz sympatycznie.

W 19-osobowej grupie jest jeden chlopiec, ktorego w dodatku znam z liceum.
Na zajeciach wf-u Zaniepokojony T. spytał:
"Ale ja bede mial oddzielną szatnie i prysznic?"
"No pewnie. Az tak dobrze nie bedziesz miał!" - oznajmił wf-ista

Zajęcia w-fu w jednostce wojskowej podnoszą cheć chodzenia na nie. Ja napisalam chodzenia, nie uczestniczenia. Z reszta zawsze mozna poćwiczyc oko... obserwując zołnierzy! ;P Kiedy dotarlismy sale zajeli nam juz zołnierze. Grali w pilke nozna i w miedzy czasie ich koszulki fruwały tylko w powietrzu. Tak sie zachwycili widzac 18 dziewczat na raz, ze zafundowali nam darmowy striptiz. Gdybysmy posiedzialy tam dluzej moze polecialyby tez spodnie... i to wie co jeszcze. ;)

Wtorek nudny i potwornie dłuuuugi. Zajecia od rana i decyzja, ze jednak bede chodzila na angielskim. Na niemiecki niestety musialabym dochodzic w weekendy do zaocznych, bo za malo chetnych jest na dziennych. A ja len jestem i pomyslalam, ze skoro jestem na dziennych to nie bede szwedala sie tam w soboty. I tak jezyk obcy jest tylko przez pierwszy rok. Pozniej odwiedzilam kuzyna w pracy, posiedzialam tam troche, zrobilam mu zakupy i poszlam do mdk'u. Ogolnie dosc meczacy dzien.

Dziś z kolei mozna bylo pasc... ze śmiechu, wycienczenia i przerażenia jednoczesnie. Wyklad z przedmiotu pt. "przedmiot do wyboru" byl nawet ciekawy. A dotyczyl roznych sposob oceniania, z reszta prawdopodobnie wlasnie tego bedziemy sie tak uczyli, czyli jak oceniac dobrze i sprawiedliwie oraz niekrzywdzaco... i takie tam duperele. Ale "biomedyczne podstawy rozwoju" to nie jest to co niedzwiadki lubia najbardziej. A wlasciwie to jest wszystko to czego ja nienawidze i chyba z wzajemnoscia, bo nigdy tego pojac nie moglam. Dzis była genetyka. To co zrobilismy przez jeden semestr na fakultetach z biologii on przerobil najednym 3,5 godzinnym wykladzie. Uroczo, nie? A w dodatku koles wszystko pokracznie tłumaczy. W kazdym razie w tym wykładzie najbardziej podobały mi sie 5-10 minutowe przerwy miedzy nim. Po tym jak facet stwierdził, że jestesmy jednym wielkim białkiem i nawet to czy cierpi, smieje sie czy nawet jest mordercą albo wiernym katolikiem zalezy od białka mieliśmy gotową odpowiedź na pytanie, ktore od lat dręczy ludzkość, a mianowicie: "co bylo pierwsze: jajko czy kura?". Teraz juz wiemy, ze odpowiedź brzmi: "Białko!" :D

Zastanawialismy sie tylko po co nam to wszystko, kolezanka z tyłu dodala zgrabne zdanie:
"Bede chciala przyznac komus zapomoge to mu powiem: Panie, brakuje panu białka wiec przyznam ją panu. Ale trzeba pana odbiałkować... tępo, 150, zmiana ręki i ma pan białko."

A dziewczyna jest niesamowita. Jej ulubionym tematem jest jedzienie, a zajeciem... no oczywiście zgadliście: jedzienie! Jak pan od 'bpr' zaczał tłumaczyc powstawanie wolnych nukleotydów na przykładzie zjedzonej bulki z szynką, to z radościa wykrzyknęła:
"No wreszcie temat dla mnie!"

Na kolejnej 5-minutowej przerwie mylismy juz wystarczajaco przerazeni materialem, wiec ta sama osoba wyskoczyła z ideą zwiania z sali przez okno po uprzednio zostawionej karteczce z informacją: "Jestesmy w salonie Peugot."

Inna równie ciekawa osobowość wyjęła z torby puszke i zajeła pociągac browca.
"R. wypiej i powiedz facetowi: Panie doktorze no teraz to wresznie zrozumialam o co chodzi w tym wszystkim!" - stwierdzil T., jedyny mezczyzna w grupie.

Zaniepokoily nas troszkę te 5-minutówki wiec padlo podejrzenie:
"Ejj... A moze on sie brandzluje?... no bo w koncu jak przychodzi to zawsze ma takie białe rece..."

Facet musial podsluchiwac nam, bo od razu jak tylko wchodził odpowiadal na wszystkie pytania, ktore stawiane byly w przerwach. No na prawie wszystkie, bo temat "brandzlowania" zostawił dla siebie. Wyjasnil "po co nam ten przedmiot?", ale jego tłumaczenie jakos mnie nie przekonuje. W koncu nawet jego wygląd nie jest przekonujący, a wygląda jak stary, schlany alkoholik.


***
Za tydzien K. odlatuje do Stanów. Rozmawialam z nim krotko na gg. Jestem wlasciwie pewna, ze juz nigdy nie zobaczymy sie. Jak cie szuje? Lepiej... nie pytać.
On chyba tak samo. Stwierszil, ze ostatnio przezywa gorsze dni, bo zamknął sie w domu i nigdzie nie wychodził. Ponoc to dlatego sprawial wrazenie jakby nie chcial mnie widziec, rozmawiac ze mna i nawet znac mnie. pytanie tylko: 'dlaczego ma takie samopoczucie?'. Powinnam wiedziec? Nie, ja tylko moge sie domyslac. I domyslalam sie, ale tak cicho zebym przypadkiem sama nie uslyszala tych domyslow...

Już tesknie. Źle mi. Smutno. I tyle.

niedziela, 3 października 2004

spotkanie po latach

Najsampierw powiem, że ta szkoła jest normalnie nienormalna! W piątek o 8.20 pojechałyśmy w trójkę [ja A. i G.] do szkoły autobusem, linią nr 1. [Stwierdzam z żalem, że G. naprawde jest ślamazarna i nierozgarnięta. No bo to nie jest normalne żebyśmy we dwie przypominały jej o jej włąsnych sprawach i mówiły co i jak ma sie spytac w dziekanacie? Ja o tym wiedzialam juz wczesniej, ze ona jest brzydko powiedziawczy niedorobiona. Wiem, ze to zle tak mowic na kolezanke, ale jeszcze gorzej wyglada to jesli wszystko robi za nia mamusia a ona sama nie potrafi wejsc i spytac sie o cokolwiek, czy czegokolwiek zalatwic, ze nie wspomne o tym, ze dla siebie. A o swoje interesy powinno sie dbac!] Miał byc jeden 3-godzinny wykład. Nie bylo zadnego - zajecia odwołali! Nie zebym sie nie cieszyła, a i owszem takie studiowanie to mnie sie zaczyna podobac. Ale [bo zawsze jest jakies ale] po co ja do jasnej cholery wstawalam tak wczesnie? Alecotam. Przynajmniej wziełam sobie plan zajęć, ktore z reszta poustawiane sa kosmicznie. Sa dni kiedy zaczynam o 13.30, albo jest jeden kiedy koncze ajecia o 19.30. [olaboga] W ten sposob tam rozpiepszony caly dzien to z kolei juz mi sie nie podoba. Na całe szczescie, we wtorki [no przynajmniej w I semstrze.. z reszta nie wiadomo czy do II dotrwam..] koncze o 15.50 wiec moje wtorkowe spotkania z sektą literacką rozpoczynajace sie o 17.30 są natenczas uratowane. ufff...

Wróciłysmy do domu. Zaprosiłam A. i G. do siebie. Acotam. Bo w koncu u A. juz bylam, a nie wypada zaprosic tylko jej kiedy G. obok. G. oczywiscie odmowiła, to bylo do przewidzenia. Onajestdziwna. Za to A. przyszła do mnie. Była herbatka grapefruitowa, czekolada, film na kompie ["Chłopaki nie płaczą"], rozmowy, lessbijskie zdjęcia, śmichy hihy i wariactwa w Paint'cie. Siedziala u mnie cały boży dzień.

Sobota - duzy krok na przod. Nie wiem czy w to gorsze czy w to lepsze. Na razie wiem, ze na przod. To juz COS. Pojechalam z tata do dziadkow [chodzi o tych ze strony taty], do Łodzi. Warto wspomniec, ze pojechalam tam pierwszy raz od 10-ciu lat. Bo matka jak zwykle sie pochlala z nimi, bo przez lata wpajała mi swoje zdanie na ten temat i swoj punt widzenia, no i zabraniala mi tam jezdzic. [Kazdy chyba zrozumie. Jeden rodzic mowi tak a drugi zupelnie na odwrot. I nie wiadomo gdzie lezy prawda?] Odwazylam sie pojechac, bo chyba mnie nie zabija. Nie zabili tylko milo przywitali, szczegolnie babcia. Ale nie moglam czuc sie tak dobrze, bo to trudne po tylu latach. No jest wujek... chory na zespół Down'a. Jego stan jest dosc ciezki a sam widok przyprawia o mdłości. Ale przeciez nikt nie jest temu winien, ani on sam, a ni dziadkowie nie chcieli miec takiego dziecka. Urodzil sie taki i juz. Przeciez nie wyrzuca go na smietnik. Jak na razie nie bylo zle. Swietnie tez nie, ale mam na dzieje, że z wizyty na wizyte bedzie coraz lepiej.

Wracajac zrobilismy zakupy [mam nowy mikrofon do komputera!] i wstąpilismy do mojej chrzestnej. Los chcial, ze trafilismy akurat na jedna z moich wielu ciotek. Jej rowniez nie widzialam juz pare ładnych lat. Ale do niej to jakos mi nie teskno. Zawsze byłam zdania, że to najbardziej popaprana osoba z rodziny od strony matki. Od wiekow uwazalam ja za niespełna rozumu, a jej głupota doprowadzała mnie do obłedu. Kobita ok. 70 lat, wdowa, nie ma dzieci wiec jeździ do gacha do Norwegii. Wydaje kupe kasy na autokary i prom, tam u niego [starego dziada z resztą i jeszcze starszego od niej] zasówa jak mały samochodzik za darmo! Że nie wspomne o tych jej głupio-mądrych poglądach. Ja sie tylko zastanawiam jak oni sie dogadują. On nawija swoje po norwesku, a ona swoje po polsku... Niczym rozmowa głuchego z niemową... Głupota ludzka nie zna granic...

czwartek, 30 września 2004

houston, houston... mamy problem

Bo notka jest będzie chaotyczna i niepoukładana. Bo jutro szkoła, zajęcia, bo M. nie spała całą noc [pół litra kawy mrożonej pod wieczor zrobilo swoje], bo boli ja gardło, a grzejniki nadal zimne...

Najsampierw powiem o wtorku. Bo okolo 35-ciu swiec, koce, poduchy, szum wiatru za oknem, wiersze (w tym trzy moje), a w tle sigur róse. To wszytko musialo tworzyc nieziemski klimat i robic niesamowite wrazenie. [gdyby nie ten dziadyga siedza obok mnie i dychający co chwila...]. Konkursu na wiersz miesiaca nie bylo, ma byc ponoc za tydzien... Zobaczymy.

Nie, nie, nie! Ja PROTESTUJE! Bo juz koniec wakacji, bo M. boli gardło, bo jest jej zimno i samotnie, bo zupa byla za slona. Ja w ogole sie nie czuje na rozpoczecie studiow, ani na jakąkolwiek nauke, poranne wstawanie, wychodzenie gdzies dalej niz do WC czy kuchni. Nie czuję się i już! Sie przyzwyczaiłam do nicnierobienia, wydawania pieniedzy na głupie głupoty, jedzenia paczki chipsow Lay's popijając je warką strong lub tymbarkiem jabłkowo-miętowym. Niech mnie ktos stąd zabierze! Ale już! raz, raz... bo dwa razy powtarzać nie będę. Chcęwakacji,wolnego!

Chłopca zycze wyszytkiego najlepszego z okazji ich swieta (pomimo wszystko). Powysyłałam zyczenia przez sesemesy i przez gg. P., K. i B. zostali wyroznieni wyróżnienie sesemesem z komórki, choc nie wiem czy na to zasluzyli. B. i K. grzecznie odpisali. B. bardziej na luzie, K. bardziej oficjalnie [b nadal mnie olewa]. A P... P. w ogole nie odpisal. A kij mu w oko!

A moj mikrofon jest kiepski. Działa tylko w jedną stronę - odbiera glos, z nadawaniem jest troche gorzej. Bo mó-wie-nie w ta-kim sty-tu mo-że na-pra-wde wku-rzać. Ale odbiór pozwolił mi na stwierdzenie pewnego faktu...

Zzzz...? jakos nie sadze, ze ten numer przejdzie. [nie chodzi o sen!]

wtorek, 28 września 2004

worek na odpady

Przemek wczoraj ofiarował mi misia na zawsze, tego ktorego wczesniej tylko pozyczyl. I niby powinnam sie cieszyc, bo mis jest naprawde fajowy. Ale sie nie ciesze i nie bez powodu. Bo jak sie okazalo Przemyslaw dostal tego misia od bylej dziewczyny. A wiec mis nie zasluguje na to zeby stac sie prezentem dla obecnej (a taka istnieje), a skoro jest od bylej to i on go nie chce. Takim oto sposobem upchnal niechcianego misia mnie. Moze przesadzam, ale poczulam sie zlekka jak wysypisko smieci. KROPKA.

A dzis z rana babcia mnie odwiedzila. Bo ona chyba mysli, ze jak przyjdzie raz na pol roku i uraczy mnie kinder delice to ja rzuce jej sie na szyje w podziece. A no to sie myli. Z reszta i tak juz sie zmyla jak zwykle do kuzynow, u ktorych z reszta przesiaduje prawie non stop.

Sobota dała mi troche do myślenia. A mianowicie to, ze ta jesien nie bedzie uplywala pod znakiem goracejczekoladyibujaniawoblokach. Rzeczywistosc zapukala do drzwi i krzyknela cos w stylu:

"M.! To nie twoj swiat! No spojrz dziewczynko zbyt glupia i brzydka jestes zeby cieszysc sie z tego, ze spadaja liscie!"

A ja uwierzylam i pokornie wrocilam do atakow 'depresyjno-lękowych' [moja wlasna nazwa... prawda, ze zawodowa?]. No, bo tradycji musi stac sie zadosc! nieprawdaz?

P. nie zadzwonil. No i co? Aniemowilam?! A w tym calym bagnie dobija mnie jeszcze mysl, ze zostaly mi juz tylko 2 marne dni wakacji. [olaboga]

sobota, 25 września 2004

/glupiedziewuszysko/

Chcialam zeby ten blog mimo wszystko pokazywal moje zycie od 'dobrzej strony'. Jak widac, nie wychodzi mi to. Widocznie nie ma ono dobrychstron. Nic nie jest dobrze. Jest źle. Bardzo. Znów mam zimne dłonie. Zawsze kiedy mi źle one są zimne, a ja mam dreszcze. Nie lubie tych dreszczy. Nie lubie, bo nie pomoże tu zwykle "zimno Ci to ubierz sie". Bo tu potrzeba ciepla czlowieka a nie swetra z welny. Podswiadomie czekam na kolejny telefon od P. Moja natura zło-wróżki mowi mi, ze nie bedzie takowego. Bo przeciez oni do mnie nigdy nie dzwonia drugi raz. No bo i po co? Wystarczy jeden raz zeby sie wystraszyc i uciec. Ale ja wiem, ze podswiadomie czekam. Wiem tez, ze pozniej bede calkiem realistycznie plakala. Jak teraz. Wiem, ze to normalne, ze dziwic sie nie powinnam, ze nie dzwonia. I sie nie dziwie, oj nie. Jest mi tylko cholernie przykro i najzwyczajniej w swiecie zle.

Głupia jestem.

Nie umiem dobrze niemieckiego, nie umiem zapamietac waznych spraw, nie umiem dobrze ostrugac kartofli, nie umiem gotowac, nie umiem zmywac, nie umiem byc mądrą osoba, nie umiem zadac o siebie, nie umiem napisac pieknych wierszy, nie umiem byc dobrą córką, nie umiem wyszukiwać pozytywnych stron, nie umiem byc atrakcyjną fizycznie i psychicznie, nie umiem zebrać się do kupy, nie umiem przestać marzyć, nie umiem być potrzebna, nie umiem być dobrą dziewczyną, nie umiem robić zakupów, nie umiem składać życzeń, nie umiem zrobić pożądku w pokoju, nie umiem być tolerancyjna dla głupoty, nie umiem normalnie spać, nie umiem być na nikogo zła, nie umiem zamknąć się kiedy potrzeba, nie umiem być poważna, nie umiem byc odwazna, nie umiem żyć normalnie, nie umiem polubic siebie, nie umiem zapomniec, nie umiem nie czuć, nie umiem myslec, nie umiem wziac sie w garsc, nie umiem szyć, nie umiem dobrze umyc podlogi, nie umiem skutecznie pociąć się, nie umiem byc odwazna...
Jedyne co mi wychodzi to "odchudzanie", więc od dziś aż do odwołania "poodchudzam się"!


♪♪ Farba - Muszę krzyczeć!.mp3

środa, 22 września 2004

bo dziś wiał ten wiatr, co nie wróży szczęścia

Dziś jest dziwny dzień. Wietrzny, smutny, samotny, pachnący wodą toaletową cytrynowo-bazyliową, herbatą z sokiem malinowym i czymś dziwnym w powietrzu... Teraz chcialabym zostac sama ze soba, bo wrazen za duzo, bo czuje sie dzieckiem malym dzis. Bo jakośtak i tyle! I w sumie sama ze soba jestem czesto. Nie żebym narzekała, bo wole juz byc sam na sam z wlasna osoba niz z matka. Nie widze niczego atrakcyjnego w sobie, ale przynajmniej jakąśtam równowage psychiczą potrafie utrzymać. A jej nienawidze. Codziennie proszę żeby któraś z nas w końcu zdechła. Codziennie przeżywam kolejne rozczarowanie. Ale pozostaje nadzieja... może jutro. Mówią, ze powinnam sie cieszyc, bo mam tzw. 'pelna rodzine'. Ale ja nie zamierzam ani cieszyc sie, ani uswiadamiac nikogo dlaczego sie nie ciesze. Nie widze zadnych powodow dla ktorych moglabym sie cieszyc, albo chwalic. No!

Żal mi dupe sciska jak dorosly facet robi z siebie kaleke. I nie ma tutaj tłumaczenia żadnego. Cokolwie by się nie zdarzylo oszustwo pozostanie oszustwem. A ja nieznosze jak sie mnie oszukuje i nieznosze jak ktos traktuje mnie przedmiotowo. Szacunku w moich oczach taka osoba nigdy miec nie bedzie! O nie!

Wtorkowe spotkanie jak zwykle pod znakiem pochwal. Chyba nie umiem sie przyzwyczaic do nich. Mecza mnie zebym wziala udzial w konkursie na wiersz miesiaca. A ja sama nie wiem. Bo nib powinno byc na plus, ale mnie to radosci nie daje. Ni chu-ja. Bo wszyscy o tym wiedza, ze jesli nie ma sie z kim podzielic radoscia to taki sukces traci na wartości. Otco.

I jeszcze K... lekcewazy mnie, olewa. Mozna sie bylo tego spodziewać w koncu to tylko ja. Dlaniegonieistnieję. Już.

P. jednak zadzwonił. Szybkie spotkanie w chlodne i wietrzne jesienne popoludnie. [I wcale nie podobal mi sie pies sasiada, ktory doskoczyl do mnie jak oszalaly i dziabnal pyskiem w krocze, (tak, tak w to miejsce.) brudzac przy tym moje nowe spodnie na wysokosci uda.] Nie, jakos nie widze sie w roli partnerki. Mysle, ze on potrzebuje raczej kobiety a nie dziewczynki. A ja nie umiem sprostac oczekiwaniom mezczyzny.
A z resztą... niewiemniciniechcewiedziec. Zobaczymy jak będzie. Zo-ba-czy-my.

Czym więcej mija czasu tym bardziej uświadamiam sobie, że z nikim nie może mi być tak dobrze jak z B. No moze gdyby K. zostal tu... moze gdyby... moze... Ale nie zostaje.


♪♪ HEY - mru-mru.mp3

sobota, 18 września 2004

Inauguracja, czyli totalna dezorganizacja

Aaaaapsik! [bom chora] Sem kichnęła na nowy INDEX w kolorze zielonym...

A teraz zacznę od poczatku. Budze sie z rana, w domu cisza jak makiem zasial. Chata wolna. Telewizor, leżenie w łózku, smarkanie... ooo... rodzice przyszli. Jakoś sie wyszykowalam [blizny z wczoraj pod chustka w kolorze czekolady.. uff..]. Jeszcze G. dzwoni, wczesniej jedziemy. Odstroilam sie w galowy kubraczek. Siedze w aucie, czekamy.. stuk puk po chodniku - idzie G. Jedziemy, M. (czyli ja) patrzy i mysli [co czesto sie jej zdarza, ale nieczesto logicznie]: "czyzby to A. i w dżinsach? to do cholery po co ja sie odpicowalam w ten stroj pingwina?" Jedziemy, jedziemy... dojechalismy [uff...]. G. idzie do dziekanatu, a tam oczywiscie fochy... kaza czekac, jakaśtam Pani mowi podpiszesz dziecino po tym widowisku [no nie tymi slowami, ale cos w tym sensie]. Małe zapoznanko z kim nowym, jak sie pozniej okazalo z zaocznych. Jest A.! Rowniez chora jak i ja. Bez komorki, bo ukradli. No to idziemy we czworke. Wbilysmy sie w jakieśtam ławeczki. Przemówienia, bełkocenia, gledzenia... [jak sie okazalo w praniu dzis mial inauguracje tylko moj kierunek]

"Inauguracje Roku Akademickiego 2004/05 WSHE w Sieradzu uwazam za otwartą" - rzekł dziekan.

Pozniej porozdawali wspomniane juz przede mnie INDEX-y i legitymacje studencje, kazali podpisac slubowanie i cóśjeszcze gdzie pomylili imie M., a M. bardzo nie lubi jak myli sie jej imie.
"Psze Pani! Tu je błąd. Ja nie mam na imie Marta tylko Marika." - cos w tym stylu wybełkotałam
"A w Indexie masz dobrze?" - Wielce Szanowna Pani Sekretarka.
"Tak, dobrze." - ja
"To pozniej sie poprawi." - ona

Pozniej zamieszanie przy planie zajec. Bo moze ulec zmianie, bo jest niepewny. Wiec nie rozdali, wiec trzeba bylo spisywac na korytarzu. No ale czy ktos moze mi powiedziec dlaczego czciona byla milimetrowa, a kartki wywieszone na samej gorze. Tego sam sokół by nie dostrzegl. M. wlazła na krzesło [bo M. to wysportowana to nie jest, ale pomysłów jej nie brakuje trzeba przyznac]
"eee.. jak Pani juz weszła na to krzesło to może podyktować wszystkim." - jakis glos z oddali do M...
"Informatyka... eee.. ale tu sa 3 rozne godziny rozpoczęcia, ktora ja mam mowic?" - stojąca na krzesle, że nie wspomne, ze w butach na obsasach M.
"Mów wszystko!" - inny glos...
"Informatyka.. 10.45, 11.00, 11.30.. yy... a Pani na dzienne czy zaoczne?" - ja
"Zaoczne." - jakaśtaka starsza Pani
"No a to są dzienne. Zaoczne to te gignatyczne litery nisko." - zlazująca ze stołka M., ktora nie potrafiła sie połapać w czcionce marki ok. 7 punktów wywieszonej na szczycie tablicy.

G. poszła podpisac te umowe. Ale tam wladze uczelni balangują. Znow trzeba czekac. [olaboga] Ale w tym czasie zaczepilismy jakastam babke i pytamy.
"Psze Pani... A kiedy i na ktora my mamy przyjsc na zajecia?" - wszystkie trzy chórem [ja, G. i A.]
"No tam jest wypisane.." - Paniusia
"Ale tam nic nie widac... czcionka mala.. kartka na samej gorze..." - cala trójka
"Taaak? Niemozliwe..." [tup.. tup.. tup..] - sie ruszyla pod tablie
[czyta]
"W piatek macie informatyke na 15.00, I grupa" - mowi Paniusia
"A ktora jest pierwsza, a ktora druga grupa" - jakies glosy z tlumu...
"A to tam posprawdzajce sobie na karteczkach na tablicach.." - Pani
Ale M. coś nie pasowało... myśli [znów]. No, bo 15. to pozno i tam są tez zaoczni.
"Psze Pani.... A ta 15.00 to dla dziennych czy zaocznych?" - M.
"Zaocznych" - Paniusia. [no to sie wyjasniła sprawa jej sokolego wzroku. ona przeczytala to co jest bykami napisane i wywieszone na samym dole. tak to i ja potrafie!]
"A jakie sa grupy na dziennych." - M.
"Na dziennych jest tylko 24 studentów i nie ma grup" - powiedziala ta Pani o udawanym sokolim wzroku
"A dzienni to jak maja przyjsc na zajecia?" - ja
[cos tam oblukała...] "Przejdzcie w piatek, 1-szego na 9.00. Macie historie pracy socjalnej, pozniej wszystko Wam podadza." - rzekła
Pozniej A. wlazla na krzeszło, mowi, ze tu jest napisane, ze na 9.30, ale lepiej byc wczesniej niz pozniej... G. podpisala umowe [w koncu]. No to idziemy... a wlasciwie jedziemy autem.

M. juz w domu przeglada nową legitymacje studencką i indeks i czyta na glos...
"Imię ojca: Alfred. [tu chwila zastanowienia...] Że cooooo?? Mojemu ojcu od urodzenia Andrzej, za to mamie na chrzcie dali Alfreda... ;/" - no comment...

czwartek, 16 września 2004

było sobie życie

I stało się. 14 paźniernika - to ta "magiczna" data. Dzien, w ktorym K. odleci do tego 'lepszego swiata', do USA. LEPSZEGO ŚWIATA. Zabrzamialo ironicznie? Nie?! A wlasnie mialo tak zabrzmiec... nie wazne.

Dziwny byl podczas tej rozmowy na GG. Nie, nie dziwny tylko zimny, po prostu zimny. Moze jestem zbyt podejrzliwa [nie moze tylko napewno], ale w tym wypadku chyba jednak mialam racje. Moj mechanizm weryfikacji danych jest automatyczny. Od razu zaczynam zastanawiac sie dlaczego tak, a nie inaczej? Ale rownie automatycznie dochodze do wnioskow, ze tak naprawde to ja tego nie wiem, a i ta wiedza do niczego mi sie nie przyda. A przynajmniej do niczego dobrego. Bo jesli odpowiedz nie bedzie taka jakiej sie spodziewam to skutki tego moga byc opłakane, wiec lepiej nie mieszac jeszcze bardziej.

Los dał. Los zabiera. I ja nie powiem, że tak miało być. Nie powiem, bo to kłóci z moim światopoglądem, tzn. "niewiarą w przeznaczenie", bo tak bezpieczniej i wiem, że sama ponosze odpowiedzialnosc za swoje zycie. Nie zrzucam własne za niepowodzenia winy na złe i niedobre przenaczenie. Ale pomimo wszystko wolałabym zeby K. byl dla mnie mily, bo takim chcialabym go zapamietac. Bo przeciez to nie jego wina, ze musi wracac.

Nie, nie prawda, ze zbyt duzo sobie wyobrazalam. Ja wlasciwie nic sobie nie wyobrazalam. Przeciez od poczatku wiedzialam jak to się skonczy, wiec po co mialabym cokolwiek wyobrazac sobie? Chcialam tylko znow uwierzyc w czlowieka, w siebie... w to, ze moge jeszcze byc szczesliwą. Uwierzylam, ale trudno mi w takich okolicznosciach podtrzymac te wiare. Na razie niech bedzie jak jest. I to będzie raczej na długie 'razie', bo jesienny wiatr nie zapowiada zmian... na lepsze.

♪♪ Edyta Bartosiewicz – Jenny.mp3



.dopisek. - 17.09 - 12.10
No popatrz. Tym razem nawet i żyletka się znalazła. ooo la la la...

kurwa!

wtorek, 14 września 2004

spotkania

Nienawidze poniedziałkow, nienawidze zakupów, nienawidze mojego miasta i wszystkich ludzi szwedajacych sie po nim, nienawidze starych bab patrzacych sie na ciebie jakbys miala zaraz cos zwedzic, albo wzrokiem mowiacym: 'no jak ty sie ubierasz dziewczyno?', nienawidze ulicznych plotkar zatrzymujacych sie na srodku chodniku i tarasujacych przejscia, nienawidze ludzkiej hipokryzji. Krotko mowiac spotkałam wczoraj M., moją niby-koleznke z liceum, ze nie wspomne, że ze szkolnej ławki. No teraz to ona moglaby przestac juz grac, ale niektorzy nie potrafia... moze to jest u niej juz tak naturalne, ze robi to autoamtycznie? Jesli tak jest, to tym gorzej dla niej.

Ale na szczescie dzis wtorek. Wtorek i kolejne spotkanie z sektą literacką. Dostarczylam kolejna porcje moich nie-wierszy i tym razem mało, co kazanoby mi przeczytac je na glos. Na szczescie wywinelam sie, ale musialam sluchac (powiedzmy.. bo zatykalam uszy i z tego wszystkiego spocilam sie jak mysz) jak B. [nie, to nie ten B., to zupełnie inny B. - to byla informacja dla bardziej wtajemniczonych ;P ] czytał je na glos. Przyznam, że B. bardzo ładnie je czytał i nawet mnie pochwalił, bo mu sie spodbaly [łał! :P ]. Inni tez chwalili [a jak!], a ja czulam sie dziwnie w takich okolicznosciach. Nie, co dzien, tyle ludzi na raz obsypuje mnie taka iloscia komplementow i pochwal.

Choć bylo lepiej niz tydzien temu. Dzis juz nie bylam za nimi, bylam obok. Mysle, ze przyjdzie taki dzien kiedy bede mogla powiedziec, ze jestem razem z nimi. Moze juz niedlugo... zobaczymy.

niedziela, 12 września 2004

powtórka z rozrywki(?)

Dzień zaczął się od dłubania w ranach po nożu do papieru. Później już stukot garnków w kuchni niemiłosiernie przypomina mi o tym, że nadciąga dziesiejsze tornado (goście) i wrzaski mojej rodzicielki (do tego ostatniego zdąrzyłam już przywyknąć). Nastepnie poprzytulalam miska pozyczonego od P., ktory swietnie spelnia swoje zadania. Na szczescie P. na razie nie upomina sie o zwrot, ale predzej czy pozniej to nastapi. Mam nadzieje, ze jednak pozniej. P. moze byc pewien, że mis ma u mnie jak w raju, nie katuje misia badziewną muzyką a i katarem tez go nie zaraze. /jaka ja jestem wspanialomyslna.../

Nie, ja nie pomogę szanownej mamusi w gotowaniu i nie ma co krzyczeć, bo to nic nie da. Nie, ja szczęściem nie tryskam z powodu wizyty chrzestnej (i tak juz wiecej kasy nie da ponad to co dala tydzien temu). I niech sie mamusia nie dziwi, bo dzieki tej wizycie ominie mnie rozrywka w postaci 'stron man', ktorzy zawitali dzisiaj do mojego skromnego zadupia. A na częste rozrywki to tutaj nie mozna narzekac. Z reszta uzeranie sie z moim 7letnim kuzynem do przyjemnosci nie nalezy, bo dzieciak jest wyjatko glupi jak na swoj wiek, ze nie wspomne o jego stopniu rozpieszczenia przez dzianych rodzicow. Jak to on potrafi zrobic z nimi wszystko i postawic dom do góry nogami/dupą to ja sie juz nie raz przekonalam.

A więc zawitali, a jak mowi znane polskie przyslowie: "gosc w dom - Bog w dom". Do przykladnych katoliczek to ja nie naleze wiec Bogu dziekowac za ten 'zaszczyt' wynikajacy z ich wizyty nie bede. Dalam kuzynowi gre planszowa. Oczywiscie zarzadal zebym zagrala z nim i tutaj wyszlo na jaw, ze ja rzeczywiscie nienawidze przegrywac. Na szczescie wygralam z tym smarkiem i zachowalam honor. [uff...] Nie zebym az tak bardzo wczowala sie w gre czy w opiekunkę, ale to byłby 'lekki' wstyd przegrać z 7letnim dzieciakiem.

W tej chwili siedzą, jedzą i oglądają kasetę z mojej studniówki [olaboga], a ja wykorzystując nieuwagę całej reszty napisałam co chciałam.


Pan K. zapomnial juz chyba o mnie, bo nie odzywa sie od tygodnia. Telefon milczy jak zaklęty. W sumie to chyba nie powinnam dziwic sie Panu K., ale jesli jednak K. zdecyduje się coś napisać (a moze i nawet spotkac) to ja jestem na TAK.

.dopisek. - 20.18:
A jednak dala troche kasy. Co prawda nie tyle co tydzien temu, ale zawsze cos. Zyc nie umierac! ...powiedzmy.

sobota, 11 września 2004

kartka z kalendarza

[ W chwili słabości nożem do papieru, bo żyletki w domu nie uświadczysz. Ale też działa. Ja nie chciałam, naprawdę. Samo tak jakoś wyszło.]

Właściwie gdyby nie mój kalendarz to tak bardzo nie skupiłabym się na tej dacie.

Szanowcy Panie wydawco kalendarza "Naj", może warto byłoby jednak nauczyć się liczyć? Naprawde to całkiem przydatna umiejętność. Polecam na przyszłość. [Nie ładnie, nie ładnie.. chyba spało się na lekcjach.]

Kupiłam nasiona i ziemie i mam zamiar posadzić słoneczniki w doniczkach na parapecie. Takie małe, ozdobne, żeby mieć własne prywatne słońca. Ot co!

Czy ktoś po za mną zauważył, że reklamy w polskich telewizjach prywatnych są coraz dłuższe? Teraz to nie tylko siku i kupke można zrobić, ale i zrobić małe papu no i spożyć je! A podłoga antypoślizgowa w domu barowiczów sprowadzana prosto z Urugwaju nie zrekompensuje mi trzeszczenia w moim starym rozklekociałym telewizorze.

czwartek, 9 września 2004

poetycko

Skorzystałam z poniedziałkowego zaproszenia Pani bibliotekarki tudzież regionalnej poetki (jak ktoś lubi poezje to będzie rozpozna nazwisko, ale i tak tutaj nie podam.. no wiecie 'ochrona danych osobowych' :D ) i wybrałam się we wtorek do MDK-u, na spotkanie koła literackiego. Jakoże jednak nie należe do osób odważnych i błyszczących w towarzystwie przed przyjściem przeżywałam męki i katusze. Moją głowę dręczyło pytanie: "iść czy nie iść?" W końcu odważyłam się. Z nudów, z ciekawości... Spotkanie było dość krótkie (tak wyszło), ale wystarczająco długie żebym poczuła się tam dziwnie, nieswojo (w końcu nikogo nie znałam). Całe to zgrupowanie przypominało mi trochę taką specyficzną sektę, a Pani bibliotekarko-poetka (założycielka i opiekunka grupy) była kimś w rodzaju guru. [mój odbiór tego był trochę wypaczony, ale pamiętajmy, że ze mną też nie jest wszystko ok ;) ]

Coś jednak mnie popchnęło żebym następnego dnia doniosłam kilkanaście swoich nie-wierszy do poczytania i rozpoznania. Ku własnemu zdziwieniu moja tzw. "twórczość" spodobała się. Siedząc tam i słuchając tych wszystkich achówiochów na temat mojej niby-poezji miałam ochote tarzać się ze śmiechu. Po prostu ta cała sytuacja jest dla mnie potwornie komiczna.

W każdym bądź razie na cotygodniowe spotkania w MDK-u będę chodziła nadal, być może moje nie-wiersze znają się w "Antologii" (zbiór wierszy młodzieży należącej do tegoż koła literackiego) wydanej w najbliższym czasie (czyt. kiedyś tam nie wiadomo kiedy :P ). A póki co dostałam namiary na 'konkurs poetycki', więc kompletuję niezbędne papierki i wyruszam na pocztę... Życzcie mi powodzenia! ;)

Nie dziękuję! ;D

poniedziałek, 6 września 2004

rodzinnie

Sobota - dzień męczący zaczął się rano skończył się późno. Wizyta u ciotki. Uniknęłam spania z młodym mężczyzną (7-letnim), nieco wzbogaciłam się, no i najważniejsze nie spędziłam tego dnia w domu przed komputerem. Nie ma co dalej się rozwodzić.

Zdjęcia robione wspólnie z K. wyszły naprawdę wspaniale. Przykleiłam się do monitora i jak wariatka oglądam je bez przerwy, a że jest ich sporo więc mam w czym przebierać.

Sądzę, że wiedzieć za dużo też nie jest dobrze. Wczoraj wieczorem przekonałam się o tym. Może warto znów wcisnąć się w swoją ciasną skorupę... być może.

piątek, 3 września 2004

nierandkowo

Wróciłam z tego nierandkowego spotkania. K. nierandkowo podjechał pod mój blok bordowym autem, wysiadł z niego nierandkowo, obdażył nierandkowym buziakiem w policzek i równie nierandkowo otworzył mi drzwi od strony pasażera. Pojechaliśmy na... no oczywiście nierandkową wycieczkę aby porobić sobie osobne i wspólne nierandkowe zdjęcia. Ot tak, na wieczna pamiątke kiedy już powróci za tę wielką wodę (tłumaczenie dla niekumatych: za wielką wodę = do USA). Później nierandkowy spacer po parku, kolejne zdjęcia. I wspólna nierandkowa kawa w lodziarni. Mnóstwo rozmów - nierandkowych oczywiście, jego zapach - nierandkowy ma się rozumieć. Póżniej mały nierandkowy spacer. I Pan K. grzecznie odstawił mnie do domu na odchodne obdarowując mnie pożegnalnym, nierandkowym buziakiem w policzek.

Było cudownie... cudownie nieradkowo. Oby więcej takich nierandek. Został nam jeszcze wspólny nierandkowy miesiąc. A-hu!

Ciężkie jest życie studenta

Te progi do stypendium socjalnego są chore. Ludzie, którzy spełniają te warunki musieliby przymierać głodem, a tacy to z regóły nie idą to tego typu szkoły. Urząd Skarbowy wie co robi żeby za dużo kasy nie wydać na biednych studentów. Patałachy!!

Mam kolorową teczkę. Na pierwszy rzut oka siedzi na niej jamnik, na drugi zwykły kundelek, ale na trzeci widzi mi się, że to będzie jednak jamnik szorstkowłosy! ;P

czwartek, 2 września 2004

Człowiek, przyzwyczajenia i złudzenia

Nie tak łatwo zmienić myślenie człowieka. Zwłaszcza gdy myśli się tak samo nieprzerwanie od ponad 19 lat, no i mając u boku taką osobę, która dodatkowo jest swego rodzaju motorem do tych myśli. Nie wierzę żeby te wizyty coś pomogły. Na razie po czterech jestem w stanie stwierdzić, że nie ma żadnych efektów. To po co chodze? Może dlatego, że pani jest miła. Może dlatego, że mam wreszcie komu o tym wszystkim opowiedzieć, choć wiem, ze ta osoba nie robi tego z własnej woli, ale dlatego bo musi, bo taka jest jej praca. Chyba lepsze to niż nic... Oczywiście prawdziwy przyjaciel byłby lepszy, bo robiłby to z własnej nieprzymuszonej woli. No i mam kolejną 'pracę domową' pt. "Skąd się biorą przyjaciele?". Jak tak patrze na świat to dochodze do wniosku, że chyba z księżyca...

Doprawdy dziwnie się czuje. Fakt, ze w tamtym roku o tej porze ciężko tyrałam w szkole (no może nie o tej godzinie), a teraz leże do góry dupą! ;P

Tak a propos złudzeń i miraży... Umówiłam się na jutro, na spacer z K. To nic pewnego, ale...

środa, 1 września 2004

beginning

ten teges no yyy... po prostu: witam! :)