chcieć czy nie od paru dni jestem już poważna pani, bo magister. i chociaż nie miałam studiów ciężkich jak tona ołowiu to lżej mi z tym, że już koniec. pięć lat to zdecydowanie bardzo dużo. bez względu na jakość uczelni czy istotę kierunku.
nie ma we mnie nadmiernej wzniosłości ani dumy. jest raczej niepokój. lęk jakiś nieokiełznany. zupełny bezwład. jakbym stała na brzegu skały,przede mną biała, nieskazitelnie czysta, rozlewająca się mgła.
dwu etapowość mojej edukacji wyższej sprawiła, że myśląc o studiah myślę "tu" i "tam" albo "na mojej uczelni" i "na tej uczelni".jednocześnie z sentymentem wspominam i z żalem przypominam sobie.zaowocowało to także tym, że stałam się mini-ekspertem od porównań uczelni prywatnych i państwowych, ale o tym już kiedy indziej...
a teraz zdecydowanie drżenie rąk i niepewne spojrzenie w przyszłość...