piątek, 30 czerwca 2006

nic nie było

"między nami nic nie było!
żadnych zwierzeń, wyznań żadnych
nic nas z sobą nie łączyło
prócz..."


no właśnie. prócz... z jednej strony o dwa lata za późno dopowiedziane, z drugiej jakoś tak sentymentalnie się zrobiło. że zostały wspomnienia. kolorowe jak latawce w południe lata. kilka głupich zdjęć zostało, blizna nad stopą (tak z pośpiechu, przypadkiem) i zapach został, ten zapach. oczy zostały, tajemnica, niewinny uśmiech przelotnie i głupkowate myśli, za które do tej pory wstyd.
będzie mi kiedyś wstyd tych dni i może kiedyś się ich wyprę. albo może śmieć się będę, czy żałować. ale...

"i wciąż sobie zadaję pytanie:
czy to była przyjaźń? czy kochanie?"


ciii... bez pytań. nie burzmy mitu.



--
i jeszcze trochę zostało. że aż już mi się nie chce, ale muszę. wciąż muszę.

durna jestem. durna jestem i się wydurniam. ja durnia wydurniam się myśląc, że kogoś te durnoty moje będą bawiły. ja durna muszę uświadomić sobie, że jestem durna i że pora skończyć z tą durnotą.


♪♪ edyta geppert - modlitwa do dobrego Boga.mp3

sobota, 24 czerwca 2006

cisza, ja i czas

protestuję! protestuję przeciwko prawdzie i kłamstwu, przeciwko złu i dobru, biedzie, i bogactwu, koszmarom, i sielance... i przeciwko protestom. normalnie protestuję! bo dwieście osiemdziesiąt to jednak zdecydowanie mniej niż czterysta. i ta etyka, i ten egzamin, i następny, i jeszcze następny, i... i w ogóle, no.

viva la zatyczki do uszu! pogromcy sobotnich wiertarek sąsiadów i programu standardowego z jego tendencyjnymi "wypowiedziami" (na typowe wypowiedzi to, to miało zbyt silny rozdźwięk, że tak powiem). to pierwsze całkowicie wyeliminowane, drugie chociaż przytłumione. kosmos. szum w uszach też.

on się dziś nie odzywa. jak zawsze kiedy wie, że zrobił źle. zawsze był zbyt dumny na fazę miesiąca miodowego. może i dobrze, przynajmniej w tej kwestii nie ma mydlenia sobie oczu. on chyba myśli, że jeśli nic nie mówi to tak jakby nie istniał dla otoczenia. trochę go rozumiem. też chciałabym się tak skryć czasem, ale chyba zbyt impulsywna na to nie jestem. no i wciąż po tylu latach nie potrafię przejść do porządku dziennego po niektórych akcjach-atrakcjach. jutro, kiedy zostaniemy sami nadal będzie udawał, że oboje nie istniejemy. ja zamknę się u siebie i utopię w dalszej części edukacji, on w swojej części terrarium utopi się w przekazie medialnym. przynajmniej będzie cicho, przynajmniej będzie cicho.

moje odizolowanie od świata zewnętrznego sięga już powoli coraz wyższych szczytów. tak mi dobrze, tak mi samej. już planuję z kim spędzę wakacje. jakie stronice będę pieścić oczyma. bo przecież nie ludzi... jakich, jakich, których z resztą, no? no przecież, że o. (po rozwinięciu wypowiedzi ooo.)



--
chyba zbyt szybko pomnożyłam i podzieliłam. się okazuje, że tu może nic a nic nie być. aromatu więcej niż smaku nawet. o.


♪♪ hey - to tu.mp3

wtorek, 20 czerwca 2006

to są kpiny!

Trafiłam do szkoły, że mózg staje! Początek sesji, a te barany nie chcą wydać kart. Z łaski wydadzą jedną kserówkę na grupę, tak do wglądu. A co do jutra, to stwierdzili, że na czas wpisów "wypożyczą" nam karty, które później trzeba będzie oddać. /marzenie ściętej głowy, że ja im coś potem oddam./ I jeszcze, po co ja się tak starłam na tę hospitacje, no po jakiego...? Po cholerę mi to moje sześć skoro okazało, że to w ogóle do średniej się nie liczy!? Gdybym wcześniej o tym wiedziała to wcale nie musiałabym chodzić na te zajęcia. A żeby było śmieszniej dali punkt jeden za przedmiot, z której jest zaliczenie bez oceny. Co w rezultacie osobie mającej same piątki daje maksymalną możliwą średnią (uwaga) - 4,58(!!). Dopiero później po rozmowie, z łaski na uciechę kazali nie liczyć tego jednego punku i ująć go z ogólnej punktacji. No cóż za wielkoduszność, moje serce łka... Jakby tego wszystkiego mało wykładowcy nie przyjeżdżają na wykłady normalnie w semestrze. A konkretnie dwoje wykładowców. A na odrabianie im się bierze w czasie sesji! Mam nadzieję, że tym razem to nikt nie posieje paniki i przeciwstawimy temu całemu cyrkowi. W końcu my wywiązujemy się z obowiązków, czesne płacone jest w terminie. Pomimo tych haraczy - jeden dzień zwłoki = 20zł odsetek(!!). "To są kpiny!" - jak to mówiła pewna nauczycielka z LO. Uhh. Normalnie zero motywacji do nauki. Zła jestem. Gryzę.

Na jedną głupią receptę czekałam w przychodni godzinę. Żenujące. I serce mnie jakoś dziwnie kuło i podkuwa teraz czasem też. Mały szczegół.


♪♪ Pidżama Porno - Trzymając się za ręce.mp3

niedziela, 18 czerwca 2006

edukacyjnie

czarny chleb i czarna kawa opętana samotnością myślą swą szukam szczęścia, które zwie się wolnością... czarny chleb, bo dobry i dobrze na trawienie wpływa. czarna kawa bo podnosi na duchu i utrzymuje w pionie gdy opada się na kraty... kraty w zeszycie mam na myśli. (żeby nie było!) a czarna, bo mleka brakło a nesca z 9%-tową sałatkową to ohydna jest. zupełnie niespełniająca wymogów ue. ble. a herbatka energetyzująca działa na mnie oczyszczająco. zupełna anomalia.

wychodzi na to, że mniej więcej się wyrobiłam. baa. nawet zakończyłam to starcie przed czasem. a czy skutecznie okaże się we wtorek... w ogóle mój zapał do nauki jest jakiś chwiejny. raz pochłaniam wiedzę jak głodny kiełbasę, raz ziewam, jęczę i zasypiam w końcu. niespójne to takie i nie pozwala odnieść się do całości zagadnienia jednoznacznie. z resztą co mi da odniesienie się do tego w tej chwili... odnosić to ja się będę kiedy w karcie zobaczę wpisy... lub też nie. w każdym razie wyrok jakiś napewno będzie.

dzisiaj odpływam intelektualnie. może dobrze, że autoedukację zostawiłam sobie na podwieczorek. miałam okazje doświadczyć jej w praktyce. a tak ogólnie nie lubię tylko tych zasad. w ogóle nie lubię wszystkiego co sztywne i napięte. chociaż z drugiej strony...

znaczy się zdruzgotana jestem. nie mogę dodzwonić się do pani de., tak więc robota stoi w miejscu. wiem, znam powiedzenie, że ona w przeciwieństwie do innej rzeczy postać może długo. yhm. no ale, no... na czasie mi zależy. praca z etyki też stoi... w lesie generalnie. cóż.


no... to ja mam pare postulatów odnośnie nadziei rzuconej przez władze mojej... ukochanej szkoły. dobra, bez ironii już... w końcu jacy nie byliby, szansę dali. oby nie złudną.

a sprawa wygląda następująco:
po piesze: żebym mogła tytuł sama obrać;
po drugie: żebym jakiś wpływ na wygląd strony głównej (że tak się wyrażę) miała - żeby nie było niespodzianki pt. "z cicha pęk" albo "bierz co dają". gieneralnie chce obejrzeć i powiedzieć, że cacy... albo, że to i to poprawić. żeby popeliny nie było;
po czecie: chce dostać conajmniej z 20 sztuk gratis od firmy, co by obdarować najbliższe osoby (co się samo przez się rozumie, bo już pare osób deklarowało chęć posiadania) + bonusy do sprzedaży w czasie spotkań.

wiem, wiem. wyjdzie, że jestem roszczeniowa, ale to naprawdę są podstawy. ja już odpuszczę ten format. byleby nie większy niż A5, ale, ale mniejszy mile widziany. taka wersja mieszcząca się w małej torebce. bardzo poręczna i lekka. no ale już... niech będzie. jak nie zapytają. to nie opowiem, że to mogłoby być tak i tak.

jessus... i jeszcze to oczekiwanie. czy czy czy.


20:36
uff. dodzwoniłam się i można powiedzieć, że jutro o tej porze robota wrzeć będzie... może kipieć nawet też.

wtorek, 13 czerwca 2006

karuz-ella

ja - mała dziewczynka na huśtawce nastrojów. wszystko jest jak na trampolinie. od czarnej rozpaczy aż po dziką euforię. zaczynając płakać od razu przychodzą mi do głowy powody, dla których powinnam się cieszyć. i na odwrót. wraz z przyjściem uśmiechu od razu znajduję milion powodów, dla których łzy byłyby lepszym odzwierciedleniem mojego nastroju. za bardzo wczułam się znów. lubi, nie lubi. już. szanuje, nie szanuje. już. chce, nie chce. już i tak w koło macieju. jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. jakby to miało cokolwiek zmienić. wyjedzie, minie miesiąc czy dwa i zapomni. więc, o co ci chodzi durna kobieto?! (że też musiałam nazwać się kobietą i to w takiej sytuacji. ironia losu.)

lepiej jest jeśli wszystkie moje emocjonalne lawy śpią, jak wulkan. bezpieczniej. niepotrzebnie pozwoliłam na to, że wszystko obudziło się we mnie. wylała się lawa i zalała cały spokój. moja mała etna krąży teraz we mnie jak krew w żyłach. idę spać i wstaję z ciągle tą samą myślą w głowie. szukam odpowiedzi wciąż na te same pytania. autoanaliza na najwyższych obrotach. rezultatów żadnych. obawiam się, że nawet jeśli kiedyś odpowiedzi przyjdą mi do głowy, to będzie to już o jedną menopauzę za późno.

jeszcze trochę i nie będzie czasu na takie myślenie... albo nie będzie głowy aby skupić się na czymś innym niż takie myślenie. /Panie Boże, proszę o opcję numer jeden./ za tydzień pierwszy egzamin. nie powiem, że jestem zachwycona, ale nie powiem też, że specjalnie się smucę... no bo przecież kiedyś tę sprawę (w sensie semestr IV) trzeba doprowadzić do końca. jeśli nie teraz, to kiedy?

yhm. będę sępić, a sępić nie lubię. mam nadzieje, że mi odwagi starczy... albo głupoty. jak zwał tak zwał, w każdym razie mam nadzieję, że się uda.

sobota, 10 czerwca 2006

wielkie, wielkie... nic

najpierw jest podniecenie. potem uderzenie. może urojone, ale uczucie prawdziwe. pogubiłam się trochę. moje ostatnie wewnętrzne postanowienia naprawdę się sprawdzały... no i po co mi to było zmieniać? głupia dziewczynka, ot co. naiwnie naiwna. to wszystko jest we mnie takie popaprane. niedorzeczne i urojone. bardzo urojone, tak samo jak to uderzenie z resztą. ja wiem, minie kilka dni i znów będzie jedno wielkie NIC. zupełna pustka. czarna dziura i ogromna spacja w dokumencie mojego życia. (przyznam się szczerze, że czekam na nią ze zniecierpliwieniem.) bezpieczna spacja. dziś wieczór znów wymyślę sobie chłopca z plasteliny, który jak zwykle zabierze mnie na drugą stronę tęczy. bezpiecznie powrócę do mojego chimerycznie (bez)barwnego świata. później napiszę coś głupiego. melancholicznie i monotematycznie będzie. jak zwykle.

a teraz... teraz uroczyście zamknę się w sobie na klucz, na cztery spusty. wmówię sobie kilka potrzeb, które nigdy nie istniały i powiem, że właśnie za to powinnam zabrać się natentychmiast. że jest tyle spraw na wczoraj. zacznę pilnie robić cokolwiek i z czasem powrócę do punktu wyjścia. bezpieczny dystans - tego mi trzeba. kiedyś w końcu przecież na dobre zapomnę o tym, że mogę potrzebować... na pewno. kiedyś na pewno. (i nawet pani wróżka nie będzie miała racji. nawet po 30-stce nie dam się uwiązać. NI-GDY. nie będę tego potrzebowała. WCA-LE.)

przemilczę wszystkie nowo zasłyszane głosy ostatnich dni. po co mi nakręcać się dodatkowo... jedna nauczka natenczas wystarczy.


ps.
mam w... yhm... wielkim poważaniu mundial i całą tę maskaradę. to w kwestii mojego zdania na tenże temat.


♪♪ coma - piosenka pisana nocą.mp3

poniedziałek, 5 czerwca 2006

wycieczkowo

plan wycieczki tak z grubsza wyglądał następująco:
Sieradz --> ... --> Gdańsk --> Sopot --> Gdańsk --> Gdańsk --> Gdańsk --> Gdańsk --> Sopot --> Gdynia --> Gdańsk --> ... --> Sieradz

świat o czwartej nad ranem w polsce jest specyficznie rozmarzony. już nie śpiący, jeszcze nie przebudzony. jest mgliście i dżdżyście. i tak spokojnie. potem można już mknąć na drugi koniec polski. nacieszyć zmysły. być może nad morze.
najpierw razem na molo. pomylone drzwi i kluczyk zostawiony w zamku. troszku jak alien. taki obcy. z tyłu, na uboczu. trudno. liczy się też inny efekt.
potem porty, motława, uliczki, kamieniczki, katedry i kościoły, no i przede wszystkim wszędobylskie kramy.
małe odbicie. zboczenie z kursu, wypad na targi, hala olimpii. czary, mary i magia. ciemne moce w jasnej oprawie. ja jako ja i nie ja. wszystkie moje ukryte cechy i ograniczenia, które je ukrywają. ucieczki do świata iluzji. czasem całkiem dość często uciekam od świata nieco nierozumiejącego moje skomplikowane JA. ucieczki od rzeczywistości, w inną rzeczywistość, w której jest wszystko. począwszy od czystego powietrza na czystym życiu skończywszy. uciekam zwykle z wieczora. uciekam a potem wracam. wracam, bo wracać muszę. bo wracać mi wypada. powroty są jak łomem w głowę. sielanka marzeń nijak ma się do gehenny życia.
potem znów na podbój trójmiasta. tramwaj i chłopiec nawijający sam do siebie. na westerplatte i do gdyńskiego akwarium.

teraz znów żyję od zaliczenia do zaliczenia. nie zastanawiam się nad brakami, kompensuję je sobie w moim małym, ciasnym światku marzeń.



+ bonus :
- toniemy w zachodach słońca,
- idziemy w miasto,
- drepczemy po molo,
- patrzymy w dal,
- kolebiemy się na łódce,
- spacerujemy alejkami,
- czerpiemy ze źródeł,
- żeby w końcu zdobywać szczyty wszystkiego.

czwartek, 1 czerwca 2006

wakacyjnie

ta mała "ma siłę nie wiesz jak wielką..." no ma, ma! i to jaką! dała mi popalić w niedziele, ale i tak ją kocham. zamiast siedzieć i jeść tudzież siedzieć, i patrzeć jak cała rodzina pochłania jak rasowe odkurzacze z turbodoładowaniem wszystko co zostanie postawione na stole ganiałam jak... no właśnie kim to ja nie byłam? i koniem, i słoniem, i czym tylko dusza zapragnie. psychika 5-latki jest bardzo skomplikowana, a jeszcze bardziej zaskakująca. no i taki mini-dorosły człowiek jest stokroć lepszy od niejednego pełno wymiarowego dorosłego.

tym razem było już lżej. lżej i bezpieczniej. może dlatego, że bieżące historie nie są tak bardzo drastyczne, jak streszczenie całego życia. a może po prostu tak bardzo przyzwyczaiłam się do tego, że mój pogląd na drastyczność wypaczył się i pominęłam co poniektóre wątki, które uznałam za normę i standard.

spakowana, wystraszona i prawieżegotowa, bo być może czeka morze. trzeba będzie wstać z kurami albo i wcześniej. popitalać po-czwartej przez miasto, bo wyjazd czwarta-czterdzieści-pięć. /jak ja zniesę te nieludzką godzinę?/ potem stres mój sięgnie zenitu, ale widać taka już ze mnie panikara. mam tylko, że mój łikend będzie gramotny, a stres przejdzie natentychmiast. - jakby to powiedziała pewna pani, którą wtajemniczeni znają aż za dobrze. pff.


♪♪ coma - ostrość na nieskończoność.mp3