wtorek, 13 czerwca 2006

karuz-ella

ja - mała dziewczynka na huśtawce nastrojów. wszystko jest jak na trampolinie. od czarnej rozpaczy aż po dziką euforię. zaczynając płakać od razu przychodzą mi do głowy powody, dla których powinnam się cieszyć. i na odwrót. wraz z przyjściem uśmiechu od razu znajduję milion powodów, dla których łzy byłyby lepszym odzwierciedleniem mojego nastroju. za bardzo wczułam się znów. lubi, nie lubi. już. szanuje, nie szanuje. już. chce, nie chce. już i tak w koło macieju. jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. jakby to miało cokolwiek zmienić. wyjedzie, minie miesiąc czy dwa i zapomni. więc, o co ci chodzi durna kobieto?! (że też musiałam nazwać się kobietą i to w takiej sytuacji. ironia losu.)

lepiej jest jeśli wszystkie moje emocjonalne lawy śpią, jak wulkan. bezpieczniej. niepotrzebnie pozwoliłam na to, że wszystko obudziło się we mnie. wylała się lawa i zalała cały spokój. moja mała etna krąży teraz we mnie jak krew w żyłach. idę spać i wstaję z ciągle tą samą myślą w głowie. szukam odpowiedzi wciąż na te same pytania. autoanaliza na najwyższych obrotach. rezultatów żadnych. obawiam się, że nawet jeśli kiedyś odpowiedzi przyjdą mi do głowy, to będzie to już o jedną menopauzę za późno.

jeszcze trochę i nie będzie czasu na takie myślenie... albo nie będzie głowy aby skupić się na czymś innym niż takie myślenie. /Panie Boże, proszę o opcję numer jeden./ za tydzień pierwszy egzamin. nie powiem, że jestem zachwycona, ale nie powiem też, że specjalnie się smucę... no bo przecież kiedyś tę sprawę (w sensie semestr IV) trzeba doprowadzić do końca. jeśli nie teraz, to kiedy?

yhm. będę sępić, a sępić nie lubię. mam nadzieje, że mi odwagi starczy... albo głupoty. jak zwał tak zwał, w każdym razie mam nadzieję, że się uda.