chcieć czy nie od paru dni jestem już poważna pani, bo magister. i chociaż nie miałam studiów ciężkich jak tona ołowiu to lżej mi z tym, że już koniec. pięć lat to zdecydowanie bardzo dużo. bez względu na jakość uczelni czy istotę kierunku.
nie ma we mnie nadmiernej wzniosłości ani dumy. jest raczej niepokój. lęk jakiś nieokiełznany. zupełny bezwład. jakbym stała na brzegu skały,przede mną biała, nieskazitelnie czysta, rozlewająca się mgła.
dwu etapowość mojej edukacji wyższej sprawiła, że myśląc o studiah myślę "tu" i "tam" albo "na mojej uczelni" i "na tej uczelni".jednocześnie z sentymentem wspominam i z żalem przypominam sobie.zaowocowało to także tym, że stałam się mini-ekspertem od porównań uczelni prywatnych i państwowych, ale o tym już kiedy indziej...
a teraz zdecydowanie drżenie rąk i niepewne spojrzenie w przyszłość...
piątek, 26 czerwca 2009
poniedziałek, 15 czerwca 2009
I'm just a little girl lost in the moment...
właściwie wszystko jest nowe i zupełnie obce. mamy nowy, wspólny adres. 8 kwadratowych metrów przestrzeni, tak, że czasem ciężko rozprostować nogi, a co dopiero psychikę. jest wspólna szafa i kołdra.
i tak bardzo boję się znikania. jakby to było nieuniknione. jakby moja wewnętrzna samotność, wewnętrzna cisza i wolność miały być wydarte albo zasiedlone przez dzikich lokatorów. jest w tej wspólnocie i radość, i strach ogromny.
zdążyłam ze wszystkim. dostarczyłam papierki tam gdzie kazano i czekam. dokładnie tydzień i jeden dzień. tyle dzieli mnie od wielkich frontowych drzwi w dorosłość. chętnie skopałabym im klamkę, urwała zawiasy albo pomalowała sprayem w wulgaryzmy.
a tymczasem spakowałam walizkę i uciekłam trochę w rodzinne strony. tamto szybko mnie dogoni i trzeba będzie tańczyć tak jak zagra miasto. teraz jeszcze pozwalam sobie na chwile słodkiego ukojenia, na widok łąki za oknem, wielkie łóżko, telewizję kablową i własną, niepodzielną przestrzeń. zamykam się w nią od wewnątrz. jestem jak laura brown z powieści michael’a cunningham’a . każdego dnia i z każdego dnia staram się upiec idealny tort, po czym wyrzucam go do kosza...
i tak bardzo boję się znikania. jakby to było nieuniknione. jakby moja wewnętrzna samotność, wewnętrzna cisza i wolność miały być wydarte albo zasiedlone przez dzikich lokatorów. jest w tej wspólnocie i radość, i strach ogromny.
zdążyłam ze wszystkim. dostarczyłam papierki tam gdzie kazano i czekam. dokładnie tydzień i jeden dzień. tyle dzieli mnie od wielkich frontowych drzwi w dorosłość. chętnie skopałabym im klamkę, urwała zawiasy albo pomalowała sprayem w wulgaryzmy.
a tymczasem spakowałam walizkę i uciekłam trochę w rodzinne strony. tamto szybko mnie dogoni i trzeba będzie tańczyć tak jak zagra miasto. teraz jeszcze pozwalam sobie na chwile słodkiego ukojenia, na widok łąki za oknem, wielkie łóżko, telewizję kablową i własną, niepodzielną przestrzeń. zamykam się w nią od wewnątrz. jestem jak laura brown z powieści michael’a cunningham’a . każdego dnia i z każdego dnia staram się upiec idealny tort, po czym wyrzucam go do kosza...
Subskrybuj:
Posty (Atom)