Jechało tylko czesc osob z mojej grupy, a wraz z nami troche ludzi z 2-giego i 3-ciego roku. Warto wspomnieć, że bez opiekuna. Widać, że nam ufają. W autobusie było wszystko. Tańce, hulańce, swawola i naprawde różne używki. Ale mnie w to prosze nie mieszać! /lol/
Patio mają tam naprawde ładne. Siedziałyśmy we trzy słuchając zespołu bembniarzy cośtam bum bum przysypiając przy stolikach. Dużo krecenia sie bez celu, w celu organizacji czasu i zajęć. Później zwiedzanie tego i tamtego. Zrezygnowałyśmy [bo pojechały same babki z naszej grupy] ze spotkania z Marcinem Kydryńskim i Marcinem Mellerem na rzecz spaceru po Pierynie. Albo raczej na rzecz zarobku... Bo ludzi kiedy się ich przyciśnie to można z nich nieźle wycisnąć. Zwłaszcza na kartke z napisem: "JEZDEMY ZDROWI. ZBIERAMY NA PIWO!!!" cząchając przy tym brązową mycką A. Śpiwanie na cały głos przebojów disco-polo czasem pomaga... a czasem nie. A wniosek jaki można wysnuć z takiego zajęcia jest jednoznaczny: to lepsze niż normalna praca, a ci obcokrajowcy są naprawdę chojni!
Później posiliłyśmy się troche i wróciłysm na uczelnie. Siedząc na korytarzu rozpoczęłam dyskusje z G.:
- No widzisz, nie udało Ci się spotkać Mellera i spytać czy nie skusiłby się na sesję [bo jak wiadomo M. Meller to redaktor naczelny Playboy'a]
- ehh... trudno musze to jakos przezyc - wzdycha cieżko G.
[w tym momencie patrze a korytarzem jak tornado przechodzi wspomniany Marcin Meller...]
- G. biegnij, biegnij. Taka szansa już Ci się nie powtorzy. - zachęcam kolezanke
- Co, gdzie, jak? - zanim sie spotrzegła koles juz sobie poszedl
[chwila czasu i wraca z telefonem przy uchu]
- No teraz mozesz go złapac. - zartuje
[G. tylko smieje sie]
A Pan Meller stoi sobie na zewnątrz budynku i rozmawia przez telefon. Tymczasem doszły inne koleżanki, po tymjak powiedziałąm im kto tam stoi i kim on jest jedna z nich zareagowała ochoczo: To jak bedzie przechodził powiem mu, że mam owłosione sutki. Może się nadam?. Niestety nie było juz okazji do tej propozycji.
Ogólnie źle nie było, ale dobrze też nie. No w kazdym razie nie na tyle dobrze zebym spokojnie myslala o tym, ze ktoregoś dnia bede musiala dwa razy dłuzej siedziec w szkole zeby odrobić czwartkowe zajęcia.
Piątkowe przedpołudnie spędziłam u A. Koffana dziewcynka wyłumaczyła mi biomedyke. Później było trochę rozmów, sesja zdjęciowa z jej kocicą Koroną. Głos jej brata i nawet sekundowy obraz. Bo jej brat jest niczego sobie, a przy tym wiem na co sie porywam, bo przy naszym pierwszym "spotkaniu" był w samych gaciach. Otprzypadkiem. W kazdym razie połuchać, popatrzeć mi wolno. Póki nikt nie wie, ze on mnie się tenteges to jestem zupełnie bezpieczna.
Ja wiem. To nic nie da. Wiem tez, że moje myśli i czyn nieuchronnie dążą do autodestrukcji. Wiem też, ze ni da sie inaczej, ze jesli ona cały czas powtarza mi uparcie: "jesteś zła, głupia, niedorozwinięta, pryszczata, gruba, debilka..." etc., to ja jestem przesiąknięta tym myśleniem do szpiku kości. I ani ta Pani, ani inna raczej nie jest w stanie wyłowic ze mnie człowieka.
♪♪ Edyta Bartosiewicz - Na krawędzi.mp3