niedziela, 3 października 2004

spotkanie po latach

Najsampierw powiem, że ta szkoła jest normalnie nienormalna! W piątek o 8.20 pojechałyśmy w trójkę [ja A. i G.] do szkoły autobusem, linią nr 1. [Stwierdzam z żalem, że G. naprawde jest ślamazarna i nierozgarnięta. No bo to nie jest normalne żebyśmy we dwie przypominały jej o jej włąsnych sprawach i mówiły co i jak ma sie spytac w dziekanacie? Ja o tym wiedzialam juz wczesniej, ze ona jest brzydko powiedziawczy niedorobiona. Wiem, ze to zle tak mowic na kolezanke, ale jeszcze gorzej wyglada to jesli wszystko robi za nia mamusia a ona sama nie potrafi wejsc i spytac sie o cokolwiek, czy czegokolwiek zalatwic, ze nie wspomne o tym, ze dla siebie. A o swoje interesy powinno sie dbac!] Miał byc jeden 3-godzinny wykład. Nie bylo zadnego - zajecia odwołali! Nie zebym sie nie cieszyła, a i owszem takie studiowanie to mnie sie zaczyna podobac. Ale [bo zawsze jest jakies ale] po co ja do jasnej cholery wstawalam tak wczesnie? Alecotam. Przynajmniej wziełam sobie plan zajęć, ktore z reszta poustawiane sa kosmicznie. Sa dni kiedy zaczynam o 13.30, albo jest jeden kiedy koncze ajecia o 19.30. [olaboga] W ten sposob tam rozpiepszony caly dzien to z kolei juz mi sie nie podoba. Na całe szczescie, we wtorki [no przynajmniej w I semstrze.. z reszta nie wiadomo czy do II dotrwam..] koncze o 15.50 wiec moje wtorkowe spotkania z sektą literacką rozpoczynajace sie o 17.30 są natenczas uratowane. ufff...

Wróciłysmy do domu. Zaprosiłam A. i G. do siebie. Acotam. Bo w koncu u A. juz bylam, a nie wypada zaprosic tylko jej kiedy G. obok. G. oczywiscie odmowiła, to bylo do przewidzenia. Onajestdziwna. Za to A. przyszła do mnie. Była herbatka grapefruitowa, czekolada, film na kompie ["Chłopaki nie płaczą"], rozmowy, lessbijskie zdjęcia, śmichy hihy i wariactwa w Paint'cie. Siedziala u mnie cały boży dzień.

Sobota - duzy krok na przod. Nie wiem czy w to gorsze czy w to lepsze. Na razie wiem, ze na przod. To juz COS. Pojechalam z tata do dziadkow [chodzi o tych ze strony taty], do Łodzi. Warto wspomniec, ze pojechalam tam pierwszy raz od 10-ciu lat. Bo matka jak zwykle sie pochlala z nimi, bo przez lata wpajała mi swoje zdanie na ten temat i swoj punt widzenia, no i zabraniala mi tam jezdzic. [Kazdy chyba zrozumie. Jeden rodzic mowi tak a drugi zupelnie na odwrot. I nie wiadomo gdzie lezy prawda?] Odwazylam sie pojechac, bo chyba mnie nie zabija. Nie zabili tylko milo przywitali, szczegolnie babcia. Ale nie moglam czuc sie tak dobrze, bo to trudne po tylu latach. No jest wujek... chory na zespół Down'a. Jego stan jest dosc ciezki a sam widok przyprawia o mdłości. Ale przeciez nikt nie jest temu winien, ani on sam, a ni dziadkowie nie chcieli miec takiego dziecka. Urodzil sie taki i juz. Przeciez nie wyrzuca go na smietnik. Jak na razie nie bylo zle. Swietnie tez nie, ale mam na dzieje, że z wizyty na wizyte bedzie coraz lepiej.

Wracajac zrobilismy zakupy [mam nowy mikrofon do komputera!] i wstąpilismy do mojej chrzestnej. Los chcial, ze trafilismy akurat na jedna z moich wielu ciotek. Jej rowniez nie widzialam juz pare ładnych lat. Ale do niej to jakos mi nie teskno. Zawsze byłam zdania, że to najbardziej popaprana osoba z rodziny od strony matki. Od wiekow uwazalam ja za niespełna rozumu, a jej głupota doprowadzała mnie do obłedu. Kobita ok. 70 lat, wdowa, nie ma dzieci wiec jeździ do gacha do Norwegii. Wydaje kupe kasy na autokary i prom, tam u niego [starego dziada z resztą i jeszcze starszego od niej] zasówa jak mały samochodzik za darmo! Że nie wspomne o tych jej głupio-mądrych poglądach. Ja sie tylko zastanawiam jak oni sie dogadują. On nawija swoje po norwesku, a ona swoje po polsku... Niczym rozmowa głuchego z niemową... Głupota ludzka nie zna granic...