miało być tak. scena akt. ja i przeszłość okiełznana. idę, podążam, zmierzam. miał być szacun, uśmiech szczery. nie, żadne bajery.
no to tak, nasze kochane wzhe na wspak. cała w kwiatkach wybrałam się tam za sprawą, za interesem. a że przy okazji powącham mury, prześledzę pęknięcia w tynku to wszystko sprawi, że wspomnienia odżyją. pączkujące w mojej jaźni ponad pół roku, urośnięte do rangi okazałego dębu, obrosłe w sentymenty jak w bluszcz wyobrażenie wielkości w jednej chwili zostało ścięte nierówno, niedbale. jak to drzewo pod gosinowym oknem. czar prysł i znikł. pani (nie-powiem-która) na (nie-powiem-jakim) stanowisku (powiem-jak) przypadkiem się znalazła. no bo żeby nie wiedzieć, że informację o uczestniczeniu na zajęciach z danego przedmiotu to ja mam w indeksie i suplemencie? to zakrawa o ignorancję...?! nie, to już szczyt głupoty i niekompetencji! (tak, dobrze czytacie - niekompetencja - słowo klucz!) a że potem te dąsy, grymasy, słowa pomarszczone jakby to ja sobie to wszystko ubzdurała, wymyśliła. jakbym przyszła tam i żądała kamienia filozoficznego, tego z książki o harrym p., co go teraz wyświetlają w TiVi na święta. a ja tylko program przedmiotu jednego chciała, sylabus inaczej, ot taki spis tematów realizowanych w jego zakresie. skomplikowana sprawa, co nie? cóż, że podstawa na wszystkich uczelniach. no może z wyjątkiem tej... ale luss. kij im w oko. byleby tylko mi z tą "żmijką (przypadkiem) na stanowisku" nie było mieć nic więcej do czynienia. uff.
jest też kolejny powrót do domu. odkrywanie kolejnych demonów i witanie starych. upychanie trupów po szafach. (wyświechtana metafora, wiem.) ale starczy. wyświechtany temat, wiem.
a tak poza tym a tak poza tym zgubiło się cudny brązowy kolczyk. nowy zupełnie i bajerancki. i praca się pisze. bardzo powoli, ale jednak do przodu. martwi się o recenzję bardzo-bardzo długiego i nudnego podręcznika. myśli przyszłych weekendach, które malują się w dość szarych barwach. sączone będą powoli, samotnie. wieczorami się będzie myśleć o mijającym czasie, odliczać, odhaczać. tęsknić. rozpaczać wyjąc do księżyca i do innych rzeczy, które jego są. tak właśnie będzie. (bo zła karma nastała. nagłych terminów, pospiesznych prac, wielkich obowiązków na wczoraj.)
i znów w stresie. w czekaniu. marudzeniu. narzekaniu. znów w niepewności jutra. bo żeby nie było, żeby się nie zdarzyło.
poniedziałek, 24 marca 2008
czwartek, 6 marca 2008
przystosowanie do życia w krainie
to szukanie swojego miejsca trwa zdecydowanie za długo. przypuszczalnie potencjalne siedliska już dawno pokryły się grubym kurzem i zarosły pajęczynami w oczekiwaniu na moją jaźń. a ja co? a ja nic! siedzę tu i obrastam gęstym perzem.
mobilizacja mojej grupy w ilości nie zatrważającej, ale zawsze. czeski film, piwosączenie, dziury w ścianach, brak okien i generalnie zawierucha. w kontaktach towarzyskich również. wszystko to, z wyraźnym wskazaniem na ostatnie punkty wyliczanki skłaniają mnie do stawania się bezstronnym obserwatorem, zdystansowanym, wolnym od wszelkich przytłaczających poglądów, stereotypów, uzależnień emocjonalnych i innych.
choć bardzo ciężko w brutalności dnia codziennego, zakłamaniu jednostek otaczających, od tak przystosować się, nie zwracać uwagi, nie zawracać sobie głowy. bo o przyłącząniu się do grona pań z jajami (tak zwykłam mawiać o ciechociemnych plotkareczkach, tych milutkich, wesolutkich. że niby puci-puci, aż tu nagle, znienacka nóż w plecy po rękojeść. takie najgorsze.) ani myślę!
pan promotor zdecydowanie do kompetentnych nie należy. jak na następnych zajęciach każde sięgnąć do historii dnia kobiet i napisać o tym zupełnie nikomu nie potrzebny referat, to się nie zdziwię. jak sam wygłosi na ten temat nieproduktywny wykład tym samym kolejny raz nie zajmując się konkretem, a co za tym idzie nie będąc wcale pomocnym w pisaniu pracy, to też nie będzie dla mnie zaskoczenie. jak spyta się czy przypadkiem nie mam już napisanej całej pracy magisterskiej to też się nie zdziwię, a jak później spyta o czym ja tak właściwie mam tę pracę napisać, to naprawdę też się nie zdziwię. grrr...!!
no bym tak potrząsnęła tym wszystkim i nagadała tak, żeby normalnie w pięty... albo lepiej do łba weszło! że to jakoś po kolei trzeba, nie od sasa do lasa albo i na odwrót. że plan jakiś trzeba mieć, plan! bo to nie wakacyjna przygoda, że akcja na spontana, no!
♪♪ lipnicka & porter - old time radio.mp3
6. marca, 14:08
cholera! biednemu to zawsze wiatr w oczy! obudowy lekkie pęknięcie czego gwarancja nie obejmuje i teraz z tym komputerem to jak z jajkiem trzeba. ja to jak ja, ale jak pozostali użytkownicy... ;/
mobilizacja mojej grupy w ilości nie zatrważającej, ale zawsze. czeski film, piwosączenie, dziury w ścianach, brak okien i generalnie zawierucha. w kontaktach towarzyskich również. wszystko to, z wyraźnym wskazaniem na ostatnie punkty wyliczanki skłaniają mnie do stawania się bezstronnym obserwatorem, zdystansowanym, wolnym od wszelkich przytłaczających poglądów, stereotypów, uzależnień emocjonalnych i innych.
choć bardzo ciężko w brutalności dnia codziennego, zakłamaniu jednostek otaczających, od tak przystosować się, nie zwracać uwagi, nie zawracać sobie głowy. bo o przyłącząniu się do grona pań z jajami (tak zwykłam mawiać o ciechociemnych plotkareczkach, tych milutkich, wesolutkich. że niby puci-puci, aż tu nagle, znienacka nóż w plecy po rękojeść. takie najgorsze.) ani myślę!
pan promotor zdecydowanie do kompetentnych nie należy. jak na następnych zajęciach każde sięgnąć do historii dnia kobiet i napisać o tym zupełnie nikomu nie potrzebny referat, to się nie zdziwię. jak sam wygłosi na ten temat nieproduktywny wykład tym samym kolejny raz nie zajmując się konkretem, a co za tym idzie nie będąc wcale pomocnym w pisaniu pracy, to też nie będzie dla mnie zaskoczenie. jak spyta się czy przypadkiem nie mam już napisanej całej pracy magisterskiej to też się nie zdziwię, a jak później spyta o czym ja tak właściwie mam tę pracę napisać, to naprawdę też się nie zdziwię. grrr...!!
no bym tak potrząsnęła tym wszystkim i nagadała tak, żeby normalnie w pięty... albo lepiej do łba weszło! że to jakoś po kolei trzeba, nie od sasa do lasa albo i na odwrót. że plan jakiś trzeba mieć, plan! bo to nie wakacyjna przygoda, że akcja na spontana, no!
♪♪ lipnicka & porter - old time radio.mp3
6. marca, 14:08
cholera! biednemu to zawsze wiatr w oczy! obudowy lekkie pęknięcie czego gwarancja nie obejmuje i teraz z tym komputerem to jak z jajkiem trzeba. ja to jak ja, ale jak pozostali użytkownicy... ;/
środa, 5 marca 2008
Teraz będę ta szalona...
Nie znoszę psychiatrów jak żadnej innej specjalności medyków. Nie kwestionuję ich kompetencji, ale wrażliwość owszem. Miałam kiedyś do czynienia z jedną panią psychiatrą wbrew mojej woli.
Parę lat temu kiedy sytuacja w domu, z matką skumulowała się we mnie do tego stopnia, że złość i niemoc sprawiła, że zaczęłam intensywniej niż zwykle płakać, krzyczeć, tłumaczyć żeby tylko nagle coś odmienić. Żeby wreszcie móc. I kiedy moje działania nie przynosiły efektów, a moja rodzicielka jeszcze intensywniej dawała się mi we znaki, krzyczałam i płakała jeszcze silniej, z tej niemocy, z bezradności i chaosu. Wtedy to właśnie moja kochająca rodzicielka stwierdziła, że oszalałam, że mam depresję, nerwicę, schizofrenię i wszystko co tylko podręcznik psychiatryczny przewiduje w ramach pojęć chorobowych. Pewnego dnia matka stwierdziła, że jedziemy do psychologa. Po czym okazało się, że pani jest psychiatrą.
Owszem, byłam zła, ale kto by nie był? Tłumaczyłam zapłakana, że to nie tak, że matka. Że leki nic nie dadzą, bo tu nie od objawów trzeba zacząć, ale od źródła – przyczyny, bo póki z tym się porządku nie zrobi objawy będą wracać. Tłumaczyłam długo i wnikliwie. Po czy pani psychiatra odezwała się tylko – "dobrze, wypiszę skierowanie do szpitala". W tym momencie nie wiedziałam co mam powiedzieć, czy mam płakać, tłumaczyć, czy uciekać? Pani żadnego z moich słów nie wzięła poważnie, zgodnie z zasadą, że "żaden wariat nigdy nie przyzna się, że jest szalony". Widziała cierpiącą matkę, która przyprowadziła dziecko do lekarza – "bo ona płacze, śpi, nic nie robi, sensu nie widzi, sensu..." (A jak ma widzieć skoro zaraz po wyjściu zostanie wyzwana od kurew, szmat i zrównana z ziemią?) i widziała córkę – mnie, wariatkę, która z szaleństwem w oczach przekonuje, wyjaśnia i tłumaczy, że to nie tak, że nie jej wina, że nie boi się czarnej dziury, ale realnej postaci, z którą musi żyć. Stereotypowo, więc zrobiła swoje.
Matka na szpital się nie zgodziła, lekarka wypisała, więc recepty. Stwierdziłam, że skoro nie mogę wziąć tych pigułek wszystkich na raz, to nie będę brała ich wcale, bo nie są mi potrzebne. Wzięłam może 3, 4 sztuki i resztę wyrzucałam. Po jakimś miesiącu czy dwóch poszłam z matką na kontrolę.
A pragnę nadmienić, że w tym samym czasie zaczęliśmy chodzić do psychologa rodzinnego. Później ja tę terapię przerwałam, po tym jak pani psycholog powiedziała mi, że póki mieszkam w domu nic nie mogę zmienić. Stwierdziłam wtedy, że w takim razie po co mam do niej chodzić? Żeby się zwierzać? Dziękuję, mam od tego przyjaciółkę, pamiętnik. Ale istotne to jest o tyle, że obie panie przyjmowały w tej samej przychodni, więc pani psychiatra zaczerpnęła informacji od psycholożki.
Przy kontroli pani psychiatra zaczęła – "faktycznie, to nie jest tak, bo ja rozmawiałam z psychologiem i już wiem, rozumiem". Nie było mi przez to lżej, bo jakiś czas temu mówiłam to sama i nikt nie brał mnie poważnie. Potem spytała mnie jak się czuję. Jak powiedziałam, że dobrze stwierdziła, że może "zwiększymy dawki leków". Po tym wszystkim ręce opały mi do samej ziemi. Spytałam jej, po co mam te leki przyjmować , jeśli mówię i tym razem również pani widzi, że czuję się i wyglądam dobrze? Odpowiedziała tylko, że mogę przestać je przyjmować. Ręce opadły mi jeszcze niżej i więcej do niej nie pozwoliłam się zaprowadzić.
Podczas tamtej pierwszej wizyty pierwszy raz w życiu zostałam potraktowana całkowicie jak zwierzę. Nie miałam jak bronić się. Język, konwersacja, dyskusja, logiczne, abstrakcyjne myślenie, która jest domeną ludzi zostało u mnie uznane za zaburzone, zafałszowane. Nie mogłam nawet płakać z tej złości, z bezsilności, bo paradoksalnie naturalny odruch stałby się kolejnym dowodem na moje szaleństwo. I myślę teraz jak muszą czuć się ci, którzy spędzają tygodnie, miesiące czy lata w szpitalach? I ile jest w nich szaleństwa tak naprawdę, a ile to tylko wizja lekarzy, efekt przyjmowanych leków? Co muszą czuć i czy te wszystkie uczucia naprawdę nie mają realnego wytłumaczenia? Czy może po prostu u niektórych zaczyna się niewinnie, choćby jak u mnie, ale nie ma osoby trzeciej, której się uwierzy?
Czasami myślę sobie, że chciałam stać się szalona, tak naprawdę. Na jeden dzień. Tylko na jeden, żeby zrozumieć.
Parę lat temu kiedy sytuacja w domu, z matką skumulowała się we mnie do tego stopnia, że złość i niemoc sprawiła, że zaczęłam intensywniej niż zwykle płakać, krzyczeć, tłumaczyć żeby tylko nagle coś odmienić. Żeby wreszcie móc. I kiedy moje działania nie przynosiły efektów, a moja rodzicielka jeszcze intensywniej dawała się mi we znaki, krzyczałam i płakała jeszcze silniej, z tej niemocy, z bezradności i chaosu. Wtedy to właśnie moja kochająca rodzicielka stwierdziła, że oszalałam, że mam depresję, nerwicę, schizofrenię i wszystko co tylko podręcznik psychiatryczny przewiduje w ramach pojęć chorobowych. Pewnego dnia matka stwierdziła, że jedziemy do psychologa. Po czym okazało się, że pani jest psychiatrą.
Owszem, byłam zła, ale kto by nie był? Tłumaczyłam zapłakana, że to nie tak, że matka. Że leki nic nie dadzą, bo tu nie od objawów trzeba zacząć, ale od źródła – przyczyny, bo póki z tym się porządku nie zrobi objawy będą wracać. Tłumaczyłam długo i wnikliwie. Po czy pani psychiatra odezwała się tylko – "dobrze, wypiszę skierowanie do szpitala". W tym momencie nie wiedziałam co mam powiedzieć, czy mam płakać, tłumaczyć, czy uciekać? Pani żadnego z moich słów nie wzięła poważnie, zgodnie z zasadą, że "żaden wariat nigdy nie przyzna się, że jest szalony". Widziała cierpiącą matkę, która przyprowadziła dziecko do lekarza – "bo ona płacze, śpi, nic nie robi, sensu nie widzi, sensu..." (A jak ma widzieć skoro zaraz po wyjściu zostanie wyzwana od kurew, szmat i zrównana z ziemią?) i widziała córkę – mnie, wariatkę, która z szaleństwem w oczach przekonuje, wyjaśnia i tłumaczy, że to nie tak, że nie jej wina, że nie boi się czarnej dziury, ale realnej postaci, z którą musi żyć. Stereotypowo, więc zrobiła swoje.
Matka na szpital się nie zgodziła, lekarka wypisała, więc recepty. Stwierdziłam, że skoro nie mogę wziąć tych pigułek wszystkich na raz, to nie będę brała ich wcale, bo nie są mi potrzebne. Wzięłam może 3, 4 sztuki i resztę wyrzucałam. Po jakimś miesiącu czy dwóch poszłam z matką na kontrolę.
A pragnę nadmienić, że w tym samym czasie zaczęliśmy chodzić do psychologa rodzinnego. Później ja tę terapię przerwałam, po tym jak pani psycholog powiedziała mi, że póki mieszkam w domu nic nie mogę zmienić. Stwierdziłam wtedy, że w takim razie po co mam do niej chodzić? Żeby się zwierzać? Dziękuję, mam od tego przyjaciółkę, pamiętnik. Ale istotne to jest o tyle, że obie panie przyjmowały w tej samej przychodni, więc pani psychiatra zaczerpnęła informacji od psycholożki.
Przy kontroli pani psychiatra zaczęła – "faktycznie, to nie jest tak, bo ja rozmawiałam z psychologiem i już wiem, rozumiem". Nie było mi przez to lżej, bo jakiś czas temu mówiłam to sama i nikt nie brał mnie poważnie. Potem spytała mnie jak się czuję. Jak powiedziałam, że dobrze stwierdziła, że może "zwiększymy dawki leków". Po tym wszystkim ręce opały mi do samej ziemi. Spytałam jej, po co mam te leki przyjmować , jeśli mówię i tym razem również pani widzi, że czuję się i wyglądam dobrze? Odpowiedziała tylko, że mogę przestać je przyjmować. Ręce opadły mi jeszcze niżej i więcej do niej nie pozwoliłam się zaprowadzić.
Podczas tamtej pierwszej wizyty pierwszy raz w życiu zostałam potraktowana całkowicie jak zwierzę. Nie miałam jak bronić się. Język, konwersacja, dyskusja, logiczne, abstrakcyjne myślenie, która jest domeną ludzi zostało u mnie uznane za zaburzone, zafałszowane. Nie mogłam nawet płakać z tej złości, z bezsilności, bo paradoksalnie naturalny odruch stałby się kolejnym dowodem na moje szaleństwo. I myślę teraz jak muszą czuć się ci, którzy spędzają tygodnie, miesiące czy lata w szpitalach? I ile jest w nich szaleństwa tak naprawdę, a ile to tylko wizja lekarzy, efekt przyjmowanych leków? Co muszą czuć i czy te wszystkie uczucia naprawdę nie mają realnego wytłumaczenia? Czy może po prostu u niektórych zaczyna się niewinnie, choćby jak u mnie, ale nie ma osoby trzeciej, której się uwierzy?
Czasami myślę sobie, że chciałam stać się szalona, tak naprawdę. Na jeden dzień. Tylko na jeden, żeby zrozumieć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)