środa, 25 lutego 2009

W świecie niby-niby

Może jestem, a może mi się tylko wydaje. Może mam dwie nogi, dwie ręce, głowę, a może tylko wielką kulę na włosy. Może mam cele, a może tylko marzenia. Może spokojem jestem, ciszą ukojenia, a może w szaleństwie świat chcę zmieniać. Może serce mam, albo tylko mięsień tłoczenia.
Jestem coraz bardziej daleka. Nie sięgasz. Nie obejmujesz. To nic, nie szkodzi. Wszystko rozumiem.
Czasami leżę, myśli zbieram, balansuję. Próbuję się określać, nazywać te wszystkie stany, a potem już nie ogarniam, nie jestem w stanie zrozumieć. Kim jestem, czego pragnę, jak jest, jak być powinno i jak się z tym czuję...
W tym świecie zaklętym dzień zamienia się w noc nagle, potem przychodzą chmury i poranek rośnie we mnie jak bańka mydlana, żeby zaraz potem pęknąć. Tu wszystko się zmienia, marnieje. Rośnie, puchnie, pęka i znów pęcznieje. Tu wszystko jest bez sensu, bez znaczenia.

Nie oczekuję już od nikogo zrozumienia, tylko spokoju. Bo tylko pstryk i.



piątek, 13 lutego 2009

Rodzina, ach, rodzina...

U potencjalnej przyszłej teściowej byłam. Po pół roku nieobecności, bo odległość dzieląca jest dość kłopotliwa. Pojechałam z Miłym. Przez pół Polski, przez sześć godzin w pociągu. Przez krótkie trzy dni. Zdecydowanie zbyt wąskie i ciasne w moim rozwklekłym życiorysie.
Często żartuję, że Miły będzie miał teściową jak z dowcipów, ja zupełnie odwrotnie. I coś w tym jest.
Pani A. jest supermamą. Taką, która robi dzieciom codzienne obiadki, szykuje śniadania do pracy albo synkowi, który odwiedził dom po miesięcznej nieobecności. Pierze, sprząta, robi zakupy dla siebie i innych, zajmie się wnuczką i nigdy nie powie, że nie ma czasu, że jej sie nie chce, że to nie w jej obowiązku. Jest czuła, serdeczna. Już przy pierwszej wizycie wyściskała mnie jak swoją. Nigdy nie czułam się tam jak obca, jak gość przy, którym napinają się wszyscy członkowie rodziny byle tylko ukryć swoje mroczne sekrety i zdystansować do zaistniałej sytuacji. Zupełnie inaczej niż nauczyno mnie w domu, zupełnie inaczej niż moje wyobrażenia o takich sytuacjach. Nigdy nie odmawia pomocy. Jest ciepła.
I przyznam, że mnie to onieśmiela. Stawia w sytuacji, w której nie wiem jak zareagować. Usztywnia ciało, wyostrza zmysły. Słyszę wtedy w głowie wszystkie "nauki" mojej mamy i kręcę się w tym chaosie sprzeczności.

Odwiedziliśmy również brata Miłego z rodzinką. Spotkanie jego bratanicy miło zaskoczyło mnie. Nie dość, że mała poznała mnie po tak długiej nieobecności, to jeszcze garnęła się do mnie pomimo tego, że wcześniej raczej wstydziła się, choć jeździłam tam dość regularnie. Urzekło mnie pchanie się na moje kolanka, chęć rozmowy, zabaw, a nawet naburmuszenie po tym jak dowiedziała się, że musimy już iść.
Zachwyt siedział we mnie parę kolejnych dni, a nawet teraz wspominam to z jakimś rozrzewnieniem. Nieśmiało śmiem stwierdzić, że chyba budzą się we mnie jakieś instynty, których do tej pory nie znałam. Zupełnie do mnie niepasujące, bo lustro mówi wciąż "dziewczynko", a wnętrze wyobraża już sobie podgrzewane mleczka, pieluchy i tę słodką bezradność. Takie instynkty zupełnie niepotrzebne, nie na miejscu i nie pasujące do mnie...